Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nobliści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nobliści. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 marca 2014

"Jak ryba w wodzie" Mario Vargas Llosa

"Jak ryba w wodzie" to rozwijające się dwutorowo wspomnienia noblisty.
Po pierwsze - mamy rzetelną powtórkę z życiorysu od najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa do wyjazdu za granicę na studia doktoranckie w wieku lat dwudziestu kilku. Bardzo logicznie wyznaczona granica. Wtedy właśnie umarł Mario, narodził się Pisarz. Brzmi śmiesznie? Młody Vargas Llosa od wczesnych lat był przekonany, że osiągnąć coś w życiu można tylko wtedy, jeśli opuści się Peru i wyjedzie np. do Paryża, że TEN KRAJ podcina mu skrzydła, że rozwinąć będzie je mógł dopiero w jakimś  miejscu nieco wyższym cywilizacyjnie?
Brzmi znajomo?
W przypadku młodego MVL coś jednak było na rzeczy. Rzeczywiście, za granicą najwyraźniej wziął się do roboty, gdyż kolejne świetne książki zaczęły się sypać jak z rękawa (przed ukończeniem 30-tki powstały "Miasto i psy" i "Zielony dom", a jeśli ktoś kiedyś zaglądał, to wie, że musiały być raczej pracochłonne).
Z drugiej strony - jego prawdziwe życie w tym momencie jakby się skończyło. Czytając MVL-owe tomiszcza widzimy, że najlepsze powieści silnie bazują na wątkach autobiograficznych do momentu wyjazdu. Przetworzył w zasadzie wszystko - pobyt w szkole wojskowej, pracę w radiu, studencką fascynację komunizmem, małżeństwo ze starszą o kilkanaście lat krewną - ciotką Julią, pracę w radiu, dzieciństwo w nadmorskiej Piurze, wyprawy do amazońskiej dżungli, konflikt z ojcem, doświadczenie z czasów dyktatury wojskowej...
Udało mu się nawet wykorzystać fuchę w bibliotece klubu dla bogaczy w Limie, gdzie zaczytywał się klasyczną literaturą erotyczną.
Wyśniona Europa pojawia się jako tło zaledwie dwa razy i to raczej w słabszych książkach ("Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" i "Gawędziarz"). Może zresztą to i lepiej, że okazała się tak nudna, gdyby MVL żył z tą intensywnością do dziś, byłby co najwyżej autorem zbioru opowiadań. A tak na kolejnych ciepłych posadkach uniwersyteckich coś tam mu się jednak udało napisać. Inna sprawa, że paliwa wystarczyło mu do tak do lat 90-tych. Jego ostatnia opublikowana cegła - "Marzenie Celta", tak nieznośnie szeleści papierem, że chyba ją sobie położę na szafce nocnej na wypadek kłopotów z zasypianiem.
Reasumując - wspomnienia z młodości są nawet fajne, choć nie wiem, czy nieco nie podrasowane. Powiedzmy, że w Peru w latach 40-stych to była normalka, że 14-latki regularnie uczęszczały do burdelu i wystarczało im na to kieszonkowego...
Drugi wątek to polityczna działalność Mario - a dokładniej jego udział w wyborach prezydenckich w 1990. Tutaj niestety poległam. Przeczytałam jakieś 2 rozdziały, uznałam, że boski Mario trochę ściemnia. Choćby kreując się na człowieka znikąd, który po prostu chciał pomóc swojej ojczyźnie żżeranej przez korupcję i nepotyzm, tymczasem sam pochodzi z politycznej dynastii. Jego wuj - Llosa Bustamante, był prezydentem w drugiej połowie lat 40-stych. Zastanawiające było też to, że już na rok przed wyborami podróżował sobie MVL po świecie (w tym np. po Azji), nawiązując kontakty biznesowe. Jakoś tylko nie pisze, kto za to płacił...
MVL na politycznym mityngu
Drugą część raczej skanowałam wyszukując tylko co smaczniejsze kąski. Choćby historię o tym, jak to MVL - agnostyk, ale uznający katolickie tradycje Peru  (i dobrze żyjący z biskupami, z którymi zresztą łączyły go czasem więzy krwi - widać jaki z tego Maria outsider pełną gębą), przez cały czas kampanii był zasypywany pobożnymi publikacjami mającymi wspomóc jego nawrócenie. Podobno zgromadził całkiem spora kolekcję wydań "Drogi" autorstwa założyciela Opus Dei - św. Josemarii Escrivy. MVL jednak, najwyraźniej pamiętając co o Opus Dei pisał dan Brown, okazał się odporny na to kuszenie:).
Druga ciekawostka to swoiste seanse nienawiści, jakie urządzała mu konkurencja. Polegały one na czytaniu przez radio "Pochwały macochy" (poprzedzone ostrzeżeniami, że pomieszczenie powinna opuścić młodzież i osoby podatne na demoralizację), a następnie grupa ekspertów dywagowała na temat zdrowia psychicznego i moralnego autora. Pisarze, którzy chcecie się bawić w polityków - najpierw kilka razy się zastanówcie, bo w PL to też nie problem zebrać taką grupę ekspertów:).
Większość wspomnień "politycznych" tonie niestety w detalach - np. historii partii takiej czy innej. Uderza jednak to, że MVL - mocno zorientowany na zagranicę, musiał się właściwie uczyć swojego kraju na nowo!
Bez większych zastrzeżeń polecam połowę książki. Napisane z biglem wspomnienia zawsze są w cenie. A do pamiętnika z kampanii też zajrzyjcie, szczególnie, jeśli planujecie karierę polityczną, nawet na szczeblu lokalnym;).

Z ostatniej chwili: w nowej książce, El héroe discreto, Vargas Llosa wraca do Peru. Podobno też będzie niemal tak zabawnie jak w "Pantaleonie i wizytantkach". No mam nadzieję:).

żródła zdjęć:
1. lubimyczytać.pl
2. wikipedia (angielska)


czwartek, 2 stycznia 2014

Szlachetne zdrowie - hurtownia książek

Krew królów - Juergen Thorwald 

Trzech potomków królowej Wiktorii - carewicz Aleksy (zm. 1918), książę Alfons - następca tronu Hiszpanii (zm. 1938) oraz książę Waldemar Hohenzollern (zm. 1945) to trzy przypadki hemofilii - dziedzicznej choroby upośledzającej krzepliwość krwi, która kilkadziesiąt lat temu mocno zaburzała codzienne funkcjonowanie. Mocno fabularyzowane historie o walce o zdrowie lub choćby okruchy normalnego życia, pisane z perspektywy lekarzy. Ogólnie -  dość lekka książka na ciężki temat.

 Szału nie ma, jest rak - ks. Jan Kaczkowski

"Co za narwany ksiądz" - powiedział pewien znajomy czytelnik.  Gdy czyta się jego suche CV, Ksiądz Jan wydaje się osobą poważną i mimo młodego wieku (rocznik '77) nader zasłużoną. Przez wiele lat pracował  w hospicjum domowym w Pucku, po czym założył hospicjum stacjonarne. Jest specjalistą od bioetyki - tematy związane na przykład z uporczywą terapią nie mają dla niego żadnych tajemnic. Do tego ksiądz Jan ma raka. W postaci najprawdopodobniej nieuleczalnej.
Gdyby nie to, że nie lubię tego określenia, powiedziałabym, że to książka w stylu Rak&Roll.


Kenzaburo Oe - Sprawa osobista.
Podobno za tę właśnie książkę Oe dostał Nobla - no i jak najbardziej słusznie. 27-latkowi rodzi się dziecko tak mocno zniekształcone, że od początku wraz z teściową kombinują, jak wysłać je na tamten świat. Ono jednak uparcie nie umiera, dając jego ojcu szansę na to, aby dojrzał do sytuacji. Autor wykorzystał w "Sprawie..." własne doświadczenia, sam jest bowiem ojcem Hikariego, który urodził się z poważną wadą neurologiczną, która ostatecznie wyewoluowała w autyzm. Nie są to zatem żadne wyssane z palca dyrdymały tylko poważny raport z pola walki. Także zachęcam, szkoda by było tę książkę przegapić.

poniedziałek, 21 października 2013

Buddenbrookowie – Tomasz Mann



Podobno jest to najbardziej strawna z powieści filozofującego noblisty - saga rodzinna, czyli rzecz z gatunku królujacego na topliście wypożyczeń w mojej osiedlowej bibliotece. Próżno byłoby jednak znaleźć na tej liście “Buddenbrooków”. Nie o miłość tu bowiem chodzi, jak w ksiażkach nieco niższych lotów, ani o tzw. ciepło rodzinne (na myśl o którym Mann zapewne dostałby drgawek), tylko o ambicje, pozory, pieniądze i śmierć. Książka traktuje o materialnym i fizycznym upadku pewnej zamożnej kupieckiej rodziny. Początkowo wydaje się sztywna, niczym nadmiernie wykrochmalone kołnierzyki lubeckich patrycjuszy, po jakimś czasie wciąga ... i wypluwa czytelnika kilkaset stron dalej z głową pełną pytań na które niekoniecznie łatwo znaleźć odpowiedź. 

Te pytania (łącznie z kluczowym – co w zasadzie spowodowało upadek rodziny Buddenbrooków), tym razem sobie daruję, poboksujcie się z nimi sami, jeśli kiedyś najdzie was ochota.
Natomiast – zachęcam do lektury także miłośników mody i eleganckich detali. Mannn stawia sobie za cel pisanie realistyczne, a że przypadkiem jego bohaterowie obracają się w wyższych sferach, to wszelkie opisy wręcz kapią od opisów sukien, mebli oraz wysmakowanych strojów męskich. Słowem – historia mody XIX wieku w pigułce.
Druga kwestia – słabo znam kanon motywów antycznych, ostatecznie urodziłam się już w czasach, gdy klasy licealne o profilu klasycznym, choć były, to głównie jako ciekawostka, a nie standard. Wydaje mi się jednak, że starożytni, choć obskoczyli większość ważnych tematów, to motyw pieniędzy jednak zaniedbali. Jedyne, czego możemy się od nich na ten temat dowiedzieć, to że nie śmierdzą. W związku z tym dzieło Manna to uzupełnienie klasycznego kanonu o ten zaniedbany przez tysiąclecia temat. Za wysokie progi? Buddenbrookowie to nie ta sama półka co Antygona? Czy aby na pewno?



A dwa poniższe obrazki to kwintesencja dziejów rodu Buddenbrook. Od "Vanitas" do vanitas. Miłej lektury:).



poniedziałek, 30 września 2013

Panna - Ivo Andric


Dawno, dawno temu, gdy na ziemi mazowieckiej raźno hasały tury, a mały Izydor dopiero uczył się sylabizować, nie istniały jeszcze książeczki oswajające tzw. trudne tematy. Wiedzę o tychże czerpało się raczej z podsłuchanych rozmów dorosłych. Czasem też sam dorosły rzucał człowiekowi jakiś ochłap w postaci malowniczej historii z życia dalekich krewnych lub znajomych, oczywiście – z morałem. Do dziś pamiętam na przykład historię skąpej Józi, która żywiła się karmą dla zwierząt, jednocześnie odkladając do skarpety kolejne złotówki... z których potem ucieszyli się jej spadkobiercy.

Dlatego też historia “Panny” - dziewczyny z Sarajewa, która całe swoje życie złożyła na ołtarzu pieniądza i oszczędności wydała mi się w stu procentach znajoma. Może nie, jeśli chodzi o szczegóły. Identyczny był za to morał i tchnący z całęj historii wielki smutek i
zimno. Można zatem powiedzieć, że Andricowi udało się znaleźć klucz do zasobnika izydorowych archetypów.
Pozornie wydaje się, że historia jest raczej nie na czasie. Teraz bardziej modne wydaje się życie ponad stan. Ale jeśli dopasujemy do niej bardziej uniwersalny klucz – już nie materialne skąpstwo, a egoizm, okaże się, że pasuje do niejednej osoby z nas i wokół nas. Także zachęcam do zapoznania się z tą dołującą historią.



Zdjęcia: zorger.com, swistak.pl

piątek, 6 września 2013

Hurtownia książek - nobliści, maryniści i historyczne puzzle


Inne kolory – Orhan Pamuk
Zbiór artykułow prasowych i innych ścinków z twórczości noblisty.


Taki groch z kapustą. O widokach z okna, córce, zakładaniu (a następnie odchudzaniu) biblioteki, początkach działalności publicznej i Stambule.


Jak to zwykle bywa ze zbiorami esejów i artykułów - większość szybko paruje, a kilka perełek pozostaje z czytelnikiem na długo. A patrząc na tę książkę globalnie - to portret świeckiego (to ważne) tureckiego inteligenta zmontowany metodą patchworkową.



Fermenty – Wł. St. Reymont

Ciąg dalszy “Komediantki”. Tam mieliśmy drogę Janki Orłowskiej od dzikiej dziewczyny do samobójczyni złamanej niechcianą ciążą i niełatwym, aktorskim życiem. Tu będzie droga do akceptacji swojego miejsca na ziemi i własnych ograniczeń. Czyli 400-stronicowe “jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Wątek Janki wydał mi się przyciężkawy (ale może to zrozumiałe, dylematy egzystencjalne 20-latki mogą być przesadnie skomplikowane), za to cudowne były wątki satyryczne (o mamisynkach i środowisku literackim). Jest w tej książce nawet porno-parodia “Chłopów”. Żeby nie drażnić co bardziej konserwatywnych odbiorców – niestety bardzo krótka.

Szaleństwo Almayera – Joseph Conrad

Tym razem o człowieku, który nie chciał zaakceptować tego, co ma i żył pogrążony w swoich fantazjach i wielkich planach. Historia, w której jakoś tam odbijają się dylematy każdego z nas. Jak najbardziej polecam.









Myśli o dawnej Polsce- Paweł Jasienica


Bardzo, bardzo mi podeszły. Ciekawe rozważania na temat momentu, w którym losy Polski się wykoleiły i przestała ona być „normalnym krajem, takim jak inne”. A tym momentem jest zdaniem autora... rok 1241 i bitwa pod Legnicą. I nie chodzi tu o śmierć Henryka Pobożnego, która być może opóźniła zjednoczenie Polski. Co mają wspólnego Mongołowie z rozbiorami.? Zachęcam do sprawdzenia:).


piątek, 28 września 2012

Hurtownia książek - kierunek wschód

"Stambuł - wspomnienia i miasto" Orhan Pamuk
Połączenie wspomnień autora, pisanych z perspektywy dziecka, któremu stopniowo rozszerzają się granice świata, z omówieniem tego, co inni autorzy napisali o Stambule. Autorzy różni - od Flauberta i Brodskiego, po pisarzy tureckich, których nazwisk nie będę pamiętać już za tydzień. Autor próbował uchwycić smutek miasta, które kiedyś było metropolią wielkiego imperium, teraz zaś jest zaledwie stolicą małego kraju zamieszkiwanego przez jeden naród (z tym małym to Pamuk ostro przesadził, ale proces wypychania mniejszości z Turcji opisał przekonująco).
Plusem są liczne czarno-białe zdjęcia, głównie z lat 50-tych i 60-tych, minusem zaś przesadna szczerość autora. Nie do końca rozumiem, dlaczego zwierzeń o swoim onanizmie dziecięcym nie powierzył psychoterapeucie, tylko postanowił nim pokatować trochę nie spodziewających się takich atrakcji miłośników sentymentalnych podróży w przeszłość.

"Korea szerokopasmowa" Konrad Godlewski

Przyjemny reportaż z najbardziej nasyconego internetem państwa świata czyli... Korei Południowej. Tak, to nie pomyłka, nie Japonii, a właśnie Korei. Spora dawka wiedzy ogólnej o tym państwie plus tej zupełnie szczegółowej. Dowiedziałam się na przykład, że Koreańczycy (w przeciwieństwie do Amerykanów) nie mieli problemu ze wydzieleniem uzależnienia od internetu jako oddzielnej jednostki chorobowej. Jedna z form: kompulsywne blogowanie. Objawy? Spędzanie powyżej 4 godzin dziennie w sieci. Brzmi znajomo?


"Japoński codziennik" Aleksandra Watanuki


Po prostu blog na papierze i to ze wszystkimi szykanami: komentarzami i nawet... linkami do filmów. Dlatego pewnie akurat tej książce należałoby się wydanie elektroniczne i czytanie na czytniku z dostępem do netu.
Książka to zapis obserwacji Kraju Kwitnącej Wiśni z punktu widzenia Polki zamieszkałej tam od lat i już nieźle czującej ichni klimat.
Lektura przyjemna, acz nieco fragmentaryczna.
Miejscami bawiły mnie komentarze. Czytelnikami bloga były w dużej części Polki emigrantki, więc często wypowiedzi wpadały w schemat: w Japonii jest tak, w moim nowym kraju tak, a w Polsce - no w tej Polsce, to cóż to proszę państwa za chamstwo...


Koreańczycy, Japończycy, Chińczycy - Kim Mun-Hak

Autor jest Koreańczykiem urodzonym w Chinach, od czasów studenckich zaś mieszkającym w Japonii, pozwolił sobie zatem na zaserwowanie czytelnikowi trójpaku skonstruowanego na zasadzie:
-wybrać jeden aspekt życia w trzech krajach (np. toalety, meble, sztandarowy sławny pisarz)
-zbadać związek tematu z charakterem narodowym wszystkich trzech nacji
W sumie nawet ciekawe, tyle, że przez powtarzalność pomysłu pod koniec nuży.
Zdarzają się detale, które sa oczywiste dla autora zanurzonego w świecie Dalekiego Wschodu, zaś dla czytelnika- niekoniecznie. Np. właśnie kwestia ogrzewania w Korei. Autor pisze, że używa się tam ondolu (przetłumaczonego w przypisach jako ogrzewanie podłogowe), dlatego Koreańczycy są towarzyscy i lubią żyć w ciasnocie. Co ma piernik do wiatraka? Wyjaśnił mi to dopiero Konrad Godlewski w "Korei szerokopasmowej". Otóż ondol to ogromny piec, na którym kiedyś stawiało się chatę. Stąd ta ciasnota. Teraz faktycznie używa się raczej ogrzewania podłogowego.
Tylko skąd wziąć redaktora, który wyłapie takie detale?

wtorek, 18 września 2012

"Lenin w Zurychu" - Aleksander Sołżenicyn

-->
Tak się składa, że kończyłam podstawówkę jeszcze w czasach PRL. Załapałam się nawet na akademie ku czci rewolucji październikowej, a w jednej nawet (jako siódmoklasistka) śpiewałam w chórkach. Na szczęście, gdy byłam już w ósmej klasie akademie stały się passe i udało mi się uniknąć recytowania przed całą szkołą jednego z rewolucyjnych evergreenów.
Dlatego trudno mi zrozumieć, dlaczego moja wiedza na temat Lenina, poza kilkoma ogólnikami, sprowadzała się do tego, że leży aktualnie zabalsamowany w mauzoleum na Placu Czerwonym. Nawet moje informacje o jego związku z Nadieżdą Krupską okazały się błędne. Liczni leninofobi z mojego otoczenia wmawiali mi przez lata, że był to związek “na kartę rowerową”, tymczasem okazało się, że został on pobłogosławiony przez popa (inna rzecz, że ślub wzięli tylko dlatego, żeby razem wyjechać na zesłanie).
Czy “Lenin w Zurychu” rozszerzył moją wiedzę? Tak, ale w dość niespodziewanym kierunku. Sołżenicynowski Lenin to domowy tyran ( i to raczej żałosnego kalibru – pomiatający zoną, czujący natomiast respekt przed teściową), zdradzający wyraźne objawy nerwicy natręctw odstępstwo od planu dnia oznaczało dla niego dzień stracony) do tego nękany przez dolegliwości o podłożu psychosomatycznym.
Do tego polityk z niego raczej słaby – buduje swoją partię metodą kolejnych rozłamów i wciąż zaskakują go wydarzenia w kraju (najpierw rewolucja 1905, potem lutowa z 1917-go), co oznacza, że wpływ na nie ma raczej nikły.
Żaden z niego menadżer (od zarządzania partyjnymi zasobami ludzkimi). O charyzmę też go raczej trudno podejrzewać, przynajmniej gdy widzimy go jak peroruje po kawiarniach do garstki znudzonych szwajcarskich działaczy.
Jedyne, co mu wychodzi, to konstruowanie kolejnych wizji przyszłego zwycięstwa rewolucji, założeń, jakimi będzie się kierować to nowe społeczeństwo plus podstawowych śródków koniecznych do osiągnięcia celu (a było to wywołanie wojny domowej w celu zniszczenia więzi społecznych i dekonstrukcja carskiej Rosji).
W zasadzie – dziwna to książka – niby Sołżenicyn pisze o rzadko wspominanych faktach (że bolszewicy byli wspierani i sponsorowani przez Cesarstwo Niemieckie), ale jego Lenin jest jakiś taki pozbawiony pazurów. W dodatku książka kończy się na maju 1917, kiedy nie miał jeszcze szans zamoczyć sobie ich we krwi.
Dla rozszerzenia kontekstu zajrzałam sobie szybko do odpowiednich rozdziałów “Historii świata od 1917 do lat 90-tych” Paula Johnsona (autor koncentruje się tu na czynniku ludzkim i duchowym klimacie epoki, dzięki czemu ksiażka nadaje się świetnie do “zwykłego” czytania) i niby jest to ten sam Lenin, a jednak Johnsonowi jestem w stanie uwierzyć, że ten własnie człowiek był w stanie przejąc cały kraj i zrobić z nim potem to, co mu się podobało.
Fakt, że był socjopatą zadziałał na jego korzyść. Nie istniały dla niego żadne bariery w postaci zasad czy tradycji. Razem z garstką kumpli szli po władzę  na bezczelnego (no i niestety zwyciężyli).
Wygląd ana to, że Sołżenicyn tak naprawdę dokonuje liftingu legendy “dobrego Lenina” (która funkcjonowała sobie w opozycji do “złego Stalina”). Tyle , że dobry oznacza w tym przypadku – słaby.

Wracając do Sołżenicyna- za czasów, kiedy to jeszcze moja podstawówka organizowała te akademie “ku czci”, o których wspomniałam na początku Sołżenicyn (razem z Sacharowem) uznawani byli za symbole antykomunistycznego oporu. Tymczasem rola ruchu dysydenckiego bywała czasem niejasna. Jeśli ktoś chce sobie na ten temat poczytać, warto zajrzeć do Mackiewicza[1].
Ogólnie - kończę to spotkanie z Wladimirem Iliiczem niezbyt wstrząśnięta, ale za to mocno zmieszana.

[1] A konkretnie do : J. Mackiewicz, B.Toporska "Droga Pani..."

Źródło zdjęcia- amazon.com.

piątek, 29 czerwca 2012

Hurtownia książek - pourlopowe porządki


Do przeczytania króciutkiego "Wyzwania" Mario Vargasa Llosy zachęciło mnie wyzwanie (nomen omen) Trójka E-pik. To kilka wczesnych opowiadań noblisty poświęconych zjawisku machismo. MVL, jako ten ptak, który własne gniazdo kala, nonszalancko rozprawia się z ciemnymi stronami jednego z bardziej znanych zjawisk kultury latynoskiej. "Maczowie" z jego opowiadań to typy nieracjonalne, często niemoralne, czasem aż śmieszne dla obserwatora z zewnątrz.
Czy polecam? Raczej w drugiej lub trzeciej kolejności. W krótkich formach noblista nie jest w stanie rozwinąć skrzydeł. To raczej wprawki - udane na tle innych debiutantów, ale nie powalające na kolana.

Kolejną kategorią czerwcowej Trójki było "babskie czytadło". Cóż może lepiej pasować do tej kategorii niż książka Marii Rodziewiczówny? tytuł "Niedobitowski z granicznego bastionu" ma wprawdzie zabarwienie lekko militarne, kto jednak przeszkadza umieścić w takim bastionie jakas kresową dziewicę i rozkręcić akcję romansową?
Nic z tego. "Niedobitowski" to pamflet polityczny i to w dodatku ostry jak brzytwa. Ci, którzy wzdychają za złotymi czasami Drugiej Rzeczypospolitej będą mocno zdziwieni.
Rzecz dotyczy sytuacji kresowych ziemian - uważanych za ostoję polskości na tamtych terenach Rzeczypospolitej. Skończyły się czasy caratu, w przeszłość odeszła wojna polsko-bolszewicka, jednak ziemianie, zamiast cieszyć się powszechnym szacunkiem słyszą zewsząd uwagi "chcieliście Polski - no to ją macie" i uważani są za krańcowych frajerów. Dlaczego? Zachęcam do sprawdzenia w książce.
Bardzo to gorzka krytyka czasów, które obecnie uważane są za raj utracony.

Bardziej do kategorii babskiej pasuje za to "Lato" Tove Jansson - rzecz o wspólnych wakacjach 80-letniej babci i dziesięciolatki Sophii, jej wnuczki. Wiele jest książek o tym, jak kochać dziecko, ta pokazuje, jak je można dobrze rozumieć. Mam nadzieję, że taki poziom empatii jest osiągalny także przed osiemdziesiątką.
Polecam lekturę lata, najlepiej jeszcze w 2012, a to dlatego, że choć pochodzi z Finlandii, jest z ducha bardzo korczakowskie. a 2012 to wszak Rok Janusza Korczaka:).






Do zbiorku opowiadań kryminalnych Krzysztofa Kąkolewskiego "Umarli jeżdżą bez biletu" najlepiej pasuje słowo oldskulowy. Mamy tu Polskę lat 60-tych z wszechwładną milicją bez żadnych procedur stosującą prowokacje, które dziś byłyby nielegalne. Wiele przestępstw w tej chwili jest uważanych za zwykłą działalność gospodarczą.
Przeczytałam z przyjemnością, gdyż oprócz sportretowania Polski w czasach, gdy Kuba Wojewódzki latał jeszcze w pieluchach tetrowych, Kąkolewski zadbał także o rzecz bardzo ważną w kryminałach, czyli umiejętne rozłożenie napięcia.




No i wreszcie książka, którą czytam w tej chwili - "Chryzantema i miecz. Wzory kultury japońskiej" Ruth Benedict. Autorka jest antropologiem kultury, a jej opracowanie powstało w ramach "Projektu Japonia" - mającego pomóc zrozumieć Japończyków i ułatwić ich "reedukację" po klęsce II Wojny Światowej. Zastanawiam się, ilu takich specjalistów chodzi obecnie po świecie i dla kogo pracują. Benedict bowiem dosłownie poszatkowała Japończyków na plasterki i podała ich ładnie udekorowanych na tacy.
Niepokojące, wnikliwe i godne polecenia:).

wtorek, 5 czerwca 2012

"Saga rodu Forsyte'ów" - John Galsworthy


Moja czteroletnia córka wymyśliła jakiś czas temu określenie "bajka wszyściocha", nie wymagające chyba większych tłumaczeń. "Saga rodu Forsyte'ów" to taka właśnie bajka wszyściocha dla nieco starszych obywateli.
Czego tu nie ma...
Po pierwsze - sceneria: późnowiktoriańska Wielka Brytania, wielkie imperium, nad którym jednak powoli zaczyna zachodzić słońce. Przy czym Galsworthy nie ogranicza się do opisu kiecek czy konnych powozów (choć i tych nie brakuje), próbuje także uchwycić istotę zasad, którymi kierowała się klasa średnio - wyższa. Forsyte'owie, typowi przedstawiciele swojej warstwy, bez żenady przedkładają "mieć" nad "być", jednak nie sposób ich potępiać. Ostatecznie to ich energia i optymizm zbudowały potęgę imperium królowej Wiktorii.
Po drugie - fabuła: powikłane losy licznej rodziny (nie należy się dziwić, że książka została sfilmowana), ludzkie dramaty No i dwie naczelne namiętności: miłość i nienawiść.
Po trzecie: warsztat autora. Książka ma wszystkie zalety XIX- wiecznej klasyki: celne charakterystyki postaci, staranną konstrukcję. Natomiast ujęcie tematu i problematyka są jakby bardziej współczesne. No i Galsworthy nie faszeruje swojej książki jakimiś przebrzmiałymi teoriami, stawiając na bardziej uniwersalne ludzkie dylematy. Dzięki temu książka wciąga tak, że "czyta się" niemal bez udziału świadomości czytelnika.
No cóż, jeśli kiedyś traficie w bibliotece na tak uroczy widok jak na załączonym obrazku, zalecam przetestowanie tomu nr 1.
Sama wciągnęłam "Sagę" (tomy 1-3) jedną dziurką od nosa. Niestety - z drugą cześcią "Nowoczesną komedią" (tomy 4-7) już tak dobrze mi nie poszło. No cóż, spróbuję za jakiś czas, żeby nie przedawkować:).



źródło zdjęcia

czwartek, 26 kwietnia 2012

Hurtownia książek sponsorowana przez nieustający brak weny

Wena jak wiadomo na pstrym koniu jedzie. Stąd też kolejna hurtownia. Ma tę zaletę, ze można ją pisać na raty:).

"Karin, córka Monsa" to historia związku urodzonego pod złą gwiazdą króla Szwecji Eryka XIV (współczesny Zygmuntowi Augustowi), oraz Karin, kobiety niskiego stanu, początkowo kochanki, pod koniec panowania także morganatycznej małżonki. Książka ma specyficzny styl: staroświecki, przypominający dawne romanse rycerskie (wlaśnie za ten styl bywa czasem krytykowana, mi akurat się podobał). Treść również nie na czasie (miłość, poświęcenie, przeznaczenie), zahaczająca też o poważne tematy (choroba psychiczna). Polecam:).


Do bohaterki "Cóż za moich czasów", piętnastoletniej Kati Horvath nie mogłam nie poczuć sympatii. Tak jak ona jestem bowiem abnegatką ciuchową, z gatunku tych, które muszą się mocno pilnować, żeby im "sobota nie wystawała spod niedzieli". Kati wydarzyła się jeszcze gorsza historia. Z powodu nieumiejętnego zarządzania własnymi zasobami bieliźniarskimi, zmuszona była kiedyś pójść do szkoły w kalesonach swojego taty...
Kolejna staroświecka powieść, tylko tym razem skierowana do młodzieży. Nie mamy tu żadnych wampirów czystej krwi, jest za to Budapeszt u progu wojny, dorastanie skażone walką z niedostatkiem, pierwszą miłość, dorastanie do odpowiedzialnosci za własne czyny. A żeby nie było przesadnie koturnowo: także mnóstwo zabawnych sytuacji (niekoniecznie z bielizną w tle).


Pewnie wszyscy znają cykl o Mikołajku panów Sempe I Goscinnego. Książka Maryny Miklaszewskiej to nader udany pastisz tej serii, tyle, że przeniesiony w realia schyłkowego PRL. Nie odstaje dowcipem od oryginału, za to ma mnóstwo polskich smaczków. Dziwi mnie tylko jedno (jako niemal rówieśnicę PRL-owskiego Mikołajka) - co te 10 -latki takie rozpolitykowane? Zrobiło mi się niemal głupio, że sprawami publicznymi zainteresowałam się dopiero w wieku lat dwunastu i nigdy przenigdy nie przyszłoby mi do głowy wykonywanie napisów na murach solidarycą.



Jaka jest wasza reakcja, gdy znienacka po latach odzywa się ktoś z trzeciego garnituru znajomych? "Ma interes". Przypuszczalnie szuka pracy. Czterdzieści lat temu przyczyna mogła być bardziej finezyjna: dawnego znajomego mógł nasłać po prostu jego oficer prowadzący... Po przejrzeniu swojej teczki Marek Nowakowski stwierdził, że inwazja starych znajomych, która przeżył w latach siedemdziesiątych nie była spowodowana siła przyciągania jego osobowości, ani nawet pisarską sławą:).
Kolejna ciekawostka: kto był najbardziej wnikliwym czytelnikiem dzieła literackiego? Esbecki analityk, a dokładniej tropiciel myśli antysocjalistycznej. Z konieczności musiał się przegryźć przez książkę znacznie dokładniej niż np. współczesny maturzysta przygotowujący prezentację.
"Kryptonim 'Nowy'" to takie polskie "Życie na podsłuchu". Jeśli ktoś dotychczas nie zetknął się z tematem, to myślę, że warto.




"Niespokojny człowiek" to ostatni tom cyklu o Wallanderze. Ostatni, gdyż 60-letni policjant rozwiązując swoją sprawę przy okazji zmaga się z nieuleczalną chorobą o podłożu neurologicznym i wiemy, że z tej walki zwycięsko nie wyjdzie . Plus książki to właśnie te zmagania, godzenie się z życiem, podsumowania. Minus - sama zagadka. Nie będę zdradzać o co chodzi, ale nie lubię, gdy pisarz literatury popularnej za bardzo obsuwa się w ideologię bądź politykuje. Jeśli robi to tak umiejętnie jak Larsson, to jest to jeszcze do zniesienia, ale w przypadku Mankella miałam wrażenie, że czytam drętwą agitkę. W dodatku robi to po raz kolejny - już w "Chińczyku" zarzucano mu nadmiernie pozytywny stosunek do afrykańskich dyktatorów (mieszkając w Mozambiku musi z nimi przecież dobrze żyć).

"Voss" Patricka White'a. Są autorzy modni oraz tacy, którzy muszą wręcz żebrać o zainteresowanie czytelnika. Spójrzmy na Projekt Nobliści: Pamuk - 28 recenzji, Vargas Llosa - 42, White zaś - 3, a zaręczam - jest to ta sama półka. White nie tylko pisze pięknie, wgryza się w klimat epoki, do tego wszystkiego jeszcze mam wrażenie, że nie chodzi mu o zwykle czernienie papieru, a także o zachęcenie czytelnika do refleksji. Ingredinecje tego akurat dania to Australia połowy XIX wieku, szukanie własnej drogi życiowej i miłość.
Jeśli komuś wpadnie w ręce, zachęcam do spróbowania:).





Historia dwóch braci, potomków zubożałej rodziny ziemiańskiej. Starszy, przysłowiowy "mózg" i nadzieja całej rodziny, idzie do rosyjskiej szkoły, skutkiem czego po latach zostaje carskim prokuratorem. Młodszy zaś, uznawany przez rodzinę niemal za upośledzonego zostaje gospodarować na resztkach rodzinnego majątku. Po latach jednak okazuje się, że ich losy ułożyły się nieco inaczej, niżbyśmy się tego początkowo spodziewali.
Zacznijmy od wad; jest to książka z tezą: jednego z braci autorka skazuje na potępienie, także w tym duchowym sensie, i nieco na siłę doprowadza cały proces do końca. Oczywiście odwrotnie postępuje z drugim z bohaterów.
Mimo to w epizodach Rodziewiczówna wychodzi z tych ramek. Uroczy jest opis dzieciństwa rodzeństwa Barcikowskich. Środowisko Rosjan, do którego próbuje się wkupić starszy z braci, opisane jest tak plastycznie, że wielu czytelników miałoby ochotę samemu się do niego wkręcić. Do tego mamy jeszcze zręcznie wplecioną intrygę kryminalną oraz wiarygodnie opisane realia życia w zaborze rosyjskim. Nie wiem, czy w 1900, kiedy to książka została wydana, cenzura zdążyla juz zelżeć w porównaniu z czasami Prusa czy Kraszewskiego, ale widać, że autorka nie musiała chować się za półsłówkami i tematami zastępczymi. No i bardzo dobrze; mało który czytelnik jest teraz w stanie rozwiązywać literackie rebusy.




Zacofanemu w lekturze serdecznie dziękuję za pożyczenie książek:).

wtorek, 6 marca 2012

"Cevdet Bej i synowie" - Orhan Pamuk


Trzydziestolatki płci męskiej to prawdziwa czarna dziura literacka. Nietrudno znaleźć dzieła traktujące o nastolatkach, szukających swojego miejsca w życiu dwudziestolatkach, następnie od razu mamy segment 40-latków z ich pączkującym kryzysem wieku średniego. Natomiast jeśli chodzi o stadium pośrednie: jedyny literacki przedstawiciel tego przedziału wiekowego, który przychodzi mi do głowy to American Psycho oraz związkofoby z książek Bridgetopodobnych.
Lukę wypełnia tu Orhan Pamuk ze swoim Cevdetem Bejem (i synami) i w dodatku robi to z rozmachem biorąc pod lupę aż pięciu tureckich trzydziestolatków z trzech pokoleń. Nie jest bez znaczenia to, że chodzi tu właśnie o Turków. Ich kraj bowiem został poddany wyjątkowo głębokim przemianom w krótkim czasie (porównywanym chyba tylko z Japonią epoką Meji). Jak odbiło się to na świadomości i mentalności obywateli? A dokładniej : obywateli +/- 30 letnich (płci męskiej).

1905 - Cevdet, lat 37, rysopis: wzrost średni, strój elegancki acz z nowobogackim sznytem.
Cevdet, mimo względnie młodego wieku, jest człowiekiem zamożnym, choć startował niemal od zera. Jego zajęcie jest dość nietypowe - jest muzułmańskim kupcem (muzułmanie u schyłku imperium osmańskiego najwyraźniej nie parali się handlem, pozwalając na tę działalność Grekom , Żydom i Ormianom). Mimo, że czasy są politycznie niestabilne - nie spiskuje, nie z oportunizmu- po prostu ma to w nosie, jest politycznie autystyczny. Jego cele to rozwój biznesu i założenie rodziny (świetnie ilustruje to nazwa jego firmy - Cevdet Bej i synowie, Export, Import - dodajmy, że wymyślona w momencie, gdy Cevdet był kawalerem i nie zajmował się handlem międzynarodowym). Poznajemy go w przeddzień ślubu z córką zubożałego arystokraty (tradycyjnego: narzeczoną - Nigan widział dwa razy w życiu). Wcale nie czuje się z tego powodu źle, uważa, że to naturalna kolej rzeczy.
Słowem - bohater to wzór zrównoważonego faceta, chciałoby się powiedzieć, że tacy nie występują w przyrodzie... No i fakt, szybko, już w następnym pokoleniu, okaże się, że był on tylko genetyczną aberracją...

1936-'39 Refik, syn Cevdeta lat ok. 30, tendencje do tycia, skłonność do melancholii.
Poznajemy go jako wykształconego w Europie młodego inżyniera, zamężnego z wybraną przez siebie dziewczyną. To człowiek pogodny i nieco nijaki. Dwa wydarzenia, które następują szybko po sobie: śmierć ojca i narodziny córki, wpędzają go w depresję, która zamienia się niebawem w głęboki impas życiowy. Nie potrafi już żyć prostym życiem swojego ojca. Ma tak wielkie plany dotyczące zmian w Turcji, że oczywiście nie jest się w stanie za nie zabrać. Dodatkowo mieszają mu w głowie europejscy pisarze i filozofowie (na czele z Rousseau).

Ömer, kumpel Refika: zabójczo przystojny i zabójczo ambitny
Kolejna ofiara zachodniej literatury: tak zagłębił się w Balzacu, że postanowił zostać żywym wcieleniem Rastignacka - nadambitnego bohatera "Komedii ludzkiej". Przede wszystkim chce być bardzo bogaty. Niestety, zamiast pójść drogą Cevdeta, który nie gardził na początek nawet drobnymi okazjami do pomnożenia majątku, Ömer wciąż czeka na swoją wielką szansę.

Muhittin, trzeci z paczki Refika, niezbyt sympatyczny brzydal, poeta. Jako poecie zdrowo namieszał mu w głowie nie Rousseau ani Balzac, ale oczywiście - Baudelaire. Niestety - pisać każdy może, lecz nie każdy ma talent, dlatego też Muhittin podejmuje drastyczne postanowienie: jeśli nie osiągnie poetyckiego sukcesu do 30-stki, popełni samobójstwo.

Część poświęcona trójce przyjaciół jest najdłuższa (500 z ponad 700 stron książki!) i wzbudza skrajne emocje. Wszyscy trzej bohaterowie są w kryzysie, który wydaje się w przeważającej części nieuzasadniony. Pełen dobrej woli czytelnik usiłuje wykrzesać z siebie choć odrobinę empatii, niestety, przy każdym otwarciu książki pada zalany kolejną falą beznadziei. Pod koniec nie ma już nawet siły, żeby bohaterami choćby potrząsnąć.
Co poszło nie tak w życiu trzech kumpli? Autor sugeruje, iż wykończyła ich zachodnia edukacja, której nie byli w stanie zabsorbować i dopasować do swych ukształtowanych przez Turcję osobowości. Nie byli w stanie tych europejskich wartości przyjąć, ale także nie potrafili ich odrzucić i przyjąć na powrót jakąś rdzennie turecką ideologię (niezależnie od tego, czy miał to być islam, czy panturkizm). Siłą rzeczy wszyscy trzej zostali skazani na życie "malowanych ptaków", których stado nie odrzuca, ale toleruje z pewnym trudem.
Swoją drogą nie dziwię się, że Pamuk jest mało popularny w swojej ojczyźnie. Zapewne główną przyczyną są jego poglądy na kwestię kurdyjską i ludobójstwo Ormian, ale i literacki obraz Turków (mało porywający) może wywołać zgrzytanie zębów opisywanych.

1970 - Ahmet, syn Refika. Malarz, singiel.

Jeśli książka Pamuka jest przewodnikiem po zmianach w tureckiej mentalności, to Ahmet wydaje się być tych zmian produktem finalnym. Jest artystą, ale z pokorą podchodzi do swojej pracy, nie ma co do niej nierealistycznych oczekiwań. Rodzinny: kocha swoja babcię Nigan i siostrę (no i nie jest związkofobem). Wydaje się, że przyswoił te wszystkie zmiany kulturowe, które tak fatalnie odcisnęły się na życiu jego ojca. Tylko szkoda, że poznajemy go tak pobieżnie.

To moje pierwsze spotkanie z Pamukiem - muszę przyznać, że dość udane (zwłaszcza, że książka jest podobno najsłabsza w jego dorobku). Przed sięgnięciem po kolejną muszę sobie jednak zrobić przerwę, jeśli trafiłabym to kolejną wiwisekcję depresyjnych zakamarków męskiej duszy, mogłabym rzucić książką o ścianę (i to bynajmniej nie metaforycznie).

sobota, 21 stycznia 2012

Rozmowa w "Katedrze" - Mario Vargas Llosa


"Rozmowę..." czytałam wiele lat temu, chyba jako maturzystka i pamiętam, że zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Zapoczątkowała u mnie fazę na książki Peruwiańczyka, niestety, każda kolejna okazała się niewypałem, choć poddałam się się dopiero przy piątej ("Wojna końca świata"), przy której po prostu nie rozumiałam co czytam. Teraz z podziwem patrzę na blogerki z grupy wiekowej poniżej 20. roku życia, które spokojnie biorą na warsztat np. "Marzenie Celta" czy "Raj tuż za rogiem" i są nawet w stanie je ciekawie zinterpretować!
No nic, jeśli ktoś twierdzi, że młode pokolenie jest bezmyślne - chyba nie do końca ma rację:).

"Rozmowa...", jak przystało na 800-stronicową cegłę, jest książką wielowarstwową i wieloznaczną. To fresk opisujący wszystkie warstwy peruwiańskiego społeczeństwa: od grubych ryb i ludzi władzy, aż po kastę służących i najemnych robotników najniższej kategorii. Poza tym mamy tu sporo polityki. Pisarz, za młodu zafascynowany marksizmem, wykorzystał okazję, żeby rozliczyć się ze swoja czerwoną młodością. Na szczęście rozlicza się tylko przez jakieś 200 stron, inaczej chybabym "Rozmowy..." nie doczytała.
Kolejny temat to dyktatura i jej wpływ na ludzi - jednych zaraża okrucieństwem, innych biernością, wszystkich zmusza do kompromisów z własnym sumieniem. Słowem - nic nowego, zwłaszcza, że przypadkiem jestem tuz po lekturze "Święta Kozła" poświęconego wyłącznie tej tematyce.
Wreszcie kolejna warstwa - rodzinne tajemnice familii Zavala. Gdybym właśnie pochłaniała książkę Nory Roberts zapewne na to hasło dostałabym gęsiej skórki, ale litości, to przecież Mario Vargas Llosa, w dodatku w najlepszej swojej książce, więc nie będę się ekscytować byle czym...

Gdyż wbrew pozorom ta książka, po rozbiciu jej na komponenty sprawiająca mało porywające wrażenie, jako całość rzeczywiście jest najlepszą książką noblisty (przynajmniej porównując ją z tymi, które dotychczas przeczytałam). Tym razem pisarz nie tylko bawi się formą (Zielony Dom), czy konwencją (Szelmostwa). Porzucił nawet swoją niezaangażowaną pozę - zazwyczaj jego książki rzeczywiscie są ciekawe, natomiast czytelnik odnosi wrażenie, że pisarzowi wszystko zwisa. Owszem- pisze, rozwija pawi ogon pisarskiej techniki, czaruje opowiadanymi historiami, ale o co w zasadzie mu chodzi?
Tym razem nie ma takiego problemu. W "Rozmowie..." mamy do czynienie ze zjawiskiem wyjątkowym- Vargasem Llosą, któremu nie jest wszystko jedno.

Akcja książki koncentruje się na postaci Santiago Zavali, młodego człowieka z wielką przyszłością. Oprócz tego, że chłopak ma głowę na karku, jest synem ważnego oficjela w rzędzie generała Odrii. Jednak Santiago stara się własnymi rękami podkopać swoją przyszłość- idzie na kiepski uniwerek, bawi się w marksizm, wyciągnięty przez ojca z aresztu zrywa wszelkie kontakty z rodziną, rzuca studia i idzie do mało perspektywicznej pracy. Do tego uparcie odmawia pomocy materialnej, akcji, obligacji, a nawet należnego mu spadku. Dlaczego? Czy jest po prostu urodzonym nieudacznikiem czy jego postępowanie da się jakoś uzasadnić?

Okazją do rozrachunku z własnym życiem stanie się dla Santiago przypadkowe spotkanie dawnego szofera jego ojca- Ambrosia. Tytułowa rozmowa, jaką odbędą ze sobą w spelunie o szumnej nazwie "Katedra", przeprowadzi nas przez życie bohaterów. Niczym drobne strumyki będą ja zasilać inne "ważne rozmowy", nie tylko tych dwóch mężczyzn. W końcu zrobi się z tego prawdziwy potop, a czytelnik, któremu przewali się on nad głową, będzie miał okazji doznać głębokiego zanurzenia w kraj zwany Peru. Potop zresztą rozgałęzia się wyraźnie na dwa przeciwstawne nurty: bogatych i biednych; tych, którzy umieją się ustawić, i tych , którym to jakoś nie wychodzi; katów i ofiary. O dziwo, te nurty są przeciwstawne na każdym polu, także biznesowym, w dyktaturze nie istnieje coś takiego jak czyste pieniądze, są najwyżej odplamione.
Tym razem nie będzie to jednak katalog okrucieństw jak w "Święcie kozła", a nawarstwiające się krzywdy, które w ostatecznym rachunku łamią życie.
Pod koniec jedyne, co kołatało mi się w głowie, to zapamiętany z lat szkolnych wiersz Miłosza "Który skrzywdziłeś", moim zdaniem świetnie nadający się na puentę tej książki*.




*Poeci chyba jednak maja łatwiej - cztery strofki zamiast 800 stron

Źródło zdjęcia.

piątek, 13 stycznia 2012

Hurtownia książek - mieszanka polsko francuska.


"Teoria zbrodni uprawnionej" Marka Gaszyńskiego to historia ubeka i jego ofiary ciągnąca się od lat 60-tych po czasy współczesne. Plusy: sporo ciekawych detali historycznych i obserwacji z czasów lat studenckich autora (znanego dziennikarza muzycznego). Zobaczymy jak wyglądała jazzująca Warszawa, jak sprytni wykładowcy uodparniali młodzież studencką na nieprawomyślnych pisarzy, wreszcie - dowiemy się jak wyglądała moskiewska szkoła agentów. Minus: część współczesna historii jak dla mnie jest mało realistyczna, autor postarał się, żeby zło zostało ukarane (przynajmniej w jakimś stopniu), krzywdy zaś nagrodzone. Czy aby na pewno tak jest w życiu? Mimo to - polecam:).



Andrzej Kijowski to zapomniany pisarz i działacz opozycyjny. "Rachunek naszych słabości" jest zbiorem jego wydawanych w podziemiu artykułów na różne tematy: literackie, historyczne, autobiograficzne. Najciekawsze są jednak te, które dotyczą stanu świadomości Polaków na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Jeśli kogoś zastanawia, dlaczego jego rodacy najbardziej na świecie cenią święty spokój albo skąd u nas wciąż najniższy (lub jeden z niższych ) w Europie poziom zaufania społecznego, warto zajrzeć do Kijowskiego. Tym bardziej, że nie jest socjologiem, a po prostu mądrym człowiekiem z dużym darem obserwacji rzeczywistości i formułowania myśli. Dodatkowa zaleta tego zbioru artykułów - nie jest powtarzalny. Przy tej formie często się zdarza, że czytelnik zmuszony jest czytać kilkanaście razy na ten sam temat. W związku z powyższym lektura takiego zbiorku albo szybko "zarżnie" czytelnika, albo będzie trwać latami (skarżył się na ten syndrom zacofany w lekturze przy okazji zbioru artykułów Anny Politkowskiej). Tutaj motywy przewodnie wprawdzie się powtarzają, ale spojrzenie autora wciąż wyławia nowe ich aspekty, dzięki czemu książkę dało się przeczytać w kilka dni. Co za ulga.




Czasy Ludwika XII. Colas jest zamożnym mieszczaninem, rzeźbiarzem, ojcem gromady dorosłych dzieci, mężem pewnej sekutnicy, a do tego miłośnikiem dobrej zabawy i miłego spędzania czasu z przyjaciółmi. Jak wpłynie na jego podejście do życia utrata (w krótkim czasie) zdrowia, majątku i żony? Tak książka to dowód na to, że Nobel nie zawsze oznacza "flaki z olejem". Zachwyci także zwolenników tezy, że Francja była zawsze laicka.




Molier - syn tapicera, niedoszły prawnik, nieudany aktor dramatyczny i wielki talent komediowy mimo woli. Podejrzewany przez współczesnych o to, że ożenił się z własną córką. Bystry, bezkompromisowy obserwator ludzkich wad, z talentem przenoszący wszelkie ludzkie śmiesznostki na scenę, kierował się w swojej twórczości zasadą "No mercy", przez co zraził do siebie niemal wszystkich, poza królem.
Za opisanie życia tej barwnej postaci zabrał się inny piszący aktor (z wykształcenia jednak nie prawnik, a lekarz) - Michaił Bułhakow. Jeśli intuicja wam podpowiada, że ta lektura nie może być nieudana- zapewne podpowiada słusznie:).

wtorek, 10 stycznia 2012

"Miłość i wygnanie" - Izaak Bashevis Singer


Lubię czytać autobiografie. Kłopot w tym, że często taka lektura odstrasza mnie od innych książek autora (tak było z Amosem Ozem czy Margaret Forster). Po co czytać coś wymyślonego, skoro w jednym tomie dostajemy "samą prawdę i tylko prawdę" (no powiedzmy, ta prawda często bywa też kreacją).
Tak pewnie będzie też z Singerem. Jego twórczość, jak sygnalizuje w autobiografii, miała trzy źródła: chasydzkie dzieciństwo, młodość spędzona na esksperymantach w dziedzinie stosunków damsko-męskich oraz trudna adaptacja w Ameryce. Już wiem, że kompletnie nie interesuje mnie temat przewodni numer dwa:).
Sama "Miłość i wygnanie" bardzo mi się podobała, przede wszystkim dlatego, że oferuje sporo zaskoczeń.
Dzieciństwo i wczesna młodość, a zwłaszcza jego droga edukacyjna, współczesnego rodzica (sterroryzowanego akcją "Cała Polska czyta dzieciom") wprowadza w osłupienie. Wolą rodziców Singera było, aby ich dzieci uczęszczały do jesziwy. Dwaj starsi synowie (Izrael Joshua i Izaak) oczywiście grzecznie dostosowali się do tego życzenia, tyle, że po godzinach uparcie poszerzali edukację przy pomocy wszelkiej maści ksiąg zakazanych (zakazane, jak wiadomo, smakuje najlepiej). Izaakowi było o tyle łatwiej, że o jego nieprawomyślną edukację zadbał starszy brat. Pochłaniało więc dziecię kolejne księgi filozoficzne, przegryzając je dziełami stricte naukowymi z dziedziny fizyki bądź biologii. Gdy już uznał, że żaden z nurtów filozoficznych nie daje odpowiedzi na zagadki wszechrzeczy zabrał się za Kabałę (dozwoloną przez tatę- rabina od lat 30-stu, Singer przy jej lekturze miał pewnie ok 14-15 lat). W końcu, gdy wybuchła I Wojna Światowa i brat - dostawca bibuły musiał się ukrywać przed wojskiem, Izaak zapisał się do biblioteki i po jakimś czasie de facto tam zamieszkał.
Po tej nietypowej edukacji stracił wiarę i zbudował sobie własny, synkretyczny światopogląd. Szczególnie nurtował go temat cierpienia, który po latach doprowadził do do ortodoksyjnego wegetarianizmu popartego dość kontrowersynymi tezami : Dla zwierząt wszyscy ludzie to naziści, a ich życie to wieczna Treblinka [1]. Zupełnie przy okazji nauczył się też kilku języków (głównie biernie): hebrajskiego wyszlifowanego pamięciową nauką Tory, polskiego, niemieckiego... a wszystko to bez drogich lekcji i związanego z nimi rodzicielskiego stresu (ja cię tu wożę na korki przez pół miasta, a ty nadal nie znasz Present Perfect!).
Dwudziestoletni Singer mógł wreszcie przestać się uczyć i zacząć żyć. Dość często na rachunek kobiet, które los postawił na jego drodze, gdyż Warszawa nie miała do zaoferowania zbyt wielu ofert pracy dla poczatkujacych żydowskich dziennikarzy i pisarzy w jednym.
Jego tryb życia był na tyle niezwykły, jak na syna bogobojnego chasyda, że lekko uderzył mu do głowy. Zdarzało mu się wyrażać o swoich partnerkach lekceważąco. Np. w trakcie starań o wizę amerykańską, wypytywany o ostatni związek z komunistką (zresztą matką jego dziecka), stwierdził, że tylko w komunistycznych kręgach można dostać bez problemu wolną miłość.
O etapie amerykańskim, gdzie pisarza dopadła depresja, napiszę tylko tyle, że mocno skojarzył mi się ze "Szklanym kloszem". Ta sama samotność w wielkim mieście, klaustrofobiczny pokoik i daremne próby pisania. Na szczęście Bashevis nie zaczął wzorem Sylvii wyrzucać swojej bielizny przez okno...
Zaskakujące detale? Przede wszystkim obcość polsko-żydowska. Do czasów II Rzeczpospolitej obie nacje korzystały nawet z odrębnych systemów edukacyjnych, nie było więc szans, żeby się ze sobą zetknąć. Społeczność żydowska stworzyła tez odrębny obieg gospodarczy i kulturalny (w jidisz). Singer spotykał więc co najwyżej Polaków na ulicy (często przemieszczających się w konduktach pogrzebowych, mieszkał bowiem w okolicy Powązek). Wspomina tylko dwa nazwiska - Piłsudskiego (przy okazji przewrotu majowego) i Adolfa Nowaczyńskiego.
Zasymilowanych Żydów Singer pokazuje jako ludzi pękniętych, często zresztą po latach próbowali oni wracać do swoich korzeni.
W 1935 Singer emigruje. Świadomość zagrożenia była już wtedy powszechna. Autor pokazuje, że praktycznie wszyscy chcieli wyjechać (przynajmniej wszyscy/prawie wszyscy z jego otoczenia), ale często trzymała ich na miejscu rodzina (kwestie proceduralne i finansowe desperacko próbowano obchodzić).
Czy muszę dodawać, że polecam:)?





[1] Cytat za Wikipedią http://pl.wikipedia.org/wiki/Isaac_Bashevis_Singer

poniedziałek, 28 listopada 2011

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" - Mario Vargas Llosa


Jestem pewnie jedną z ostatnich osób w ksiażkowej blogosferze, która jeszcze nie czytała Szelmostw, więc zastanawiam się, czy w ogóle zamieszczać choćby kilka zdań streszczenia?

Ricardo i Niegrzeczna Dziewczynka (jej prawdziwe imię poznamy dopiero pod koniec książki), spotykają się pewnego upalnego lata na początku lat 50-tych jako nastolatki. Przez kolejne lata Dziewczynka będzie się pojawiać w życiu Ricarda w różnych okolicznościach (Paryż, Londyn, Tokio, Madryt) i wcieleniach (poczynając od kubańskiej rewolucjonistki kończąc na kochance japońskiego mafioza).
Na pozór układ jest taki, ze zakochany Ricardo raz po raz ratuje Dziewczynke z tarapatów, ona natomiast poświęca mu trochę swojego czasu, następnie znika. Gdy przyjrzymy się bliżej okaże się, że para wykorzystuje się nawzajem, a środkiem płatniczym, towarem, kijem i marchewką jednocześnie jest tu seks.
Bohaterowie nie wydawali mi się specjalnie sympatyczni, później z Dziewczynką jakoś się oswoiłam, niedojrzały Ricardo ciągle budził moją irytację.

Fabuła początkowo irytuje niewielkim stopniem prawdopodobieństwa. Tak jak jestem w stanie uwierzyć w perypetie Niegrzecznej Dziewczynki, tak fakt, że co chwila wpada na Ricarda (w różnych częściach świata) wygląda już mniej wiarygodnie. Wygląda mi to na grę z konwencją powieści łotrzykowskiej. Bohaterka jest takim Odyseuszem czy też Sindbadem w spódnicy - pojawia się w czyimś życiu, namiesza, a następnie musi salwować się ucieczką. I tak wielokrotnie.
Czym jeszcze są "Szelmostwa..." poza zabawą z literacką tradycją? Tropów dostarcza jeden z wątków pobocznych mianowicie - historia Peru. Dowiadujemy się o kolejnych etapach demokratyzacji, nowych przywódcach (z prawicy lub lewicy), wielkich nadziejach na dobrobyt, które kończą się zazwyczaj grabieżą obywateli... Z drugiej strony mamy Niegrzeczną Dziewczynkę, jej kolejnych facetów, którzy mają zapewnić jej stabilizację finansową i/lub uczuciową, zamiast tego każdy epizod kończy się spektakularną katastofą, stratami finansowymi oraz uszczerbkami na zdrowiu i psychice. Na szczęście ma swojego niezawodnego Ricardo, który przez krótka chwilę pozwoli jej się zregenerować, zanim rzuci się w ramiona kolejnego Ukochanego (Przywódcy).
W tym momencie niezrozumiałe przywiązanie Ricarda zaczęło mi coś przypominać:

"nie pytaj mnie dlaczego jestem z nią nie pytaj mnie dlaczego z inną nie nie pytaj mnie dlaczego myślę że... że nie ma dla mnie innych miejsc"

Pełen tekst "Nie pytaj o Polskę" Grzegorza Ciechowskiego tutaj.

Grafika ze strony gozamos.com.

środa, 9 listopada 2011

"Święto kozła" - Mario Vargas Llosa

Traktat o dyktaturze i meandrach polityki chyba nie jest wymarzoną lekturą na jesienne wieczory. Niestety, moje nieodwracalne skrzywienie w kierunku takich ciężkich tematów połączone z sympatią do zeszłorocznego noblisty, sprawiło, że kilka wieczorów podczytywałam sobie opisy tortur, upokorzeń, krzywdy ludzkiej, jak również urazów psychicznych wywołanych przez wyżej wymienione.
"Święto Kozła" to analiza dyktatury od strony psychologicznej (tak, tak) przeprowadzona na przykładzie dominikańskiego reżimu Trujillo (1930-1961).
Autor opisuje jego ostatnie dni z wielu punktów widzenia - samego dyktatora, jego współpracowników, uczestników spisku na jego życie a także pewnej 14-latki (można się domyślac, że los nie potraktuje jej zbyt łaskawie).
Dla mnie był to katalog postaw jakie ludzie przyjmują wobec reżimu, jak również psychologicznych zniszczeń i uszkodzeń, które on wywołuje. Proste zapędzenie ludzi w kierat wywołałoby bunt, ale kombinacja kija i marchewki, połączona z okresami niełaski wywołuje zbawienną dla przetrwania systemu mieszankę przywiązania i strachu.
Byłoby przesada stwierdzić, że wszyscy byli uwikłani i ponosili odpowiedzialność, ale na pewno "umoczone" były warstwy wyższe. Choćby zachowanie własności wymagało czasem niezłej ekwilibrystyki z własnym sumieniem. A jednak niektórym udawało się wygrzebać z degrengolady, innych łamano na zawsze (najlepiej widać to w zachowaniach spiskowców, byli tacy, którzy ginęli z godnością, inni potrafili na zimno pokierować sytuacją, a zdarzali się tacy, którzy nie wytrzymywali psychicznie buntu przeciw dyktatorowi - tak głęboko zakorzeniła się w nich mieszanka strachu i lojalności).
Vargas Llosa trafnie odczytuje tez rolę "tłumu", niestety zazwyczaj bierną i wtórna wobec działań tych, którym chciało się schylić i wziąć władzę. Trudno mi powiedzieć, czy ta bierność to cecha typowa społeczeństw postkolonialnych?
Co i kto tak naprawdę decyduje o zmianach politycznych? Grupy interesów, także te zewnętrzne. Reżim Trujillo padł w momencie, gdy nie było innej możliwości dla USA wyjścia z twarzą z nałożonych uprzednio sankcji ekonomicznych. Wcześniej opozycja mogła co najwyżej tłuc głową w ścianę, ewentualnie spełniać rolę karmy dla rekinów (jedna z popularniejszych metod egzekucji).
Kto jest najbardziej narażony u schyłku dyktatury? Dyktator. Czynniki decydujące - czyli zazwyczaj warstwy dysponijące siłą ekonomiczną w danym społeczeństwie i zainteresowane wielkie mocarstwa są przygotowane na to, że reżim bedzie się reprodukował w złagodzonej formie (przy pomocy ludzi z drugiego szeregu), ale zawsze musi odejść ten, kto był znakiem firmowym dyktatury (co widac choćby na ostatnim przykładzie Kadaffiego). Czym jest w tej sytuacji demaokracja? Obawiam się, że wielkim złudzeniem i przysłowiowym opium dla ludu.
Książka MVL tym razem napisana jest prostym, niemal reporterskim stylem, który podkreśla wagę tematu. Jeśli ktoś zdecyduje się z nią zmierzyć - przed przeczytaniem warto rzucić okiem na podstawowe informacje o Dominikanie i jej najnowszej historii, nawet na Wikipedii.
Tradycyjnie polecam:)

środa, 3 sierpnia 2011

"Komediantka" - Władysław St. Reymont


Lenistwo (przede wszystkim umysłowe) opanowało mnie do tego stopnia, że tylko o jednej książce chce mi się napisać więcej (a chodzi o "Przed agonią" Janusza Krasińskiego). Niestety- to część tetralogii, więc z tekstem zaczekam, zanim nie przeczytam dostępnych części. Zatem w najbliższym czasie można spodziewa się notek hurtowych lub mikronotek.
Reymontowa "Komediantka" opiera się na dwóch filarach. Pierwszym jest historia Janki - zbuntowanej dziewczyny, która ucieka z domu, aby dołączyć do trupy teatralnej. Niestety były to czasy, wybór aktorstwa był najgłupszą z możliwych decyzji życiowych. Możemy więc towarzyszyć jej w przemianie z przyzwoitej dziewczyny w komediantkę, co w tym przypadku oznacza nie tylko zawód, ale znalezienie się niemal poza nawiasem społeczeństwa. Ten wątek, to całkiem udana próba powieści psychologicznej, z elementami...hmm... determinizmu biologicznego. Jeśli zmienić scenerię (z aktorskiej np. na światek modelingu) historia niebezpieczeństw czyhających na młode idealistyczne osoby, wyda się wciąż aktualna. Przy czym nie chodzi tutaj tylko o naiwnośc bohaterki, bardziej o przekonanie, że jako jedynej uda jej się zmienić system i panujące w nim reguły gry.
Główną zaletą była dla mnie jednak warstwa obyczajowa- po prostu cudowne opisy szalonego aktorskiego światka, aż by się prosiło, żeby je wystawić na scenie. Zresztą nie wzięły sie z powietrza, autor spędził jeden sezon wycierając kąty jako komediant w prowincjonalnym teatrze. I świetnie spożytkował te doświadczenia.
Polecam:).

poniedziałek, 9 maja 2011

"Gawędziarz" - Mario Vargas Llosa



Tak to już jest, że zawsze, gdy pójdę do biblioteki, zawsze musi do mnie zamrugać z półki z prozą latynoamerykańską kolejna książka Mario Vargasa Llosy. Tym razem mrugał do mnie tak, że mało mu oko nie wypadło tom zatytułowany "Gawędziarz". Cóż było robić- zlitowałam się nad biedakiem, tyle, że przyszło mi potem srodze żałować tego impulsu.
"Gawędziarz" bowiem nie jest typową książką MVL - energetyczną prozą z zakręconą narracją, tylko dość tradycyjnym reportażem etnograficznym. A przynajmniej początkowo wygląda to na reportaż, gdyż im bliżej końca, tym bardziej ksiażka skręca w stronę fikcji.

Rzecz dotyczy jednego z amazońskich plemion - Macziguengów. MVL fascynował się nimi przez wiele lat, już od czasów studenckich (książka została napisana ok 30 lat później). Pierwszą przyczyną była ich niezwykła kultura. W ich etyce niezwykle ważne było utrzymanie harmonii ze światem, zwykłe zdenerwowanie mogło tę harmonię zaburzyć, więc Macziguengowie od zawsze wprawiali się w sztuce utrzymania spokoju. Z kiepskim dla siebie skutkiem - bezlitośnie wykorzystywali to zarówno kolonizatorzy jak i inne plemiona, spychając coraz głębiej w dżunglę. Innym unikalnym aspektem ich kultury była instytucja Gawędziarza - człowieka, którego jedyną funkcją w plamieniu było snucie opowieści, zupełnie oddzieloną od funkcji szamana czy czarownika. Zafascynowało to MVL, który najwyraźniej sam uważa się za Gawędziarza kultury Zachodu.
Drugim powód zainteresowania właśnie tym plemieniem był czysto prywatny- jego przyjaciel z lat studenckich - Saul Zuratas, był tak zafascynowany Macziguengami, że sam... stał się jednym z nich.
Te dwie przyczyny sprawiły, że MVL przez lata próbował literacko opracować temat Gawędziarza i jego plemienia. Pomysł jak podejść do tematu podsunęła mu dopiero wystawa zdjęć, którą zobaczył w dalekiej... Florencji.
Książka skonstruowana jest dwutorowo - z jednej strony pisarz przytacza swoją prywatną historię Macziguengów - rozmowy z Saulem w latach studenckich, kolejne wyprawy do dżungli (jedna z nich stała się bazą do napisania "Zielonego Domu"!), zarówno naukowe jak i reporterskie.
Część dokumentalna przepleciona jest opowieścią Gawędziarza- początkowo streszczającego maczigueńską mitologię, potem przechodzącego na tematy prywatne... w końcu zdradzającego swoją tożsamość.
Przyznam, że początkowo książka mnie nie porwała. Chciałam ją potraktować jako aneks do "Rio Anaconda" Cejrowskiego, lub innej "Blondynki w dżungli"- czyli po prostu kolejną pozycje dla szykujących się na wyprawę do Amazonii (także tych, którzy planują wyprawę palcem po mapie).
Jakieś 30 stron przed końcem MVL udowodnił, że zbyt wcześnie spisałam "Gawędziarza" na straty. Zza tego reportażu wyjrzał znowu pisarz pełną gębą, który ma coś do przekazania.
Co tym razem? Moim zdaniem obraca się tu wokół pozytywnych i negatywnych aspektów różnych kultur. Nie da się zmieniać tych negatywnych aspektów siłą i z pozycji autorytetu (jak robili to zdaniem MVL zarówno misjonarze, jak i wszelkiej maści naukowcy w stosunku do Indian).
Zmiany są możliwe tylko wówczas, gdy wniknie się w tę inną kulturę bardzo głęboko i przyjmie ją za swoją. Tyle, że niewielu jest w stanie to zrobić i niewielu się na to decyduje.
Nie wiem, czy polecać tę książkę. To pewniak dla tych, którzy interesują się egzotyczną Amazonią. Czy spodoba się komukolwiek innemu - to zależy od fazy Księżyca i położenia plam na słońcu - czyli jest wielką niewiadomą. Podobnie zresztą, jak było w przypadku "Raju tuż za rogiem".

piątek, 6 maja 2011

"Rodzina Połanieckich" - Henryk Sienkiewicz


Stach Połaniecki postanowił się ożenić. A że był to człowiek przedsiębiorczy, przyzwyczajony do realizacji celów biznesowych, zakasał rękawy i zabrał się z energią także do tego celu prywatnego.
W czasie jednej ze swoich podróży służbowych (rzecz dotyczyła windykacji długów), spotkał pannę nieszpetną, a do tego prawdziwą szlachciankę, dobrą Polkę i katoliczkę - Marynię Pławicką. Prędko uznał, że to dobra kandydatka, gotowa zapewnić mu w przyszłości spokojne ognisko domowe i gromadkę spadkobierców, cóż z tego, skoro nie wziął pod uwagę uczuć panny (a dokładniej nie wziął pod uwagę tego, że jeśli przyłoży rękę do jej eksmisji z rodzinnego majątku, ta nie musi być do niego specjalnie przychylnie nastawiona). Tak to bywa, gdy miesza się biznes z uczuciem.
W bajkach (a w życiu czasem też) jednak bywa tak, że jeśli księżniczka jest łatwo dostępna, rycerze kręcą na nią nosem, wynajdując wyimaginowane wady, natomiast taka zamknięta w wieży błyskawicznie rośnie w cenę. Niemożność zdobycia Maryni doprowadziła więc do tego, że biznesmen Stach naprawdę poważnie się zakochał. Po sforsowaniu wielu przeszkód rodem z Jane Austen udało mu się w końcu doprowadzić swą wybrankę do ołtarza, tylko że...w tym momencie dochodzimy dopiero do połowy książki!
Dalej bowiem kończy się bajka, a zaczyna życie, i zanim historię Połanieckich będzie można chwilowo zakończyć sakramentalnym: "i żyli długo i (względnie) szczęśliwie", będą musieli zjeść razem przysłowiową beczkę soli, sporo nauczyć się o swoich charakterach, dotkną dna, a potem się od niego odbić.
"Rodzina Połanieckich" to wcale nie bajka, i wcale nie romans (no, może najwyżej w 40%), ale bardziej historia o dojrzewaniu (człowieka na oko już dojrzałego, zarówno jeśli chodzi o wiek (35+) jak i doświadczenie życiowe), miłości (ale nie tylko tej romantycznej), pracy nad związkiem.
Mam wrażenie, że Sienkiewicz zaplanował tę książkę jako rodzaj poradnika, a może nawet kursu przedmałżeńskiego, głównie dla facetów. Świadczy o tym mnogość bohaterów drugoplanowych, dokonujących różnych wyborów życiowych, a potem borykającymi się z ich skutkami. Niejednokrotnie czytając widziałam w tle grożącego paluszkiem mistrza Sienkiewicza grzmiącego: "Nie idźcie tą drogą!". Nie jest to jednak prosta historyjka dydaktyczna. Nawet najczarniejszy charakter ma szansę na rehabilitację, gdy okaże trochę serca i odkryje drzemiące w sobie pokłady dobra.
Czy ta historia jest nadal aktualna - jak najbardziej. W dziedzinie uczuć, emocji a także stosunków międzyludzkich , tak naprawdę zmienia się nie tak wiele, jak nam się wydaje.
Aby nie wpaść w patos Sienkiewicz doprawił swoje danie sporą dawką humoru.
homeopatyczna próbka: pan Pławicki (ojciec Maryni, alter ego imć Zagłoby):
"w grzecznościach, jakie prawił pani Emilii zawadzał aż o mitologię, co było nawet pod pewnym względem usprawiedliwione, patrzył na nią bowiem jak satyr".
Lektura warta poznania bądź przypomnienia, ze względu na słuszną objętość powinna się spodobać tym, którzy lubią godzinami leżeć na plaży, bądź wędkarzom. Zamiast czekać na wieeelką rybę wpatrując się w spławik, lepiej jednym okiem czytać "Połanieckich":).