Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 marca 2016

"Stale w ruchu" - Oliver Sacks

Autobiografia znanego pisarza-neurologa była reklamowana z fanfarami zeszłego lata, jako gorąca nowość, gdzie autor, dotychczas dość powściągliwie dzielący się szczegółami swojego życia osobistego, nie dość, że dokonuje coming outu, to jeszcze dzieli się historia swojego uzależnienia narkotykowego. Człowiek jest niestety stary i głupi. Ogólnie lubie autora, niestety od dziś będę pewnei na jego kolejne ksiażki patrzeć przez pryzmat jego wyznań.
Niewątpliwie ciekawe opisy dorastania w kosmopolitycznej rodzinie, gdzie jakaś połowa kuzynów i powinowatych doczekała się swojego hasła w encyklopedii, a jednocześnie w cieniu ciężkiej choroby brata, która zatruła młode lata pisarza, zostały wyparte z mojej świadomości n.p. przez plastyczne opisy seksu po amfetaminie.
Ponieważ na starość postanowił się podzielić dokładnie wszystkim (z wyjątkiem detali związku z ostatnim partnerem), cieszę się, że autor nie prowadził nieco bujniejszego życia seksualnego.Gdyby tak było zapewne skończyłabym lekturę zupełnie siwa. A tak tylko mam ochotę zapaść się pod ziemię z zażenowania.

czwartek, 5 marca 2015

Autystycznie: Naoki Higashida



 The reason I jump/Dlaczego podskakuję - Naoki Higashida. 

Autor jest autystą i to bynajmniej nie z tych wysoko funkcjonujących. W momencie powstania książki nie był w stanie w pełni komunikować się za pomocą mowy, książkę "napisał" pokazując swojej matce kolejne litery na tablicy alfabetycznej. 
Gatunkowo to chyba reportaż, tyle, że z "innego świata", którego zazwyczaj "neurotypowi" nie potrafią rozgryżć. Obala kilka popularnych mitów - m.in. o braku empatii autystów. Prosto napisany, w formie FAQ, omawia wszystkie charakterystyczne zachowania chorych, z którymi żyją na codzień ich rodzice i terapeuci. A to, co można zrozumieć, łatwiej zaakceptować i ogarnąć organizacyjnie. 
Moje dominujące wrażenie? Wiedziałam oczywiście, że autyzm jest wynikiem "niestandardowego okablowania" mózgu. Ale dopiero Naoki Higashida pozwolił mi przez chwilę poczuć, co to w praktyce oznacza: być więżniem w ciele; odczuwać całą gamę uczuć, ale nie móc ich przekazać; chcieć się uczyć mimo trudności w skupieniu uwagi; ciągle borykać się z nadmiarem bodźców. I jednocześnie mieć bolesna świadomość, że dla swojego otoczenia, jest się najprawdopodobniej głównie utrapieniem (tyle, jeśli chodzi o ten mityczny brak empatii).
A czy są jakieś plusy tego stanu? Być może tak - wielka wrażliwość na bodźce zmysłowe i skupianie uwagi na szczegółach pozwala autystom w niezwykle intensywny sposób obcować z przyrodą. Moga też (niemal dosłownie) dotknąć nieba w trakcie pozornie niezbyt ekscytujacych czynności, takich, jak tytułowe skakanie.
Ten głos z "innego świata" przypuszczalnie nie dotarłby do nas, gdyby nie rodzice autystów. Poczynając od matki Naokiego, poprzez rodziców japońskich, którzy wyrobili książce renomę na swoim rynku, Davida Mitchella (autora "Atlasu chmur", a prywatnie również ojca autystycznego synka), który "Dlaczego podskakuję" przetłumaczył, opatrzył obszernym wstępem i udostępnił czytelnikom anglosaskim, skończywszy na rodzicach-dziennikarzach, którzy z całych sił promowali książkę. Często powtarzające się zdanie z ich recenzji to "Wreszcie moje dziecko do mnie przemówiło". Tyle, ze nie bezpośrednio, a ustami japońskiego nastolatka.
Wydawało mi się, że jest tylko kwestią czasu, kiedy jacyś rodzice doprowadzą do jej przetłumaczenia i wydania na rynku polskim. Rodzice dzieci niepełnosprawnych powiem mogą wszystko - także wygrzebać spod podlogi resztki sił i czasu, żeby ułatwić życie innym w tej samej sytuacji. Nie wiem, czy tym razem była to ich inicjatywa, czy może zadziałało popularne nazwisko Mitchella, w każdym razie "Dlaczego podskakuję" po polsku ukazało się wtedy, gdy je czytałam, albo ospale zabierałam sie do napisania tej notki.

Książka bardzo ceniona przez rodziców dzieci z ASD i pewnie głównie oni po nią sięgną, ale gdybyście przypadkiem uznali, że chcecie odrobine poszerzyć swoja wiedzę o autyzmie i ciągnęłoby was w stronę jakiegoś popularnego czytadła, proponuję skręcić z tej drogi i zapoznać się z Naokim. Przynajmniej będzie krótko i na temat, a prawdziwie.

piątek, 20 lutego 2015

Moje trzy żony - Roger Vadim

Roger Vadim (tak naprawdę Wadim Plemiannikow) urodził się w 1928 roku, w rodzinie rosyjsko- francuskiej. Ojciec był białym emigrantem (rzekomo także arystokratą i potomkiem Czyngis Chana), który jakoś potrafił wkręcić się do francuskiej służby dyplomatycznej, matka zaś - feministką z silnym dążeniem do niezależności. Przydało się ono, gdy papa Plemiannikow przedwcześnie opuścił ten padół, a jej przyszło zdobywać środki na utrzymanie dwójki dzieci. w sposób często oryginalny, prowadziła na przykład schronisko młodzieżowe w górach.
Młody Vadim dorastał w przekonaniu, że nic nie jest dane na zawsze, okazje trzeba łapać w lot, a poza tym ... raz się żyje. Łapał więc kolejne promocje zawodowe i życiowe. Gdy czyta się jego notkę w wikipedii nie wiadomo, która część jest bardziej rozbudowana: zawodowa czy prywatna (5 żon i 5 wielotetnich partnerek, zazwyczaj sławnych).
Potrafił też budować swoją legendę. Tekst o Czyngis Chanie sprzedał rodzicom Brigitte Bardot, gdy jako dwudziestoparoletni asystent reżysera chciał uzyskać ich zgodę na "legalne" spotkania z piętnastolatką, z która już wtedy zresztą ukradkiem sypiał.
Klejnotem w koronie jego legendy był jednak to, ze on, tymi ręcami odkrył i wylansował trzy megagwiazdy - Bardot, Deneuve i Fondę. Przesada, choć nie oznacza to, że nie próbował.
Co do Bardot - zgoda. Była adeptka baletu i okazjonalną modelką. Już jako żona Vadima zaczęła grać w filmach. Jej pierwszy wielki przebój (film Vadima) "I Bóg stworzył kobietę", de facto zakończył ich związek.
Catherine Deneuve - zaczęła spotykać się z Vadimem (wówczas 35-letnim), jako 17-latka. Pochodziła z filmowej rodziny - aktorką była już jej siostra (przedcześnie zmarła Francoise Dorleac) i matka. Ojciec zarabiał na życie jako producent filmowy. Owszem, zaczynała grać pod skrzydłami Vadima, tyle, że ich wspólne filmy zrobiły klapę.
Jane Fonda – nie wiadomo, czy córce hollywoodzkiej legendy – Henry'ego Fondy, potrzebny był do czegokolwiek europejski reżyser. Zwłaszcza, że własną pozycję budowała krok po kroku i nie tylko na polu aktorskim, lecz i politycznym.
Tak więc z tą legendą star-makera to lekka przesada. Nie zmienia to faktu, ze z wszystkimi tymi trzema paniami był w dość długich związkach, z dwoma z nich miał dzieci (z Bardotką, wyprzedzając o kilkadziesiąt lat trendy, wychowali wspólnie jedynie psa). Towarzystwo brylujące w tej chwili na portalach pudelkopodobnych w kraju i za granicą może mu jedynie pozazdrościć wyników, wiedząc, że nigdy podobnych nawet nie osiągnie. Nie te czasy i nie takie gwiazdy.
Wracając do książki - czy warto brać się za lekturę?
Jak najbardziej: po pierwsze: przenosimy się do złotej ery kina, gdy królowaly tam kobiety z biglem, a nie jakaś tam wyłupiastooka Reese Witherspoon.
Po drugie Vadim (czy też jego ghostwriter) całkiem sprawnie posługuje się piórem i ma niezłą pamięć do szczegółów.
Po trzecie: szczerość - reżyser bynajmniej się nie wybiela i nie udaje np. monogamisty seryjnego. Fakt, nie mam w nim specjalnego poczucia winy, że może późniejsze problemy Bardotki z facetami to częściowo jego zasługa. Albo, że do rozwodu z Fondą przyczynił się fakt, że zmuszał ją do brania udziału w zamianie żon z Denisem Hopperem i udziałem w licznych wielokątach. Ale przynajmniej tych faktów nie ukrywa a wnioski można sobie wyciągnąć samemu.

Podsumowując - ja tam polecam. Lepsze to, niż czytanie o jakimś wymyślonym Greyu, a przynajmniej nie ma pentyliona niezdarnych opisów szczegółów anatomicznych.

Uwaga: na nieco bardziej szczegółówe omówienie ploteczek z książki i garść zdjęć zapraszam tutaj:

Zdjęcie: amazon.de


piątek, 16 maja 2014

Hurtownia książek - nowa dostawa.

Czas leci, książek przeczytanych przybywa, tylko na blogu posucha.
Aby nie dopuścić do zastoju - kolejna hurtownia zmajstrowana ze ścinków z Facebooka, gdzie w tym roku pracowicie odnotowuję wszystkie lektury w grupie 52 książki.

 "Złota Mucha" - Joanna Chmielewska

Chmielewska, kobieta wielu pasji tym razem próbuje zarazić swoją miłością do bursztynu (uważajcie, skutecznie:)) i to niekoniecznie takiego w formie biżuterii. Widać, że autorce nie są obce i techniki połowu i podstawy obróbki. Kusi mnie, żeby zaopatrzyć się w podbierak i wędkarskie kalosze i ruszyć na Mierzeję Wiślaną ... w listopadzie. Acha - tak w ogóle "Złota Mucha" to kryminał. Ale tym razem kompletnie nie ważne, kto zabił. Liczy się bursztyn. 
Taki jak ten.


"Kapelusz cały w czereśniach" - Oriana Fallaci

Urocze, aczkolwiek szkoda, że autorka nie zdążyła jeszcze trochę podszlifować tego diamentu. Bo nieco za duży!
Ta 800 stronicowa książka to cztery najciekawsze historie rodzinne z domowego archiwum pani Fallaci. Ponieważ rozgrywają się one w latach 1780-1890, autorka nie bazowała tylko na ułomnej przecież pamięci swojej i swoich bliskich, tylko podparła się dziennikarsko-historycznym śledztwem. Dowiadujemy się niemal wszystkiego nie tylko o jej rodzinie, ale tez o tzw tle - ówczesnej modzie, wynalazkach i cenie jaj w skupie. Moim zdaniem z tym tłem nieco przedobrzyła, zwłaszcza w dwóch ostatnich opowieściach, których z uwagi na chorobę nie zdążyła już sama zredagować. Ale mimo to polecam:). Na przykład przed podróżą do Toskanii. Przynajmniej będziecie wiedzieli, kto stąpał po tych samych kamieniach, o czym marzył i ... jak był ubrany:).


"Nowe Kłopoty z historią" -  Piotr Gontarczyk

Artykuły prasowe z lat 2006-2008, mocno osadzone w źródłach IPN. Min. o prof Baumanie, Reich- Ranickim - niemieckim papieżu krytyki literackiej a także o rosyjskim programie szkolnym nauki historii.Jak to artykuły - łatwostrawne, a czasem trafia się bonus w postaci tematu, o którym człowiek miał wcześniej niewielkie pojęcie.







"Jabłoń" - John Galsworthy

- seria koliber jest niezastąpiona, jeśli chce się szybko nabić licznik przeczytanych książek
- A co do treści, to kojarzy mi się ta piosenka:) https://www.youtube.com/watch?v=404oPn6tudE&feature=kp.







"Dom nad rzeką Moskwą" - Jurij Trifonow.

Trifonow fajnie pisze, pozornie od niechcenia i bez wysiłku. Jednak ja chwilowo podziękuję. Już nawet nie chodzi o mało atrakcyjna radziecką rzeczywistość, ale o wyjątkowo odrażających bohaterów.
P.S. Pisarz nie był żadnym dysydentem, a mimo to sprawnie sobie radził z radzieckimi tematami tabu, a to dzięki eufemizmom. Zamiast zsyłek czy gułagów mamy np. przeprowadzki na północ. O donosicielstwie pisze, jakby to był niemal rutynowy zabieg higieniczny, który każdy człowiek sowiecki przechodzi kilka razy w roku, acz nie od razu z przyjemnością. W dodatku nie widać, żeby Trifonow z trudnymi tematami się krył. Takie to wszystko było oczywiste?


"Następca" - Ismail Kadare

Trochę kryminał, trochę studium tyranii, oparte na faktach. Kontynuacja "Córki Agamemnona", która w swoim czasie nieźle mną trzepnęła, jakoś nie wytworzyła we mnie tego napięcia, co cześć pierwsza. Pewnie dlatego, że powstała w "łatwiejszych" latach 90-tych, nie musiała być już przemycana w pomysłowy sposób na zachód, autorowi za jej opublikowanie już nic nie groziło... A mimo to "Następca" godny jest polecenia, nie tylko dlatego, że temat tyranii zawsze warto sobie odświeżyć, tak ku pamięci. Autor osadza powieść w nurcie albańskiej historii i nasyca ją detalami tamtej rzeczywistości, tak, że kraj przestaje nam się kojarzyć tylko z biedą, mafią i bunkrami.



"Kochana córeczka" i "Od siódmej rano" - Eric Malpass

Wg Tołstoja (słynny początek "Anny Kareniny") wszystkie szczęśliwe rodziny są takie same. Po lekturze Malpassa chciałam początkowo temu zdaniu gorąco zaprzeczyć, ale paradoksalnie, hrabia Lew może mieć rację. Wygląda na to, że wspólnym mianownikiem szczęśliwych rodzin jest co najmniej jeden ekscentryk. Im więcej oryginałów (w wieku od oseska do lekko już nadgryzionego zębem czasu seniora, tym większy poziom familijnego dobrostanu. Cóż, może coś w tym jest:).
A co do samych książek - odstresowywacze wielorazowego użytku, polecam.



"Wyzwoliciele" ("Żołnierze wolności") - Wiktor Suworow

Oparte na wspomnieniach autora migawki ze służby w Armii Czerwonej w latach 60-tych (uwieńczone inwazją na Czechosłowację). Chluba i duma ZSRR nie wydaje się niezwyciężona. Można by się pośmiać z licznych absurdów i szwejkizmów, ale warto zadać sobie pytanie, dlaczego nikt nie ośmielił się tknąć tego papierowego tygrysa?
Podrzucam trop - armia radziecka w trakcie inwazji na naszego południowego sąsiada żywiła się niemal wyłącznie amerykańskimi i  europejskimi konserwami, o ile dobrze zrozumiałam - z pomocy humanitarnej. Jednocześnie USA zwiększało zaangażowanie w Wietnamie. Najwyraźniej więc nie wiedziała lewica, co czyniła prawica.


zdjęcia. 1. antykwariat.waw.pl, 2. wydawnictwoliterackie.pl, 3. multibook.pl, 4,5.lubimyczytac.pl, 6. antykwariatnws.pl, 7.moichlopcy.pl, 8.bestsellery.net


wtorek, 11 lutego 2014

Akwarium - Wiktor Suworow


Witia Suworow był dowódcą małego oddziału czołgistów, kiedy to na manewrach (a był to rok 1969) wpadł w oko pewnemu dobrze ustosunkowanemu podpułkownikowi. Odtąd jego kariera nabrała rozpędu. Z elitarnej jednostki pancernej, do jeszcze bardziej elitarnej komórki wywiadu, przez już w ogóle do potęgi wyselekcjonowany Specnaz po samo creme de la creme, gdzie dostać się jest już prawie niemożnością, czyli wywiad wojskowy GRU w krajach zachodnich, gdzie wysyłano juz tylko najlepszych i najbardziej sprawdzonych (co akurat może nie jest specjalnie pozytywne).
Tyle, że ta droga w górę miała swój niewidoczny aspekt - była jednocześnie drogą do Hadesu. Tak jak życie czołgisty czy komandosa Specnazu miało swój urok i nawet pewną romantykę męskiej przygody, a koszta były stosunkowo niedolegliwe, to zagraniczna placówka okazała się ostatnim kręgiem piekła - zwłaszcza liczne testy na lojalność. Kogo bardziej cenisz - przyjaciela - czy organizację? Swojego mistrza i guru - czy organizację? Błędna odpowiedź oznacza natychmiastową ewakuację do ZSRR i śmierć w wielkich cierpieniach. A ile razy można udzielić prawidłowej odpowiedzi, jeśli nie jest się androidem?
"Akwarium" nie jest wcale antyutopią, choć zwłaszcza końcówka mogłaby pochodzić z Orwella. To przede wszystkim powieść autobiograficzna, nafaszerowana arcyciekawymi szczegółami. A zreszta - pal sześć szczegóły. Jeszcze ciekawszy jest obraz ZSRR - państwa, gdzie wszystko było nastawione na wojnę - gigantyczna armia w stałej gotowości, szpiedzy kradnący na Zachodzie technologie militarne. A w wywiadzie pracował niemal każdy obywatel ZSRR przebywający legalnie za żelazną kurtyną!
No i te slużby. Poziom ich profesjonalizmu był taki, że aż się człowiek zastanawia, czym zajmują się teraz. Bo przeciez GRU istnieje, nawet wcale nie zmieniło nazwy.
Polecam zwłaszcza tym, którzy z zasady nie czytują pewniaków, evergreenów i bestsellerów, bo przecież NA-PEWNO-SĄ-PRZEREKLAMOWANE. Sama żałuję, że przeczytałam "Akwarium" dopiero teraz. Zwłaszcza, że jak dowiedziałam w czasie dyskusji o książce na FB - najlepiej smakuje czytane przed dwudziestką. No to się trochę spóźniłam;).

piątek, 10 stycznia 2014

Szybka piłka - hurtownia książek

"Zbyt piękna dziewczyna" - Jan Seghers. Podstawową zaletą tego kryminału jest fakt, że w ogóle go przeczytałam, gdyż już od jakichś dwóch lat każdy kryminał zaczynam, szybko sprawdzam, kto zabił i rzucam w kąt. Minusy - kanciasty styl, kanciasty główny bohater i wykorzystanie połowy kanonu stereotypów występujących też w kryminałach skandynawskich. Czyli ... wychodzi na to, że raczej polecam;).



"Siostry B." - Anna i Maria Bojarskie.  Lubię książki Anny Bojarskiej, to jednak, co zaprezentowała razem z siostrą, to jakiś niestrawny bełkot. I nie jest to bynajmniej wina Marii, gdyż ona przynajmniej się stara sklecić jako tako sensowne akapity. Jedyny plus to ...fajne zdjęcia? O - i jeszcze porządne wydanie, praktycznie nie do zdarcia.

"Opowieść wdowy" - Joyce Carol Oates. Sama statystyka wskazuje na to, że dokładnie 50% z ludzi żyjących w związkach "do końca życia" kiedyś zostanie wdową/wdowcem. A każdy pewnie prędzej czy później straci kogos bliskiego. Warto sobie zatem tę traumę przećwiczyć zawczasu na sucho.

czwartek, 2 stycznia 2014

Szlachetne zdrowie - hurtownia książek

Krew królów - Juergen Thorwald 

Trzech potomków królowej Wiktorii - carewicz Aleksy (zm. 1918), książę Alfons - następca tronu Hiszpanii (zm. 1938) oraz książę Waldemar Hohenzollern (zm. 1945) to trzy przypadki hemofilii - dziedzicznej choroby upośledzającej krzepliwość krwi, która kilkadziesiąt lat temu mocno zaburzała codzienne funkcjonowanie. Mocno fabularyzowane historie o walce o zdrowie lub choćby okruchy normalnego życia, pisane z perspektywy lekarzy. Ogólnie -  dość lekka książka na ciężki temat.

 Szału nie ma, jest rak - ks. Jan Kaczkowski

"Co za narwany ksiądz" - powiedział pewien znajomy czytelnik.  Gdy czyta się jego suche CV, Ksiądz Jan wydaje się osobą poważną i mimo młodego wieku (rocznik '77) nader zasłużoną. Przez wiele lat pracował  w hospicjum domowym w Pucku, po czym założył hospicjum stacjonarne. Jest specjalistą od bioetyki - tematy związane na przykład z uporczywą terapią nie mają dla niego żadnych tajemnic. Do tego ksiądz Jan ma raka. W postaci najprawdopodobniej nieuleczalnej.
Gdyby nie to, że nie lubię tego określenia, powiedziałabym, że to książka w stylu Rak&Roll.


Kenzaburo Oe - Sprawa osobista.
Podobno za tę właśnie książkę Oe dostał Nobla - no i jak najbardziej słusznie. 27-latkowi rodzi się dziecko tak mocno zniekształcone, że od początku wraz z teściową kombinują, jak wysłać je na tamten świat. Ono jednak uparcie nie umiera, dając jego ojcu szansę na to, aby dojrzał do sytuacji. Autor wykorzystał w "Sprawie..." własne doświadczenia, sam jest bowiem ojcem Hikariego, który urodził się z poważną wadą neurologiczną, która ostatecznie wyewoluowała w autyzm. Nie są to zatem żadne wyssane z palca dyrdymały tylko poważny raport z pola walki. Także zachęcam, szkoda by było tę książkę przegapić.

piątek, 19 kwietnia 2013

"Wypominki" - Joanna Siedlecka

"Wypominki" to zbiór miniatur na temat ważnych postaci polskiej kultury, drukowanych po raz pierwszy w babskiej gazecie. W tej chwili wydaje się to dziwne, ale dwadzieścia lat temu nie było jeszcze tak rozbudowanego rynku na tzw. celebrytów, więc można było od czasu do czasu zamieścić materiał na temat kogoś, kto swoje 15 minut popularności miał w czasach, gdy po polskich ziemiach beztrosko brykały tury.
O kim możemy przeczytać? Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Ireneusz Iredyński, Leopold Tyrmand, Stanisław Rembek, Brunon Schulz, Konstantego Jeleńskiego, Marian Hemar - to tylko niektóre postaci pojawiające się w zbiorku.
Pochodzenie prasowe tekstów daje o sobie znać, bloger Marlow przyłapał Siedlecką na kilku nieścisłościach dotyczących Stanisława Rembeka. W sytuacji, gdy Siedlecka opierała się głównie na wspomnieniach rodzin i niepublikowanych listach, pewne niedopatrzenia są może akceptowalne w przypadku prasowej efemerydy, ale do wydania książkowego powinny chyba zostać chociaż oznaczone w przypisach.
Książkę, jeśli nie traktować je jako podstawy doktoratu, czyta się jednak świetnie. Moim zdaniem warto sięgnąć, choćby po to, żeby potem pójść tropem niektórych ciekawostek. Ja np. postanowiłam doczytać co nieco o siostrach Lilpop (na zdjęciu), a zwłaszcza zamierzam poszukać "Powrotów" Felicji Lilpop-Krance.

Was natomiast zachęcam do sprawdzenia między innymi:
a) która z polskich znakomitości uważała, że "koty" z kurzu są żywe i potrafią się rozmnażać?
b) kto natomiast uważał, że seks nie powinien być dostępny dla pospólstwa, a jedynie dla "państwa"?
c) który z z byłych sąsiadów Izydora pił z Himmilsbachem?




Źródło zdjęć 1. Empik.com; 2. wyborcza.pl

piątek, 5 kwietnia 2013

"Takie buty z cholewami" - Szewach Weiss

Szewach Weiss znany jest w Polsce przede wszystkim jako były ambasador Izraela. Mimo, że był nim tylko przez 3 lata (2000-2003), pozostał do dziś aktywny na polskiej scenie medialnej i naukowej. Politycznej zresztą pewnie trochę też – przynajmniej, jeśli chodzi o politykę międzynarodową.

Wcześniej, w Izraelu, był przede wszystkim własnie politykiem. Osiągnął na tym polu niemal wszystko (najwyższe stanowiska to przewodniczący Knesetu i wiceprezydent), otarł się nawet o pokojową Nagrodę Nobla (uczestniczył w rozmowach pokojowych z Palestyńczykami (które zaowocowało porozumieniem z Oslo), za które dostali w końcu nagrodę stojący wówczas nieco wyżej w państwowej hierarchii Izraela Icchak Rabin i Szimon Peres. To jednak nie koniec jego aktywności: politolog, wykładowca, sportowiec, trener sportowy, a także autor książek dla dzieci. Szewacha Weissa najwyraźniej rozpierała energia i niechęć do marnowania choćby jednej chwili w życiu.

Skąd się brała możemy chyba wyczytać między wierszami w „Butach z cholewami”. Polityk urodził się w 1935 w Borysławiu i tam też spędził okupację. Ponieważ jego miasto znalazło w 1939 się po radzieckiej stronie granicy, Niemcy wkroczyli tam w czerwcu 1941. Rodzina Weissów przez 29 miesięcy, dzięki pomocy sąsiadów, ukrywała się poza tamtejszym gettem, w warunkach trudnych do zniesienia także fizycznie (w piwnicy, w podwójnej ścianie domu, itd). Szewacha to jednak nie złamało, a w jakiś sposób dało napęd do wykorzystywania wszystkich życiowych możliwości. Gdy w 1946 roku, jako 11 – latek, znalazł się w Izraelu (sam, rodziców zatrzymały w drodze kłopoty zdrowotne ojca), dosłownie rzucił się na zdobywanie wiedzy i doświadczeń życiowych, zwłaszcza na niwie politycznej. Co po latach zaowocowało wielką karierą skromnego chlopaka z Borysławia.

Wywiad – rzeka z Szewachem Weissem jest trochę jak spacer po całym zyciu tego człowieka. A że było to życie niezwykłe i bogate w wydarzenia, czytelnik ma do wyboru wiele ścieżek, które może dokładniej spenetrować i chwilę się na nich zatrzymać. Jest więc ścieżka spraw trudnych, ścieżka spotkań z ciekawymi ludźmi (Irena Sendlerowa, Jan Karski a także Jan Paweł II, który stwierdził, i ż Weiss... mógłby nieco popracować nad swoim językiem polskim. Co zresztą ten ostatni uczynił.), ścieżka muzealna (Weiss, jako były szef Yad Vashem, wręcz tryska pomysłami na uatrakcyjnienie planowanego Muzeum Żydów Polskich) i wiele, wiele innych.

 Ja wybrałam dwie. Pierwszą jest wątek izraelski. Z fascynacją czytałam o organizacji tamtejszego życia społecznego. Szewach Weiss, który trafił do Izraela de facto jako sierota, nie tylko miał zorganizowaną podróż (zresztą, dla ominięcia ograniczeń wizowych, jako przyszywane dziecko innej rodziny). Już w Izraelu, wówczas jeszcze zresztą pod administracją brytyjską, wszechstronnie się nim zaopiekowano. Trafił mianowicie do szkoły-kibucu, która doskonale przygotowywała swoich wychowanków do dorosłego życia. Słowem - pełen komfort i świetna organizacja. Druga ciekawostka: ocaleni z Zagłady, aż do 1962 roku (czyli procesu Eichmanna), wcale nie chwalili się w Izraelu swoją historią i pochodzeniem. Promowany był raczej kult pionierów, przybyłych do Izraela przed wojną, pracy fizycznej, służby wojskowej. Wojenna historia Żydów europejskich kojarzyła się zaś źle – z ofiarą i słabością. Chodziło oczywiści o uformowanie na nowo tożsamości narodowej. Ceną było to, iż wielu ludzi musiało wyprzeć swoją historię... na jakieś kilkanaście lat.

Zainteresowała mnie również „ścieżka” polskich fascynacji byłego ambasadora. Szewach weriss jako dziecko byl dwujęzyczny – posługiwal się jiidisz i polskim. Tego ostatniego nie używał przez 40 lat po przybyciu do Izraela. Nie czuł też żadnej nostalgii za krajem lat dziecinnych. Do czasu – przypadkowa wizyta w Polsce tuz po zakończeniu stanu wojennego, z półlegalnei wyłuzona wizą rumuńską, na nowo aktywowała w jego tożsamości podmoduł polski...

Można by długo jeszcze pisać, ale po co – zainteresowanych zachęcam do sięgnięcia po książkę i przetarcia sobie w niej swoich ścieżek:).

Takie buty z cholewami
Życie, polityka, pasje
Szewach Weiss (w rozmowie z Anną Jarmuziewicz)
Kraków 2012, Wydawnictwo M


Uwaga: z przyczyn technicznych posta publikuję po raz drugi (nie wyświetlał się niektórym użytkownikom).

czwartek, 7 marca 2013

Niny Berberowej o Gorkim wspomnienia

Nina Berberowa to emigracyjna pisarka rosyjska o skomplikowanych korzeniach (ormiańsko-rosyjsko-tatarskich). Urodzona w 1901 zdążyła zdać maturę przed rewolucją, zażyć trochę głodu i chłodu w porewolucyjnyej Moskwie, polansować się w środowisku petersburskich literatów, a następnie z jednym z nich (Władysławem Chodasiewiczem, pisarzem rosyjskim o korzeniach polsko-żydowskich) wyjechać do Paryża. Tam już nie było tak słodko. Nie wiadomo bowiem, kto stworzył legendę o ultrabogatych białych Rosjanach, ale w niewielu przypadkach pokrywało się· to z rzeczywistością. Dawni żołnierze Denikina i Kołczaka pracowali w zakładach Renault i chodzili do cerkwi. Ci o korzeniach raczej lewicowych omijali cerkiew, klapali biedę i próbowali pisać. Nie będę się rozpisywać, zachecam do przeczytania książki Berberowej "Podkreślenia moje". Po pierwsze dlatego, że jest ona unikalnym świadkiem epoki. Znała wszystkich i ... wszystkich przeżyła. W dodatku miała bystre oko, cięty język, od początku robiła notatki na temat ówczesnych celebrytów i w przypadku osób już nie żyjących nie wahała się ujawniać tego, co wie. Choć, jak podkreśla, wiele przemilczała. Po drugie ze względu na osobę samej autorki - feministki (bardziej intuicyjnej niż zadeklarowanej), agnostyczki, trochę też ze skłonnością do filozofowania i uogólnień.
Berberowa to trochę taki Herling Grudziński w spódnicy, mało mówi o sobie (poza początkowym okresem życia), nie cierpi na "jaizm", widac ją tylko gdzieś w tle. Od Herlinga różni ją jednak nieco mniejszy dystans do rzeczywistości i umiłowanie obyczajowego konkretu.
Polecam gorąco. Wcale a wcale sie nie dziwię, że w Moskwie lat 80-tych do tej książki, wówczas zakazanej, ustawiały się kolejki (jedna nocna, druga dzienna) Książka do nabycia za psie pieniądze w Dedalusie.
A poniżej wrzucam fragmenty o Maksymie Gorkim odkopane na potrzeby Jubileuszowych Lektur. Zachęcam do wyzwania, gdyż ciekawe jest bardzo, a nie zawsze trzeba coś czytać:). Czasami, jak ja zrobiłam to dzisiaj, wystarczy odgrzebać coś z archiwum.
Zdjęcia mogą być lekko nieostre, ale po powiększeniu wszystko powinno być czytelne. Acha - wspomnień o Gorkim w książce, jeśli ktoś jest zainteresowany, jest duuuuzo więcej. Były kiedyś dostępne także całkiem niedawno na stonie Niniwa2, ale w tej chwili strona się nie otwiera.





środa, 25 lipca 2012

"Żmut" - J.M. Rymkiewicz


Nie jest łatwo napisać demaskatorską książkę na temat kobiet w życiu Adama Mickiewicza. Nawet, jeśli uda się nam zakończyć szkolną edukację z nikłą znajomością literatury romantycznej, większość absolwentów ma świadomość, że wieszcz nie miał problemów w kontaktach z płcią przeciwną, a wręcz można go uznać za naczelnego babiarza na polskiej niwie literackiej.
Dlatego też Rymkiewiczowi, który w swoim "Żmucie" bierze pod lupę młodzieńcze miłości poety (na czele z Marylą Wereszczakówną), przypadło zadanie karkołomne. Z jednej strony ten okres w życiu Mickiewicza nie został jeszcze poddany gruntownemu odbrązowieniu, ale z drugiej - nawet, gdyby autor odkrył, że Maryla miała rywalkę (bądź rywalki), nie byłoby to żadną sensacją. Trudno bowiem podejrzewać, iż człowiek, który jako 30 - latek był erotyczną sensacją europejskich salonów, w młodości był ascetą zainteresowanym przede wszystkim pogłębianiem wiedzy.
Na szczęście Rymkiewicz nie daje się wpuścić w kanał taniej sensacji i nie poprzestaje na rekonstrukcji wydarzeń. Owszem - przytacza drobiazgowo wszystkie wersje wydarzeń serwowane przez badaczy literatury. Następnie konfrontuje je z listami przyjaciół i ich późniejszymi świadectwami.
Czy autorowi uda się dokonać jakichś "merytorycznych" odkryć dotyczących biografii Mickiewicza? Na pewno odmienny niż w wersji szkolnej opis związku Mickiewicza i Maryli. Autor stara się przywrócić należne miejsce także jego innej miłości czasów postudenckich - Karolinie Kowalskiej. Niektóre teorie, rekonstruowane z okruchów korespondencji, wydają się naciągane - np. ta o nieślubnym dziecku wieszcza.

"Żmut" to jednak głównie medytacja na temat przeszłości, której nigdy w pełni nie poznamy, pamięci, która często zawodzi nawet świadków wydarzeń, legend, które często okazują się zwykłą konfabulacją.
Rymkiewicz usiłuje także wskrzesić czas miniony, tropi detale architektoniczne i szczegóły życia codziennego, wszystko to po to, żeby przed oczami czytelnika wyczarować kolejny plastyczny obraz. Czy rekonstrukcja będzie jednak w stanie kiedykolwiek choć zbliżyć się do "prawdziwej" przeszłości?

"Nie wiem, czy poszli na ten spacer rano, po południu czy wieczorem, bo widzę ich i nie widzę, są coraz dalej, coraz mniej wyraźni, znikają mi między jaworami (...), jeszcze chwila i rozwieją się w przeszłości i już nie widać nic, ani ich, ani kamienia."[1]

Jest w tej książce coś z atmosfery "Dziadów". Kolejne postaci przywoływane są na chwilę, jednak niczym na prawdziwym seansie spirytystycznym) nigdy nie zaspokajają naszej ciekawości do końca. Co chwila też domagają się uwagi autora (i czytelnika) kolejne postaci z trzeciego i czwartego planu, przypominające pokutujące dusze próbujące załatwić za pośrednictwem żywych swoje ostatnie ziemskie sprawy.

Wielkim plusem jest styl książki - gawędziarski, pełen humoru, naszpikowany ciągłymi żartobliwymi polemikami ze źródłami (zarówno filomatami jak i tuzami teorii literatury).
"Rywalką Maryli, powiadał wprost Bełza, "w rzeczywistości nigdy zacna pani Kowalska nie była". - Zechce pani natychmiast wyjść spod kołdry i przyzwoicie się odziać! -Tyle mniej więcej mówi nam to zdanie." [2]

"Żmut jest także prawdziwą gratką dla kolekcjonerów okruchów przeszłości. Możemy np. dowiedzieć się, jak wyglądała opieka stomatologiczna na Litwie przed Powstaniem Listopadowym (tak, że lepiej nie mówić:)). Poznamy legendy literatury z mniej znanej strony.
Choćby Marylę:

"27 lipca (...) 1823 Marie pisała do Czeczota: "Zniżyłam się nadto do ziemi, zamiast latania smażę konfitury i zbieram czarne jagody w lesie. A tak, chociaż straciłam i wyrzekłam się przyjemności, jakich doznawałam w życiu spirytualnym, ale zyskałam w opinii Pana, bo mogę być policzona w rzędzie gospodyń, Boga się bojących"[3]". "Czeczot dodawał i taką radę: "Doprawdy warto byłoby do tego buduaru, do tej biblioteczki, choć z parę książek o gospodarstwie, o warzywie, o chowie ptastwa i choć niewinnych owieczek. Dobrze by to było wyobrazić sobie Marię zajętą gospodarstwem..."[4]".


"Żmuta" oczywiście polecam. Mimo nieco spirytystycznego charakteru, niekoniecznie trzeba czekać z lekturą do listopada:).


[1] "Żmut", J.M. Rymkiewicz, wydawnictwo Sic! Warszawa 2005
[2] tamże, s.32
[3] tamże, s.250
[4] tamże, s.273-4

poniedziałek, 7 maja 2012

"Pan Samochodzik i jego autor" - Piotr Łopuszański

"Pan Samochodzik" to jedna z kultowych PRL-owskich serii młodzieżowych. Przyznam, że sama czytałam ją z wypiekami na twarzy, choć do fanatyków nie należę, mój ostatni kontakt z panem Tomaszem miał miejsce w VI lub VII klasie ("Pan Samochodzik i człowiek z UFO"). Nigdy nie czytałam ani kontynuacji, ani reedycji książek, które pierwotnie do cyklu nie należały (np. "Uroczysko"). Słowem - zamknięty rozdział.

Do książki o Nienackim i jego książkach dla młodzieży przyciągnęła mnie raczej ciekawość co do osoby autora. Jak się okazało - całkiem słusznie, gdyż Piotr Łopuszański ujawnia kilka faktów, które jakoś nie kłują w oczy w internetowych opracowaniach (1).
Choćby taki detal:
"Przyszły autor powieści "Worek Judaszów" i "Liście dębu" (2) twierdził, że w latach 40. walczył z przeciwnikami ustroju komunistycznego (...). Walczył z bronią w ręku. W 1982 wspominał swój udział w utrwalaniu władzy komunistycznej: Była to walka z prawdziwym wrogiem i orężna i polityczna. Za swoją działalność w ZWM wkrótce otrzymał odznaczenie." (3)
Jak twierdzi Łopuszański- nie da się dokładnie ustalić, na czym polegał udział Nienackiego w walkach z podziemiem antykomunistycznym. Mi brakowało również informacji w ramach jakiej formacji się to odbywało. Wygląda na to, iż Nienacki sprawnie zacierał ślady. Podobnie bowiem trudne okazało się ustalenie, czy udało mu się kiedykolwiek zdać maturę (zdaniem Łopuszańskiego - nie).
Niejasna przeszłość nie przeszkodziła mu to jednak wykorzystywać swoich wspomnień literacko (czy też paraliteracko). O utrwalaniu władzy ludowej traktuje jego książka "Worek Judaszów" (1962) sfilmowana przez Jerzego Passendorfera jako "Akcja Brutus" (1970), gdzie Żołnierze Wyklęci przedstawieni sa jako brytyjscy szpiedzy.
Te informacje (i kilka innych) nie nastawiły mnie przesadnie pozytywnie do pisarza Samochodzików, a Łopuszański nie zrobił nic, aby nieco wybielić jego postać. Z kart książki wyłania się mizantrop i człowieka obciążony licznymi kompleksami, które odreagowaywał zgrywając wielkiego pisarza i intelektualistę.

Zdecydowanie większa sympatię niż pisarz budzą w Łopuszańskim jego dzieła, ale tylko te skierowane do młodzieży. Dyskretnie zniechęca natomiast zarówno do "Skiroławek", jak i do cyklu "Dagome Iudex", idąc tym samym pod prąd opinii innych czytelników (opinie z Biblionetki tu i tu).

Część dotycząca cyklu "samochodzikowego" jest przeznaczona zdecydowanie dla tych, którzy już przeczytali większą jego część Po pierwsze dlatego, że zdradza zakończenia i rozwiązania zagadek. A po drugie: o dziwo Łopuszańskiemu nie udaje się zachęcić do lektury. Człowiek ma wrażenie, że książki Nienackiego roją się od błędów merytorycznych, cześć fabularna i edukacyjna zostały nieudolnie sfastrygowane, a aktualizacje w nowych wydaniach wołają o pomstę do nieba.
Czułabym się skutecznie zniechęcona, gdyby nie to, że moje wrażenia sprzed lat były zupełnie inne!

Dla miłośników cyklu jest to zapewne kopalnia informacji: mamy tu rekonstrukcję życiorysu głównego bohatera, szczegółowo omówione zagadki. Oddzielne rozdziały poświęcone są kobietom pana Samochodzika, jego wehikułowi, skarbom, przestępcom. Mamy również rozdziały bardziej techniczne: dotyczące ilustracji, różnic w kolejnych wydaniach oraz błędom. Praktyczny może się okazać także leksykon postaci.
Autor lubi prezentować swoje opinie w sposób dość autorytatywny. Może to denerwować, ale warto podejść do tego także z przymrużeniem oka i podyskutować z niektórymi twierdzeniami. Jak wam się podoba np. taki fragment:

"Po roku 1982 właściwie nie powstały już żadne wartościowe utwory pokazujące polską rzeczywistość lat 80. Małgorzata Musierowicz w powieści "Opium w rosole" poniosła spektakularną klęskę. Nie umiała nabrać dystansu do opisywanej rzeczywistości. Dopiero powieść rozgrywająca się w 1988 ("Brulion Bebe B.") jest ciekawym przedstawieniem schyłku komunizmu w Polsce. (...) "Skarby" Chmielewskiej ukazały się w 1988 i były klęską pisarki. Następna udana jej książka to "2/3 sukcesu"(4).

Mam nadzieję, że powyższa opinia nikogo nie odstraszy od "Opium...", byłaby to spora strata:). I czyżby autor (rocznik '66) nie słyszał nigdy o cenzurze, która skutecznie blokowała wiarygodne przedstawianie rzeczywistosci stanu wojennego w literaturze?
I jeszcze jedna perełka:

"Tak więc Zbigniew Nienacki jest naszym Umberto Eco dla młodzieży. A może raczej odwrotnie. Umberto Eco to taki włoski Zbigniew Nienacki. Różnica między oboma pisarzami jest taka, że Eco w "Wahadle Focaulta" wspomina templariuszy czy różokrzyżowców w sposób ironiczny, a Nienacki w swoich powieściach przedstawia serio wiadomości w sposób encyklopedyczny (...)." (5)

Chyba muszę powtórzyć sobie jakiegoś Pana Samochodzika, żeby to zweryfikować. Eco mam w miarę na świeżo:).

Minusem książki jest dość ciężki, szkolny styl. Momentami trzeba się przez nią przedzierać, niczym przez trójkowe wypracowanie. Trochę to dziwi w sytuacji, gdy autor pracował między innymi w redakcji dwóch czasopism dla maturzystów. Książka sprawiła na mnie również wrażenie lekko chaotycznej, zwłaszcza w części dotyczącej biografii Nienackiego.
Mimo to czasu jej poświęconego nie uważam za zmarnowany. na pewno zaowocuje kolejnymi lekturami, chociaż tym razem oryginalnej młodzieżowej literatury z dawnych lat (a nie jej omówień).






(1) Mowa o wikipedii i Klubie Nienackofanów
(2) Pierwsza z książek poświęcona była walkom z partyzantką antykomunistyczną.
(3) P. Łopuszański, "Pan Samochodzik i jego autor", Warszawa 2009, s. 22
(4) tamże, s. 9
(5) tamże s. 150

wtorek, 10 stycznia 2012

"Miłość i wygnanie" - Izaak Bashevis Singer


Lubię czytać autobiografie. Kłopot w tym, że często taka lektura odstrasza mnie od innych książek autora (tak było z Amosem Ozem czy Margaret Forster). Po co czytać coś wymyślonego, skoro w jednym tomie dostajemy "samą prawdę i tylko prawdę" (no powiedzmy, ta prawda często bywa też kreacją).
Tak pewnie będzie też z Singerem. Jego twórczość, jak sygnalizuje w autobiografii, miała trzy źródła: chasydzkie dzieciństwo, młodość spędzona na esksperymantach w dziedzinie stosunków damsko-męskich oraz trudna adaptacja w Ameryce. Już wiem, że kompletnie nie interesuje mnie temat przewodni numer dwa:).
Sama "Miłość i wygnanie" bardzo mi się podobała, przede wszystkim dlatego, że oferuje sporo zaskoczeń.
Dzieciństwo i wczesna młodość, a zwłaszcza jego droga edukacyjna, współczesnego rodzica (sterroryzowanego akcją "Cała Polska czyta dzieciom") wprowadza w osłupienie. Wolą rodziców Singera było, aby ich dzieci uczęszczały do jesziwy. Dwaj starsi synowie (Izrael Joshua i Izaak) oczywiście grzecznie dostosowali się do tego życzenia, tyle, że po godzinach uparcie poszerzali edukację przy pomocy wszelkiej maści ksiąg zakazanych (zakazane, jak wiadomo, smakuje najlepiej). Izaakowi było o tyle łatwiej, że o jego nieprawomyślną edukację zadbał starszy brat. Pochłaniało więc dziecię kolejne księgi filozoficzne, przegryzając je dziełami stricte naukowymi z dziedziny fizyki bądź biologii. Gdy już uznał, że żaden z nurtów filozoficznych nie daje odpowiedzi na zagadki wszechrzeczy zabrał się za Kabałę (dozwoloną przez tatę- rabina od lat 30-stu, Singer przy jej lekturze miał pewnie ok 14-15 lat). W końcu, gdy wybuchła I Wojna Światowa i brat - dostawca bibuły musiał się ukrywać przed wojskiem, Izaak zapisał się do biblioteki i po jakimś czasie de facto tam zamieszkał.
Po tej nietypowej edukacji stracił wiarę i zbudował sobie własny, synkretyczny światopogląd. Szczególnie nurtował go temat cierpienia, który po latach doprowadził do do ortodoksyjnego wegetarianizmu popartego dość kontrowersynymi tezami : Dla zwierząt wszyscy ludzie to naziści, a ich życie to wieczna Treblinka [1]. Zupełnie przy okazji nauczył się też kilku języków (głównie biernie): hebrajskiego wyszlifowanego pamięciową nauką Tory, polskiego, niemieckiego... a wszystko to bez drogich lekcji i związanego z nimi rodzicielskiego stresu (ja cię tu wożę na korki przez pół miasta, a ty nadal nie znasz Present Perfect!).
Dwudziestoletni Singer mógł wreszcie przestać się uczyć i zacząć żyć. Dość często na rachunek kobiet, które los postawił na jego drodze, gdyż Warszawa nie miała do zaoferowania zbyt wielu ofert pracy dla poczatkujacych żydowskich dziennikarzy i pisarzy w jednym.
Jego tryb życia był na tyle niezwykły, jak na syna bogobojnego chasyda, że lekko uderzył mu do głowy. Zdarzało mu się wyrażać o swoich partnerkach lekceważąco. Np. w trakcie starań o wizę amerykańską, wypytywany o ostatni związek z komunistką (zresztą matką jego dziecka), stwierdził, że tylko w komunistycznych kręgach można dostać bez problemu wolną miłość.
O etapie amerykańskim, gdzie pisarza dopadła depresja, napiszę tylko tyle, że mocno skojarzył mi się ze "Szklanym kloszem". Ta sama samotność w wielkim mieście, klaustrofobiczny pokoik i daremne próby pisania. Na szczęście Bashevis nie zaczął wzorem Sylvii wyrzucać swojej bielizny przez okno...
Zaskakujące detale? Przede wszystkim obcość polsko-żydowska. Do czasów II Rzeczpospolitej obie nacje korzystały nawet z odrębnych systemów edukacyjnych, nie było więc szans, żeby się ze sobą zetknąć. Społeczność żydowska stworzyła tez odrębny obieg gospodarczy i kulturalny (w jidisz). Singer spotykał więc co najwyżej Polaków na ulicy (często przemieszczających się w konduktach pogrzebowych, mieszkał bowiem w okolicy Powązek). Wspomina tylko dwa nazwiska - Piłsudskiego (przy okazji przewrotu majowego) i Adolfa Nowaczyńskiego.
Zasymilowanych Żydów Singer pokazuje jako ludzi pękniętych, często zresztą po latach próbowali oni wracać do swoich korzeni.
W 1935 Singer emigruje. Świadomość zagrożenia była już wtedy powszechna. Autor pokazuje, że praktycznie wszyscy chcieli wyjechać (przynajmniej wszyscy/prawie wszyscy z jego otoczenia), ale często trzymała ich na miejscu rodzina (kwestie proceduralne i finansowe desperacko próbowano obchodzić).
Czy muszę dodawać, że polecam:)?





[1] Cytat za Wikipedią http://pl.wikipedia.org/wiki/Isaac_Bashevis_Singer

środa, 28 grudnia 2011

"Wigilie polskie - Adam Mickiewicz", Barbara Wachowicz


"Wigilie polskie" zapowiadały się początkowo równie atrakcyjnie jak wycieczka zakładowa do Huty Katowice. Na początek bowiem Autorka zasypuje nas wspomnieniami ze swoich Wigilii lat dziecinnych, a chwilę później serwuje nam krótka historię kolędy polskiej. We wspomnienia, choć pełne uroku, ciężko mi było się wczuć, kolęd natomiast lepiej słuchać (a jeszcze lepiej śpiewać), niż je czytać. Choć i w tej dziedzinie trafiły się ciekawostki, jak ptasie kolędy Stanisława Herakliusza Lubomirskiego (czasy Sobieskiego), bożonarodzeniowe hymny Kochanowskiego (okazały się zbyt monumentalne, żeby zawędrować pod strzechy - ostatecznie kto chciałby śpiewać monumentalną kolędę?), jak również fakt, że większość aktualnie najpopularniejszych pieśni bożonarodzeniowych na początku XIX wieku uważana była za ... niepoważną i nie była zalecana w liturgii.
Wszystko się zmieniło, gdy dobrnęłam wreszcie do części mickiewiczowskiej. Wigilia dla naszego wieszcza była szczególną datą, gdyż, jak może niektórzy pamiętają, był on łaskaw tego dnia przyjść na świat, w dodatku rodzice nadali mu imię Adama (imieniny 24/12), więc poeta do końca życia był skazany na łączenie uroczystości.
Często zdarzało się zatem, że 24/12 był nie tylko okazją dla jego rodziny i znajomych nie tylko do świętowania wigilii Narodzenia Pańskiego, ale także fetowania samego Adama.
Z większości tych spotkań, przynajmniej od czasów studenckich, zachował się bogaty materiał wspomnieniowy. Barbara Wachowicz miała więc sporo okazji, aby zaprosić nas na spacer śladami Adama Mickiewicza... od Wigilii do Wigilii.
Wiele z tych spotkań trafiło na karty literatury w tym najsłynniejsze: wigilia 1823 (w "celi Konrada"), utrwalona na kartach trzeciej części "Dziadów" oraz feta na cześć Mickiewicza z 1840, której echa znajdziemy u Słowackiego w "Beniowskim".
Najciekawsze było jednak samo życie Mickiewicza - charyzmatycznego młodego człowieka chronionego przed życiowymi przykrościami przez jego talent poetycki (i ludzi, którzy potrafili go docenić). Jak już nawet wyrok za konspirację - to dzięki solidarnej postawie kolegów - z rekordowo niskim wyrokiem. Zesłanie - nie na Syberii, a na Krymie, zresztą dzięki wsparciu rosyjskich arystokratów (również wielbicieli jego poezji) dość szybko zakończone. Z łatwością odnajdywał się w wyższych sferach (których przychylność miała jednak swoje granice, żaden z wysoko ustosunkowanych nie chciał wydać za niego swojej córki). Fanek miał pewnie nie mniej niż współczesny celebryta, w dodatku wiele z nich okazywało swój zachwyt w sposób czynny. Nawet to, że nie spieszył się do Powstania Listopadowego jakoś mu wybaczono, wielu uważało, że szkoda by było, gdyby taki talent padł od zabłąkanej kuli.
A do tego w regularnych odstępach czasu wypluwał kolejne arcydzieło.
I nagle ta złota passa się skończyła. Nie wiadomo, czy przyczyniły się do tego troski rodzinne, czy może toksyczna fascynacja Towiańskim, w każdym razie "wiek męski- wiek klęski" stał się faktem i wieszcz używał pióra co najwyżej do napisania kolejnego artykułu bądź wykładu.
Ciekawe, czy jest jakieś wyjaśnienia, dlaczego tak a nie inaczej potoczyły się losy wieszcza na drogach literatury?
"Wigilie Polskie" maję jednak także trzecie dno. Zza historii pewnego poety wyłania się los całego pokolenia, pierwszego wychowanego (a często i urodzonego) pod zaborami, pierwszego z licznych "straconych pokoleń". Brak własnego państwa dramatycznie ograniczył ich możliwości życiowe. Próby niezależnej aktywności często kończyły się zesłaniem, przedwczesną śmiercią, konfiskatami, przymusową emigracją. Jeśli kariera, to raczej za granica (Domeyko).
Nie mogę wyjść z podziwu, że po ponad stu latach takiej obróbki, nad Wisłą jeszcze ktokolwiek mówi po polsku.

Polecam tę nietypową świąteczną lekturę.

P.S. Książkę upolowałam na finta.pl. Tych, którzy jeszcze tego nie zrobili, zachęcam do rejestracji (link) i buszowania w morzu książek.

czwartek, 15 grudnia 2011

Lady Agatha w dwóch odsłonach


Jakiś czas temu udało mi się (w końcu) przeczytać dwie pozycje o życiu Królowej Zbrodni. Pierwszą z nich jest "Autobiografia", drugą natomiast "Sekretne zapiska Agathy Christie" Johna Currana.
"Autobiografia" to wspomnienia autorki, spisywane przez dwie dekady (wydane zostały w połowie lat 60-tych). Bardzo szczegółowe są zapiski dotyczące dzieciństwa i młodości, człowiek ma wrażenie, że próbuje ona utrwalić każdy najmniejszy strzęp dawnego świata. Chwilami wydawało mi się przez to, że książka jest zbyt szczegółowa.
Okres po drugiej wojnie światowej zamyka za to w jednym rozdziale.
Czy są to zapiski szczere? Moim zdaniem tak. Pisarka przyznaje się do własnych wad, otwarcie pisze także o depresji, która dopadła ja po śmierci matki. Książkę można czytać jako powieść obyczajową i/lub dokument historyczny nawet bez znajomości twórczości kryminalnej autorki. Jak zwykle atutem jest jej lekkie pióro i zmysłobserwacyjny.

"Sekretne zapiski...." mimo luksusowego wydania okazały się natomiast ciężką przeprawą. Są to bowiem notatki na kolanie, często oderwane, jednozdaniowe listy bohaterów, pomysły w punktach (notatki zawierały także listy zakupów i ćwiczenia kaligraficzne córki, ale to John Curran nam już darował). Czapki z głów, że Curran potrafił je odcyfrować, a nawet zaprezentować w miarę strawnej dla czytelnika formie. Jednak nawet w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu. "Zapiski..." w przeciwieństwie do "Autobiografii" to pozycja li i jedynie dla zagorzałych fanów Agathy Christie, tych, którzy czuliby się na siłach, żeby z marszu wziąć udział w "Wielkiej Grze" na temat jej twórczości.
Z książki dowiemy się jaki styl pracy miała Agatha, nie jest to natomiast kompletne kompendium jej twórczości (widziałam recenzje, gdzie czytelnicy właśnie na to narzekali).

Czego dowiedziałam się o Lady Agacie po lekturze obydwu opasłych tomów? Poniżej garść zaskakujących ciekawostek. Uwaga: postanowiłam nie robić podziału na źródło informacji. Także dlatego, że niektóre się powtarzają:).

  • Agatha Miller nie była "dziecięciem pieszczonym" (określenie JIK-a), rodzice niespecjalnie dbali też o jej edukację. Matka na przykład uważała, że córka nie powinna uczyć się czytać przed ósmym rokiem życia- nic dziwnego, że przyszła pisarka w końcu nauczyła się czytać sama. Także rozwijanie tzw. kreatywności w domu Millerów raczej leżało i kwiczało. Wynikało to pewnie głównie z faktu, że matka wytraciła parę na starsze rodzeństwo Agathy. Za zdolną uważana była najstarsza Margaret, jej młodszej siostrze natomiast przyklejono etykietkę ... "powolnej".
  • Pisarka była introwertyczką, nienawidziła publicznych wystąpień.
  • Przez większa część życia była osobą dość konwencjonalną, "wyluzowało" ją chyba dopiero drugie małżeństwo z Maxem Mallowanem. Zresztą młodszym od niej o półtora dekady.
  • Pisanie kryminałów było przypadkowym wyborem, który przyjął się na czytelniczym rynku. Autorka próbowała także innych form i gatunków, próbując wypromować np. ... sztukę o kazirodztwie. Nie spotkała się ona jednak z zainteresowaniem wydawców i producentów. Sama autorka przyznaje, że kilkadziesiąt lat później sztuka trafiłaby w swój czas (a w XXI wieku to już na pewno).
  • Ceniła autorów także bynajmniej niekryminalnych, w tym Muriel Spark i Grahama Greene'a (to tak, jak ja:)).
  • Nie ukrywała, że czuje się literackim rzemieślnikiem. Zresztą - gdy na dobre wkraczała na rynek, była już samotna matką, a umiejętność taśmowego produkowania kryminałów - jej jedynym kapitałem.
  • Być może tez z tego powodu długo hołdowała zasadzie: "Ciasto-pieniądz". Nie brała np. udziału w literackich zabawach Klubu Detektywów (skupiającego najbardziej znanych wówczas autorów kryminałów), stwierdzając, że czas i wysiłek, jaki włoży w zbiorczo napisaną książkę woli poświęcić dziełom własnym.
  • Metoda pisarska: książki zazwyczaj powstawały wokół jednego kluczowego detalu, np. dotyczącego scenerii. Wiele nowatorskich pomysłów (choćby dotyczących nietypowego rozwiązania zagadek) rodziło się często w trakcie licznych przeróbek i zmian koncepcji.
  • Autorka starała się pisać tylko o tym, co zna. Zdarzyło się np. zdyskwalifikować pomysł uczynienia jednym z bohaterów członka rządu, gdyż uznała, że nie wie zbyt wiele o ministrach.
To by było na tyle, zainteresowanych odsyłam do obydwu książek;)

wtorek, 24 maja 2011

"Marie jego życia" - Barbara Wachowicz


Oj, nie miał Noblista szczęścia do kobiet. Jako 20-parolatek ze zubożałej szlacheckiej rodziny mógł co najwyżej pomarzyć o założeniu własnej. Jako 30-latek zaczął sobie już wprawdzie wyrabiać markę w literackim świecie, jednak i to nie wystarczało wybrednym rodzicom posażnych panien (zerwane zaręczyny z Marią Kellerówną). W drugiej połowie życia miał odwrotny problem - był tak sławny, że ściągało to amatorki wygrzewania się w blasku tej sławy (druga żona- Maria Romanowska) lub kobiety zakochane bardziej w jego twórczości, niż w nim samym (Maria Radziejowska). Jeśli już udało mu się stworzyć udany, pełnowymiarowy związek (pierwsza żona- Maria Szetkiewiczówna), do akcji wkraczały tzw. czynniki obiektywne, tutaj w postaci gruźlicy, która kilka lat po ślubie pozbawiła życia partnerkę noblisty.
W miarę ustabilizowane życie mógł zacząc wieść pisarz gdzieś ok 60-tki, z zaprzyjaźnioną z nim od lat daleką kuzynką, Marią Babską.
Z takim życiorysem mógłby spokojnie konkurować z Mickiem Jaggerem, tyle, że Sienkiewicz Jaggerem nie był. Co więcej, nie był nawet XIX-wiecznym odpowiednikiem Jaggera, tylko normalnym facetem, który owszem, może popełniał błędy, ale niekoniecznie takie, za które trzeba było aż tak drogo płacić.
"Marie jego życia" traktują o prywatnym i uczuciowym życiu Sienkiewicza. Oparte są na listach, pamiętnikach a także wspomnieniach rodziny Sienkiewicza, a także jego wszystkich miłości. Książkę czyta się jednym tchem, to jedna z nielicznych lektur ostatnio, które przemierzałam, wykorzystując dosłownie każdą wolną chwilę.
To zasługa nie tylko gawędziarskiego stylu autorki, ale także faktu, że niedawna lektura "Rodziny Połanieckich" zostawiła mnie w wieloma pytaniami o biograficzny kontekst książki (a wiele pytań doszło dzięki dyskusji z innymi czytelnikami). Spieszę się zatem podzielić "kodem Połanieckich".
Już w trakcie małżeństwa z Marią z Szetkiewiczów, Sienkiewicz planował napisać "Kronikę szczęścia", zapewne miała to być powieść obyczajowa o miłości i życiu rodzinnym. Śmierć żony w naturalny sposób położyła kres tym planom. Pomysł ekshumował ok. 10 lat później, równolegle do starań o Marię Romanowską- bogatą, rozpieszczoną 20-latkę, przybraną córkę małżeństwa Wołodkowiczów. W pierwszej części "Połanieckich" centralną postacią jest wzorowana na pierwszej żonie Marynia, tak w drugiej najwięcej miejsca poświęca romansowi młodego poety - Ignacego Zawiłowskiego z rozpieszczoną (choć niebogatą) Linetą Castelli. Obydwie historie- prawdziwa i fikcyjna, wykazują znaczne podobieństwa. W obydwu przypadkach motorem napędowym związku były nie osoby zainteresowane, a otoczenie (w książce ciotka, w rzeczywistości przybrana matka). Podobna była również dynamika - początkowa fascynacja kobiet "artystyczną" duszą twórcy wypaliła się, i pozostało tylko ewakuowanie się ze związku, utrudnione dbałością o opinię publiczną. Fikcyjna Lineta ostatecznie zdradziła narzeczonego, prawdziwa Maria, mimo wahań i zerwania narzeczeństwa, poszła jednak ze swoim wybrankiem do ołtarza, tyle, że po miesiącu zmieniła zdanie.
Nie wydaje się, aby sam motyw zerwania narzeczeństwa był zaczerpnięty ze starej historii z Marią Kellerówną - porządną 19-latką wychowywaną niemal na zakonnicę. Zwłaszcza, ze w tamtym przypadku negatywną rolę odegrał ojciec, nie matka bądź ciotka.

Książkę bardzo polecam, można się z niej sporo dowiedzieć nie tylko o życiu uczuciowym pisarza, ale także o prywatnych kontekstach jego twórczości. kto na przykład wie, kim naprawdę był powieściowy Zagłoba?

piątek, 22 kwietnia 2011

Dla miłośników panny Brodie

Nie, nie będzie kolejnej opinii. Fala uderzeniowa recenzji "Pełni życia Panny Brodie" Muriel Spark przewaliła się ostatnio przez blogi. Można o niej poczytać u Dabarai, Zacofanego w lekturze, Lirael, a jeśli ktoś czuje niedosyt- zostaje jeszcze lektura dyskusji na blogu Czytanki.anki.
Wygląda na to, że historia ekscentrycznej nauczycielki z brytyjskiej szkoły prywatnej w tatach 30-stych trafiła w czytelnicze zapotrzebowania. Słowem- wirtualne stadko panny Brodie rośnie w siłę:).
Zupełnym przypadkiem trafiłam wczoraj w antykwariacie na autobiografię autorki- "Curriculum vitae".

Oczywiście nie zdążyłam jeszcze przeczytać, znalazłam natomiast ciekawe szczegóły dotyczące pierwowzoru panny Brodie, czyli panny Kay. Wnioski po tej uzupełniającej lekturze są następujące - wyobraźnia pisarska nie ma granic, nawet, gdy twórca czerpie pełnymi garściami materiał z prawdziwego życia.
Na prośbę Ani z czytanek.anki wrzucam skany (a raczej zdjęcia) z interesującego fanów panny B. fragmentów. Sprawdziłam- dają się czytać. Fragment niestety dość spory, ale wrzucam go w całości, gdyż tylko tak da się wychwycić wszystkie smaczki.














wtorek, 8 lutego 2011

"Raj tuz za rogiem"- Mario Vargas Llosa


Flora Tristan, francuska anarchistka z pierwszej połowy XIX wieku, półkrwi Peruwianka i jej wnuk Paul Gaugin.
Obydwoje byli ludźmi z misją. Chcieli zmieniać świat wokół siebie, żyć inaczej, tworzyć nową rzeczywistość materialna bądź artystyczną, czyli po prostu- szukać raju, tyle, że na ziemi.
Ze zmiennym powodzeniem.
Mario Vargas Llosa oferuje nam dwie, dość wyczerpujące biografie tych niezwykłych ludzi, nie narzuca się z komentarzem, ale oferuje tyle szczegółów, że interpretacje narzucają się same. Tyle, że pewnie każdemu inne.

Flora Tristan, po niezwykle ciężkich doświadczeniach życiowych (przemoc seksualna w małżeństwie, molestowanie dzieci), postanowiła stworzyć świat, w którym cierpienia, podobne do jej własnych nie będą już możliwe i stała się głosicielką nowej rewolucji- wyzwolenia robotników i emancypacji kobiet. Kwestie socjalne zresztą pasjonowały ją mniej, były jedynie środkiem do realizacji celu, a celem tym było wyzwolenie kobiet z seksualnej opresji (przede wszystkim małżeństwa, ale także prostytucji). Na drugim miejscu stawiała likwidację wyzysku kobiet przez instytucję rodziny. Sprawy typowo robotnicze (opieka zdrowotna, lepsze szkolnictwo, ubezpieczenia) były dla niej tylko lewarem dla jej podstawowych haseł.
Tyle, że zmiana świata to dość ambitne zadanie jak dla jednej osoby. Flora jednak postanawia się jej podjąć. Autor prowadzi nas przez ostatni rok jej życia- podróże, noclegi w kiepskich warunkach, spotkania z robotnikami, szykany policji, zmęczenie, coraz większe cierpienia fizyczne związane z chorobą...po prostu trudne życie świeckiej misjonarki rewolucji.
Postać Flory budzi sympatię i współczucie, ale już nieco mniej sympatyczny jest jej kontekst- socjaliści utopijni, ze swoimi szalonymi ideami, które dobrze brzmią na papierze, ale słabo wypadają wprowadzone w życie (o czym świat przekonuje się niezmiennie od roku 1917). O dziwo- idee z obszaru ekonomicznego (w sensie dosłownym) zbankrutowały, ale postulaty obyczajowe mają się dobrze.
Część dotycząca Flory była dla mnie ciekawa przede wszystkim ze względu na dawkę wiedzy z historii idei (każdy ma jakiegoś bzika). Ta poświęcona Paulowi Gauginowi powinna zainteresować miłośników sztuki, skandali obyczajowych i horrorów medycznych (sporo miejsca zajmują opisy kolejnych stadiów syfilisu). Gdzieś na marginesie można sobie postawić pytania, co w zasadzie oznacza pojęcie "wielkiej sztuki", czy koniecznie wymaga ona niszczenia ludziom życia i ranienia kogo popadnie.
Można też spojrzeć na dwójkę bohaterów razem- Gaugin do jakiegoś stopnia był realizatorem testamentu swojej babki (a jeśli nie realizował jej idei, to na pewno niektóre z tych propagowanych przez jej kolegę Fouriera).
Można wreszcie nie zastanawiać się specjalnie, tylko przeczytać tę dobrze napisaną, malowniczą historię o mniej znanych aspektach XIX wieku.
Mam nadzieję, że lektura tej grubej, solidnie wydanej książki przyczyni się do czegoś więcej, niż tylko nadwyrężenia nadgarstka:).