Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyczne. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 czerwca 2014

Żukow - cień zwycięstwa - Wiktor Suworow.



Suworow postanowił w któryms momencie chyba przebić ilością opublikowanych tomów Barbarę Cartland, bo jakas połowa książki to tak nieznośne wodolejstwo, że nawet jego gawędziarski styl autora nie zapobiega atakom ziewania. Wygląda to mniej więcej tak - cytat z autobiografii Żukowa, troche natrząsania się z "geniusza strategii" i konfronttacja z innymi źródłami.
Jak już zaczyna się robić trochę ciekawiej, autor odsyła do kolejnego tomu.
W tym gąszczu łatwo zagubić sedno sprawy, a mianowicie takie, że oficjalna biografia słynnego marszałka ZSRR jest w większości sfabrykowana, składa się z cudzych sukcesów i pomija nader liczne porażki. Okazuje się, że jedyne, w czym generał był naprawdę dobry, to przelewanie krwi swoich żołnierzy, bez drgnienia powieki.
Niepostrzeżenie wychodzi z tego opowieść o mocy propagandy i tworzeniu historycznych mitów.
Pozostajemy przy okazji z pytaniem - ile takich mitologicznych postaci funkcjonuje w naszych dziejach? Na ile nasza wiedza historyczna ma jakiekolwiek oparcie w faktach?



wtorek, 20 maja 2014

Królobójcy - Wacław Gąsiorowski

Pisana z pasją i na gorąco publicystyka historyczna z 1905 - o losach panujących w Rosji (od Iwana Groźnego do Mikołaja II), którzy nader często rozstawali się ze światem w sposób daleki od naturalnego. 
Do wybuchu rewolucji pażdziernikowej była hitem na skalę europejską: przekłady, pirackie wydania, autografy i mdlejące fanki. Gąsiorowski wyciągnął na światło dzienne wiele tematów tabu rosyjskiej historii, które zazwyczaj zamiatano pod dywan - skandale seksualne, przypadki zabójstw lub śmierci w niejasnych okolicznościach licznych panujących, wreszcie okrucieństwa caratu.
Po 1917 jednak karta historii się odwróciła, katedry uniwersyteckie przejęli czerwoni zwycięzcy i to, co w 1905 miało posmak sensacji stało się banałem. W dwudziestoleciu międzywojennym niedawny megahit miał tylko jedno wznowienie w Polsce.

Czy warto po nią sięgać teraz? Moim zdaniem tak. Dzięki sensacyjnej tonacji historia Rosji sama wchodzi do głowy (mi na przykład przestali mi się mylić efemeryczni carowie między Piotrem I a Katarzyną II). A autor wcale nie poprzestaje na tematyce kto z kim, kiedy i ile razy, pobieżnie omawia wszystkie punkty węzłowe historii imperium.

Drugi powód to solidna porcja wiedzy na temat terroru w Rosji drugiej połowy XIX wieku, liczne szczegóły na temat zamachów. Już chyba wiem, dlaczego Raskolnikow musiał zabić lichwiarkę - taki wtedy panował klimat.

Co nietypowe - książka wcale nie jest napisana z polskiej perspektywy, Polakom poświęca autor mniej więcej tyle uwago co np. Finom. Pewnie to jedna z przyczyn jej europejskiej popularności sto la temu.





piątek, 16 maja 2014

Hurtownia książek - nowa dostawa.

Czas leci, książek przeczytanych przybywa, tylko na blogu posucha.
Aby nie dopuścić do zastoju - kolejna hurtownia zmajstrowana ze ścinków z Facebooka, gdzie w tym roku pracowicie odnotowuję wszystkie lektury w grupie 52 książki.

 "Złota Mucha" - Joanna Chmielewska

Chmielewska, kobieta wielu pasji tym razem próbuje zarazić swoją miłością do bursztynu (uważajcie, skutecznie:)) i to niekoniecznie takiego w formie biżuterii. Widać, że autorce nie są obce i techniki połowu i podstawy obróbki. Kusi mnie, żeby zaopatrzyć się w podbierak i wędkarskie kalosze i ruszyć na Mierzeję Wiślaną ... w listopadzie. Acha - tak w ogóle "Złota Mucha" to kryminał. Ale tym razem kompletnie nie ważne, kto zabił. Liczy się bursztyn. 
Taki jak ten.


"Kapelusz cały w czereśniach" - Oriana Fallaci

Urocze, aczkolwiek szkoda, że autorka nie zdążyła jeszcze trochę podszlifować tego diamentu. Bo nieco za duży!
Ta 800 stronicowa książka to cztery najciekawsze historie rodzinne z domowego archiwum pani Fallaci. Ponieważ rozgrywają się one w latach 1780-1890, autorka nie bazowała tylko na ułomnej przecież pamięci swojej i swoich bliskich, tylko podparła się dziennikarsko-historycznym śledztwem. Dowiadujemy się niemal wszystkiego nie tylko o jej rodzinie, ale tez o tzw tle - ówczesnej modzie, wynalazkach i cenie jaj w skupie. Moim zdaniem z tym tłem nieco przedobrzyła, zwłaszcza w dwóch ostatnich opowieściach, których z uwagi na chorobę nie zdążyła już sama zredagować. Ale mimo to polecam:). Na przykład przed podróżą do Toskanii. Przynajmniej będziecie wiedzieli, kto stąpał po tych samych kamieniach, o czym marzył i ... jak był ubrany:).


"Nowe Kłopoty z historią" -  Piotr Gontarczyk

Artykuły prasowe z lat 2006-2008, mocno osadzone w źródłach IPN. Min. o prof Baumanie, Reich- Ranickim - niemieckim papieżu krytyki literackiej a także o rosyjskim programie szkolnym nauki historii.Jak to artykuły - łatwostrawne, a czasem trafia się bonus w postaci tematu, o którym człowiek miał wcześniej niewielkie pojęcie.







"Jabłoń" - John Galsworthy

- seria koliber jest niezastąpiona, jeśli chce się szybko nabić licznik przeczytanych książek
- A co do treści, to kojarzy mi się ta piosenka:) https://www.youtube.com/watch?v=404oPn6tudE&feature=kp.







"Dom nad rzeką Moskwą" - Jurij Trifonow.

Trifonow fajnie pisze, pozornie od niechcenia i bez wysiłku. Jednak ja chwilowo podziękuję. Już nawet nie chodzi o mało atrakcyjna radziecką rzeczywistość, ale o wyjątkowo odrażających bohaterów.
P.S. Pisarz nie był żadnym dysydentem, a mimo to sprawnie sobie radził z radzieckimi tematami tabu, a to dzięki eufemizmom. Zamiast zsyłek czy gułagów mamy np. przeprowadzki na północ. O donosicielstwie pisze, jakby to był niemal rutynowy zabieg higieniczny, który każdy człowiek sowiecki przechodzi kilka razy w roku, acz nie od razu z przyjemnością. W dodatku nie widać, żeby Trifonow z trudnymi tematami się krył. Takie to wszystko było oczywiste?


"Następca" - Ismail Kadare

Trochę kryminał, trochę studium tyranii, oparte na faktach. Kontynuacja "Córki Agamemnona", która w swoim czasie nieźle mną trzepnęła, jakoś nie wytworzyła we mnie tego napięcia, co cześć pierwsza. Pewnie dlatego, że powstała w "łatwiejszych" latach 90-tych, nie musiała być już przemycana w pomysłowy sposób na zachód, autorowi za jej opublikowanie już nic nie groziło... A mimo to "Następca" godny jest polecenia, nie tylko dlatego, że temat tyranii zawsze warto sobie odświeżyć, tak ku pamięci. Autor osadza powieść w nurcie albańskiej historii i nasyca ją detalami tamtej rzeczywistości, tak, że kraj przestaje nam się kojarzyć tylko z biedą, mafią i bunkrami.



"Kochana córeczka" i "Od siódmej rano" - Eric Malpass

Wg Tołstoja (słynny początek "Anny Kareniny") wszystkie szczęśliwe rodziny są takie same. Po lekturze Malpassa chciałam początkowo temu zdaniu gorąco zaprzeczyć, ale paradoksalnie, hrabia Lew może mieć rację. Wygląda na to, że wspólnym mianownikiem szczęśliwych rodzin jest co najmniej jeden ekscentryk. Im więcej oryginałów (w wieku od oseska do lekko już nadgryzionego zębem czasu seniora, tym większy poziom familijnego dobrostanu. Cóż, może coś w tym jest:).
A co do samych książek - odstresowywacze wielorazowego użytku, polecam.



"Wyzwoliciele" ("Żołnierze wolności") - Wiktor Suworow

Oparte na wspomnieniach autora migawki ze służby w Armii Czerwonej w latach 60-tych (uwieńczone inwazją na Czechosłowację). Chluba i duma ZSRR nie wydaje się niezwyciężona. Można by się pośmiać z licznych absurdów i szwejkizmów, ale warto zadać sobie pytanie, dlaczego nikt nie ośmielił się tknąć tego papierowego tygrysa?
Podrzucam trop - armia radziecka w trakcie inwazji na naszego południowego sąsiada żywiła się niemal wyłącznie amerykańskimi i  europejskimi konserwami, o ile dobrze zrozumiałam - z pomocy humanitarnej. Jednocześnie USA zwiększało zaangażowanie w Wietnamie. Najwyraźniej więc nie wiedziała lewica, co czyniła prawica.


zdjęcia. 1. antykwariat.waw.pl, 2. wydawnictwoliterackie.pl, 3. multibook.pl, 4,5.lubimyczytac.pl, 6. antykwariatnws.pl, 7.moichlopcy.pl, 8.bestsellery.net


poniedziałek, 5 maja 2014

Joanna, moja światłość - Hanna Muszyńska-Hoffmannowa

 To powieść o Joannie Grudzińskiej, polskiej żonie Wielkiego Księcia Konstantego i cztery inne historie powiązane z rezydencją Księżnej Łowickiej w Skierniewicach (w tym jedna o Ignacym Krasickim). Początkowo niesamowity chillout i możliwość zanurzenia się w innej rzeczywistości: damy, krynoliny, dworskie skandaliki. Rzeczywiście (jak słusznie zauważyła nieodżałowana Lirael*) Muszyńska nieźle się odnajduje w emploi pisarki historycznej. Tak mi to trochę wyglądało, jakby szukała ucieczki od siermiężnego PRL-u w czasy nieco barwniejsze. Co więcej - mam wrażenie, że próbowała też popularyzować pozornie mało atrakcyjne (żeby nie powiedzieć zapyziałe) rejony turystyczne w Polsce. Tu na tapecie są Skierniewice, w innej książce  - Kwitnące Floksy - zapraszała do wyprawy w łomżyńskie. No nic, może kiedyś się skuszę:).
Wszyscy wiemy jak skończył Konstanty - Noc Listopadowa, ucieczka do Rosji i nagły zgon gdzieś po drodze do Pitra. Joanna zresztą skończyła podobnie - nie możemy się więc spodziewać, że sielanka między delikatną Polką a troglodytą szlachetnego rodu, będzie trwała do końca. Muszyńska wyciąga wiele sytuacji, gdy być może stając po stronie Romanowów, a nie własnego narodu, Joanna mogła się narazić Polakom. Choć nie kładzie Konstantego na kozetce, jak Rymkiewicz w "Wielkim Księciu", też sugeruje, że przypuszczalnie został otruty (przez medyka-niemedyka przysłanego przez brata Mikołaja I) i najprawdopodobniej rzeczywiście zaważyła tu mało zdecydowana postawa wobec Powstania Listopadowego.
Polecam szukających niegłupiej książki o walorach dobrego czytadła, a Anek dziękuję za inspirację.






*Linki do tekstół Lirael o p. Muszyńskiej Hoffmannowej (1), (2)

wtorek, 18 marca 2014

"Pierścień rybaka" - Jean Raspail

Niewola awiniońska, schizma zachodnia, sobór w Konstancji i jeszcze kilka haseł które niejasno kojarzą mi się ze szkolnych lekcji historii (XIV/XV wiek) zostały nie tylko otrzepane przez pana Raspaila z kurzu, ale do tego tak skutecznie ożywione, że z wypiekami na twarzy czytałam o papieżach, antypapieżach, wzajemnych ekskomunikach i niekończącej się grze ambicji. W dodatku książka napisana jest z nietypowej dla Polaka perspektywy. Pisarz, było nie było Francuz, za "bardziej papieskich" papieży uznał raczej awinionczyków. Polacy zaś zawsze uznawali obiediencję rzymską.
Zresztą - Raspail ma swoje racje - wybór pierwszego awiniońskiego "antypapieża" został dokonany przez to samo kolegium, co jego rzymskiego odpowiednika, tyle, że wybór rzymski nastąpił pod przymusem. Nie wspomnę tu o kontrowersyjnym postępowaniu papieży z Wiecznego Miasta z tamtego okresu, które ostatecznie nie jest argumentem prawnym. Oprócz tej nietypowej perspektywy mamy też masę informacji z epoki podanych w przystępnej formie. Niemal nie ma tu fikcyjnych postaci i wątków fabularnych, a mimo to, tę szczegółową powtórkę z historii po prostu się wciąga jedną dziurką od nosa.
Autor z lubością wyciąga różne prawne kruczki, które pozwoliły na przezwyciężenie (czy aby na pewno?) kryzysu papiestwa w XV wieku (zwłaszcza pełen nadużyć sobór w Konstancji) i jednocześnie ostrzega przed wykorzystaniem tych precedensów w przypadku kolejnego kryzysu.
Warto wziąć to pod uwagę nie tylko dlatego,  że futurologiczne wizje autora już raz się spełniły (w czasie rozruchów we Francji w 2005 przywoływano często jego "Obóz świętych" z 1973, który przewidywał tę sytuację). Życie dopisuje komentarz do literatury niemalże online.
W lutym 2014 przetoczyła się przez media fala spekulacji o legalności abdykacji Benedykta XVI, co zmusiło unikającego zazwyczaj rozgłosu papieża seniora do publicznego zabrania głosu i sprostowania tych rewelacji. Widać, że tęsknota za dwoma papieżami w wielu środowiskach nie gaśnie ... od wieków:). Co tam zresztą dwoma.  W XV wieku było ich w którymś momencie trzech, a wszystko wskazywało na to, że mogą się rozmnożyć jeszcze liczniej. To dopiero gratka.
Oprócz wątku historycznego mamy też współczesny, w konwencji thrillera, ale o nim pisać nie będę, gdyż łatwo go "spalić".
Książkę oczywiście polecam - jako ciekawe repetytorium z historii a do tego niegłupią rozrywkę.

wtorek, 4 lutego 2014

Hurtownia książek - Oates, Shafak, Rymkiewicz, Chmielewska


"Honor" - Elif Shafak to literacka pulpa - dość smaczna, lekkostrawna, ale czy pożywna? Autorka opracowała temat kryminalno obyczajowy w lekko baśniowej konwencji i nadała mu wdzięczny kształt sagi rodzinnej. Efekt - idealny egzemplarz pokazowy w kategorii "literatura środka". Dodam jeszcze, że wciąga. I to bardzo:).






 "Czarna dziewczyna, biała dziewczyna" Joyce Carol Oates


Czterdziestoletnia pisarka wspomina swój pierwszy semestr na studiach. Relacja przebiega dwutorowo - na pierwszym planie mamy próby zaprzyjaźnienia się dziewczyny z czarną współlokatorką, na drugim echa wydarzeń domowych (a dom to niezwykły, bo hipisowskich prominentów). Początkowo nudna ta historia jak flaki z olejem, ale stopniowo czytelnik czuje, ze coś jest nie tak, tylko nie wiadomo dokladnie na jakim obszarze książki. Wyczuwa się, że narratorka kłamie lub opowiada z mocno skrzywionej perspektywy, ale konia z rzędem temu, kto wpadnie na to, gdzie tkwi haczyk. [Przyznam, że ja nie wpadłam].


"Wielkie zasługi" - Joanna Chmielewska

Zamiast opisu wklejam ten oto demotywator (za inspirację dziękuję Natanie). 
"Wielkie zasługi" to książka w tej chwili już historyczno -fantastyczna. Nie ma już Pawełka i Janeczki. Nie ma już tych wszystkich przedsiębiorczych 10-11 latków, którzy zaczynali od eksploracji podwórka w wieku przedszkolnym, a kończyli daleko poza nim. No dobra, może kilka sztuk się ostało, ale wszyscy, zamiast po ciemku latać po lesie i tropić podejrzanych, marzą tylko o tym, żeby przyszedł do nich list z Hogwartu.  Zaś reszta populacji to Mizie płci obojga, których przestraszy nawet mrówka, o poważnym przestępcy nie wspominając...
Tak to się kończą te moje sentymantalne powroty do książek - wielkim narzekaniem:).

"Wielki Książę" - Jarosław Marek Rymkiewicz

Wiecznie żywy motyw uczłowieczania Tytusa w wariancie XIX -wiecznym, czyli o tym, jak polski duch narodowy przerobił brutalnego i nieokrzesanego Wielkiego Księcia Konstantego na prawie-Polaka. Trochę tu Rymkiewiczowej historiozofii, którą przyjęłam dość obojętnie (choćby właśnie teorię polskiego ducha narodowego). "Wielki Książę" sprawdza się natomiast świetnie jako literacki wehikuł czasu. Otwieramy książkę i myk... już jesteśmy w Warszawie epoki empire. Nader odświeżająca to podróż.

czwartek, 9 stycznia 2014

Hrabina Cosel - J.I.Kraszewski

"Jestem w Dreźnie, skaczę i tańcuję, a zmęczony jestem daleko więcej, niż gdybym co dzień po dwa jelenie uszczuł. Wracam do domu znużony przebytymi tu przyjemnościami. Z pewnością żyje się tu nie po chrześcijańsku, ale Bóg mi świadkiem, żem w tym żadnej przyjemności nie czuł i wracam tak czysty, jak przybyłem." [1]
Ten fragment listu Fryderyka Wilhelma Hohenzollerna jest mimowolnym komentarzem nie tylko do panowania elektora saskiego Fryderyka Augusta Wettina (w Polsce znanego jako August Mocny), ale przy okazji do jego związku z hrabiną Cosel.
Mocny był postacią nietuzinkową. Na poletku saskim wcale nie był tak słabym politykiem, jak na polskim, jednak dziedziną, gdzie spełniał się w stu procentach były imprezy i romanse. Wzruszycie ramionami, że nic w tym dziwnego, że takie zainteresowania może mieć nawet przeciętnie inteligentny szympans? Niby tak, ale Wettin zawiesił poprzeczkę w obydwu dziedzinach na niebotycznym poziomie. Przytoczone przez JIK-a pomysły zabaw dla wysoko urodzonych są chyba niedoścignionym wzorem dla współczesnych event-plannerów. Nie tylko ze względu na koszty, ale i na brak fantazji. Jeśli zaś chodzi o drugie pole jego działalności, nazwijmy je romansowym, również nie brakowało mu rozmachu - liczbę potomków elektora szacuje się na...345.
Jakie było w tym wszystkim miejsce Cosel - metresy Wettina i matki jego (wygląda na to, że zaledwie) trójki dzieci?
Mniej więcej takie, jak opisuje to Fryderyk pruski - w dzień robota przy skokach, tańcach i szczuciu jeleni, dodatkowo ekwiwalent kilku jeleni nocą. Próba zaś ustawienia związku i jego zakończenia na swoich warunkach, skończyła się dla hrabiny zamknięciem w wieży. Co może nie było takie złe, po ośmiu latach niszczącego trybu życia siły regeneruje się pewnie znacznie dłużej.
Narzekałam ostatnio na JIK-a, że kiepski z niego psycholog, teraz muszę nieco skorygowac tę opinię. Gdy bierze na warsztat osobe z krwi i kości, a nie wyimaginowaną kresową dziewicę, idzie mu znacznie lepiej. Czytelnik śledzi losy Cosel, zwłaszcza te po rozstaniu i ciągle zadaje sobie pytanie: dlaczego tak pokierowała swoim losem? Dlaczego nie chciała, jak inne metresy króla, spaść na cztery łapy? Hrabina jest enigmatyczna i ciągle się nam wynika, a zafascynowany nią JIK chyba sam nie jest do końca zgłębić jej tajemnicy.
Wygląda na to, że po "Bruehlu" to kolejna udana pozycja z cyklu saskiego.





(1) Hrabina Cosel, t.2, s. 194, Warszawa 1950

wtorek, 7 stycznia 2014

Lodołamacz - Wiktor Suworow



Suworow był dawnymi czasy tuzem literatury dysydenckiej i podziemnej czytanym z wypiekami na twarzy. Wypieki te powinny być pewnie warunkowe lub jednostronne, gdyż autor jest wieloletnim pracownikiem radzieckiego wywiadu wojskowego GRU, a instytuacja ta, jak głosi wieść gminna, raczej nie rozwiązuje umów o pracę. Zostaje zatem cień wątpliwości, czy nie pisze  on przypadkiem w ramach zadań służbowych. Dlaczego? Ma na przykład niespotykanie wyluzowany stosunek do Stalina i wyraźnie docenia niektóre jego umiejętności, np. umiejętność układania po swojej myśli klocków polityki międzynarodowej. Uświadomiłam sobie, że ja przeszłam w ramach mojej edukacji odwrotną tresurę. Nazwisko Stalina powinno się kojarzyć jak najgorzej i należy jej wypowiadać wyłącznie przyciszonym tonem, najlepiej chowając się za krzakiem.
Wychodzi na to, że Suworow i jego "Lodołamacz" rzeczywiście wyciągnęli mnie z mojej czytelniczej strefy komfortu.
Ciekawa jest teza książki - Hitler tylko dlatego zaczął wojnę z ZSRR w '41, aby uprzedzić uderzenie Stalina na Niemcy i Rumunię.  A to, że Armia Czerwona tak dramatycznie dała ciała po 22 czerwca '41 wynikało przede wszystkim z tego, że  szykowała się do wojny, ale ofensywnej.  Drobiazgowo udokumentowane, ale mimo natłoku szczegółów militarnych świetnie się czyta. I właśnie dlatego będę wracać do autora. Moja znajomość historii ZSRR jest w tej chwili drugiej bądź nawet trzeciej świeżości, a z Suworowem będę miała sobie ją szansę odświeżyć.

czwartek, 2 stycznia 2014

Szlachetne zdrowie - hurtownia książek

Krew królów - Juergen Thorwald 

Trzech potomków królowej Wiktorii - carewicz Aleksy (zm. 1918), książę Alfons - następca tronu Hiszpanii (zm. 1938) oraz książę Waldemar Hohenzollern (zm. 1945) to trzy przypadki hemofilii - dziedzicznej choroby upośledzającej krzepliwość krwi, która kilkadziesiąt lat temu mocno zaburzała codzienne funkcjonowanie. Mocno fabularyzowane historie o walce o zdrowie lub choćby okruchy normalnego życia, pisane z perspektywy lekarzy. Ogólnie -  dość lekka książka na ciężki temat.

 Szału nie ma, jest rak - ks. Jan Kaczkowski

"Co za narwany ksiądz" - powiedział pewien znajomy czytelnik.  Gdy czyta się jego suche CV, Ksiądz Jan wydaje się osobą poważną i mimo młodego wieku (rocznik '77) nader zasłużoną. Przez wiele lat pracował  w hospicjum domowym w Pucku, po czym założył hospicjum stacjonarne. Jest specjalistą od bioetyki - tematy związane na przykład z uporczywą terapią nie mają dla niego żadnych tajemnic. Do tego ksiądz Jan ma raka. W postaci najprawdopodobniej nieuleczalnej.
Gdyby nie to, że nie lubię tego określenia, powiedziałabym, że to książka w stylu Rak&Roll.


Kenzaburo Oe - Sprawa osobista.
Podobno za tę właśnie książkę Oe dostał Nobla - no i jak najbardziej słusznie. 27-latkowi rodzi się dziecko tak mocno zniekształcone, że od początku wraz z teściową kombinują, jak wysłać je na tamten świat. Ono jednak uparcie nie umiera, dając jego ojcu szansę na to, aby dojrzał do sytuacji. Autor wykorzystał w "Sprawie..." własne doświadczenia, sam jest bowiem ojcem Hikariego, który urodził się z poważną wadą neurologiczną, która ostatecznie wyewoluowała w autyzm. Nie są to zatem żadne wyssane z palca dyrdymały tylko poważny raport z pola walki. Także zachęcam, szkoda by było tę książkę przegapić.

czwartek, 7 listopada 2013

Biez wodki / Bez dachu - Aleksander Topolski


Wspomnienia łagrowe różnej maści to lektury wprawdzie ważne i słuszne, ale zazwyczaj sprawiają mało przyjemności. Kupuję kolejne i ustawiam je w rządku na półce na kilkuletnią karencję,   pochłaniając tymczasem  kolejne czytadła. Cóż, czytanie to dla mnie nader często czysty eskapizm:).
Gdy w końcu zabiorę się za taką poważną książkę, zazwyczaj piłuję ją jakieś 3 miesiące. Oczywiście – niemal zawsze lektura kończy się satysfakcją, dostarcza przemyśleń i cały bilans wychodzi na plus. Tyle, że następuje to nieprędko.
Tymczasem oba tomy wspomnień Aleksandra Topolskiego łyknęłam w ciągu kilku dni. Dlaczego tak się stało?
Po pierwsze – same przypadki Topolskiego na szczęście nie były najbardziej hardcorową wersją polskiego losu. W obozie pracy był zaledwie kilka miesięcy a i to nie na dalekiej północy. Wcześniej zaliczył areszt (gdzie poznał wielu ciekawych ludzi – Polaków i przy okazji uzupełnił edukację, gdyż w tryby sowieckiego systemu penitencjarnego trafił jako nastolatek) oraz poprawczak dla młodych kryminalistów, których traktowano o wiele lepiej niż "politycznych". W zasadzie byłą to taka "zawodówka" z internatem, którego nie można jednak dowolnei opuścić.
Dzięki temu miał jeszcze pewne rezerwy sił, żeby rejestrować także jaśniejsze strony rzeczywistości sowieckiej i śmiać się z jej absurdów (których, jak głosi znane przysłowie, biez wodki nie razbieriosz).


Po drugie – Topolski ma cechę rzadką u amatorów (jest wszak architektem, a nie zawodowym pisarzem) – potrafi przenosić się w czasie. W "Biez wodki" na powrót staje się 16-latkiem – beztroskim i naiwnym, jednak umiejącym się szybko przystosować. W "Bez dachu" – opisujących jego losy w armii Andersa, znów jest nieco postrzelonym, 20- letnim podoficerem, który zagłusza niepokój o rodzinę i kraj eskapadami po Włoszech i romansami – platonicznymi z Polkami i nieplatonicznymi z Włoszkami (ta różnica w prowadzeniu się u pań obu narodowości wynikała z tego, że Polki zazwyczaj otrzymywały żołd, Włoszki zaś musiały się jakoś ratować przed głodem i łatać dziury w domowym budżecie). Świetnie też łapie specyfikę obydwu etapów swojego życia: młodszy Topolski często się modli (co więcej - skutecznie, jest przekonany, iż korzystne koleje swojego losu zawdzięczał często interwencjom Sił Wyższych), starszy zaś... być może też, ale nic o tym nie wspomina.
Godna podziwu jest pamięć autora do szczegółów (chociaż przy drugiej cześci posiłkował się przy weryfikacji informacji  i spisywaniu wspomnień mocno już schorowany Topolski  posiłkował się pomocą żony). Młodość to okres chłonięcie wrażeń i widac, że pisarz tego czasu nie zmarnował, magazynując ich całkiem sporo, chociaż przyszło mu pobierać życiowe nauki w warunkach nieco specyficznych.
Kolejny atut to zupełnei nieamatorskie pióro. Zacofany w lekturze kiedyś wspominał, że czytanie wspomnień kombatantów przypomina często  piłowanie drewna - tutaj można odłożyć takie obawy do lamusa.
Podsumowując – wspomnienia Topolskiego to fajne książki o niefajnych czasach.
Wreszcie, ponieważ zbliżają się święta – myślę, że warto o nich pamiętać, jeśli szukacie prezentu z kategorii "dla faceta". Zresztą – to nie tylko moje zdanie. Robiąc research przed napisaniem tekstu widziałam, że polecają sobie Biez wodki/Bez dachu choćby użytkownicy portalu piwo.pl.

piątek, 27 września 2013

Wyspy szaleństwa - Robert Graves


Mówi się, że historię piszą zwycięzcy. Hiszpanie nie tylko oddali kolonialną palmę pierwszeństwa Anglikom. Dodatkowo przegrali chyba wojnę PR. Konkurencja sączyła wszystkim propagandę o ich nieudolności, przesadnej religijności i tej zuej inkwizycji, która wciśnie się wszędzie (a to, że dzięki tym nieudolnym metodom kolonizacji w Ameryce Południowej jednak przetrwało nieco więcej Indian niż w Pólnocnej, to już drobny szczegół). Dlatego też “Wyspy szaleństwa”, traktujące o mało znanej hiszpańskiej wyprawie na Wyspy Salomona, zaczynałam ze 4 razy, ale w końcu Robert Graves to nieprzeciętny fachura. Tendencyjne czy nie – przeczytałam o jeden rozdział za dużo i w końcu wsiąkłam.

Mamy zatem rok 1595. Hiszpańskie odkrycia geograficzne dostały zadyszki – głównie z powodu braku gotówki (jak można było cierpieć na brak gotówki jednocześnie zużywając całe złoto świata pozostaje dla mnie zagadką, którą przy okazji zamierzam zgłębić). Alwar Mendana przynaglany przez swoją energiczną małżonkę Izabelę montuje wyprawę z Chile na rzekomo złotonośne Wyspy Salomona, odkryte przez niego 20 lat wcześniej. Eskapada nie będzie łatwa - wystarczy spojrzeć na globus, żeby zobaczyć jaki to kawał drogi. Do tego wyprawa jest słabo wyposażona, niedofinansowana, wiatry uparcie wieją w stronę przeciwną a bogactwem kolejnych odkrywanych wysp są w najlepszym razie ładne dziewczyny. Szybko zamienia się zatem w przedsięwzięcie survivalowe, gdzie niestety nie wszyscy mają uprzywilejowaną pozycję...

Książka jest jednocześnie gorzka i zabawna, gdyż Graves stworzył udatną imitację gawędziarskiego stylu Latynosów. Podejmuje mało znany temat (Markizy? Wyspy Salomona? Gdzie to w zasadzie jest? No i tak jak wszyscy słyszeli o Kolumbie czy Pizzaro, to taki Mendana, Quiros czy Torres zaginęłi w mrokach niepamięci. To historia o poznawaniu innych kultur w czasach, gdy nikt nie slyszał o antropologii, wielkiej chciwości, która góry potrafi przenosić (tyle, że nie przeniesie ich zbyt daleko) i o tym jak łatwo ulec pokusie zła, gdy usprawiedliwia je wyższa konieczność.

Podsumowując - na nadchodzącą chłodną jesień polecam wyprawę na południowe wyspy:). Może nie będzie cukierkowo, ale przynajmniej nieco cieplej, niż za oknem.

Źródło zdjęć: antykwariat.waw.pl, amazon.com

piątek, 6 września 2013

Hurtownia książek - nobliści, maryniści i historyczne puzzle


Inne kolory – Orhan Pamuk
Zbiór artykułow prasowych i innych ścinków z twórczości noblisty.


Taki groch z kapustą. O widokach z okna, córce, zakładaniu (a następnie odchudzaniu) biblioteki, początkach działalności publicznej i Stambule.


Jak to zwykle bywa ze zbiorami esejów i artykułów - większość szybko paruje, a kilka perełek pozostaje z czytelnikiem na długo. A patrząc na tę książkę globalnie - to portret świeckiego (to ważne) tureckiego inteligenta zmontowany metodą patchworkową.



Fermenty – Wł. St. Reymont

Ciąg dalszy “Komediantki”. Tam mieliśmy drogę Janki Orłowskiej od dzikiej dziewczyny do samobójczyni złamanej niechcianą ciążą i niełatwym, aktorskim życiem. Tu będzie droga do akceptacji swojego miejsca na ziemi i własnych ograniczeń. Czyli 400-stronicowe “jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Wątek Janki wydał mi się przyciężkawy (ale może to zrozumiałe, dylematy egzystencjalne 20-latki mogą być przesadnie skomplikowane), za to cudowne były wątki satyryczne (o mamisynkach i środowisku literackim). Jest w tej książce nawet porno-parodia “Chłopów”. Żeby nie drażnić co bardziej konserwatywnych odbiorców – niestety bardzo krótka.

Szaleństwo Almayera – Joseph Conrad

Tym razem o człowieku, który nie chciał zaakceptować tego, co ma i żył pogrążony w swoich fantazjach i wielkich planach. Historia, w której jakoś tam odbijają się dylematy każdego z nas. Jak najbardziej polecam.









Myśli o dawnej Polsce- Paweł Jasienica


Bardzo, bardzo mi podeszły. Ciekawe rozważania na temat momentu, w którym losy Polski się wykoleiły i przestała ona być „normalnym krajem, takim jak inne”. A tym momentem jest zdaniem autora... rok 1241 i bitwa pod Legnicą. I nie chodzi tu o śmierć Henryka Pobożnego, która być może opóźniła zjednoczenie Polski. Co mają wspólnego Mongołowie z rozbiorami.? Zachęcam do sprawdzenia:).


środa, 4 września 2013

Rok czytania Mackiewicza (hurtownia)

Skończyły się wakacje, właśnie z przytupem zaczyna się rok szkolno-przedszkolny, a nieco bardziej dyskretnie - zakończył się rok mojej znajomości z książkami Józefa Mackiewicza.
W związku z tym - garść zaległych wrażeń z lektury.

"Droga Pani..." to zbiór powojennych tekstów publicystycznych Mackiewicza i jego żony Barbary Toporskiej. Pisana na emigracji książka pokazuje "Polskę z oddali" - odległą tak w czasie, jak i w przestrzeni, jednak dzięki temu, że to bieżąca twórczość na potrzeby prasy, rzecz posiada tzw. wykop i czyta się rewelacyjnie.
Teksty pogrupowane są tematycznie: na temat sąsiadów (zwłaszcza wschodnich), literatury i literatów, Kościoła w Polsce, wspomnienia na temat co bardziej wybitnych przyjaciół. Sporo powstało na marginesie innych książek (choćby "Drogi donikąd" czy "Ściągaczek z szuflady Pana Boga"), widać jak wiele przeniknęło do nich z życia.
Nieszablonowe podejście Mackiewiczów do wielu tematów w swoim czasie mocno przećwiczyło moje szare komórki. Przy czym Mackiewicz specjalizuje się raczej w tematach historycznych i szczegółowych, jego żona zaś drąży z uporem kwestie ogólne, np. edukacji, analfabetyzmu, czy teorii demokracji. I np. o tejże demokracji pisze w stylu mocno zbliżonym do Kasi Eire, gawędziarskim i dygresyjnym, co powoduje ciekawy dysonans w czytaniu.
Pani Toporska pełniła najwyraźniej w tym związku rolę bulteriera - wypuszczanego na najtrudniejsze tematy - większość artykułów na temat polskiego Kościoła, w których dostaje się nawet kardynałowi Wyszyńskiemu, jest właśnie jej autorstwa.
 Ogólnie - w tym momencie "Droga Pani..." to chyba mój faworyt z mackiewiczowskiej półki
.

Uwaga - książka ma kilka wydań. Podziemne zawierają często tylko teksty Józefa, natomiast te Barbary wydane są w oddzielnym tomie "Kontrowersje".


"Optymizm nie zastąpi nam Polski" przynajmniej w wydaniu czarnym, to 3 oddzielne broszury:
- tytułowa, napisana w październiku '44, gdzie Mackiewicz trafnie przewiduje dalszy rozwój wypadków po upadku Powstania Warszawskiego i krytykuje niektóre działania AK,
 - "Trust nr. 2" to analiza sytuacji w bloku wschodnim w latach 60-tych, porównana do sytuacji w ZSRR w czasach tzw. NEP-u (początek lat 20-stych. Akurat ta tematyka poruszana była przez autora wielokrotnie, tak w artykułach z "Drogiej Pani...", jak i w "Zwycięstwie prowokacji".
- "...tu mówi Radio Wolna Europa" - krytycznie o legendarnej rozgłośni. Jak twierdzi Włodzimierz Bolecki, autor monografii o JM ("Ptasznik z Wilna") - przesadnie krytycznie.
Ogólnie - ja oceniam "Optymizm.." raczej jako lekturę uzupełniającą.



"Zwycięstwo prowokacji" to klasyka literatury "oszołomskiej".  Omawia wszystkie myki, które pozwoliły bolszewikom przejąć i utrzymać władzę w Rosji, a następnie analizuje, jak były one twórczo adaptowane i wykorzystane powtórnie po wojnie. Sporo tu także smakowitych kąsków dla tych, którzy nie lubią Piłsudskiego.
No i na koniec pozostaje pytanie - czy w świetle mechanizmów opisanych przez JM (w latach 60-tych!), komunizm w zasadzie upadł, czy też niekoniecznie?
Jeśli od lat planujecie ją przeczytać - pora wreszcie podjąć stosowne kroki i ściągnąć ją z półki.

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi:).



czwartek, 18 kwietnia 2013

"Kontra" - Józef Mackiewicz


Tekst powyżej to początek "Kontry". Można spokojnie potraktować go jako reprezentatywną próbkę stylu Mackiewicza. Do treści wrócę pod koniec tekstu, najpierw o samej książce.

"Kontra" to skrót XX-wiecznej historii Kozaków, którzy w carskiej Rosji pełnili rolę stanu wojskowego. Większość mężczyzn przez całe życie służyła w armii, mieli nadane dość spore kawałki ziemi, dzięki którym cieszyli się niezależnością materialną. Po wybuchu rewolucji bolszewickiej masowo zasilili armie białych generałów, po czym wielu znalazło się na emigracji. Ekstremalny ucisk czasów stalinowskich sprawił, iż liczna grupa (Mackiewicz wymienia cyfrę nawet 1,6 mln), zasiliła armie prohitlerowskie, nawet mimo tego, że byli sojusznikiem przez Hitlera niechcianym i wykorzystywanym głównie w końcowej fazie wojny.
Skomplikowane kozackie losy opisał autor na przykładzie jednej rodziny. Pierwsza część obejmuje czasy od r. ok 1900 do początku 1945. Druga omawia jeden z początkowych epizodów Operacji Keelhaul - przekazywania ZSRR ich obywateli, a także byłych obywateli carskich i bezpaństwowców, zazwyczaj z użyciem brutalnej siły i ze znacznymi ofiarami śmiertelnymi. Trzecia część: "Azjaci", dotyczy trudnej adaptacji tych, którym udało się pozostać na Zachodzie.
"Kontra" jest dobrym dowodem na tezę, że najciekawsze historie pisze samo życie. Wielki dramat został opisany tak, że budzi zainteresowanie czytelnika i nie pozwala na przedwczesne odłożenie książki.
W dodatku porusza temat chyba mało znany: powstanie antysowieckie po wkroczeniu Hitlera, które jednak głównie ze względu na jego jednoznacznie progermańską politykę 'rozeszło się po kościach".
Mackiewicz przywołuje tu tezę, że Hitler mógł tę wojnę wygrać, gdyby umiejętnie wykorzystał bunt antybolszewicki. Tyle, że byłoby to możliwe, tylko wtedy, gdyby nie był tym człowiekiem, którego znamy z historii.
Jest tylko jedno ale: we wstępie pisze Mackiewicz o dwóch prawdach: obiektywnej i oficjalnej. Oprócz różnych "wersji" prawdy są jeszcze różne punkty widzenia - zależne, kolokwialnie mówiąc, od punktu siedzenia.
Nic na to nie poradzę, ale mi hasło "obywatele ZSRR w służbie Hitlera" kojarzy się najbardziej z pacyfikacją Powstania Warszawskiego. Wiem teraz, że było to margines, że rzucono tam najbardziej zdegenerowaną RONA, że wielu dowódców, jeśli miało taką możliwość, odmawiało udziału w tej operacji, że Kozacy walczyli raczej na Bałkanach. Nie zmienia to faktu, że mialam jednak to Powstanie z tyłu głowy w trakcie lektury książki...

Jakby ktoś chciał poczytać: opowiadanie "Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy", które stało się podstawą środkowej części "Kontry". Zawiera liczne skróty.

niedziela, 17 marca 2013

"Kunigas" - J.I.Kraszewski

Malbork, lata 30-ste XIV wieku. Poznajcie litewską Drużynę A.
Szwentas - lat co najmniej 40, parający się czasami szpiegostwem na rzecz Krzyżaków. W czasie jednej ze swoim misji wywiadowczych na Litwę zmienia front i podejmuje się zlecenia na rzecz księżnej Redy. Ma odnaleźć jej zaginionego syna.
Jerzy - młody rycerz krzyżacki, prawdopodobnie Litwin wysokiego rodu. Pseudonim: Kunigas (zdrabniany również pieszczotliwie do Kunigasika), czyli Książę. Od momentu odkrycia, że jest porwanym jako dziecko Litwinem podupada na zdrowiu i cierpi na melancholię.
Baniuta - pyskata litewska nastolatka, również porwana w czasie jednej z wypraw. Szykowana przez swoją niemiecką opiekunke Gundę na ozdobę nieoficjalnego krzyżackiego  zamtuza.
Rymnos - (zdrobniale Romek) - kolejne uprowadzone litewskie dziecko, rodu zapewne pośledniego. W Malborku pełni rolę pachołka i najlepszego przyjaciela Jerzego.
Pewnego dnia ta czwórka połączy siły i dokona brawurowej ucieczki na Litwę. Jednak nie będzie im dane długo cieszyć się powtórnym spotkaniem z bliskimi. Za chwilę bowiem wyruszy kolejna krzyżacka ekspedycja mająca na celu nawracanie pogan ogniem i mieczem. A wtedy Drużyna A będzie miała okazję pokazać na co ich stać w walce z niedawnymi ciemiężycielami.
"Kunigas" jest powieścią parahistoryczną, opartą na jednej z legend zamieszczonych przez Kraszewskiego w antologii "Litwa za Witolda". Trudno powiedzieć, jak wiele jest w niej prawdy, gdyż zakończenie przerasta o głowę wszystkie podnoszące morale i sławiące bohaterstwo historie, jakie kiedykolwiek słyszałam. Przyznam, że ostatni rozdział sprawił, że dosłownie opadła mi szczęka (opadła ona zresztą także będącym jej świadkami Krzyżakom). I dla ostatniej sceny warto przeczytać Kunigasa, nawet, gdyby reszta książki trąciła myszką.


We wstępie wyczytałam, iż Litwini w XIX wieku, w miarę budzenia się ich świadomości narodowej, chętnie korzystali z dorobku Kraszewskiego w dziedzinie etnograficzno-literackiej. Te wszystkie legendy, które on spisywał, to było ostatecznie ich dziedzictwo narodowe.
Nie wiem, na jakim dokładnie etapie znajdował się rozwój litewskiego nacjonalizmu w momencie, gdy książka po raz pierwszy ujrzała światło dzienne. Nie wiem też, jak wówczas wyglądały (i czy w ogóle były) jakieś antagonizmy polsko-litewskie. Nie mogę natomiast pozbyć się myśli, że JIK za pomocą "Kunigasa" i jego zakończenia próbował podrzucić Litwinom kukułcze jajeczko.
Efektowne było to zakończenie? Bardzo. Pokazali Litwini, że mają fantazję i charakter? Nie da się ukryć. A że przy okazji zdobyli pierwszą nagrodę w XIV- wiecznej edycji Nagrody Darwina?

Dlatego coś czuję, że tylko mocno okrojony Kunigas mógł stać się przebojem litewskich czytanek.

Zaintrygowanych zachęcam do przeczytania książki i sprawdzenia o co chodzi.

Tak, znowu Kraszewski. A wszystko przez to, że mam kolosalne zaległości, do wyboru ponad 10 książek, a jak przychodzi co do czego, to wybieram JIK-a, bo o nim najłatwiej mi się pisze.




źródło zdjęcia: smashwords.com

czwartek, 13 grudnia 2012

"Rzym za Nerona" - J.I. Kraszewski

JIK-owy "Rzym za Nerona" był jednym z ostatnich kioskowych hitów lat póżnego PRL-u. Pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy jeśli człowiek chciał sobie jakoś sensownie wypełnić biblioteczkę musiał mieć
znajomości w księgarni (lub, jeszcze lepiej, w wydawnictwie)? Ci, którzy mieli nieco bardziej minimalistyczne podejście i nie zależało im na hitach, takich jak "Przeminęło z wiatrem", mogli "meblować" półki zaopatrując się  w kioskach "Ruchu", gdzie było dostępnych kilka przykurzonych książeczek dziecięcych, reedycje przedwojennych książek kucharskich (nie do wykorzystania w czasach pustych półek) oraz JIK z wydawnictwa Novum.
Taką właśnie edycję przytaszczyłam do domu z biblioteki i dziś, gdy już jestem po lekturze, zastanawiam się, jakie były motywy wydania tej książki właśnie w tamtym czasie i w sporym, łatwo dostępnym nakładzie.
Najprawdopodobniej jednak ekonomiczne, gdyż "Rzym za Nerona" prezentuje treści nie będące na topie w postkomunistycznej Polsce, jest mianowicie... traktem religijnym, dość niebale przybranym w mocno prześwitujące szatki powieści.
Treść oscyluje nie tyle wokół perypetii dwójki bohaterów: Juliusza i Sabiny, ile raczej wokół ich drogi do nawrócenia na chrześcijaństwo.

Dwójka protagonistów miała ze sobą sporo wspólnego: obydwoje bogaci, choć starający się zachowywać wobec tego bogactwa postawę stoicką, obydwoje wychowani pod wpływem kultury helleńskiej. Nic dziwnego, że szybko się zaprzyjaźnili.
Gdy jednak w Rzymie zaczęła się szerzyć "chrześcijańska zaraza", zachowali się w sposób strasznie różny. Zdyscyplinowana intelektualnie Sabina uznała nową religię za logiczne dopełnienie nauk greckich filozofów i zaczęła wymykać się nocami na spotkania ze współwyznawcami w katakumbach. 
W tym samym czasie Juliusz, zamiast zadbać o swój duchowy rozwój, odkrywa,  że żywi do swojej przyjaciółki uczucia inne od platonicznych, jednocześnie zaś jej nocne
wyprawy doprowadzają do tego, że zaczyna się martwić o jej prowadzenie...
Niestety, w XIX wiecznej powieści o pierwszych chrześcijanach trudno spodziewać się większych niespodzianek. Prędzej  czy później wszyscy bohaterowie (poza Neronem) spotkają się na niebieskich pastwiskach.
Pozostaje jedynie otwarte pytanie, w jaki sposób na nie trafią - szybką ścieżka dla męczenników, bądź tą nieco wolniejszą - dla wyznawców.
Książka JIK-a, jak na dzieło okołoreligijne ma w sobie jednak pewną świeżość, niektóre tematy (np dlaczego chrześcijaństwo było atrakcyjne dla wykształconych Rzymian) były dla mnie zupełnie nowe, dlatego myślę, że spokojnie można ją polecić jako lekturę adwentową. Jeśli
ktoś oczywiście takowej poszukuje.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Hurtownia książek: z serii bez entuzjazmu:).


"Prawdziwe życie Sebastiana Knighta" Nabokova to moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Jak głosi fama, jest to wielowarstwowa proza, której kolejne warstwy trzeba zdzierać, co by dokopać się do prawdziwej treści.
Na pewno Nabokov był inteligentnym człowiekiem z wprawą ubierającym swoje myśli w słowa. Natomiast nie jestem pewna, czy chce mi się dokopywać do tych głębszych warstw jego prozy, autor bowiem mocno kojarzył mi się z niektórymi z moich szkolnych kolegów, tymi, którzy byli tak inteligentni, że miało się wrażenie, że ich IQ, zamiast pomagać im w życiu, zaczyna im szkodzić. 
Plus- ta biografia fikcyjnego pisarza może być prawdziwą gratka dla miłośników książek o książkach i pisaniu.

"Opowieści starego Kairu" Nadżiba Mahfuza - tutaj zaczynałam bez entuzjazmu, ale z każdą stroną czytało mi się coraz lepiej. Mahfuz w przeciwieństwie do Nabokova ma opinię bardzo średniego pisarza, który dość niezasłużenie dostał Nobla. Zasłużenienie, czy nie, czasem lepsze jest wysokiej jakości czytadło, niż tor przeszkód zafundowany przez autora z rzekomo wyższej półki.
"Opowieści..." traktują o losach wielodzietnej kairskiej rodziny w czasach I Wojny Światowej. Największy jej atut to wyraziści bohaterowie. A zwłaszcza bardzo różna od polskiej i doskonale opisana mentalność.

"Spalona woda" Carlosa Fuentesa to portret czwórki mieszkańców miasta Meksyk. Niby napisane z biglem i czyta się nieźle, natomiast 
a) nieczytelne były dla mnie odniesienia azteckie, które są osią książki (tytuł pochodzi od nazwy jakiegoś azteckiego rytuału).
b) po 1,5 miesiąca od lektury nie pamiętam NIC. A z moją pamięcią krótkotrwałą naprawdę nie jest jeszcze tak źle:).

"Cesarski poker" Waldemara Łysiaka wylosowałam w stosikowym losowaniu. Trochę się przestraszyłam, gdyż po necie krążą różne jego nowe teksty publikowane głównie w UważamRze i przyznam, że kompletnie nie są w moim guście. 
"Stary Łysiak" to jednak inna bajka. "Poker" to opowieść o wielkiej grze o Europę prowadzonej przez Napoleona oraz jego adwersarza - cara Aleksandra.
Łysiak sprawne kompiluje cytaty z miliona źródeł, formując z nich własną opowieść. Żeby zafrapować czytelnika co chwila doprawia to danie licznymi ciekawostkami z życia seksualnego swoich protagonistów. Da się czytać, chociaż przyznam, że czytałam na wyrywki. Trochę za dużo dla mnie tych detali no i - co mnie w zasadzie obchodzi Napoleon?

P.S. Przepraszam za wczorajsze przedwczesne opublikowanie posta i zaśmiecanie blogrolli/czytników. Kolejne posty postaram się najpierw pisać w Wordzie, to powinno zapobiec kolejnym takim wpadkom.

wtorek, 18 września 2012

"Lenin w Zurychu" - Aleksander Sołżenicyn

-->
Tak się składa, że kończyłam podstawówkę jeszcze w czasach PRL. Załapałam się nawet na akademie ku czci rewolucji październikowej, a w jednej nawet (jako siódmoklasistka) śpiewałam w chórkach. Na szczęście, gdy byłam już w ósmej klasie akademie stały się passe i udało mi się uniknąć recytowania przed całą szkołą jednego z rewolucyjnych evergreenów.
Dlatego trudno mi zrozumieć, dlaczego moja wiedza na temat Lenina, poza kilkoma ogólnikami, sprowadzała się do tego, że leży aktualnie zabalsamowany w mauzoleum na Placu Czerwonym. Nawet moje informacje o jego związku z Nadieżdą Krupską okazały się błędne. Liczni leninofobi z mojego otoczenia wmawiali mi przez lata, że był to związek “na kartę rowerową”, tymczasem okazało się, że został on pobłogosławiony przez popa (inna rzecz, że ślub wzięli tylko dlatego, żeby razem wyjechać na zesłanie).
Czy “Lenin w Zurychu” rozszerzył moją wiedzę? Tak, ale w dość niespodziewanym kierunku. Sołżenicynowski Lenin to domowy tyran ( i to raczej żałosnego kalibru – pomiatający zoną, czujący natomiast respekt przed teściową), zdradzający wyraźne objawy nerwicy natręctw odstępstwo od planu dnia oznaczało dla niego dzień stracony) do tego nękany przez dolegliwości o podłożu psychosomatycznym.
Do tego polityk z niego raczej słaby – buduje swoją partię metodą kolejnych rozłamów i wciąż zaskakują go wydarzenia w kraju (najpierw rewolucja 1905, potem lutowa z 1917-go), co oznacza, że wpływ na nie ma raczej nikły.
Żaden z niego menadżer (od zarządzania partyjnymi zasobami ludzkimi). O charyzmę też go raczej trudno podejrzewać, przynajmniej gdy widzimy go jak peroruje po kawiarniach do garstki znudzonych szwajcarskich działaczy.
Jedyne, co mu wychodzi, to konstruowanie kolejnych wizji przyszłego zwycięstwa rewolucji, założeń, jakimi będzie się kierować to nowe społeczeństwo plus podstawowych śródków koniecznych do osiągnięcia celu (a było to wywołanie wojny domowej w celu zniszczenia więzi społecznych i dekonstrukcja carskiej Rosji).
W zasadzie – dziwna to książka – niby Sołżenicyn pisze o rzadko wspominanych faktach (że bolszewicy byli wspierani i sponsorowani przez Cesarstwo Niemieckie), ale jego Lenin jest jakiś taki pozbawiony pazurów. W dodatku książka kończy się na maju 1917, kiedy nie miał jeszcze szans zamoczyć sobie ich we krwi.
Dla rozszerzenia kontekstu zajrzałam sobie szybko do odpowiednich rozdziałów “Historii świata od 1917 do lat 90-tych” Paula Johnsona (autor koncentruje się tu na czynniku ludzkim i duchowym klimacie epoki, dzięki czemu ksiażka nadaje się świetnie do “zwykłego” czytania) i niby jest to ten sam Lenin, a jednak Johnsonowi jestem w stanie uwierzyć, że ten własnie człowiek był w stanie przejąc cały kraj i zrobić z nim potem to, co mu się podobało.
Fakt, że był socjopatą zadziałał na jego korzyść. Nie istniały dla niego żadne bariery w postaci zasad czy tradycji. Razem z garstką kumpli szli po władzę  na bezczelnego (no i niestety zwyciężyli).
Wygląd ana to, że Sołżenicyn tak naprawdę dokonuje liftingu legendy “dobrego Lenina” (która funkcjonowała sobie w opozycji do “złego Stalina”). Tyle , że dobry oznacza w tym przypadku – słaby.

Wracając do Sołżenicyna- za czasów, kiedy to jeszcze moja podstawówka organizowała te akademie “ku czci”, o których wspomniałam na początku Sołżenicyn (razem z Sacharowem) uznawani byli za symbole antykomunistycznego oporu. Tymczasem rola ruchu dysydenckiego bywała czasem niejasna. Jeśli ktoś chce sobie na ten temat poczytać, warto zajrzeć do Mackiewicza[1].
Ogólnie - kończę to spotkanie z Wladimirem Iliiczem niezbyt wstrząśnięta, ale za to mocno zmieszana.

[1] A konkretnie do : J. Mackiewicz, B.Toporska "Droga Pani..."

Źródło zdjęcia- amazon.com.

czwartek, 6 września 2012

"Sprawa pułkownika Miasojedowa" - Józef Mackiewicz

Ja wiedziałam , że tak będzie...
Rola blogera okazała się o wiele trudniejsza do pogodzenia z innymi rolami życiowymi. Stos nieopisanych książek rośnie, a tymczasem ja, gdy tylko siadam do komputera, czuję, jakby ktoś wypalił mi szare komórki miotaczem ognia...
Tymczasem przeczytać udało mi się nawet sporo, co gorsza, kilka książek zasługuje na więcej, niż tylko 3 zdania na krzyż w notce hurtowej.

O Józefie Mackiewiczu słyszałam już jakiś czas temu, ale słaba dostępność i zaporowe ceny zarówno nowych egzemplarzy jak i tych z Allegro spowodowały, że odkładałam lekturę "na świętego Nigdy".
W sukurs przyszła na szczęście biblioteka i lokalny antykwariat, skutkiem czego od trzech miesięcy mieszkam nie w Wawie, a nad Wilią i Prypecią. W praktyce oznacza to, że właśnie zaczęłam szóstą książkę autora. I już wiem, że nie zaoszczędziłam, bo to i owo pewnie dokupię, żeby czasem zajrzeć bez stresu, ponaglających maili z biblioteki i bez grafiku przekazywania sobie książek z mężem, któremu jak na złość Mackiewicz też się spodobał (a czasu na czytanie ma znacznie mniej niż ja) .
Tradycyjnie już lektura zapewniła mi nie do końca takie wrażenia, jakich oczekiwałam. Na przykład - chociaż autor jest zdecydowanym antykomunistą, to nie idą za tym inne atrybuty, które moglibyśmy mu w pakiecie przypisać. Daleko mu od konserwatyzmu, także obyczajowego. Zdarzył mu się nawet utwór, który spokojnie mógłby wziąć na warsztat pan Warlikowski. Nie zauważyłam w jego książkach również przejawów religijności.
Co jeszcze jest charakterystyczne - Mackiewicz niechętnie pakuje się z butami w życie wewnętrzne swoich bohaterów. Świadczą o nich ich słowa i czyny, natomiast pisarz nie montuje im czujników mających rejestrować najmniejsze drgnienia duszy. Zresztą być może ma to sens. Naco dzień myślimy przecież częściej o tym, co zjemy na obiad, niż o poważnych kwestiach, które póki nie dojrzeją, leżą sobie zahibernowane gdzieś na granicy świadomości i podświadomości.

Mackiewicz znany jest jako autor powiedzenia "tylko prawda jest ciekawa" i rzeczywiście - nawet w powieściach dba o realia i stara się opierać je na faktach. Mocno krytykował np. Odojewskiego, zawyimaginowane detale w "Zasypie wszystko, zawieje". Tu trochę jestem w kropce. Tę książkę Odojewskiego akurat bardzo lubię, a przy Mackiewiczu mam czasem wrażenie, że trzymanie się faktów jednak trochę ogranicza, najtrudniej czytało mi się właśnie dokumentalną "Sprawę pułkownika Miasojedowa".
W powieściach czy opowiadaniach tego pisarza sporo miejsca zajmuje tło historyczne czy społeczne. Tekst wyczyszczony z takich realiów to rzadkość.
Wreszcie - Mackiewicz ma talent do tworzenia zgrabnych fraz, w sam raz dla kolekcjonujących fiszki z cytatami. Tymi jednak zajmę się przy innej okazji. Przy moim obecnym tempie przepisywałabym te cytaty do grudniaPPP.
W powieściach Mackiewicz nie prezentuje jakoś szeroko swoich poglądów na różne tematy (a są one mocno charakterystyczne), tych należy szukać raczej w publicystyce, o której spróbuję napisać oddzielnie.

"Sprawa pułkownika Miasojedowa" to powieść osadzona w realiach rosyjskich traktująca o carskim oficerze niewinnie skazanym i straconym za szpiegostwo na rzecz Niemiec. Nietypowe jest to, iż proces odbył się w 1915. Kilka lat później pod tym zarzutem skazywano (również niewinnie) dziesiątki tysięcy osób, Miasojedow był tu niefortunnym prekursorem.
Książka jest długa i to się czuje. Ma ponad 600 stron, Miasojedowa aresztują gdzieś dopiero na 450, do tego momentu poznajemy w detalach jego życie od roku 1900. Kolejne posady, kolejne kobiety, niezbyt błyskotliwe próby zrobienia kariery w polityce. Mackiewicz pokazuje kolejne sytuacje i szczegóły, które zostaną wykorzystane kiedyś w procesie przeciw Miasojedowowi, długo jednak nie dowiemy się, co tak naprawdę doprowadziło do jego aresztowania.
A przyczyną, jak się okazało, była ludzka krzywda, fakt, że Miasojedow na swojej drodze mimowolnie złamał komuś życie.

Książka jest odtrutką na liczne mity, które wynosimy z lekcji wiedzy o społeczeństwie (czy jak się to teraz nazywa): mit niezawisłego sądownictwa, mit wolnej prasy (każde medium ma przecież swojego właściciela) czy wreszcie opinii publicznej, jako ostatecznej instancji do rozstrzygania o ważnych sprawach (jak się okazuje - łatwiej jest manipulować tłumem niż jednym człowiekiem).
Ostrzega przed angażowaniem się w politykę z powodów pragmatycznych (czyli dla kasy). Zawsze mogą się znaleźć silniejsi gracze za których potem będzie trzeba zbierać cięgi.
Wreszcie - zachęca do uważnego życia. Nigdy nie wiadomo w jakiej postaci wróci do nas zło, które posialiśmy.

Książkę warto było przeczytać, ale raczej słabo nadaje się na "utwór pierwszego kontaktu" z tym autorem. Istnieje spore ryzyko, że nie czytelnik nie przebrnie przez trudne początki i rzuci ją w kąt. Mi pomógł fakt, że zabrałam ją ze sobą na wakacje. Już od kilka lat na plażę zabieram raczej wymagające lektury, nad którymi normalnie trudno mi by było się skoncentrować.


Kolejne książki Mackiewicza spróbuję opisać w odzielnych notkach.

wtorek, 15 maja 2012

"Call the midwife" - Jennifer Worth

"Call the midwife" to wspomnienia autorki z czasów jej pracy jako położna w ubogich dzielnicach Londynu w latach 50-tych. Niby nie było to tak dawno, niby też opisuje jedno z najbogatszych miast świata, a jednak obraz, który wyłania się spod jej pióra jest niemal równie egzotyczny jak reportaż z Papui Nowej Gwinei.
Po pierwsze niezwykłe jest jej miejsce pracy - anglikański zakon, który po wojnie zaczął współpracować z państwowym systemem służby zdrowia. Tak trafili do niego pierwsi cywilni pracownicy - w tym dwudziestoparoletnia Jenny.
Młoda pielęgniarka jest wyraźnie zafascynowana siostrami - z jednej strony to niemal heroski: z powołaniem, głęboką wiarą, podejściem bez uprzedzeń do każdego pacjenta. Z drugiej zaś: klasztor jest po prostu babińcem, gdzie dużą rolę grają sympatie, antypatie, zaś jedynym sposobem, żeby się wzajemnie nie pozabijać zostaje poczucie humoru. Problem w tym, że nie każdy ma takie samo.
Drugi łyk egzotyki to pacjentki i ich rodziny. Jenny najwyraźniej pochodzi z solidnej klasy średniej, gdyż pierwsze lata pracy w robotniczej dzielnicy spędza w stanie niegasnącego zdziwienia.
Rodziny były zazwyczaj wielodzietne (przy czym piątka, była odpowiednikiem dzisiejszej dwójki czy nawet jedynaka i jeszcze do miana wielodzietności nie uprawniała). Warunki mieszkaniowe jeszcze nie wyszły na prostą po powojennej zawierusze, udogodnień technicznych typu pralka, łazienka, czy woda bieżąca w mieszkaniach nie było, a mimo to większość dzieci chodziła czysta, najedzona i oprana, a kobiety nawet zachowywały dobry humor. Tyle, że za cenę katorżniczej pracy i oczywiście nie wszystkie.
Praca położnej to głównie porody i opieka okołoporodowa, ale nie znajdziecie tu wielu drastycznych opisów. Są chyba tylko 3, a i to przedstawione z kultura i umiarem.
Autorka bardziej skupia się na ludzkich historiach, a te sa naprawdę ciekawe, różnorodne i często wzruszające. Podobało mi się to, że odnosi się do swoich bohaterów z wielką sympatią. Nie zadziera nosa, nie uważa sie za kogoś lepszego ze względu na swój status materialny.
"Profesjonalni" pisarze (np. Margaret Forster), często lubili się pastwić nad "matkami Brytyjkami" ustawiając je w szrankach walki płci. Piszącej swoje wspomnienia położnej na szczęście nie przyszło to nawet do głowy:).
A że do tego przypadkiem pisać potrafi całkiem sprawnie, więc nie pozostaje mi nic innego, jak polecić jej książkę.

>recenzja dabarai