Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjna. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 października 2013

"Jak wychować chłopca na mężczyznę" - Meg Meeker


Z poradnikami na temat wychowania jestem do dziś na bakier, naiwnie wierzę, że wystarczy się słuchać wlasnej intuicji. Czasem jednak takie czy inne tomiszcze o tej tematyce przywlecze mi się do domu, więc wypada je choćby przekartkować.
Wnioski z tej pobieżnej bardzo znajomości są takie, że poradniki (przynajmniej te z etykietka “konserwatywne”) dzielą się na 2 grupy.
Pierwsza z nich to apokaliptyczno -katastroficzne. Możemy sobie w nich poczytać, że czasy są ciężkie, wyzwania stojące przed wspólczesnymi rodzicami o wiele przewyższają te, które stały przed poprzednimi pokoleniami, a żeby wychować dziecko na... no w zasadzie na kogokolwiek, należy wykazać się przemyślnością lisa, odwagą lwa, siłą tura i czego tam jeszcze miłośnicy antropomorfizacji nie wymyślą.
W tym celu autorzy proponują nierzadko niestandardowe środki. Do dziś pamiętam poradnik z nurtu chrześcijańskiego (“Dziki ojciec” Szymona Grzelaka), doradzający zapoznawanie już czteroletnich maluchów z kwestią, skąd się biorą dzieci. Dodam, że chodziło o uświadamianie dość szczegółowe, a nie jakieś tam ogólniki w stylu “z brzucha mamy”. (Jeśli intryguje was, dlaczego tak wcześnie, chętnie napisze w komentarzu).
Ze straceńczą odwagą kamikadze jest u mnie jednak dość słabo.  No i czasem ta upierdliwa intuicja dzwoni na alarmi i podpowiada, że nei tędy droga. Na szczęście jest jeszcze drugi nurt – tym razem pod hasłem “dasz radę wychować swoje dziecko”. Potrzeba tylko takich drobiazgów jak dbanie o więź z nim i takie kształtowanie własnego postępowania, żeby być dla niego wzorem. Dzieci wszak uczą się przez obserwację. No doprawdy – kaszka z mleczkiem.
Do tego właśnie nurtu należy książka Meg Meeker. Polski tytuł “ Jak wychować chłopca na mężczyznę” choć bardziej pompatyczny od oryginalnego “Boys will be boys” chyba dobrze oddaje istotę problemu. Chodzi o prowadzenie dziecka do dojrzałości, którą nie wszyscy dorośli mężczyżni jednak osiągają, a nawet, rozglądając się wokół siebie, wydaje się czasem, że osiąga ją mniejszość.
Sposoby? Oprócz oparcia wychowania na wartościach, mam wrażenie, że autorka proponuje coś w rodzaju “dzieciństwa uproszczonego” - mniej zajęć dodatkowych, więcej przestrzeni, mniej wypasionych gadżetów. No i oczywiście - ten kontakt z rodzicami. Podobno wpływ rodziców zawsze przewyższa wpływ rówieśników (trudno w to uwierzyć, ale nie będę dyskutować), dlatego do końca nie należy oddawac dziecka walkowerem.
Jedyne, co mnie w tej książce martwi, to fakt, że wszystkie te w sumie trudne sprawy są opisane tak, jakby były banalnie proste. Mam nadzieję, że stoi za tym nie tylko wyuczony amerykański optymizm.
Ale może to właśnie jest spójne z duchem tego poradnika. Zostawia on przestrzeń czytelnikowi – nie zasypuja go stosem szczegółowych rad. Sam/sama musisz znależć ten punkt, w którym możesz dokonać upgrade'u swojego rodzicielstwa.

czwartek, 29 sierpnia 2013

"Co wciaga Twoje dziecko?" Małgorzata Więczkowska

No to wróciłam. Zazwyczaj po takim powrocie uderza mnie, że mieszkanie jakby się skurczyło, tym razem jednak rzuciło mi się w oczy co innego - książki. Może jeszcze nie skolonizowały wszystkich powierzchni płaskich, jak u niektórych rekordzistów, ale i tak wylewają się ze zbyt wielu półek. Zwłaszcza leżące w widocznym miejscu książki niezrecenzowane.
Choćby ta: "Co wciaga Twoje dziecko?" Małgorzaty Więczkowskiej. Tytuł wydaje się pewniakiem dla rodziców, dziadków i opiekunów. Niby omawia tylko wpływ mediów elektroniczych na dzieci, ale każdy, któ próbował kiedyś odkleić czwartoklasistę od jego smartfona, albo ten, który boi się, że jego przedszkolak, mimo troskliwej polityki zapobiegawczej i tak za kilka lat zamieni się w maszynę do klikania, będzie wdzięczny za jakieś wskazówki.
Mimo dość suchego stylu i raczej szczupłych rozmiarów książki, autorce udało sie przekazać sporo cennych rad  - i to nie tylko ogólników (np., żeby "rozmawiać z dzieckiem"). W jednym z aneksów jest na przykład lista konkretnych tematów do  tych rozmów na temat programów telewizyjnych i filmów, która moze być ciekawa także i dla dorosłego, jeśli się ostatnio przyzwyczaił do bezrefleksyjnego przeżuwania telewizyjnej papki, a do tego może zachęcić do tworzenia własnej listy pytań, zgodnej ze swoim światopoglądem i podejściem do życia.
Za tę część autorka ma u mnie dużego plusa, gdyż pitu-pitu z gatunku "jest źle, a będzie jeszcze gorzej", juz przestało na mnie robić na mnie wrażenie.
Ale to nie koniec wskazówek, dobrych rad i ciekawostek (choćby testów na uzależnienia od tego czy innego pudła). Także takich, które dowartościują niektóre mole książkowe i ich wykpiwany na szkolnych przerwach styl życia. No i może pozwolą spojrzeć nieco łaskawszym okiem na te tomiszcza ledwo mieszczące się na półkach:).
Zachęcam do sięgnięcia po książkę a sama udaję się w kierunku domowych porządków i szyykowania wyprawek.
Pozostańcie na linii:).

P.S. "Co wciaga Twoje dziecko?" mignęła mi w kiosku jako dodatek do tygodnika "Do Rzeczy".

piątek, 5 kwietnia 2013

"Takie buty z cholewami" - Szewach Weiss

Szewach Weiss znany jest w Polsce przede wszystkim jako były ambasador Izraela. Mimo, że był nim tylko przez 3 lata (2000-2003), pozostał do dziś aktywny na polskiej scenie medialnej i naukowej. Politycznej zresztą pewnie trochę też – przynajmniej, jeśli chodzi o politykę międzynarodową.

Wcześniej, w Izraelu, był przede wszystkim własnie politykiem. Osiągnął na tym polu niemal wszystko (najwyższe stanowiska to przewodniczący Knesetu i wiceprezydent), otarł się nawet o pokojową Nagrodę Nobla (uczestniczył w rozmowach pokojowych z Palestyńczykami (które zaowocowało porozumieniem z Oslo), za które dostali w końcu nagrodę stojący wówczas nieco wyżej w państwowej hierarchii Izraela Icchak Rabin i Szimon Peres. To jednak nie koniec jego aktywności: politolog, wykładowca, sportowiec, trener sportowy, a także autor książek dla dzieci. Szewacha Weissa najwyraźniej rozpierała energia i niechęć do marnowania choćby jednej chwili w życiu.

Skąd się brała możemy chyba wyczytać między wierszami w „Butach z cholewami”. Polityk urodził się w 1935 w Borysławiu i tam też spędził okupację. Ponieważ jego miasto znalazło w 1939 się po radzieckiej stronie granicy, Niemcy wkroczyli tam w czerwcu 1941. Rodzina Weissów przez 29 miesięcy, dzięki pomocy sąsiadów, ukrywała się poza tamtejszym gettem, w warunkach trudnych do zniesienia także fizycznie (w piwnicy, w podwójnej ścianie domu, itd). Szewacha to jednak nie złamało, a w jakiś sposób dało napęd do wykorzystywania wszystkich życiowych możliwości. Gdy w 1946 roku, jako 11 – latek, znalazł się w Izraelu (sam, rodziców zatrzymały w drodze kłopoty zdrowotne ojca), dosłownie rzucił się na zdobywanie wiedzy i doświadczeń życiowych, zwłaszcza na niwie politycznej. Co po latach zaowocowało wielką karierą skromnego chlopaka z Borysławia.

Wywiad – rzeka z Szewachem Weissem jest trochę jak spacer po całym zyciu tego człowieka. A że było to życie niezwykłe i bogate w wydarzenia, czytelnik ma do wyboru wiele ścieżek, które może dokładniej spenetrować i chwilę się na nich zatrzymać. Jest więc ścieżka spraw trudnych, ścieżka spotkań z ciekawymi ludźmi (Irena Sendlerowa, Jan Karski a także Jan Paweł II, który stwierdził, i ż Weiss... mógłby nieco popracować nad swoim językiem polskim. Co zresztą ten ostatni uczynił.), ścieżka muzealna (Weiss, jako były szef Yad Vashem, wręcz tryska pomysłami na uatrakcyjnienie planowanego Muzeum Żydów Polskich) i wiele, wiele innych.

 Ja wybrałam dwie. Pierwszą jest wątek izraelski. Z fascynacją czytałam o organizacji tamtejszego życia społecznego. Szewach Weiss, który trafił do Izraela de facto jako sierota, nie tylko miał zorganizowaną podróż (zresztą, dla ominięcia ograniczeń wizowych, jako przyszywane dziecko innej rodziny). Już w Izraelu, wówczas jeszcze zresztą pod administracją brytyjską, wszechstronnie się nim zaopiekowano. Trafił mianowicie do szkoły-kibucu, która doskonale przygotowywała swoich wychowanków do dorosłego życia. Słowem - pełen komfort i świetna organizacja. Druga ciekawostka: ocaleni z Zagłady, aż do 1962 roku (czyli procesu Eichmanna), wcale nie chwalili się w Izraelu swoją historią i pochodzeniem. Promowany był raczej kult pionierów, przybyłych do Izraela przed wojną, pracy fizycznej, służby wojskowej. Wojenna historia Żydów europejskich kojarzyła się zaś źle – z ofiarą i słabością. Chodziło oczywiści o uformowanie na nowo tożsamości narodowej. Ceną było to, iż wielu ludzi musiało wyprzeć swoją historię... na jakieś kilkanaście lat.

Zainteresowała mnie również „ścieżka” polskich fascynacji byłego ambasadora. Szewach weriss jako dziecko byl dwujęzyczny – posługiwal się jiidisz i polskim. Tego ostatniego nie używał przez 40 lat po przybyciu do Izraela. Nie czuł też żadnej nostalgii za krajem lat dziecinnych. Do czasu – przypadkowa wizyta w Polsce tuz po zakończeniu stanu wojennego, z półlegalnei wyłuzona wizą rumuńską, na nowo aktywowała w jego tożsamości podmoduł polski...

Można by długo jeszcze pisać, ale po co – zainteresowanych zachęcam do sięgnięcia po książkę i przetarcia sobie w niej swoich ścieżek:).

Takie buty z cholewami
Życie, polityka, pasje
Szewach Weiss (w rozmowie z Anną Jarmuziewicz)
Kraków 2012, Wydawnictwo M


Uwaga: z przyczyn technicznych posta publikuję po raz drugi (nie wyświetlał się niektórym użytkownikom).

wtorek, 22 maja 2012

"Smuga krwi" - Johan Theorin


Zabłysnąć na rynku skandynawskich kryminałów nie jest łatwo. Odchodzą powoli w przeszłość czasy, kiedy sprzedawało się wszystko, byle było ze Szwecji. Kolejnych autorów trudno od siebie odróżnić, do tego jeszcze przestaje działać powtarzane po raz kolejny hasło reklamowe: "nowy Larsson". Zresztą czytelnicza łaska na pstrym koniu jedzie i człowiek chciałby czasem przeczytać coś innego a nie tylko kolejne opowieści o maltretowanych dzieciach z opieka społeczną w tle, narzekania na amerykański imperializm lub nadmierny napływ emigrantów.
Nic z tej sztampy nie będzie nas straszyło u Johana Theorina. Zamiast powielać schematy autor wraca (i ciągnie za sobą czytelników) tam, dokąd prowadzi go serce - do swojej małej ojczyzny, czyli na Olandię.
Pewnie każdy z nas ma takie miejsce które jest dla niego punktem odniesienia i które go ukształtowało, dlatego łatwo będzie nam odnaleźć się na tej pozornie niegościnnej wyspie.
Szczególnie dlatego, że Theorin nie zajmuje się wymyślaniem pokręconych zbrodni. Zło, z którym stykają się bohaterowie wydaje się zwyczajne. Takie historie przydarzają się naszym sąsiadom. O takich sprawach szeptali sobie czasem nasi rodzice, gdy myśleli, że nie słyszymy. Takie zło sięga czasem korzeniami do poprzednich pokoleń, bywa obudowane metaforycznymi opowieściami, jesteśmy do niego przyzwyczajani od dzieciństwa. I mamy szczęście, jeśli nie dotyczy osobiście nas ani naszych rodzin.
Tego szczęścia nie mają raczej bohaterowie Theorina. Czterdziestoparoletnia Vendela spędziła na wyspie dzieciństwo. Czy to z jego powodu musiała potem przez wiele lat poddawać się psychoterapii? I czy to dlatego wciąż balansuje na granicy anoreksji i hurtowo pożera dopalacze? Skąd wzięła się jej obsesja na punkcie elfów - czy to kolejna forma ucieczki od rzeczywistości?
Osiemdziesięcioletni Gerlof opuszcza dom starców i zamieszkuje w swoim dawnym domostwie na Olandii - chyba po to, aby dokonać żywota w bardziej swojskim otoczeniu. Z nudów zaczyna czytać pamiętnik swojej zmarłej żony, gdzie dla odmiany znajduje sporo wzmianek o wizytach pewnego trolla. Dziwnym trafem pamiętnik obejmuje czas, gdy Vendela była dzieckiem i mieszkała na wyspie. Czy Gerlof wie coś o jej przeszłości? Czy te dwa pozornie bajkowe wątki jakoś się połączą?
Trzecim bohaterem jest Per. Ojciec dwojga nastolatków, z których jedno jest zbuntowane, a drugie poważnie chore, przyjeżdża na Olandię, aby spędzić Wielkanoc w odziedziczonym po wuju domu. Ponieważ kłopoty lubią chodzić stadami, Per musi się zająć swoim ojcem: starszym i mało komunikatywnym panem po wylewie, z którym z powodu rozwodu rodziców miał przez całe życie raczej marny kontakt. Teraz ojciec, uwikłany przed laty w nielegalne interesy, zaczyna się wyraźnie bać o swoje życie. Per musi znaleźć sposób, aby czegoś dowiedzieć się o przeszłości ojca, zanim będzie za późno...
Rodzinne tajemnice: te pozornie bajkowe i te całkiem przyziemne, opisy surowej przyrody, które niejednego zachęcą do turystycznego wypadu, a do tego umiar i elegancja w snuciu opowieści.
Wcale się nie dziwię, że olandzkie opowieści Johana Theorina jak magnes przyciągają także tych, którzy na co dzień nie czytają kryminałów.
Sprawdźcie, czy wciągną także Was:).

Książkę przeczytałam dzięki serwisowi "Zbrodnia w bibliotece". Bardzo dziękuję:).



poniedziałek, 7 maja 2012

"Pan Samochodzik i jego autor" - Piotr Łopuszański

"Pan Samochodzik" to jedna z kultowych PRL-owskich serii młodzieżowych. Przyznam, że sama czytałam ją z wypiekami na twarzy, choć do fanatyków nie należę, mój ostatni kontakt z panem Tomaszem miał miejsce w VI lub VII klasie ("Pan Samochodzik i człowiek z UFO"). Nigdy nie czytałam ani kontynuacji, ani reedycji książek, które pierwotnie do cyklu nie należały (np. "Uroczysko"). Słowem - zamknięty rozdział.

Do książki o Nienackim i jego książkach dla młodzieży przyciągnęła mnie raczej ciekawość co do osoby autora. Jak się okazało - całkiem słusznie, gdyż Piotr Łopuszański ujawnia kilka faktów, które jakoś nie kłują w oczy w internetowych opracowaniach (1).
Choćby taki detal:
"Przyszły autor powieści "Worek Judaszów" i "Liście dębu" (2) twierdził, że w latach 40. walczył z przeciwnikami ustroju komunistycznego (...). Walczył z bronią w ręku. W 1982 wspominał swój udział w utrwalaniu władzy komunistycznej: Była to walka z prawdziwym wrogiem i orężna i polityczna. Za swoją działalność w ZWM wkrótce otrzymał odznaczenie." (3)
Jak twierdzi Łopuszański- nie da się dokładnie ustalić, na czym polegał udział Nienackiego w walkach z podziemiem antykomunistycznym. Mi brakowało również informacji w ramach jakiej formacji się to odbywało. Wygląda na to, iż Nienacki sprawnie zacierał ślady. Podobnie bowiem trudne okazało się ustalenie, czy udało mu się kiedykolwiek zdać maturę (zdaniem Łopuszańskiego - nie).
Niejasna przeszłość nie przeszkodziła mu to jednak wykorzystywać swoich wspomnień literacko (czy też paraliteracko). O utrwalaniu władzy ludowej traktuje jego książka "Worek Judaszów" (1962) sfilmowana przez Jerzego Passendorfera jako "Akcja Brutus" (1970), gdzie Żołnierze Wyklęci przedstawieni sa jako brytyjscy szpiedzy.
Te informacje (i kilka innych) nie nastawiły mnie przesadnie pozytywnie do pisarza Samochodzików, a Łopuszański nie zrobił nic, aby nieco wybielić jego postać. Z kart książki wyłania się mizantrop i człowieka obciążony licznymi kompleksami, które odreagowaywał zgrywając wielkiego pisarza i intelektualistę.

Zdecydowanie większa sympatię niż pisarz budzą w Łopuszańskim jego dzieła, ale tylko te skierowane do młodzieży. Dyskretnie zniechęca natomiast zarówno do "Skiroławek", jak i do cyklu "Dagome Iudex", idąc tym samym pod prąd opinii innych czytelników (opinie z Biblionetki tu i tu).

Część dotycząca cyklu "samochodzikowego" jest przeznaczona zdecydowanie dla tych, którzy już przeczytali większą jego część Po pierwsze dlatego, że zdradza zakończenia i rozwiązania zagadek. A po drugie: o dziwo Łopuszańskiemu nie udaje się zachęcić do lektury. Człowiek ma wrażenie, że książki Nienackiego roją się od błędów merytorycznych, cześć fabularna i edukacyjna zostały nieudolnie sfastrygowane, a aktualizacje w nowych wydaniach wołają o pomstę do nieba.
Czułabym się skutecznie zniechęcona, gdyby nie to, że moje wrażenia sprzed lat były zupełnie inne!

Dla miłośników cyklu jest to zapewne kopalnia informacji: mamy tu rekonstrukcję życiorysu głównego bohatera, szczegółowo omówione zagadki. Oddzielne rozdziały poświęcone są kobietom pana Samochodzika, jego wehikułowi, skarbom, przestępcom. Mamy również rozdziały bardziej techniczne: dotyczące ilustracji, różnic w kolejnych wydaniach oraz błędom. Praktyczny może się okazać także leksykon postaci.
Autor lubi prezentować swoje opinie w sposób dość autorytatywny. Może to denerwować, ale warto podejść do tego także z przymrużeniem oka i podyskutować z niektórymi twierdzeniami. Jak wam się podoba np. taki fragment:

"Po roku 1982 właściwie nie powstały już żadne wartościowe utwory pokazujące polską rzeczywistość lat 80. Małgorzata Musierowicz w powieści "Opium w rosole" poniosła spektakularną klęskę. Nie umiała nabrać dystansu do opisywanej rzeczywistości. Dopiero powieść rozgrywająca się w 1988 ("Brulion Bebe B.") jest ciekawym przedstawieniem schyłku komunizmu w Polsce. (...) "Skarby" Chmielewskiej ukazały się w 1988 i były klęską pisarki. Następna udana jej książka to "2/3 sukcesu"(4).

Mam nadzieję, że powyższa opinia nikogo nie odstraszy od "Opium...", byłaby to spora strata:). I czyżby autor (rocznik '66) nie słyszał nigdy o cenzurze, która skutecznie blokowała wiarygodne przedstawianie rzeczywistosci stanu wojennego w literaturze?
I jeszcze jedna perełka:

"Tak więc Zbigniew Nienacki jest naszym Umberto Eco dla młodzieży. A może raczej odwrotnie. Umberto Eco to taki włoski Zbigniew Nienacki. Różnica między oboma pisarzami jest taka, że Eco w "Wahadle Focaulta" wspomina templariuszy czy różokrzyżowców w sposób ironiczny, a Nienacki w swoich powieściach przedstawia serio wiadomości w sposób encyklopedyczny (...)." (5)

Chyba muszę powtórzyć sobie jakiegoś Pana Samochodzika, żeby to zweryfikować. Eco mam w miarę na świeżo:).

Minusem książki jest dość ciężki, szkolny styl. Momentami trzeba się przez nią przedzierać, niczym przez trójkowe wypracowanie. Trochę to dziwi w sytuacji, gdy autor pracował między innymi w redakcji dwóch czasopism dla maturzystów. Książka sprawiła na mnie również wrażenie lekko chaotycznej, zwłaszcza w części dotyczącej biografii Nienackiego.
Mimo to czasu jej poświęconego nie uważam za zmarnowany. na pewno zaowocuje kolejnymi lekturami, chociaż tym razem oryginalnej młodzieżowej literatury z dawnych lat (a nie jej omówień).






(1) Mowa o wikipedii i Klubie Nienackofanów
(2) Pierwsza z książek poświęcona była walkom z partyzantką antykomunistyczną.
(3) P. Łopuszański, "Pan Samochodzik i jego autor", Warszawa 2009, s. 22
(4) tamże, s. 9
(5) tamże s. 150

wtorek, 14 lutego 2012

"Wyklęte pokolenia" - Janusz Rolicki


Odwiedzający tego bloga pewnie zauważyli, że mam pewną słabość do Kresów Wschodnich (czy w ogóle do Europy Wschodniej, ale to już inny temat). Po lekturze książki pana Rolickiego poczułam jednak wdzięczność do losu, iż moja rodzina z kresów nie pochodzi, na wschód ich kompletnie nie ciągnęło, a nawet, jak się tam w kompletnie nieodpowiednim momencie dziejowym zaplątał mój dziadek, to nie będąc ani oficerem, ani inteligentem nie przyciągnął uwagi NKWD. Gdyby stało się inaczej, zapewne nie oglądałabym wtedy tego świata.
"Wyklęte pokolenia" początkowo sprawiają wrażenie zupełnie zwykłej sagi rodzinnej. Śledzimy losy Jaremy Krzemieńskiego, właściciela ziemskiego z Dzikich Pól (okolice Bałty, okręg odeski), któremu mimo udziału w Powstaniu Styczniowym udaje się nieźle urządzić w rosyjskiej rzeczywistości, koleje jego dwóch małżeństw (z Rosjanką i Polką), dowiadujemy się też jak wyglądało życie ukraińskich i syberyjskich krezusów. Równolegle śledzimy losy jego dzieci i żony kilkadziesiąt lat później - od brawurowej ucieczki z Sowietów w 1922, aż po rok 1945.
Jednak ta saga jest nietypowa i to nie dlatego, że jej bohaterowie zostaną nieźle wyłomotani przez dziejowa zawieruchę. Już od początku towarzyszy im podskórny niepokój. Wszyscy boksują się ze swoją polskością, wyrzekają na zgubny wpływ romantycznych poetów, deprecjonują narodowe zrywy, podziwiają potęgę Rosji (zwłaszcza z wątpliwym urokiem ówczesnej Polski - czyli Priwisljenja). Jednak nie potrafią się zasymilować.
Drugie źródło niepokoju, to świadomość nadchodzących nadciągających ciężkich czasów. Carat mimo, że tłumił polskość zapewniał jednak pewne bezpieczeństwo materialne i porządek prawny. Rosnący w siłę komuniści/socjaliści - niekoniecznie. Jednak dość trudno jest sprzedać majątek i prysnąć na Zachód, jeśli na razie jakoś to wszystko funkcjonuje... Nie zdradzę tajemnicy (sugeruje ją już tytuł), że te wszystkie złe przeczucia spełnią się, aczkolwiek nie nastąpi to od razu. Polskiego "Przeminęło z wiatrem" nie będzie. Losy rodziny Krzemieńskich poruszają tym bardziej, że jest to historia prawdziwa - oparta na dziejach rodziny autora.
Wnioski z lektury nie są niestety optymistyczne. Niezależnie jak kombinujesz i jaki jest Twój stosunek do kraju w którym mieszkasz, jesteś na straconej pozycji mieszkając w tej części Europy. Mówicie, że od dawna nie było wojen, a nadciągający kryzys będzie li i jedynie ekonomiczny? Poprzednie, "wyklęte" pokolenia tak sobie właśnie powtarzały przed każdym kolejnym zakrętem dziejowym...


Ogloszenie last minute- zapraszam na moje aukcje charytatatywne na Allegro. Sporo książek do wzięcia i to w dobrych cenach!

środa, 30 listopada 2011

'W odbiciu" - Jakub Małecki


Karol Bryl to facet jakich wielu - jest budowlańcem chwilowa na bezrobociu, mieszka w niewielkim mieście. Ma małe mieszkanko, kredyt we frankach, kilku ulubionych kumpli, liczne hobby.
W pewnym momencie świat wokół Karola zaczyna ulegać entropii. W jego mieście mnożą się akty przemocy, kłopoty ze zdrowiem, zdrady, wypadki samochodowe. Początkowo większość tych wydarzeń wydaje się mieć jakiś związek ze śmiercią starszego człowieka zamordowanego przez dwójkę lumpów, ale zaraza zaczyna zataczać coraz szersze kręgi.
Wyraźnie w rzeczywistości nastąpiło jakieś pęknięcie, przez które wydostają się na świat ciemne siły. Czy komuś uda się zasklepić to pęknięcie i uratować świat? I czy Karol da radę naprawić swoje życie, które także zaczęło się gwałtownie sypać?
Książka Jakuba Małeckiego jest niezwykłą mieszanką. Zmysł obserwacyjny autora czyni z niej świetna powieść obyczajową, wyczuciem groteski dorównuje Etgarowi Keretowi. Zauważyłam też pewne pokrewieństwo z nurtem S-F (nieprzypadkowe, jak się okazuje autor zaczynał swoją pisarską przygodę od fantastyki). Największą zaletą jest jednak próba sformułowania reguł rządzących światem i zwrócenie uwagi na to, jak krucha jest jego równowaga. I jak często się okazuje, że wolność, oznacza dla ludzi wolność czynienia zła.
Tytuł pokazuje też niejednoznaczność naszej rzeczywistości - może rządzą nią pewne prawa, ale równie dobrze, może być to tylko odbicie naszych snów.
Ciekawa to wizja i uważam, że warto się z nią zapoznać. Jeśli nawet nie zmusi do myślenia, to na pewno zapewni kilka wieczorów rozrywki na wysokim poziomie.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Z pamiętnika przypadkowego czytelnika ("Głos Lema")


Z pamiętnika przypadkowego czytelnika

Dzień 1

Jacek Dukaj - Wstęp

Zimne poty - to było pierwsze wrażenie, gdy zaczęłam kartkować wyjęty z solidnie zabezpieczonej paczki od Powergraphu "Głos Lema". Przyznam, że dość nonszalancko zamówiłam tę książkę, spodziewając się garści wspominków i ciekawostek biograficznych. Zamiast tego - tom zawiera 12 opowiadań pisarzy SF młodszego pokolenia inspirowanych twórczością Lema. Nie chodzi tylko o to, że z Lemem miałam kontakt dość dawno i moja znajomość autora mocno wywietrzała. Wg. autora wstępu - Jacka Dukaja, Lem jest dla młodszego czytelnika takim samym dinozaurem jak Żeromski (rzekomo z powodu szkolnej traumy, po przedwczesnej lekturze "Bajek robotów". Celem projektu było wypróbowanie literackiej metody Lema we współczesnych czasach. Na czym ta metoda polega? Na fabularyzacji aktualnych koncepcji naukowych. Przyznam, że jestem w stanie lekkiej paniki. Chodzić będzie zapewne o nauki ścisłe, a to po prostu nie jest mój świat.

Dzień 2

Krzysztof Piskorski - 13 interwałów Iorri

Przyznam szczerze, że za pierwsze opowiadanie zabrałam się po kilkudniowej przerwie. Pierwsza próba ataku na na o"13 interwałów Iorri" zakończyła się niepowodzeniem. Katalog terminów fizycznych, chemicznych i komputerowych sprawił, ze z obrzydzeniem odniosłam książkę z powrotem na półkę. Drugie podejście zakończyło się umiarkowanym sukcesem. Historia o konflikcie życia i cyberżycia (czyli informacji), z elementami metafizyki, umieszczona w scenerii stygnącego wszechświata nie dość, że mnie wciągnęła, to jeszcze okazała się bogata w filozoficzne konotacje.

Dzień 3

Rafał W. Orkan - Księcia Kordiana księżycowych przypadków część pierwsza i najprawdopodobniej ostatnia

Tym razem urocza historyjka o XVIII-wiecznym (chyba) księciu, który postanawia zwiedzić Księżyc. Okazuje się on nie tylko zamieszkały, ale także targany nacjonalizmami, szowinizmami a do tego terrorem politycznej poprawności. Obiecujący początek, który potem zmienia się w niemal publicystyczny komentarz do rzeczywistości.

Wawrzyniec Podrzucki - Zakres widzialny

Rzecz o pewnej planecie, która robi w konia jej eksploratorów. Czyli ironiczny mini traktat na temat granic poznania i zawodności "szkiełka i oka". Po ciężkiej przeprawie, którą zafundowało mi pierwsze opowiadanie, to nie sprawia żadnej trudności. Choć satysfakcja.. jakby mniejsza:).

Dzień 4

Andrzej Miszczak - Poryw

Ludzie i androidy. Co w zasadzie ich różni? Historia "buntu robotów" w klimacie "Obcego " z przewrotną puentą.
Przy okazji- dzieci są zafascynowane okładką - z hamletyzującym robotem. Bardzo pasuje do treści tego właśnie opowiadania.

Dzień 5

Alex Guetsche - Lalka

Motto z lemowym cytatem szybko naprowadza nas na trop - znowu będzie o androidach. Tym razem androidem jest atrakcyjna dziewczyna, a całe opowiadanie jest historią międzygatunkowej fascynacji. Ciekawostka jest sceneria - Związek Radziecki, który nie upadł i jego księżycowa kolonia. A androidy, jak się okazuje, maję tendencję do fascynacji komunizmem. Ciekawe, czy przed '89 opowiadanie nie stałoby się wielkim hitem wydawanym w milionowych nakładach;).

Dzień 6
Joanna Skalska - Płomieniem jestem ja

Znów międzygatunkowa fascynacja - tym razem człowiek i kosmitka. Akcja rozgrywa się prawie współcześnie - na ziemi ląduje statek, na pokładzie którego jest jedynie rodząca kobieta. O dziwo genetycznie identyczna z mieszkańcami Ziemi. Czy badaczom uda się rozplątać ten rebus? Nawet fajne, tylko nie wiem, czy zrozumiałam puentę.

Janusz Cyran - Słońce Król

Rzecz na pozór dzieje się na dworze Ludwika XIV. Drobne szczegóły wskazują na to, że być może z tym Wersalem jest coś nie tak., przypomina raczej rekonstrukcję. Opowiadanie przypomina surrealistyczny obraz - nie poznamy wyjaśnienia zagadki, ale będzie można się porozkoszować niepowtarzalną atmosferą. Mam wrażenie, że to opowiadanie jak dotąd podoba mi się najbardziej.

Wojciech Orliński - Stanlemian

Mam wrażenie, że dotychczasowe opowiadanie eksploatowały tematykę, która od lat leżała odłogiem. Kosmos, androidy, sztuczna inteligencja.
Tymczasem Orliński wziął na warsztat rzeczywistość wirtualną, czyli coś eksploatowanego w tej chwili dużo mocniej, podparł to cytatami z "Summy technologiae", dorzucił płomienną deklarację, żeby pamiętać, że Lem jest Polakiem. Czy aby na pewno świat powinien o tym pamiętać? Może dla globalnego odświeżenia marki "Lem" należałoby raczej ukryć ten wstydliwy fakt jak najgłębiej?

Dzień 7

Rafał Kosik - Telefon

Mąż Kingi Bednarz ginie w katastrofie samolotowej. Chociaż rzekomo nikt nie przeżył Kinga zaczyna odbierać telefony z których niezbicie wynika, że jej mąż żyje, tyle, że zanim wróci musi się "ogarnąć i załatwić kilka spraw". Jednak czas oczekiwania na powrót wciąż się przedłuża...
Rewelacja. wprawdzie nie wiem, ile "Telefon" ma wspólnego z Lemem, ale sam broni się świetnie, żadnej metafizyki, za to świetnie stopniowane napięcie i wiarygodne wyjaśnienie. Myślę, że nawet to opowiadanie mogłoby być niezłym materiałem na film:).

Dzień 8

Paweł Paliński - Blask

Opowieść o fizycznej przemianie pewnego faceta w inną formę życia. Niestety zauważyłam, że cechą wielu opowiadań z "Głosu Lema" są niedopowiedzenia. Tutaj sprawiły one, że nie bardzo wiem o co chodzi. Może to tak naprawdę zapis szaleństwa, a może i nie:).

Filip Haka - Opowieści kosmobotyczne Dominika Vidmara

Nowatorska forma- opowiadanie zostało skonstruowane jako leksykon postaci fikcyjnej książki. Cała masa odniesień do Lema i teorii literatury niestety mnie pokonały. Właśnie wynoszą mnie na noszach.

Jakub Nowak - Rychu

Rychu jest amerykańskim pisarzem SF, balansującym na krawędzi psychozy. Łyka psychotropy i koresponduje z FBI na temat pewnego twórcy zza żelaznej kurtyny - Stanisława Lema. Jego zdaniem Lem jest tak naprawdę grupą ludzi, a cele literackiego desantu Lema na Zachodzie, wydają mu się nader podejrzane. Nie chce spoilerować, ale tu zagadka - kim jest Rychu?

Dzień 9
Pora podsumować.
Zazwyczaj nie czytam SF. Czytałam jej sporo jako nastolatka, potem po prostu przepalił mi się moduł odpowiedzialny za odbiór tego rodzaju literatury. Jakoś nie jestem w stanie czytać, czegoś, co jest ewidentnie WYMYŚLONE. Oczywiście dużo przy tym tracę. Prognozy przyszłości, naukowe teorie, rozwijanie wyobraźni... Niestety trudno mi było wyłapać wszystkie nawiązania i tropy literackie, ocenić jaki "procent Lema" jest w każdym opowiadaniu, ale bawiłam się naprawdę nieźle. Po przeczytaniu całości moje top 3 wygląda następująco:
1. Telefon (no tak, tu jest najmniej SF, a najwięcej rzeczywistości)
2. Słońce król (niepokojące klimaty rodem z Greenawaya mają jednak nieodparty urok)
3. 13 interwałów Iorri (najtrudniejsze z przeczytanych, jednak przemyślane i z wyraźną myślą przewodnią)
Gdyby ktoś miał ochotę przeczytać recenzję kogoś, kto nie jest całkowitym fantastycznym abnegatem, zapraszam tutaj.




środa, 2 listopada 2011

"Tu będę w słońcu i w cieniu" - Christian Kracht

W dawnych czasach, jeszcze chyba nawet przedinternetowych, często sięgałam po wszelkiej maści fantastykę (wiem, że trudno w to uwierzyć patrząc na zawartość mojego bloga). Moim ulubionym podgatunkiem były wówczas historie alternatywne, zwłaszcza w wykonaniu Polaków. Rodzimi autorzy mieli bowiem tendencję do wyszukiwania węzłowych punktów w historii, po przejściu których nasze dzieje mogły potoczyć się lepiej. Można powiedzieć, że uprawiali współczesną wersję krzepienia serc. Zresztą ten trend nadal ma się dobrze, wystarczy wspomnieć serię "Zwrotnice czasu".
Nieco inaczej wyglądało to w przypadku autorów zachodnich. Zamiast masować ego swoich czytelników, woleli raczej ich straszyć i ostrzegać. Nie inaczej jest z Christianem Krachtem. Współczesna Szwajcaria ze swoimi bankami, mocną walutą i czekoladą Milka, wydaje nam się krajem mlekiem i miodem płynącym. Kracht postanowił jednak wytrącić swoich rodaków z błogiego zadowolenia i pokazać im alternatywną ścieżkę, której uniknęli tylko dlatego, że... w 1917 Lenin zdecydował się wrócić do Rosji.
Ścieżka ta wygląda absolutnie makabrycznie. Szwajcaria nie jest Szwajcarią a Szwajcarską Republiką Radziecką, znajduje się od prawie stu lat w stanie wojny ze wszystkimi (geopolityczna mapa świata też zresztą wygląda nieco inaczej - czołowym mocarstwem azjatyckim jest np. Korea Pólnocna, Rosja zaś jest niezamieszkana i skażona). Większość ludności obecnie jednego z bogatszych krajów świata to analfabeci, żyjący może nie w epoce kamienia łupanego, ale szybko w jej kierunku zmierzający, gdyż cywilizacja, zamiast się rozwijać, ulega systematycznej degradacji. Pamięć zbiorowości opiera się wyłącznie na przekazach ustnych, często mało wiarygodnych, gdyż rodzinne więzi uległy rozbiciu. Mamy do czynienia także z katastrofą demograficzną (trudno, żeby było inaczej po tylu latach wojny), która prowadzi do masowego sprowadzania ludzi z afrykańskich kolonii.
Początkowo wydawało mi się niemożliwe, żeby jeden Lenin, który ostatecznie plątał się po Europie Zachodniej przez ponad 20 lat i mało kogo interesował, mógł doprowadzić do takich zniszczeń tylko dlatego, że pokręcił się po świecie jeszcze kilka lat dłużej.
Tak naprawdę nie wiemy dokładnie, co doprowadziło do tego, że alternatywna rzeczywistość wygląda tak a nie inaczej. Ostatecznie skoro historia opiera się na przekazach ustnych i podlega manipulacji, to siłą rzeczy nie znamy wszystkich faktów. Skąd na przykład wzięło się skażenie w Rosji? Czy było skutkiem wojny, czy może jej początkiem? Czy na pewno akcja książki dzieje się współcześnie, czy też może z rachuby czasu zniknęło kilkadziesiąt lat i rzecz ma miejsce np. w 2050, a "zwrotnica czasu", po której wszystkie kolejne wydarzenia prowadzą do upadku ma miejsce właśnie... dzisiaj?

Christian Kracht swoją oniryczną prozą próbuje wybudzić sytych Europejczyków ze stanu sennego zadowolenia. Historia niekoniecznie musiała się dla nas potoczyć korzystnie i nie ma żadnej gwarancji, że będzie w ten sposób toczyć się dalej.

Polecam miłośnikom eksperymentów literackich i katastroficznych wizji:).

piątek, 21 października 2011

"Historia urody" - Georges Vigarello


Gdy dostałam propozycję zrecenzowania "Historii urody" rzuciłam się na nią jak pies na świeżą porcję kiełbasy. Jakiej kobiety nie zainteresuje taki temat? Początkowo jednak wszystko wskazywało na to, że połamię sobie na tym daniu zęby. Książka nie jest bowiem prostą historią ubioru, bądź pielęgnowania urody. Autor omawia kolejne epoki (poczynając od renesansu), zaczynając od roli ciała (a ta nie brała się z powietrza, zazwyczaj była wypadkową koncepcji dotyczących człowieka w świecie, kulturowych tabu, roli nauki no i oczywiście stosunków społecznych), poprzez szczegóły (w każdej epoce inne części ciała uważane były za atrakcyjne), kończąc na tym, jak manifestowało się to nie tylko w stroju, ale także w literaturze i sztuce. Książka jest niezwykle erudycyjna, omówione są w niej setki dzieł, nie mówiąc już o literaturze fachowej, a w nowszych epokach - nawet prasie i reklamie. Mimo, że nie znajdziemy w niej ilustracji, same opisy są dokładne, wyczerpujące i świetnie ilustrują tezy autora.
Po początkowym oszołomieniu nadmiarem treści znalazłam swój sposób czytania tej książki, koncentrując się interesujących mnie zagadnieniach, inne traktując bardziej pobieżnie.
Przyznam szczerze, że najbardziej zainteresował mnie wiek dwudziesty z kultem pielęgnacji urody, który zaczął pełnić rolę opium dla ludu jak również związki urody z ... faszyzmem.
Moim zdaniem "Historia..." słabo nadaje się do czytania "jednym ciągiem", może wówczas przytłoczyć, ale zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Może ona wzbogacić naszą wiedzę i nadać nowy kontekst dotychczasowym zainteresowaniom. Buszujący po muzeach całego świata miłośnicy sztuki z chęcią zagłębią się w rozdziały o wieku XVI i XVII. Z kolei dwa następne wieki będą szczególną gratką dla fanów klasycznej literatury (wiele miejsca poświęcono tu np. Zoli i Flaubertowi).
Część współczesna zainteresuje każdego, kto chciałby zajrzeć pod podszewskę popkultury.
Dlatego też polecam, choć z zastrzeżeniem- łatwo nie będzie:).

wtorek, 13 września 2011

"Człowiek, który pokochał Yngvego" - Tore Renberg


Sięgając po tę książkę spodziewałam się gejowskiej love story w tonacji nostalgicznej z dwoma pryszczatymi siedemnastolatkami w roli bohaterów. Jak to zwykle bywa, książka nieco rozminęła się z moimi przewidywaniami, nie tylko dlatego, że tylko jeden z bohaterów miał jakiekolwiek pryszcze.
Jest rok 1990. Jarle Klepp, licealista, mozolnie buduje swój image i pozycję w grupie. Jego najlepszym kumplem jest anarchista Helge. Ma dziewczynę (Kathrine), gra w punkowym zespole, a do tego ma poglądy, i to nie byle jakie, a postępowe.
Jak pisze sam bohater z perspektywy lat:
"...wydaje mi się, że pozjadałem wszystkie rozumy i uważam, że 80% moich rówieśników to niedorozwinięci, konserwatywni niedoinformowani debile. Jeżeli czemuś miałbym być przeciwny, to z pewnością EWG, nie lubię też chrześcijan (...), nienawidzę komercjalizmu, braków w wiedzy o ochronie środowiska, popularnej muzyki i kapitalizmu". [1]
Bunt Jarlego jak na dzisiejsze czasy wydaje się dość mainstreamowy (hasła o ochronie środowiska przechwyciła znienawidzona przez niego EWG/UE i są teraz nie tylko w programach szkolnych, ale i przedszkolnych), ale 20 lat temu był jak najbardziej IN.
W ten uporządkowany świat młodego człowieka, który wie czego chce wkracza nagle miłość, w dodatku taka, której sam nie rozumie i nie potrafi przyjąć do wiadomości (do "nowego" z równoległej klasy: "drętwiaka" Yngvego). I nagle: wszystko zaczyna się sypać. Wychodzą na wierzch rożne problemy bohatera (choćby niezabliźnione skutki rozpadu związku jego rodziców), opada maska (a raczej liczne maski), zapomnianej roli nie podpowie żaden sufler, gdyż chłopak znajdzie się nagle w zupełnie nowej dla siebie sytuacji.
Jeśli chcecie sprawdzić, czy jej podoła - zapraszam do zanurkowania w te historię.
Moim zdaniem to naprawdę dobra lektura. Autor nie tylko wiarygodnie uchwycił fenomen "burzy i naporu" okresu dojrzewania, ale nasycił książkę wieloma wiarygodnymi szczegółami (muzyka, moda, obserwacje społeczne), przez co historia Jarlego nie buja w obłokach, a jest naprawdę blisko życia. Tak się zkłada, że także blisko mojego życia, gdyż wprawdzie jestem kilka lat młodsza od bohatera ksiąki, ale w Polsce wszelkie trendy (zarówno te muzyczne, jak i dotyczące np. modnych używek), przyjmowały się nieco później. Dlatego też przy okazji mogłam sobie zafundować podróż sentymentalną.

Największym plusem książki były jednak dla mnie problemy, które autor wprowadził do niej za pośrednictwem postaci Yngvego (ze względu na to, że nie chcę zepsuć efektu zaskoczenia nie będę ich tu jednak szczegółowo omawiać). Myślę, że po lekturze innym okiem spojrzycie na klasowych drętwiaków z czasów własnej młodości.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Akcent i portalowi Czytanie (nie) szkodzi.

[1] "Człowiek, który pokochał Yngvego" - Tore Renberg, Warszawa 2011, s 15

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

"Milczenie" - Jan Costin Wagner


Ile skandynawskich kryminałów przeczytaliście w ostatnich latach? Ja nawet nie jestem w stanie policzyć. A niemieckich? Jestem w stanie sobie przypomnieć jeden (Dom na pustkowiu - M.A. Schenkel).
Książki Jana Costina Wagnera są swoistym ewenementem, autor jest Niemcem, swoją serię kryminałów osadził w scenerii fińskiego Turku, jednak trudno zarzucić mu brak znajomości tematu, ze względu na związki rodzinne spędza na północnym brzegu Morza Bałtyckiego sporą część życia.
W "Milczeniu" komisarz Kimmo Joentaa, musi zająć się sprawą zaginionej dziewczynki. Niezwykłą, gdyż zdarzyła się w tym samym miejscu i podobnych okolicznościach co podobna historia sprzed 33 lat. Sprawcy tamtego zabójstwa nigdy nie odnaleziono. Rokowania więc nie są dobre, wiele wskazuje, że powrócił zabójca, lub też pojawił się jego naśladowca, tyle, że wciąż nie można odnależć ciała...
Przyznam, że zaskoczyła mnie ta książka. Spotkałam się już wielokrotnie z myleniem tropów, tutaj autor wspiął się na wyższy poziom, posługuje się mianowicie iluzją. Czy kojarzycie te internetowe obrazki "Czy widzisz młodą dziewczynę czy starą kobietę?" (przykład tutaj). Otóż autor serwuje nam podobny obrazek. Jedni widzą starą kobietę, inni młodą dziewczynę, natomiast na obrazku Wagnera tak naprawdę znajduje się... różowy słoń w trampkach i czepku kąpielowym. Odwrócenie uwagi w moim przypadku udało mu się mistrzowsko.
W dodatku autor nie stawia na brutalne opisy i hektolitry krwi, a raczej na takie tematy jak wina, kara, odpowiedzialność... Przez co książkę można czytać nie tylko jako kryminał, lecz także jako powieść psychologiczną. Daje czytelnikowi sporo tematów do zastanowienia, np. czy winny jest tylko bezpośredni sprawca, czy także ten, który nie zapobiegł czyjejś krzywdzie?
Chciałabym napisać na temat tej książki, bardzo dużo, niestety boję się, że mogłoby to zepsuć efekt zaskoczenia. Dlatego po prostu polecam. Sama natomiast idę rozejrzeć się za pierwszą częścią serii ("Księżycem z lodu"), którą niebacznie przegapiłam.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Akcent i portalowi Czytanie (nie) szkodzi.

poniedziałek, 18 lipca 2011

"W nadziei na lepsze jutro" - Ewa Bauer

Do przeczytania tej książki skłoniła mnie ciekawość. Nieczęsto się zdarza, aby za pisanie książek wzięła się osoba znajoma, nawet, jeśli w tym przypadku to znajomość czysto wirtualna. Ta ciekawość wywiodła mnie w rzadko ostatnio odwiedzane tereny, to znaczy w stronę lekkich, obyczajowych czytadeł skierowanych raczej do kobiet. Dlaczego właśnie do nich? Sporo miejsca w książce poświęcone jest uczuciom i działaniom motywowanym emocjami, co sprawia, że lektura może sprawiać męskim czytelnikom trudność porównywalną z rozmową o uczuciach z własną partnerką.
Bohaterami książki jest para trzydziestoparolatków (Robert i Anna) i kilka osób, których los postawi na ich drodze. Cechą wspólną niemal wszystkich bohaterów jest niedojrzałość. Mocno reagują na niepowodzenia, poddają się impulsom, nawet, jeśli pracują nad swoim związkiem, za chwilę potrafią całą tę pracę wrzucić do kosza... Słowem: potrafią nieźle namotać.

Skutkiem tego jest porządnie skomplikowana fabuła (stopień komplikacji przedstawiony na załączonym zdjęciu). Widać, że autorka wymyśla kolejne jej zakręty z duża łatwością i przyjemnością. Myślicie, że nie jest możliwe umieszczenie takiej liczby wydarzeń i zakrętów losu na niewiele ponad 160 stronach? Autorce jednak się to udaje. Ceną za to jest jednak spore skondensowanie fabuły, niekiedy, zwłaszcza przy streszczaniu dawnych losów bohaterów, czytanie wymaga pewnej koncentracji. Trudno mi określić, czy taka skrótowość książki jest wadą czy zaletą. Skojarzyła mi się ona z kakao instat. Są zwolennicy wersji skondensowanej - prosto z opakowania, inni wolą rozpuszczoną. Ja zazwyczaj należę do tej pierwszej grupy - w ksiażkach nałogowo pomijam wszelkie opisy i dłużyzny.
W książce da się jednak wyczuć pewien pośpiech. Mam wrażenie, że to przez fakt, że Ewa Bauer (jak można wyczytać w notce na tylnej okładce), jest osobą bardzo zajętą, a pisanie odkładała na przysłowiową emeryturę, nie było jej dane w pełni rozwinąć pisarskich skrzydeł. Emerytura jest wprawdzie dopiero w dalekiej perspektywie, ale mam nadzieję, że pisarce uda się znaleźć nieco wolnego czasu, w którym uda jej się dopracowac kolejną książkę tak, że czytelnikom opadnie szczęka. Znając jej talent do wymyślania fabuł, wydaje mi się, że jest to możliwe:).


źródło zdjęcia nr 2


Za książkę dziękuję wydawnictu Radwan i Autorce.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

W poszukiwaniu króla. Opowieść o Inklingach – David C. Downing


Oceniacie książki po okładce? Sugerujecie się opisami wydawców? Czego spodziewacie się zatem patrząc na okładkę "W poszukiwaniu króla"? Powiem szczerze, że ja spodziewałam się opowieści w stylu fantasy, skierowanej raczej dla młodszego czytelnika. Dołożyły się do tego wzmianki o Tolkienie i C.S. Lewisie oraz fakt, że autor jest znany na polskim rynku przede wszystkim z analizy cyklu o Narnii tego ostatniego ("Wyprawa wgłąb szafy").
Informacja z tyłu okładki (z którą można zapoznać się na stronie wydawnictwa), sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z thrillerem erudycyjnym (moja znajomość tego nurtu ogranicza się do świetnego "Wahadła Focault" Umberto Eco, choć zazwyczaj przywołuje się w tym kontekście nazwisko Dana Browna) i jest w tym opisie sporo racji, chociaż nie wyczerpuje to wszystkich tematów poruszonych w książce.
Po przeczytaniu książki stwierdzam, że najbliżej tej historii do... Agathy Christie, ale nie tej z cyklu o Herculesie Poirot, ale o Tommym i Tuppence. Uderzające było dla mnie podobieństwo scenerii (wojenna Anglia), bohaterów (para różniących się charakterem młodych ludzi - Laura i Tom) jak i schematu fabularnego (walka z "tajemniczym przeciwnikiem", za którym stoi hitlerowskie imperium zła).
"W poszukiwaniu króla" nie jest jednak pozycją czysto rozrywkową. Od wszystkich swoich literackich krewnych i znajomych z półki z literaturą popularną, odróżnia ją troska autora, aby przekazać czytelnikowi coś więcej.
Po pierwsze, jest to solidna dawka informacji. David C. Downing postanowił wykorzystać swoją wiedzę, i bohaterami książki uczynił także postaci autentyczne - grupę Inklingów - związanych z Oksfordem intelektualistów. Spoiwem tej grupy były związki z chrześcijaństwem, a najbardziej znanymi przedstawicielami- wspomniani już Tolkien oraz C. Lewis. Ich pojawienie się w książce stwarza możliwość prezentacji ich poglądów (autor wykonał zresztą benedyktyńską pracę, większość charakterystycznych zdań pochodzi z ich pism lub korespondencji). Za pośrednictwem tych bohaterów (którzy w książce są mentorami pary detektywów) otrzymujemy także spory zastrzyk wiedzy na temat legend arturiańskich, relikwi (Świętego Graaala i Włóczni Przeznaczenia), brytyjskich zabytków średniowiecznych, jak i samych dziejów Anglii. Poznamy także kulisy powstania ich sztandarowych dzieł z gatunku fantasy.
Drugim ważnym tematem jest kwestia poszukiwań duchowych. Autor w skrótowy sposób prezentuje tu intelektualną drogę do nawrócenia. Dla mnie było to o tyle cenne, że nie byłam w stanie przebić się przez książkę Chestertona na ten temat ("Ortodoksja"), tym bardziej przypadła mi do gustu zbeletryzowana prezentacja tematu u pana Downinga.
Wisienką na torcie jest tzw. klimat - prowincjonalna Anglia, omszałe mury, średniowieczne opactwa, puby, tradycyjne pensjonaty bed&breakfast no i skarbnica wiedzy wszelakiej- czyli Oksford. Mamy szansę na zafundowanie sobie wycieczki palcem po mapie:).
"W poszukiwaniu króla" to książka moim zdaniem wyjątkowa - jednocześnie rozrywkowa (choć raczej stonowana w charakterze), a do tego przemycająca sporo ciekawych treści:). Moim zdaniem warto zabrać ją ze sobą na wakacje, zwłaszcza, jeśli mamy szansę spędzić je w spokojnym otoczeniu (niekoniecznie angielskiej prowincji).

Egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa EsPe. Serdecznie dziękuję za udostępnienie.