Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja/ZSRR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja/ZSRR. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 czerwca 2014

Żukow - cień zwycięstwa - Wiktor Suworow.



Suworow postanowił w któryms momencie chyba przebić ilością opublikowanych tomów Barbarę Cartland, bo jakas połowa książki to tak nieznośne wodolejstwo, że nawet jego gawędziarski styl autora nie zapobiega atakom ziewania. Wygląda to mniej więcej tak - cytat z autobiografii Żukowa, troche natrząsania się z "geniusza strategii" i konfronttacja z innymi źródłami.
Jak już zaczyna się robić trochę ciekawiej, autor odsyła do kolejnego tomu.
W tym gąszczu łatwo zagubić sedno sprawy, a mianowicie takie, że oficjalna biografia słynnego marszałka ZSRR jest w większości sfabrykowana, składa się z cudzych sukcesów i pomija nader liczne porażki. Okazuje się, że jedyne, w czym generał był naprawdę dobry, to przelewanie krwi swoich żołnierzy, bez drgnienia powieki.
Niepostrzeżenie wychodzi z tego opowieść o mocy propagandy i tworzeniu historycznych mitów.
Pozostajemy przy okazji z pytaniem - ile takich mitologicznych postaci funkcjonuje w naszych dziejach? Na ile nasza wiedza historyczna ma jakiekolwiek oparcie w faktach?



piątek, 16 maja 2014

Hurtownia książek - nowa dostawa.

Czas leci, książek przeczytanych przybywa, tylko na blogu posucha.
Aby nie dopuścić do zastoju - kolejna hurtownia zmajstrowana ze ścinków z Facebooka, gdzie w tym roku pracowicie odnotowuję wszystkie lektury w grupie 52 książki.

 "Złota Mucha" - Joanna Chmielewska

Chmielewska, kobieta wielu pasji tym razem próbuje zarazić swoją miłością do bursztynu (uważajcie, skutecznie:)) i to niekoniecznie takiego w formie biżuterii. Widać, że autorce nie są obce i techniki połowu i podstawy obróbki. Kusi mnie, żeby zaopatrzyć się w podbierak i wędkarskie kalosze i ruszyć na Mierzeję Wiślaną ... w listopadzie. Acha - tak w ogóle "Złota Mucha" to kryminał. Ale tym razem kompletnie nie ważne, kto zabił. Liczy się bursztyn. 
Taki jak ten.


"Kapelusz cały w czereśniach" - Oriana Fallaci

Urocze, aczkolwiek szkoda, że autorka nie zdążyła jeszcze trochę podszlifować tego diamentu. Bo nieco za duży!
Ta 800 stronicowa książka to cztery najciekawsze historie rodzinne z domowego archiwum pani Fallaci. Ponieważ rozgrywają się one w latach 1780-1890, autorka nie bazowała tylko na ułomnej przecież pamięci swojej i swoich bliskich, tylko podparła się dziennikarsko-historycznym śledztwem. Dowiadujemy się niemal wszystkiego nie tylko o jej rodzinie, ale tez o tzw tle - ówczesnej modzie, wynalazkach i cenie jaj w skupie. Moim zdaniem z tym tłem nieco przedobrzyła, zwłaszcza w dwóch ostatnich opowieściach, których z uwagi na chorobę nie zdążyła już sama zredagować. Ale mimo to polecam:). Na przykład przed podróżą do Toskanii. Przynajmniej będziecie wiedzieli, kto stąpał po tych samych kamieniach, o czym marzył i ... jak był ubrany:).


"Nowe Kłopoty z historią" -  Piotr Gontarczyk

Artykuły prasowe z lat 2006-2008, mocno osadzone w źródłach IPN. Min. o prof Baumanie, Reich- Ranickim - niemieckim papieżu krytyki literackiej a także o rosyjskim programie szkolnym nauki historii.Jak to artykuły - łatwostrawne, a czasem trafia się bonus w postaci tematu, o którym człowiek miał wcześniej niewielkie pojęcie.







"Jabłoń" - John Galsworthy

- seria koliber jest niezastąpiona, jeśli chce się szybko nabić licznik przeczytanych książek
- A co do treści, to kojarzy mi się ta piosenka:) https://www.youtube.com/watch?v=404oPn6tudE&feature=kp.







"Dom nad rzeką Moskwą" - Jurij Trifonow.

Trifonow fajnie pisze, pozornie od niechcenia i bez wysiłku. Jednak ja chwilowo podziękuję. Już nawet nie chodzi o mało atrakcyjna radziecką rzeczywistość, ale o wyjątkowo odrażających bohaterów.
P.S. Pisarz nie był żadnym dysydentem, a mimo to sprawnie sobie radził z radzieckimi tematami tabu, a to dzięki eufemizmom. Zamiast zsyłek czy gułagów mamy np. przeprowadzki na północ. O donosicielstwie pisze, jakby to był niemal rutynowy zabieg higieniczny, który każdy człowiek sowiecki przechodzi kilka razy w roku, acz nie od razu z przyjemnością. W dodatku nie widać, żeby Trifonow z trudnymi tematami się krył. Takie to wszystko było oczywiste?


"Następca" - Ismail Kadare

Trochę kryminał, trochę studium tyranii, oparte na faktach. Kontynuacja "Córki Agamemnona", która w swoim czasie nieźle mną trzepnęła, jakoś nie wytworzyła we mnie tego napięcia, co cześć pierwsza. Pewnie dlatego, że powstała w "łatwiejszych" latach 90-tych, nie musiała być już przemycana w pomysłowy sposób na zachód, autorowi za jej opublikowanie już nic nie groziło... A mimo to "Następca" godny jest polecenia, nie tylko dlatego, że temat tyranii zawsze warto sobie odświeżyć, tak ku pamięci. Autor osadza powieść w nurcie albańskiej historii i nasyca ją detalami tamtej rzeczywistości, tak, że kraj przestaje nam się kojarzyć tylko z biedą, mafią i bunkrami.



"Kochana córeczka" i "Od siódmej rano" - Eric Malpass

Wg Tołstoja (słynny początek "Anny Kareniny") wszystkie szczęśliwe rodziny są takie same. Po lekturze Malpassa chciałam początkowo temu zdaniu gorąco zaprzeczyć, ale paradoksalnie, hrabia Lew może mieć rację. Wygląda na to, że wspólnym mianownikiem szczęśliwych rodzin jest co najmniej jeden ekscentryk. Im więcej oryginałów (w wieku od oseska do lekko już nadgryzionego zębem czasu seniora, tym większy poziom familijnego dobrostanu. Cóż, może coś w tym jest:).
A co do samych książek - odstresowywacze wielorazowego użytku, polecam.



"Wyzwoliciele" ("Żołnierze wolności") - Wiktor Suworow

Oparte na wspomnieniach autora migawki ze służby w Armii Czerwonej w latach 60-tych (uwieńczone inwazją na Czechosłowację). Chluba i duma ZSRR nie wydaje się niezwyciężona. Można by się pośmiać z licznych absurdów i szwejkizmów, ale warto zadać sobie pytanie, dlaczego nikt nie ośmielił się tknąć tego papierowego tygrysa?
Podrzucam trop - armia radziecka w trakcie inwazji na naszego południowego sąsiada żywiła się niemal wyłącznie amerykańskimi i  europejskimi konserwami, o ile dobrze zrozumiałam - z pomocy humanitarnej. Jednocześnie USA zwiększało zaangażowanie w Wietnamie. Najwyraźniej więc nie wiedziała lewica, co czyniła prawica.


zdjęcia. 1. antykwariat.waw.pl, 2. wydawnictwoliterackie.pl, 3. multibook.pl, 4,5.lubimyczytac.pl, 6. antykwariatnws.pl, 7.moichlopcy.pl, 8.bestsellery.net


wtorek, 11 lutego 2014

Akwarium - Wiktor Suworow


Witia Suworow był dowódcą małego oddziału czołgistów, kiedy to na manewrach (a był to rok 1969) wpadł w oko pewnemu dobrze ustosunkowanemu podpułkownikowi. Odtąd jego kariera nabrała rozpędu. Z elitarnej jednostki pancernej, do jeszcze bardziej elitarnej komórki wywiadu, przez już w ogóle do potęgi wyselekcjonowany Specnaz po samo creme de la creme, gdzie dostać się jest już prawie niemożnością, czyli wywiad wojskowy GRU w krajach zachodnich, gdzie wysyłano juz tylko najlepszych i najbardziej sprawdzonych (co akurat może nie jest specjalnie pozytywne).
Tyle, że ta droga w górę miała swój niewidoczny aspekt - była jednocześnie drogą do Hadesu. Tak jak życie czołgisty czy komandosa Specnazu miało swój urok i nawet pewną romantykę męskiej przygody, a koszta były stosunkowo niedolegliwe, to zagraniczna placówka okazała się ostatnim kręgiem piekła - zwłaszcza liczne testy na lojalność. Kogo bardziej cenisz - przyjaciela - czy organizację? Swojego mistrza i guru - czy organizację? Błędna odpowiedź oznacza natychmiastową ewakuację do ZSRR i śmierć w wielkich cierpieniach. A ile razy można udzielić prawidłowej odpowiedzi, jeśli nie jest się androidem?
"Akwarium" nie jest wcale antyutopią, choć zwłaszcza końcówka mogłaby pochodzić z Orwella. To przede wszystkim powieść autobiograficzna, nafaszerowana arcyciekawymi szczegółami. A zreszta - pal sześć szczegóły. Jeszcze ciekawszy jest obraz ZSRR - państwa, gdzie wszystko było nastawione na wojnę - gigantyczna armia w stałej gotowości, szpiedzy kradnący na Zachodzie technologie militarne. A w wywiadzie pracował niemal każdy obywatel ZSRR przebywający legalnie za żelazną kurtyną!
No i te slużby. Poziom ich profesjonalizmu był taki, że aż się człowiek zastanawia, czym zajmują się teraz. Bo przeciez GRU istnieje, nawet wcale nie zmieniło nazwy.
Polecam zwłaszcza tym, którzy z zasady nie czytują pewniaków, evergreenów i bestsellerów, bo przecież NA-PEWNO-SĄ-PRZEREKLAMOWANE. Sama żałuję, że przeczytałam "Akwarium" dopiero teraz. Zwłaszcza, że jak dowiedziałam w czasie dyskusji o książce na FB - najlepiej smakuje czytane przed dwudziestką. No to się trochę spóźniłam;).

piątek, 17 stycznia 2014

I powraca wiatr... - Władimir Bukowski

Są kraje, gdzie bycie politykiem opozycyjnym to relaksująca przerwa między kolejnymi powrotami do władzy. Są też takie, gdzie nawet, kiedy na tę władze nie ma szans, po wywalczeniu realizacji swoich postulatów można się udac na zasłużoną emeryturę. 
Jest wreszcie ZSRR, czy Rosja - niezależnie od ustroju wybór drogi dysydenta (a zwłaszcza uczciwego dysydenta), oznacza, że człowiek w zasadzie do śmierci będzie miał zajęcie.
Urodzony w 1942 Władimir Bukowski jest aktywnym opozycjonistą od 54 lat, mimo tego, że po drodze zmienił się ustrój, a kraj, w którym zaczynał działalnośc już nie istnieje. I nie jest to aktywność pozorowana - usłużne Google po wpisaniu jego nazwiska rzuca garść podpowiedzi - w 90% z ostatnich lat.

"I powraca wiatr..." cofa nas jednak do początku tej drogi, do Moskwy lat 60-tych, do czasów pionierów i konsomołu, do licealistów i studentów czytających poezję na Placu Majakowskiego, którzy niepostrzeżenie zostają wciągnięci w środek zupełnie dorosłej walki o prawa człowieka, gdzie już nie chodziło o poezję, ale o prawo do uczciwego procesu, czy też o zaprzestanie używania psychiatrii w celach represyjnych. I nagle, zamiast planować drogę życiową biorąc pod uwagę takie etapy jak studia-praca-rodzina, układają klocki z zestawu: aresztowanie-gułag-psychuszka-wolność.


Początkowo protesty są nieco chaotyczne i raczej mało efektywne i przebiegają wg schematu- demonstracja - zastraszanie demonstrantów – aresztowanie połowy z nich- dalsze zastraszanie reszty. Później jednak Bukowski wpada na pomysł dokumentowania nadużyć, zwłaszcza tych na niwie psychiatrycznej i wysyłania dokumentacji na Zachód. A że tam akurat zapanowała moda na ruch obrony praw człowieka w państwach komunistycznych, okazuje się to bronią nader skuteczną...

W tej chwili, po ponad 40 latach różnie podchodzi się do tematu ruchu dysydenckiego w ZSRR. Przesadą jest oczywiście twierdzić, że była to działalność koncesjonowana (choć sam Bukowski opisuje np. zadziwiający przypadek pisarza - Tarsisa, który przez długi czas cieszył się zupełną wolnością słowa (i przyjmowania zagranicznych korespondentów), po czym nie nagabywany przez nikogo wyjechał sobie na Zachód). Widać jednak, że akurat obrona praw człowieka nie godziła w same podstawy systemu, a skutecznie angażowała co bardziej aktywne jednostki. No i ta zadziwiająca łatwość wysyłania informacji za granicę, jakby łącza telekomunikacyjne nie były w 100% możliwe do skontrolowania.

 Wracając jednak do książki. Są dwa powody, dla których warto ją przeczytać.
Treść - wiedza systemie represji ZSRR dla Polaka to w tej chwili niemal w 100% Gustaw Herling Grudziński. Wiele osób czytało "Inny świat" w klasie maturalnej i ta wiedza im w zasadzie wystarcza. Jest to książka ważna, ale w wielu przypadkach skutecznie odstrasza od tematyki określanej umownie jako łagrowa na wiele lat. Tymczasem ZSRR nie uległo konserwacji na etapie lat 40-stych, w czasach Chruszczowa czy Breżniewa to zupełnie inny kraj... choć może też nie za ciekawy do życia. U Bukowskiego znajdziemy zaś 20 lat historii z okresu, o którym u nas się już specjalnie w szkołach nie uczy, bo nie ma czasu, w dodatku jest to relacja z cennej perspektywy świadka.

Autor - znowu wracam do biednego Gustawa H-G. Grudziński to człowiek poważny i analiyczny, tak też podchodzi do swojego sprawozdania z Jercewa. Bukowskiemu udaje się zaś nadać ciężkiemu tematowi sporo lekkości.

Polecam gorąco.

 

wtorek, 7 stycznia 2014

Lodołamacz - Wiktor Suworow



Suworow był dawnymi czasy tuzem literatury dysydenckiej i podziemnej czytanym z wypiekami na twarzy. Wypieki te powinny być pewnie warunkowe lub jednostronne, gdyż autor jest wieloletnim pracownikiem radzieckiego wywiadu wojskowego GRU, a instytuacja ta, jak głosi wieść gminna, raczej nie rozwiązuje umów o pracę. Zostaje zatem cień wątpliwości, czy nie pisze  on przypadkiem w ramach zadań służbowych. Dlaczego? Ma na przykład niespotykanie wyluzowany stosunek do Stalina i wyraźnie docenia niektóre jego umiejętności, np. umiejętność układania po swojej myśli klocków polityki międzynarodowej. Uświadomiłam sobie, że ja przeszłam w ramach mojej edukacji odwrotną tresurę. Nazwisko Stalina powinno się kojarzyć jak najgorzej i należy jej wypowiadać wyłącznie przyciszonym tonem, najlepiej chowając się za krzakiem.
Wychodzi na to, że Suworow i jego "Lodołamacz" rzeczywiście wyciągnęli mnie z mojej czytelniczej strefy komfortu.
Ciekawa jest teza książki - Hitler tylko dlatego zaczął wojnę z ZSRR w '41, aby uprzedzić uderzenie Stalina na Niemcy i Rumunię.  A to, że Armia Czerwona tak dramatycznie dała ciała po 22 czerwca '41 wynikało przede wszystkim z tego, że  szykowała się do wojny, ale ofensywnej.  Drobiazgowo udokumentowane, ale mimo natłoku szczegółów militarnych świetnie się czyta. I właśnie dlatego będę wracać do autora. Moja znajomość historii ZSRR jest w tej chwili drugiej bądź nawet trzeciej świeżości, a z Suworowem będę miała sobie ją szansę odświeżyć.

czwartek, 18 kwietnia 2013

"Kontra" - Józef Mackiewicz


Tekst powyżej to początek "Kontry". Można spokojnie potraktować go jako reprezentatywną próbkę stylu Mackiewicza. Do treści wrócę pod koniec tekstu, najpierw o samej książce.

"Kontra" to skrót XX-wiecznej historii Kozaków, którzy w carskiej Rosji pełnili rolę stanu wojskowego. Większość mężczyzn przez całe życie służyła w armii, mieli nadane dość spore kawałki ziemi, dzięki którym cieszyli się niezależnością materialną. Po wybuchu rewolucji bolszewickiej masowo zasilili armie białych generałów, po czym wielu znalazło się na emigracji. Ekstremalny ucisk czasów stalinowskich sprawił, iż liczna grupa (Mackiewicz wymienia cyfrę nawet 1,6 mln), zasiliła armie prohitlerowskie, nawet mimo tego, że byli sojusznikiem przez Hitlera niechcianym i wykorzystywanym głównie w końcowej fazie wojny.
Skomplikowane kozackie losy opisał autor na przykładzie jednej rodziny. Pierwsza część obejmuje czasy od r. ok 1900 do początku 1945. Druga omawia jeden z początkowych epizodów Operacji Keelhaul - przekazywania ZSRR ich obywateli, a także byłych obywateli carskich i bezpaństwowców, zazwyczaj z użyciem brutalnej siły i ze znacznymi ofiarami śmiertelnymi. Trzecia część: "Azjaci", dotyczy trudnej adaptacji tych, którym udało się pozostać na Zachodzie.
"Kontra" jest dobrym dowodem na tezę, że najciekawsze historie pisze samo życie. Wielki dramat został opisany tak, że budzi zainteresowanie czytelnika i nie pozwala na przedwczesne odłożenie książki.
W dodatku porusza temat chyba mało znany: powstanie antysowieckie po wkroczeniu Hitlera, które jednak głównie ze względu na jego jednoznacznie progermańską politykę 'rozeszło się po kościach".
Mackiewicz przywołuje tu tezę, że Hitler mógł tę wojnę wygrać, gdyby umiejętnie wykorzystał bunt antybolszewicki. Tyle, że byłoby to możliwe, tylko wtedy, gdyby nie był tym człowiekiem, którego znamy z historii.
Jest tylko jedno ale: we wstępie pisze Mackiewicz o dwóch prawdach: obiektywnej i oficjalnej. Oprócz różnych "wersji" prawdy są jeszcze różne punkty widzenia - zależne, kolokwialnie mówiąc, od punktu siedzenia.
Nic na to nie poradzę, ale mi hasło "obywatele ZSRR w służbie Hitlera" kojarzy się najbardziej z pacyfikacją Powstania Warszawskiego. Wiem teraz, że było to margines, że rzucono tam najbardziej zdegenerowaną RONA, że wielu dowódców, jeśli miało taką możliwość, odmawiało udziału w tej operacji, że Kozacy walczyli raczej na Bałkanach. Nie zmienia to faktu, że mialam jednak to Powstanie z tyłu głowy w trakcie lektury książki...

Jakby ktoś chciał poczytać: opowiadanie "Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy", które stało się podstawą środkowej części "Kontry". Zawiera liczne skróty.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Droga donikąd - Józef Mackiewicz

"Droga donikąd" może nie jest najlepsza do rozpoczynania znajomości z twórczością Józefa Mackiewicza, natomiast jeśli chce się zrozumieć jego twórczość okołowojenną i powojenną nie można tej książki pominąć. 
Niemal w każdym okruchu publicystyki widać, że Mackiewicz ocenia zjawiska i ludzi biorąc pod uwagę ich stosuek do komunizmu i właśnie w "Drodze..." znajdziemy źródła tej graniczącej z obsesją postawy.
Książka oparta jest na przeżyciach pisarza z czasów pierwszej sowieckiej okupacji wileńszczyzny (czerwiec 1940 - czerwiec 1941). Ominęły go wprawdzie przeżycia najbardziej drastyczne (czyli wywózki i Sybir) - kontakty z NKWD zakończyły się na jednym przesłuchaniu, nie został wywieziony, jednak doświadczenia z tego roku życia, były wystarczające nie tylko do tego, żeby wyleczyć się ze wszelkich złudzeń raz na zawsze (dlatego też, w przeciwieństwie do swojego brata Stanisława, nawet nie rozważał powrotu do PRL), ale żeby swoje indywidualne przeżycia uogólnić i wyciągnąć z nich wnioski co do funkcjonowania całego systemu komunistycznego - a dokładniej: psychologii komunizmu.

"Droga donikąd" to bowiem rzadki przykład zbiorowej powieści psychologicznej. Obserwujemy grupę ludzi, poddawanych serii bodźców przez nową władzę. Niektórzy reaguja wprawdzie w sposób niestandardowy, ale niestety - są mniejszością i ich postawa nie będzie miała żadnego wpływu na losy zbiorowości.
Mackiewicz próbuje dowieść, że metody zastosowane przez komunistów są skuteczne niezależnie od tego, na jakiej społeczności sie je wypróbuje. Po wojnie na Zachodzie dominował stereotyp, że komnizm to taka specyfika wschodnia, szczególnie pasująca do tamtejszej mentalności, niesłusznie określanej, jako niewolnicza. Dawni poddani caratu, dzięki wielosetletniemu treningowi, przyzwyczajeni rzekomo byli do posłuszeństwa.
Tymczasem Wileńszczyzna, to przecież (wówczas) część Polski, krainy wiecznych buntowników. W dodatku, jak twierdzą niektórzy bohaterowie, pod niemiecką okupacją AK odnosiło znaczne sukcesy, dlaczego pod sowiecką miałoby być inaczej?
Kluczową rolę odegrała właśnie psychologia - parafrazując autora: Niemcy swoją jednoznaczną postawą zamienili Polaków w bohaterów ruchu oporu, Sowieci zaś, dzięki pomysłowej kombinacji kija, marchewki i przyzwyczajenia ludzi do powszechnego donosicielstwa - w szybkim tempie zniszczyli wszelki opór. Do tego stopnia, że początek wywózek nie spotkał się z żadnym oporem, a jedynie z rezygnacją.

Książka, porównując ją do klocków Lego - skonstruowana jest z najprostszych elementów: zero bajerów, bardzo wiele scen jest autentycznych, Mackiewicz zasilił ją spora porcją własnych przeżyć. To głownie zapis codzienności: praca, podróże, spotkania z ludźmi i rozmowy. A w ramach szukania osobistej przestrzeni wolności- romans z sąsiadkąPPP.
Jednocześnie większość scen niesie jakieś dodatkowe znaczenia i strzępy autorskich przemyśleń. Przyznam, że sama zauważyłam je dopiero czytając publicystykę pisarza. Choćby np. scena w polskojęzycznej szkole, gdzie mamy okazję zapoznać się z przemyśleniami pisarza na temat zjawiska nacjonal - komunizmu.
Po raz kolejny u Mackiewicza - mamy tu sporo psychologii, ale bez zbędnego grzebania w głowie bohaterom.


Z czytanych dotychczas przeze mnie "Mackiewiczów" jest chyba najlepsza, wielowarstwowa, długo zostaje w głowie. Myślę, że kiedyś jeszcze do niej wrócę:).

Przy okazji - polecam recenzję "Sprawy pułkownika Miasojedowa" autorstwa Ziuty.


wtorek, 26 marca 2013

Hurtownia książek - ekstremalna mieszanka ze staroświeckim wsadem

Krótko, krótko, coraz krócej. Czas na kolejną hurtownię:).

Tajemnica rodu Hegarthych - Anne Enright

Dotychczas jakoś mocno nie zastanawiałam się, jaki jest mój obraz Irlandii i co sądzę o tym kraju, zwłaszcza, że jest rozdzielony na wrażenia książkowo-medialne i te pochodzące od znajomych i rodziny, którzy zdecydowali się tam osiedlić. Wydaje mi się jednak, że Irlandczycy powinni zainwestować w lepszy dział krajowego PR, albo uważać, jakie produkty literackie plasują na rynku międzynarodowym. Po lekturze książki pani Enright (a także migawkach gazetowo-internetowych róznej treści, które wpadają mi przypadkiem w oko) zaczęłam bowiem mieć wrażenie, że irlandzką specjalnością jest molestowanie, zwłaszcza nieletnich. Jeszcze jedno takie dzieło i zacznę się martwić o moich krewnych i powinowatych, zwłaszcza tych, którzy zdążyli się w czasie pobytu na Zielonej Wyspie rozmnożyć.

 Ruski Ekstrem - Boris Reitschuster

"Ruski ekstrem - takim mianem określają Rosjanie wszystkie przygody, przeszkody, potworności i absurdy, jakie oferuje im codzienność. (...) Rosjanie nienawidzą ruskiego ekstremu. Ale także go kochają. Ruski ekstrem to dla nich sportowe wyzwanie, tak jak dla niektórych Niemców znalezienie korzystnej oferty all inclusive na Majorkę."[1]
Książka jest katalogiem dziwnych sytuacji, które oferuje rosyjska codzienność, widzianych oczyma Niemca. (który stara się bardzo tę swoją odrębność kulturową podkreślać) Wszechobecne łapówkarstwo, brakoróbstwo, mafiopochodne twory wykwitające na styku sektora publicznego z prywatnym, a wszystko to podane w tonacji mocno komediowej. Śmieszy i to nawet bardzo, dopóki człowiek sobie nie uświamia, że polska rzeczywistość od ruskiego ekstremu różni sie niewiele, i do tego ta różnica z każdą chwilą się zaciera.
Jeśli Boris R. mówi prawdę, pisząc, że Rosjanei podchodzą do swojego ekstremu na luzie, to zaiste, muszą być twardzielami najwyższej próby.

Biały tygrys - Aravind Adiga

I znowu korupcja, bieda, brud, smród i ubóstwo - na wesoło. I znowu niepokojące skojarzenia z Polską rzeczywistością (nie tylko u mnie, u Bazyla też. Mam tylko nadzieję, że polska rzeczywistośc do indyjskiej jeszcze przez chwilę się nie zbliży i wizja szpitala, gdzie pacjenci przez długie dni oczekują na pojawienie się jakiegokolwiek lekarza, jednak się nie zrealizuje. Chociaż kto wie, kto wie, z naszą wciąż rosnącą dziurą w budżecie? Jeśli ktoś ma ochotę może sobie już dziś zacząć oswajać tę sytuację literacko.


Jak się pan Paweł żenił i jak się ożenił - J.I.Kraszewski

W najciemniejszym zakątku hurtowni upchnę tu sobie skromnego JIK-a. Pozwoli mi to, przynajmniej wizualnie, uniknąć wrażenia blogowej monokultury.
Tytuł wydaje się nieco niezgrabny, ale to wynik pochodzenia książki. "Jak się pan Paweł żenił" było drukowane w odcinkach w prasie, zdobyło olbrzymią popularność, która zaowocowała dopisaniem przez JIK-a sequelu ("Jak się pan Paweł ożenił"), ale i to nie wystarczyło napalonym czytelnikom - do książki dołączony jest jeszcze epilog - list pisarza do czytelników, w którym domyka on perypetie postaci drugoplanowych.
A traktuje to dziełko o losach wiecznego singla, który pewnego dnia stwierdza, że nie chce być sam i nie wystarcza mu jednak w życiu cyzelowanie do perfekcji systemu rowów melioracyjnych na swojej wołyńskiej posiadłości.
Najtrudniejsze okazuje się jednak pokonanie ograniczeń tkwiących w jego własnej głowie...
Książka ma duży potencjał komiczny, wyraźnie jednak większy w części pierwszej, w drugiej pan Paweł trafia na kobietę niemal idealną i śmieszne są juz tylko jego perypetie odzieżowe.
Całkiem zabawna książka dla singli aktualnych i tych byłych też:).



[1] Ruski Ekstrem, B. Reitschuster, Warszawa 2010, s. 10

czwartek, 7 marca 2013

Niny Berberowej o Gorkim wspomnienia

Nina Berberowa to emigracyjna pisarka rosyjska o skomplikowanych korzeniach (ormiańsko-rosyjsko-tatarskich). Urodzona w 1901 zdążyła zdać maturę przed rewolucją, zażyć trochę głodu i chłodu w porewolucyjnyej Moskwie, polansować się w środowisku petersburskich literatów, a następnie z jednym z nich (Władysławem Chodasiewiczem, pisarzem rosyjskim o korzeniach polsko-żydowskich) wyjechać do Paryża. Tam już nie było tak słodko. Nie wiadomo bowiem, kto stworzył legendę o ultrabogatych białych Rosjanach, ale w niewielu przypadkach pokrywało się· to z rzeczywistością. Dawni żołnierze Denikina i Kołczaka pracowali w zakładach Renault i chodzili do cerkwi. Ci o korzeniach raczej lewicowych omijali cerkiew, klapali biedę i próbowali pisać. Nie będę się rozpisywać, zachecam do przeczytania książki Berberowej "Podkreślenia moje". Po pierwsze dlatego, że jest ona unikalnym świadkiem epoki. Znała wszystkich i ... wszystkich przeżyła. W dodatku miała bystre oko, cięty język, od początku robiła notatki na temat ówczesnych celebrytów i w przypadku osób już nie żyjących nie wahała się ujawniać tego, co wie. Choć, jak podkreśla, wiele przemilczała. Po drugie ze względu na osobę samej autorki - feministki (bardziej intuicyjnej niż zadeklarowanej), agnostyczki, trochę też ze skłonnością do filozofowania i uogólnień.
Berberowa to trochę taki Herling Grudziński w spódnicy, mało mówi o sobie (poza początkowym okresem życia), nie cierpi na "jaizm", widac ją tylko gdzieś w tle. Od Herlinga różni ją jednak nieco mniejszy dystans do rzeczywistości i umiłowanie obyczajowego konkretu.
Polecam gorąco. Wcale a wcale sie nie dziwię, że w Moskwie lat 80-tych do tej książki, wówczas zakazanej, ustawiały się kolejki (jedna nocna, druga dzienna) Książka do nabycia za psie pieniądze w Dedalusie.
A poniżej wrzucam fragmenty o Maksymie Gorkim odkopane na potrzeby Jubileuszowych Lektur. Zachęcam do wyzwania, gdyż ciekawe jest bardzo, a nie zawsze trzeba coś czytać:). Czasami, jak ja zrobiłam to dzisiaj, wystarczy odgrzebać coś z archiwum.
Zdjęcia mogą być lekko nieostre, ale po powiększeniu wszystko powinno być czytelne. Acha - wspomnień o Gorkim w książce, jeśli ktoś jest zainteresowany, jest duuuuzo więcej. Były kiedyś dostępne także całkiem niedawno na stonie Niniwa2, ale w tej chwili strona się nie otwiera.





piątek, 22 lutego 2013

Fandorin, jajko i ja

Latem krążył łańcuszek o ulubionych czytadłach. Dzisiejszą notkę proszę uznać za aktualizację tej sprzed pól roku:).


 "Świat jest teatrem" Borisa Akunina to 13. tom z cyklu Erast Fandorin, który to cykl miał się już zakończyć na tomie 11-stym. Ale po nim przyszły opowiadania ("Nefrytowy różaniec"), następnie Akunin jeszcze raz się ugiął (zresztą trudno mu się dziwić, sprzedaje tyle tych egzemplarzy, że każdy kolejny Fandorin to spory zastrzyk gotówki). Wrażenia niestety bardzo średnie. Detektyw do tego stopnia nie w formie, że aż momentami zastanawiałam się, czy ja aby nie czytam Lackberg?
Ze Skandynawką o dziwo łączy tę książkę jeszcze jeden trop: rozbudowana warstwa uczuciowo - obyczajowa, a to za sprawą faktu, iż Fandorin pierwszy raz po kilku dekadach wreszcie się zakochał i to w kim? W aktorce. Stąd też zamiast prowadzić śledztwo wzdycha i pisze sztukę dla ukochanej.
Mimo wszystko jednak polecam, gdyż ja się bawiłam całkiem nieźle, a to za sprawą japońskiego asystenta detektywa - Masy i jego karkołomnych prób mówienia po rosyjsku. No i się wydało, że śmieszą mnie żarty nie najwyższych lotów.

 "Jajko i ja" Betty Mc Donald to kolejna trafiona w dziesiątkę polecanka młodej pisarki. Tlumaczenie na polski zawdzięczamy córce Wańkowicza - Marcie i paradoksalnie - właśnie "Jajko" rzuca światło na niejasne karty wańkowiczowego życiorysu. Jakiś czas temu przez blogi przetoczyla się dyskusja, czy Wańkowicz był czerwony, czy zaledwie różowy, jak równeiż czy wracając do PRL sprzedał się czy też nie. Jeśli ktoś się zastanawia, czy do powrotu skoniły Mela względy ideowe, finansowe, czy też chęć powrotu do szerszego obiegu czytelniczego, niech weźmie również pod uwagę teorię drobiową.
Otóż pisarz w ciężkich czasach dorabiał sobie do wiecznie zbyt szczupłych tantiem pracą na kurzej fermie. Po tym, jak dzięki Betty McDonald wiem już, jak wygląda taka robota, nie dziwię się już że King wybrał wędzenie się w spalinach w małym, naszpikowanym podsłuchami mieszkanku na rogu Rakowieckiej i Puławskiej. Lepsze to, niż codziennie... wstawać z kurami:).

poniedziałek, 12 listopada 2012

Hurtownia książek: z serii bez entuzjazmu:).


"Prawdziwe życie Sebastiana Knighta" Nabokova to moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Jak głosi fama, jest to wielowarstwowa proza, której kolejne warstwy trzeba zdzierać, co by dokopać się do prawdziwej treści.
Na pewno Nabokov był inteligentnym człowiekiem z wprawą ubierającym swoje myśli w słowa. Natomiast nie jestem pewna, czy chce mi się dokopywać do tych głębszych warstw jego prozy, autor bowiem mocno kojarzył mi się z niektórymi z moich szkolnych kolegów, tymi, którzy byli tak inteligentni, że miało się wrażenie, że ich IQ, zamiast pomagać im w życiu, zaczyna im szkodzić. 
Plus- ta biografia fikcyjnego pisarza może być prawdziwą gratka dla miłośników książek o książkach i pisaniu.

"Opowieści starego Kairu" Nadżiba Mahfuza - tutaj zaczynałam bez entuzjazmu, ale z każdą stroną czytało mi się coraz lepiej. Mahfuz w przeciwieństwie do Nabokova ma opinię bardzo średniego pisarza, który dość niezasłużenie dostał Nobla. Zasłużenienie, czy nie, czasem lepsze jest wysokiej jakości czytadło, niż tor przeszkód zafundowany przez autora z rzekomo wyższej półki.
"Opowieści..." traktują o losach wielodzietnej kairskiej rodziny w czasach I Wojny Światowej. Największy jej atut to wyraziści bohaterowie. A zwłaszcza bardzo różna od polskiej i doskonale opisana mentalność.

"Spalona woda" Carlosa Fuentesa to portret czwórki mieszkańców miasta Meksyk. Niby napisane z biglem i czyta się nieźle, natomiast 
a) nieczytelne były dla mnie odniesienia azteckie, które są osią książki (tytuł pochodzi od nazwy jakiegoś azteckiego rytuału).
b) po 1,5 miesiąca od lektury nie pamiętam NIC. A z moją pamięcią krótkotrwałą naprawdę nie jest jeszcze tak źle:).

"Cesarski poker" Waldemara Łysiaka wylosowałam w stosikowym losowaniu. Trochę się przestraszyłam, gdyż po necie krążą różne jego nowe teksty publikowane głównie w UważamRze i przyznam, że kompletnie nie są w moim guście. 
"Stary Łysiak" to jednak inna bajka. "Poker" to opowieść o wielkiej grze o Europę prowadzonej przez Napoleona oraz jego adwersarza - cara Aleksandra.
Łysiak sprawne kompiluje cytaty z miliona źródeł, formując z nich własną opowieść. Żeby zafrapować czytelnika co chwila doprawia to danie licznymi ciekawostkami z życia seksualnego swoich protagonistów. Da się czytać, chociaż przyznam, że czytałam na wyrywki. Trochę za dużo dla mnie tych detali no i - co mnie w zasadzie obchodzi Napoleon?

P.S. Przepraszam za wczorajsze przedwczesne opublikowanie posta i zaśmiecanie blogrolli/czytników. Kolejne posty postaram się najpierw pisać w Wordzie, to powinno zapobiec kolejnym takim wpadkom.

wtorek, 18 września 2012

"Lenin w Zurychu" - Aleksander Sołżenicyn

-->
Tak się składa, że kończyłam podstawówkę jeszcze w czasach PRL. Załapałam się nawet na akademie ku czci rewolucji październikowej, a w jednej nawet (jako siódmoklasistka) śpiewałam w chórkach. Na szczęście, gdy byłam już w ósmej klasie akademie stały się passe i udało mi się uniknąć recytowania przed całą szkołą jednego z rewolucyjnych evergreenów.
Dlatego trudno mi zrozumieć, dlaczego moja wiedza na temat Lenina, poza kilkoma ogólnikami, sprowadzała się do tego, że leży aktualnie zabalsamowany w mauzoleum na Placu Czerwonym. Nawet moje informacje o jego związku z Nadieżdą Krupską okazały się błędne. Liczni leninofobi z mojego otoczenia wmawiali mi przez lata, że był to związek “na kartę rowerową”, tymczasem okazało się, że został on pobłogosławiony przez popa (inna rzecz, że ślub wzięli tylko dlatego, żeby razem wyjechać na zesłanie).
Czy “Lenin w Zurychu” rozszerzył moją wiedzę? Tak, ale w dość niespodziewanym kierunku. Sołżenicynowski Lenin to domowy tyran ( i to raczej żałosnego kalibru – pomiatający zoną, czujący natomiast respekt przed teściową), zdradzający wyraźne objawy nerwicy natręctw odstępstwo od planu dnia oznaczało dla niego dzień stracony) do tego nękany przez dolegliwości o podłożu psychosomatycznym.
Do tego polityk z niego raczej słaby – buduje swoją partię metodą kolejnych rozłamów i wciąż zaskakują go wydarzenia w kraju (najpierw rewolucja 1905, potem lutowa z 1917-go), co oznacza, że wpływ na nie ma raczej nikły.
Żaden z niego menadżer (od zarządzania partyjnymi zasobami ludzkimi). O charyzmę też go raczej trudno podejrzewać, przynajmniej gdy widzimy go jak peroruje po kawiarniach do garstki znudzonych szwajcarskich działaczy.
Jedyne, co mu wychodzi, to konstruowanie kolejnych wizji przyszłego zwycięstwa rewolucji, założeń, jakimi będzie się kierować to nowe społeczeństwo plus podstawowych śródków koniecznych do osiągnięcia celu (a było to wywołanie wojny domowej w celu zniszczenia więzi społecznych i dekonstrukcja carskiej Rosji).
W zasadzie – dziwna to książka – niby Sołżenicyn pisze o rzadko wspominanych faktach (że bolszewicy byli wspierani i sponsorowani przez Cesarstwo Niemieckie), ale jego Lenin jest jakiś taki pozbawiony pazurów. W dodatku książka kończy się na maju 1917, kiedy nie miał jeszcze szans zamoczyć sobie ich we krwi.
Dla rozszerzenia kontekstu zajrzałam sobie szybko do odpowiednich rozdziałów “Historii świata od 1917 do lat 90-tych” Paula Johnsona (autor koncentruje się tu na czynniku ludzkim i duchowym klimacie epoki, dzięki czemu ksiażka nadaje się świetnie do “zwykłego” czytania) i niby jest to ten sam Lenin, a jednak Johnsonowi jestem w stanie uwierzyć, że ten własnie człowiek był w stanie przejąc cały kraj i zrobić z nim potem to, co mu się podobało.
Fakt, że był socjopatą zadziałał na jego korzyść. Nie istniały dla niego żadne bariery w postaci zasad czy tradycji. Razem z garstką kumpli szli po władzę  na bezczelnego (no i niestety zwyciężyli).
Wygląd ana to, że Sołżenicyn tak naprawdę dokonuje liftingu legendy “dobrego Lenina” (która funkcjonowała sobie w opozycji do “złego Stalina”). Tyle , że dobry oznacza w tym przypadku – słaby.

Wracając do Sołżenicyna- za czasów, kiedy to jeszcze moja podstawówka organizowała te akademie “ku czci”, o których wspomniałam na początku Sołżenicyn (razem z Sacharowem) uznawani byli za symbole antykomunistycznego oporu. Tymczasem rola ruchu dysydenckiego bywała czasem niejasna. Jeśli ktoś chce sobie na ten temat poczytać, warto zajrzeć do Mackiewicza[1].
Ogólnie - kończę to spotkanie z Wladimirem Iliiczem niezbyt wstrząśnięta, ale za to mocno zmieszana.

[1] A konkretnie do : J. Mackiewicz, B.Toporska "Droga Pani..."

Źródło zdjęcia- amazon.com.

piątek, 13 stycznia 2012

Hurtownia książek - mieszanka polsko francuska.


"Teoria zbrodni uprawnionej" Marka Gaszyńskiego to historia ubeka i jego ofiary ciągnąca się od lat 60-tych po czasy współczesne. Plusy: sporo ciekawych detali historycznych i obserwacji z czasów lat studenckich autora (znanego dziennikarza muzycznego). Zobaczymy jak wyglądała jazzująca Warszawa, jak sprytni wykładowcy uodparniali młodzież studencką na nieprawomyślnych pisarzy, wreszcie - dowiemy się jak wyglądała moskiewska szkoła agentów. Minus: część współczesna historii jak dla mnie jest mało realistyczna, autor postarał się, żeby zło zostało ukarane (przynajmniej w jakimś stopniu), krzywdy zaś nagrodzone. Czy aby na pewno tak jest w życiu? Mimo to - polecam:).



Andrzej Kijowski to zapomniany pisarz i działacz opozycyjny. "Rachunek naszych słabości" jest zbiorem jego wydawanych w podziemiu artykułów na różne tematy: literackie, historyczne, autobiograficzne. Najciekawsze są jednak te, które dotyczą stanu świadomości Polaków na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Jeśli kogoś zastanawia, dlaczego jego rodacy najbardziej na świecie cenią święty spokój albo skąd u nas wciąż najniższy (lub jeden z niższych ) w Europie poziom zaufania społecznego, warto zajrzeć do Kijowskiego. Tym bardziej, że nie jest socjologiem, a po prostu mądrym człowiekiem z dużym darem obserwacji rzeczywistości i formułowania myśli. Dodatkowa zaleta tego zbioru artykułów - nie jest powtarzalny. Przy tej formie często się zdarza, że czytelnik zmuszony jest czytać kilkanaście razy na ten sam temat. W związku z powyższym lektura takiego zbiorku albo szybko "zarżnie" czytelnika, albo będzie trwać latami (skarżył się na ten syndrom zacofany w lekturze przy okazji zbioru artykułów Anny Politkowskiej). Tutaj motywy przewodnie wprawdzie się powtarzają, ale spojrzenie autora wciąż wyławia nowe ich aspekty, dzięki czemu książkę dało się przeczytać w kilka dni. Co za ulga.




Czasy Ludwika XII. Colas jest zamożnym mieszczaninem, rzeźbiarzem, ojcem gromady dorosłych dzieci, mężem pewnej sekutnicy, a do tego miłośnikiem dobrej zabawy i miłego spędzania czasu z przyjaciółmi. Jak wpłynie na jego podejście do życia utrata (w krótkim czasie) zdrowia, majątku i żony? Tak książka to dowód na to, że Nobel nie zawsze oznacza "flaki z olejem". Zachwyci także zwolenników tezy, że Francja była zawsze laicka.




Molier - syn tapicera, niedoszły prawnik, nieudany aktor dramatyczny i wielki talent komediowy mimo woli. Podejrzewany przez współczesnych o to, że ożenił się z własną córką. Bystry, bezkompromisowy obserwator ludzkich wad, z talentem przenoszący wszelkie ludzkie śmiesznostki na scenę, kierował się w swojej twórczości zasadą "No mercy", przez co zraził do siebie niemal wszystkich, poza królem.
Za opisanie życia tej barwnej postaci zabrał się inny piszący aktor (z wykształcenia jednak nie prawnik, a lekarz) - Michaił Bułhakow. Jeśli intuicja wam podpowiada, że ta lektura nie może być nieudana- zapewne podpowiada słusznie:).

niedziela, 3 lipca 2011

Izydor w okopach (notka zmilitaryzowana)

Znowu notka hurtowa, a w niej kilka książek, tak wyszło, że głównie o książkach luźno związanych z tematyką wojenną...

Nic nowego pewnie nie napiszę o "Długim marszu". O historii "wielkiej ucieczki" z sowieckiego łagru po ekranizacji Petera Weira słyszeli już chyba wszyscy. Wiele ciekawych informacji znajdziecie na blogu "Fotel przy kominku", między innymi o historii powstania książki, autor bloga zadał sobie również sporo trudu w zestawieniu głosów krytycznych dotyczących książki (min. dotyczącej autentyczności opisywanej historii) i bezlitośnie się z nimi rozprawił:).

Moim zdaniem największą jej zaletą jest wciągająca historia (która zaowocowała ekranizacją i 20 milionami sprzedanych egzemplarzy na świecie) w połączeniu z faktem, że opowiada o reżimie komunistycznym. Popularnych historii odsłaniających ciemne strony faszyzmu jest sporo. Działalność partii faszystowskich jest w wielu państwach zakazana. Tymczasem jeśli chodzi o komunizm - mamy koszulki z Che Guevarą, pielgrzymki noblistów do Fidela, a literatury łagrowej jakoś nikt nie ekranizuje. Tymczasem "Długi marsz" w skondensowany sposób przekazuje spory ładunek informacji o archipelagu "Gułag". Zaawansowani znawcy tematu zapewne wzruszą tylko ramionami. Ilu jest jednak takich na Zachodzie?
W czasach, gdy ja chodziłam do liceum, w programie był jeszcze "Inny świat" Herlinga-Grudzińskiego. Czy chyłkiem nie opuścił listy lektur albo nie został przycięty do kilku fragmentów? Czy za kilka lat w szkole w ogóle będzie się można dowiedzieć czegokolwiek na temat patologii systemu komunistycznego?
Na wszelki wypadek warto się zatem zaopatrzyć w egzemplarz "Długiego marszu". Książka zresztą świetnie się nadaje na prezent. Podarowana zazwyczaj nie kurzy się na półce, lecz jest czytana przez kilka osób.


"Jak żołnierz gramofon reperował" miała dotyczyć wojny w Bośni. Tymczasem akcja książki wojnę w zasadzie omija. Pozornie jest to historia gwałtownie zakończonego idylicznego dzieciństwa (w scenerii znanej wszystkim z filmów Kusturicy). W momencie, gdy wojna wybucha, bohater, 14-letni Aleksandar, syn Serba i muzułmańskiej Bośniaczki, jest już w drodze do Niemiec, gdzie za kilka lat będzie uznany za "modelowy przykład integracji". Ominie go nie tylko sama wojna, ale także niektóre najcięższe psychologicznie jej skutki (np. konieczość spotykania codziennie na ulicy ludzi, którzy wyrządzili krzywdę jego rodzinie). Ale i tak zapłaci swoją daninę. Tyle, że w zupełnie innej formie.
Książka, nasycona magicznym realizmem i absurdalnymi opowieściami, początkowo mi się podobała. Potem zaczęły mnie jednak irytować powracające co chwila motywy, te same historie opowiedziane na wiele sposobów. Może nie zrozumiałam celu tego zabiegu. Jednak mimo wszystko bilans po jej przeczytaniu wypada na plus.



"Czarny ptasior" to reportaz na temat okupacyjnych losów Jerzego Kosińskiego. Niewiele ma wspólnego z "Malowanym ptakiem" (poza scenerią podtarnobrzeskiej wioski, w której się ukywał). Zgadzam sie jednak z autorką, prawda nie jest może tak efektowna, ale za to znacznie ciekawsza. Na pierwszy plan wysuwa się tu [postać ojca, mądrego człowieka, który potrafił bezpiecznie przeprowadzić swoją rodzinę przez czas okupacji (było to zapewne porównywalnie trudne do wykonania, jak przeprawa suchą stopą przez Morze Czerwone).
Historia z wieloma zakrętami (jednym z nich było wejście Armii Czerwonej) i znakami zapytania. Moim zdaniem- warta poznania.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Hurtownia książek- od Lindgren do Akunina:)

I znowu lenistwo wzięło górę- kilka książek, o których nie będę (z różnych powodów) pisać szerzej. Zatem znowu hurtem:).

"Samuel August z Sevedstorp i Hanna z Hult"- Astrid Lindgren- dwa opowiadania, tym razem dla dorosłego czytelnika, pierwsze, tytułowe to historia miłości jej rodziców, drugie zatytułowane "Pamiętam" poświęcone jest ludziom, którzy towarzyszyli jej dzieciństwu- parobkom, pokojówkom, itd. Ogólnie to książka o czasach (początek XX wieku), gdy wszystko było prostsze, łatwiej było wychowywać dzieci i ... fajniej było być dzieckiem. Polecam.



"Wyspa sprzątaczek" Mileny Moser traktuje o sprzątaczce z piekła rodem- grzebiącej w papierach, czytającej pamiętniki, wyjadającej zapasy, po godzinach zaś uwodzącej potomstwo chlebodawców. a w dodatku tylko symulującej sprzątanie. Można by się nabawić prawdziwej sprzątaczkofobii, gdyby nie fakt, że całość skręca w kocu w stronę mocno groteskowej bajki, a sprzątaczka okazuje się istotą o złotym sercu. Całkiem nieźle się czyta, rzecz to co najmniej ze średniej półki.



Z "Diabelską przypadłością" Jacka Dąbały schodzimy o pół półki niżej, ale ciągle nie jest źle. Fabuła mocno zakręcona- oświęcimski lekarz dokonuje pionierskiego zabiegu klonowania (swojej zmarłej ukochanej). Dziewięć miesiący później polska matka zastępcza rodzi małą Marysię i porzuca ją w sierocińcu. Świat jeszcze nie wie, ale oto narodziła się polska Lisbet Salander (skrzyżowana z Larą Croft), piękna, inteligentna i amoralna kobieta, którą jednak w życiu kręcą komunistyczne hasła i przyjaźń z Markiem- nieco fajtłapowatym kumplem z domu dziecka. Tylko dla niego skłonna jest zrobić wszystko. Dosłownie wszystko. Czyta się całkiem nieźle, a że to wszystko wyssane z palca? Cóż.. A Lisbet Salander to niby była prawdziwa?

"Kochance śmierci" Borisa Akunina kiedyś poświęciłabym pewnie oddzielną notkę. Jednak ta część cyklu o Eraście Fandorinie (moskiewskim śledczym z przełomu XIX i XX wieku), jest albo słabsza, albo Akunin już mi się przejadł. Tym razem śledztwo dotyczy klubu samobójców, jednak zanim Fandorin rozgryzie sprawę, niemal wszyscy zdążą się pozabijać - cóż, najwyraźniej obniżka formy. Plusem była dla mnie tylko postać Kolombiny- osiemnastoletniej nihilistki, która w głębi duszy wciąż pozostała rezolutną Maszą z Syberii i zupełnie nie daje się skłonić do popełnienia samobójstwa.
Nie podobało mi się również to, że nadmiernie wyszły na wierzch polityczne sympatie autora, niektóre złote myśli świetnie by pasowały do materiałów propagandowych partii "Jedna Rosja". Ogólnie- książka raczej dla zdecydowanych fanów Akunina.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Interesujący mężczyźni- Mikołaj Leskow


Taka sobie historia tragicznej miłości żołnierza do żony dowódcy, będąca ilustracją tezy, że interesujący są jedynie mężczyźni, kierujący się w życiu honorem. Nie byłoby w niej nic specjalnie ciekawego, gdyby nie fakt, że jednym z bohaterów jest Polak, co nam daje okazję okazję zapoznania się z licznymi antypolskimi stereotypami funkcjonującymi w Rosji ponad 100 lat temu (ciekawe ile z nich pozostało w obiegu do dziś).
Dla lubiących przeglądać się w krzywym zwierciadle.

piątek, 21 stycznia 2011

"Dla Nikity"- Polina Daszkowa


Książki pożyczone kiedyś pożrą mnie żywcem. Zamiast swobodnie wybierać spośród ponad 100 nieczytanych książek, które mam w domu, mój wybór z konieczności ogranicza się do kilku, wypadałoby bowiem kiedyś je oddać.
Ostatnio zaatakowały mnie rosyjskie kryminały, po "humorystycznej" (w cudzysłowie, bo to rzecz względna, co kogo śmieszy) Doncowej, przyszła do mnie pocztą śmiertelnie poważna Daszkowa.
Ta autorka najwyraźniej należy do tych, którym "nie jest wszystko jedno" i nie zajmuje się dyrdymałami, bierze za to na warsztat tematy ważne- czyli tym razem sekty, które w post-sowieckimspołeczeństwie rosną jak grzyby po deszczu i rozkwitają tysiącem kwiatów.
Przyczyn tego jest kilka, i autorka je wszystkie zręcznie punktuje:
-ludzie odzwyczaili się od myślenia, i szukają kogoś, kto zdejmie z nich ten uciążliwy obowiązek
-wielu potrzebuje przywództwa, w każdej dziedzinie życia
-istnieje wreszcie wielki głód duchowości, który po wyrugowaniu z życia i świadomości ludzi prawosławia (funkcjonuje ono w formie żywej, a nie jako rytuał już tylko wśród niektórych seniorów), zapełniają wszelkiej maści hochsztaplerzy.
Widać też, że Daszkowa odrobiła lekcję na temat tego, skąd się wzięły nowe ruchy quasi-religijne i jakie są ich międzynarodowe powiązania. Dostrzega też niebezpieczeństwa, jakie niosą ze sobą dla nieprzygotowanego do tego Europejczyka religie pochodzące ze wschodu.
Znajdziemy w tej książce wiele ciekawych informacji choćby o powiązaniach miedzy politykami a mafią, metodach manipulacji śledztwem i ukrywaniu dowodówprzestępstw, wreszcie o życiu rosyjskich wykluczonych (choćby taki szczegół skąd bierze się niemowlęta wykorzystywane do żebractwa, i co robi się z nimi, gdy skończy się ich "okres przydatności").
Słowem jest to książka bardzo ciekawa, i byłaby naprawdę godna polecenia, gdyby był to reportaż. Niestety jest to kryminał, który powinien mieć również fabułę, a ta z kolei powinna trzymać się kupy. W tym przypadku niestety tak nie jest.
Być może bym nawet tego tak szybko nie zauważyła, gdyby nie to, że próbowałam sobie tę fabułę ułożyć w głowie na potrzeby tej notki.
I co rusz brakowało mi jakiegoś kluczowego elementu łączącego postaci.
Udało mi się wykombinować tyle:
Iwan Jegorow, były pilot Aeroflotu, w wyniku działalności sekty, stracił żonę i starszego syna, młodszy zaś od 4 lat przebywa na odziale psychiatrii dziecięcej moskiewskiego szpitala w stanie zbliżonym do katatonii.
Ojciec postanawia się zemścić na sprawcach swojego nieszczęścia, do czego angażuje pisarza Nikitę, oraz Nikę- żonę polityka powiązanego z sektą.
Żeby skomplikować sprawę- Nika i Nikita byli kiedyś małżeństwem, mimo, że rozstali się w kiepskiej atmosferze, to ich wzajemne uczucie ciągle do końca nie wygasło.
Tyle jeśli chodzi o zawiązanie akcji, na szczęście książka składa się również z licznych retrospekcji dotyczących kluczowych bohaterów. Dzięki temu można nawet nie zauważyć kulejącej fabuły.
Zastanawiałam się nad oceną rozwiązania jednej z zagadek (jakie były losy syna i żony Jegorowa po zaginięciu). Jest ono bowiem tak kosmiczne, że aż nie mieści się w głowie. Ale być może ma ono jednak sens. Jest częścią tamtejrzeczywistości, gdzie ludzie tak przyzwyczaili się do braku szacunku dla człowieka, że stało się to dla nich czymś oczywistym.
Pora na podsumowanie- książkę, mimo szwankującej fabuły, oceniam pozytywnie. Pewnie lepiej byłoby sięgnąć po jakiś reportaż o podobnej tematyce, ale z braku laku nieco wiedzy można znaleźć i w zwykłym kryminałku.
Natomiast nie wiem, czy będę sięgać po kolejne pozycje jej autorstwa, jeśli już to bardzo ostrożnie, bo gdyby nie tematyka i jej potraktowanie, to byłaby to po prostu literacka kicha.

wtorek, 18 stycznia 2011

"Manikiur dla nieboszczyka"- Daria Doncowa


"Manikiur dla nieboszczyka" przypomina nieco powieść młodzieżową- bohaterka, postawiona w trudnej sytuacji dojrzewa, uczy się odpowiedzialności za inne osoby, dowiaduje się wielu rzeczy o własnych umiejętnościach i predyspozycjach, a do tego jeszcze opanowuje tak kluczowe umiejętności jak sprzątanie, gotowanie i organizacja czasu.
Szkopuł w tym, że bohaterka nie ma lat 13, 15 czy nawet 18, ale 36... Tak się bowiem zdarzyło, że przez lata była pod opieką mamusi, następnie bogatego męża, a do tego uprawiała zawód wymagający względnej izolacji- była harfistką.
Nieprzygotowana do życia Eulampia (w skrócie Lampka), pewnego dnia jednak musi porzucić swoją bezproblemową egzystencję. Przypadkowo poznaje szaloną chirurg- Katię. Gdy ta, niemal na jej oczach, zostaje porwana przez mafię, Lampka musi zaopiekować się jej rodziną, a przy okazji uratować swoją znajomą i rozwiązać liczne zagadki kryminalne łączące się z jej porwaniem. Czy poradzi sobie z tym zadaniem? Zachęcam do sprawdzenia.
Acha- ksiażka jest z nurtu tzw. kryminału humorystycznego. Czasem przypomina Chmielewską (zaczynając karierę autorka tak zresztą była właśnie reklamowana na rynku rosyjskim, gdzie nasza pisarka ma sporą renomę) , z tym Doncowa trzyma fabułę żelazną ręką, przez co jej książki są dużo spójniejsze od tych Chmielewskiej. Polecam miłośnikom gatunku.

Zdjęcie ze strony wydawcy.

środa, 24 listopada 2010

"Czarna lista" - Aleksandra Marinina


Z kryminałami Marininy miałam do czynienia przy okazji cyklu o Anastazji Kamieńskie, tu na scenę trafia nowy bohater- Władisław Stasow. Milicjant tuż przed wcześniejszą emeryturą wraz z 8-letnią córeczką Lili, wybieraja się na urlop do czarnomorskiego kurortu, gdzie właśnie odbywa się festiwal filmowy. Zamiast podrywania lasek Stasow jest zmuszony przez okoliczności i byłą żonę do zajęcia się rozwiązaniem zagadki śmierci pretendentki do głównej nagrody. Wkrótce wśród filmowej braci trup zaczyna się ścielić gęsto, okazuje się, że kolejne ofiary figurują na tajemniczej Czarnej Liście, do której klucz ma...8 letnia Lili.
Trochę paradoksalna książka- jest zabawniejsza niż cykl o Kamieńskiej (przynajmniej dopóki babiarski styl życia Stasowa nie ustępuje przed potrzebą znalezienia nowej mamy dla swojej Lili), a jednocześnie dużo bardziej pesymistyczna. Co z tego, że bezpośrednie rozwiązanie zagadki Festiwalu Trupów jest ciekawe, przypominające nieco "Underground" Kusturicy, skoro za tym wszystkim stoi po prostu mafia, której milicja może co najwyżej podskoczyć, a uczciwi policjanci w zależności od osobistego pecha a) zdążą przejść na emeryturę b) albo giną. Polecam tę książkę.