
Sięgając po tę książkę spodziewałam się gejowskiej love story w tonacji nostalgicznej z dwoma pryszczatymi siedemnastolatkami w roli bohaterów. Jak to zwykle bywa, książka nieco rozminęła się z moimi przewidywaniami, nie tylko dlatego, że tylko jeden z bohaterów miał jakiekolwiek pryszcze.
Jest rok 1990. Jarle Klepp, licealista, mozolnie buduje swój image i pozycję w grupie. Jego najlepszym kumplem jest anarchista Helge. Ma dziewczynę (Kathrine), gra w punkowym zespole, a do tego ma poglądy, i to nie byle jakie, a postępowe.
Jak pisze sam bohater z perspektywy lat:
"...wydaje mi się, że pozjadałem wszystkie rozumy i uważam, że 80% moich rówieśników to niedorozwinięci, konserwatywni niedoinformowani debile. Jeżeli czemuś miałbym być przeciwny, to z pewnością EWG, nie lubię też chrześcijan (...), nienawidzę komercjalizmu, braków w wiedzy o ochronie środowiska, popularnej muzyki i kapitalizmu". [1]
Bunt Jarlego jak na dzisiejsze czasy wydaje się dość mainstreamowy (hasła o ochronie środowiska przechwyciła znienawidzona przez niego EWG/UE i są teraz nie tylko w programach szkolnych, ale i przedszkolnych), ale 20 lat temu był jak najbardziej IN.
W ten uporządkowany świat młodego człowieka, który wie czego chce wkracza nagle miłość, w dodatku taka, której sam nie rozumie i nie potrafi przyjąć do wiadomości (do "nowego" z równoległej klasy: "drętwiaka" Yngvego). I nagle: wszystko zaczyna się sypać. Wychodzą na wierzch rożne problemy bohatera (choćby niezabliźnione skutki rozpadu związku jego rodziców), opada maska (a raczej liczne maski), zapomnianej roli nie podpowie żaden sufler, gdyż chłopak znajdzie się nagle w zupełnie nowej dla siebie sytuacji.
Jeśli chcecie sprawdzić, czy jej podoła - zapraszam do zanurkowania w te historię.
Moim zdaniem to naprawdę dobra lektura. Autor nie tylko wiarygodnie uchwycił fenomen "burzy i naporu" okresu dojrzewania, ale nasycił książkę wieloma wiarygodnymi szczegółami (muzyka, moda, obserwacje społeczne), przez co historia Jarlego nie buja w obłokach, a jest naprawdę blisko życia. Tak się zkłada, że także blisko mojego życia, gdyż wprawdzie jestem kilka lat młodsza od bohatera ksiąki, ale w Polsce wszelkie trendy (zarówno te muzyczne, jak i dotyczące np. modnych używek), przyjmowały się nieco później. Dlatego też przy okazji mogłam sobie zafundować podróż sentymentalną.
Największym plusem książki były jednak dla mnie problemy, które autor wprowadził do niej za pośrednictwem postaci Yngvego (ze względu na to, że nie chcę zepsuć efektu zaskoczenia nie będę ich tu jednak szczegółowo omawiać). Myślę, że po lekturze innym okiem spojrzycie na klasowych drętwiaków z czasów własnej młodości.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Akcent i portalowi Czytanie (nie) szkodzi.
[1] "Człowiek, który pokochał Yngvego" - Tore Renberg, Warszawa 2011, s 15
