Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2014

Hurtownia książek - Oates, Shafak, Rymkiewicz, Chmielewska


"Honor" - Elif Shafak to literacka pulpa - dość smaczna, lekkostrawna, ale czy pożywna? Autorka opracowała temat kryminalno obyczajowy w lekko baśniowej konwencji i nadała mu wdzięczny kształt sagi rodzinnej. Efekt - idealny egzemplarz pokazowy w kategorii "literatura środka". Dodam jeszcze, że wciąga. I to bardzo:).






 "Czarna dziewczyna, biała dziewczyna" Joyce Carol Oates


Czterdziestoletnia pisarka wspomina swój pierwszy semestr na studiach. Relacja przebiega dwutorowo - na pierwszym planie mamy próby zaprzyjaźnienia się dziewczyny z czarną współlokatorką, na drugim echa wydarzeń domowych (a dom to niezwykły, bo hipisowskich prominentów). Początkowo nudna ta historia jak flaki z olejem, ale stopniowo czytelnik czuje, ze coś jest nie tak, tylko nie wiadomo dokladnie na jakim obszarze książki. Wyczuwa się, że narratorka kłamie lub opowiada z mocno skrzywionej perspektywy, ale konia z rzędem temu, kto wpadnie na to, gdzie tkwi haczyk. [Przyznam, że ja nie wpadłam].


"Wielkie zasługi" - Joanna Chmielewska

Zamiast opisu wklejam ten oto demotywator (za inspirację dziękuję Natanie). 
"Wielkie zasługi" to książka w tej chwili już historyczno -fantastyczna. Nie ma już Pawełka i Janeczki. Nie ma już tych wszystkich przedsiębiorczych 10-11 latków, którzy zaczynali od eksploracji podwórka w wieku przedszkolnym, a kończyli daleko poza nim. No dobra, może kilka sztuk się ostało, ale wszyscy, zamiast po ciemku latać po lesie i tropić podejrzanych, marzą tylko o tym, żeby przyszedł do nich list z Hogwartu.  Zaś reszta populacji to Mizie płci obojga, których przestraszy nawet mrówka, o poważnym przestępcy nie wspominając...
Tak to się kończą te moje sentymantalne powroty do książek - wielkim narzekaniem:).

"Wielki Książę" - Jarosław Marek Rymkiewicz

Wiecznie żywy motyw uczłowieczania Tytusa w wariancie XIX -wiecznym, czyli o tym, jak polski duch narodowy przerobił brutalnego i nieokrzesanego Wielkiego Księcia Konstantego na prawie-Polaka. Trochę tu Rymkiewiczowej historiozofii, którą przyjęłam dość obojętnie (choćby właśnie teorię polskiego ducha narodowego). "Wielki Książę" sprawdza się natomiast świetnie jako literacki wehikuł czasu. Otwieramy książkę i myk... już jesteśmy w Warszawie epoki empire. Nader odświeżająca to podróż.

piątek, 10 stycznia 2014

Szybka piłka - hurtownia książek

"Zbyt piękna dziewczyna" - Jan Seghers. Podstawową zaletą tego kryminału jest fakt, że w ogóle go przeczytałam, gdyż już od jakichś dwóch lat każdy kryminał zaczynam, szybko sprawdzam, kto zabił i rzucam w kąt. Minusy - kanciasty styl, kanciasty główny bohater i wykorzystanie połowy kanonu stereotypów występujących też w kryminałach skandynawskich. Czyli ... wychodzi na to, że raczej polecam;).



"Siostry B." - Anna i Maria Bojarskie.  Lubię książki Anny Bojarskiej, to jednak, co zaprezentowała razem z siostrą, to jakiś niestrawny bełkot. I nie jest to bynajmniej wina Marii, gdyż ona przynajmniej się stara sklecić jako tako sensowne akapity. Jedyny plus to ...fajne zdjęcia? O - i jeszcze porządne wydanie, praktycznie nie do zdarcia.

"Opowieść wdowy" - Joyce Carol Oates. Sama statystyka wskazuje na to, że dokładnie 50% z ludzi żyjących w związkach "do końca życia" kiedyś zostanie wdową/wdowcem. A każdy pewnie prędzej czy później straci kogos bliskiego. Warto sobie zatem tę traumę przećwiczyć zawczasu na sucho.

piątek, 6 grudnia 2013

What's up, Doc? Czyli z wizytą u Oliviera Sacksa.

Ok, nie ma pewnie większego sensu pisać o doktorze Sacksie. Popularności mu od mojej notki na blogu nie przybędzie, kto miał czytać, ten czytał, kolejni czytelnicy zawsze strumyczkiem napłyną, zwłaszcza, że od czasu do czasu co ciekawsze neurologiczne przypadki trafiają do tego czy innego hollywoodzkiego filmu (poza Przebudzeniami niektóre historie trafiły np. do Memento lub Incepcji). Jeśli ktoś o Olivierze Sacksie nie słyszał - to neurolog z żyłką popularyzatora i zwolennik podejścia humanistycznego do pacjentów, czyli - "leczymy nie chorobę, lecz pacjenta". Zasada, która wyjątkowo często sprawdza się właśnie w neurologii, gdzie trzeba działać często na pograniczu ducha i materii, a wszelkie ingerencje mają wplyw na psychikę pacjenta.
No to lecimy.

Przebudzenia - to książka tsunami, masa obserwacji, zalew przemyśleń i wniosków i chyba najważniejsze doświadczenie w praktyce dr. Sacksa. Przez kilka lat po pierwszej wojnie światowej przez świat przetoczyła się epidemia śpiączkowego zapalenia mózgu. U niektórych pacjentów po latach od przebycia choroby rozwijał zespół objawów z elemantami choroby Parkinsona i katatonii. Po 40 latach wielu z nich jeszcze żyło, wegetując w specjalistycznych ośrodkach. Gdy pod koniec lat 60-tych pojawił się "cudowny lek" - syntetyczna dopamina, w jednym z nich (występującym w Przebudzeniach jako Mount Carmel) podjęto próbę "wybudzenia" kilkudziesięciu pacjentów jednocześnie. Skutki długofalowo były różne, często z przyczyn pozamedycznych. O
zdrowie potrafili zawalczyć pacjenci o najsilniejszych osobowościach, którzy potrafili oszukać swoją chorobę i nauczyć się funkjinować w warunkach, gdy własne synapsy odmawiają im posłuszeństwa lub ci, którzy mieli dla kogo żyć (np. dzieci). Ale zdarzał się też, że toksyczny wpływ rodziny wpychał człowieka na nowo w nieświadomość.
"Przebudzeń" nie czyta się łatwo, przypadki opisane przez Sacksa są wręcz przeładowane szczegółami. Z kolei trzeba się przez większość  z nich przedrzeć, żeby czytać uogólnienia i wnioski doktora (i formułować sobie własne). No ale po stokroć warto. Choćby po to, żeby zamknąć z ulgą książkę i docenić własne zdrowie (choćby było czasem niedostateczne).



Mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem - jeśli chodzi o formę jest dużo łatwiejsza niż Przebudzenia, to taki zbiór ciekawostek na temat objawów pojawiających się po różnej maści uszkodzeniach mózgu. Jak bardzo zależy nasze postrzeganie świata od działania centralnej jednostki sterującej? Czy deficyty i dysfunkcje wpływają na człowieczeństwo pacjentów? Czy można żyć a jednocześnie nie mieć duszy (cokolwiek by to znaczyło)? Zaprawszam do wyprawy w gąszcz neuronów, tylko proszę uważać, żeby nie zarwać przy okazji nocy.

Muzykofilia - czyli opowieści o muzyce i mózgu. Muzyka musi byc chyba ubocznym hobby autora, zresztą pochodzi ze srodowiska, gdzie niemal wszyscy od dzieciństwa uczą się grać. Książka jest mniej odjechana niż dwie wzmiankowane powyżej, niektóre opisywane zjawiska są dość banalne, np. chwytliwe melodie czy też różne aspekty muzykalności. Ale już muzyczne halucynacje czy też porządkująca rola muzyki przy różnych schorzeniach psycho-neurologicznych - zaciekawiają. Wygląda na to, że na wypadek zachorowania warto nauczyć się grać na jakimś instrumencie. A jeszcze lepiej nauczyć się komponować.Ot -takie dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne.  


Przebudzenia - Olivier Sacks, Poznań 2011 (Zysk i s-ka)
Mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem  - Olivier Sacks, Poznań 2011 (Zysk i s-ka)
Muzykofilia. Opowieści o muzyce i mózgu  - Olivier Sacks, Poznań 2008 (Zysk i s-ka)

środa, 9 października 2013

"Jak wychować chłopca na mężczyznę" - Meg Meeker


Z poradnikami na temat wychowania jestem do dziś na bakier, naiwnie wierzę, że wystarczy się słuchać wlasnej intuicji. Czasem jednak takie czy inne tomiszcze o tej tematyce przywlecze mi się do domu, więc wypada je choćby przekartkować.
Wnioski z tej pobieżnej bardzo znajomości są takie, że poradniki (przynajmniej te z etykietka “konserwatywne”) dzielą się na 2 grupy.
Pierwsza z nich to apokaliptyczno -katastroficzne. Możemy sobie w nich poczytać, że czasy są ciężkie, wyzwania stojące przed wspólczesnymi rodzicami o wiele przewyższają te, które stały przed poprzednimi pokoleniami, a żeby wychować dziecko na... no w zasadzie na kogokolwiek, należy wykazać się przemyślnością lisa, odwagą lwa, siłą tura i czego tam jeszcze miłośnicy antropomorfizacji nie wymyślą.
W tym celu autorzy proponują nierzadko niestandardowe środki. Do dziś pamiętam poradnik z nurtu chrześcijańskiego (“Dziki ojciec” Szymona Grzelaka), doradzający zapoznawanie już czteroletnich maluchów z kwestią, skąd się biorą dzieci. Dodam, że chodziło o uświadamianie dość szczegółowe, a nie jakieś tam ogólniki w stylu “z brzucha mamy”. (Jeśli intryguje was, dlaczego tak wcześnie, chętnie napisze w komentarzu).
Ze straceńczą odwagą kamikadze jest u mnie jednak dość słabo.  No i czasem ta upierdliwa intuicja dzwoni na alarmi i podpowiada, że nei tędy droga. Na szczęście jest jeszcze drugi nurt – tym razem pod hasłem “dasz radę wychować swoje dziecko”. Potrzeba tylko takich drobiazgów jak dbanie o więź z nim i takie kształtowanie własnego postępowania, żeby być dla niego wzorem. Dzieci wszak uczą się przez obserwację. No doprawdy – kaszka z mleczkiem.
Do tego właśnie nurtu należy książka Meg Meeker. Polski tytuł “ Jak wychować chłopca na mężczyznę” choć bardziej pompatyczny od oryginalnego “Boys will be boys” chyba dobrze oddaje istotę problemu. Chodzi o prowadzenie dziecka do dojrzałości, którą nie wszyscy dorośli mężczyżni jednak osiągają, a nawet, rozglądając się wokół siebie, wydaje się czasem, że osiąga ją mniejszość.
Sposoby? Oprócz oparcia wychowania na wartościach, mam wrażenie, że autorka proponuje coś w rodzaju “dzieciństwa uproszczonego” - mniej zajęć dodatkowych, więcej przestrzeni, mniej wypasionych gadżetów. No i oczywiście - ten kontakt z rodzicami. Podobno wpływ rodziców zawsze przewyższa wpływ rówieśników (trudno w to uwierzyć, ale nie będę dyskutować), dlatego do końca nie należy oddawac dziecka walkowerem.
Jedyne, co mnie w tej książce martwi, to fakt, że wszystkie te w sumie trudne sprawy są opisane tak, jakby były banalnie proste. Mam nadzieję, że stoi za tym nie tylko wyuczony amerykański optymizm.
Ale może to właśnie jest spójne z duchem tego poradnika. Zostawia on przestrzeń czytelnikowi – nie zasypuja go stosem szczegółowych rad. Sam/sama musisz znależć ten punkt, w którym możesz dokonać upgrade'u swojego rodzicielstwa.

piątek, 22 lutego 2013

Fandorin, jajko i ja

Latem krążył łańcuszek o ulubionych czytadłach. Dzisiejszą notkę proszę uznać za aktualizację tej sprzed pól roku:).


 "Świat jest teatrem" Borisa Akunina to 13. tom z cyklu Erast Fandorin, który to cykl miał się już zakończyć na tomie 11-stym. Ale po nim przyszły opowiadania ("Nefrytowy różaniec"), następnie Akunin jeszcze raz się ugiął (zresztą trudno mu się dziwić, sprzedaje tyle tych egzemplarzy, że każdy kolejny Fandorin to spory zastrzyk gotówki). Wrażenia niestety bardzo średnie. Detektyw do tego stopnia nie w formie, że aż momentami zastanawiałam się, czy ja aby nie czytam Lackberg?
Ze Skandynawką o dziwo łączy tę książkę jeszcze jeden trop: rozbudowana warstwa uczuciowo - obyczajowa, a to za sprawą faktu, iż Fandorin pierwszy raz po kilku dekadach wreszcie się zakochał i to w kim? W aktorce. Stąd też zamiast prowadzić śledztwo wzdycha i pisze sztukę dla ukochanej.
Mimo wszystko jednak polecam, gdyż ja się bawiłam całkiem nieźle, a to za sprawą japońskiego asystenta detektywa - Masy i jego karkołomnych prób mówienia po rosyjsku. No i się wydało, że śmieszą mnie żarty nie najwyższych lotów.

 "Jajko i ja" Betty Mc Donald to kolejna trafiona w dziesiątkę polecanka młodej pisarki. Tlumaczenie na polski zawdzięczamy córce Wańkowicza - Marcie i paradoksalnie - właśnie "Jajko" rzuca światło na niejasne karty wańkowiczowego życiorysu. Jakiś czas temu przez blogi przetoczyla się dyskusja, czy Wańkowicz był czerwony, czy zaledwie różowy, jak równeiż czy wracając do PRL sprzedał się czy też nie. Jeśli ktoś się zastanawia, czy do powrotu skoniły Mela względy ideowe, finansowe, czy też chęć powrotu do szerszego obiegu czytelniczego, niech weźmie również pod uwagę teorię drobiową.
Otóż pisarz w ciężkich czasach dorabiał sobie do wiecznie zbyt szczupłych tantiem pracą na kurzej fermie. Po tym, jak dzięki Betty McDonald wiem już, jak wygląda taka robota, nie dziwię się już że King wybrał wędzenie się w spalinach w małym, naszpikowanym podsłuchami mieszkanku na rogu Rakowieckiej i Puławskiej. Lepsze to, niż codziennie... wstawać z kurami:).

środa, 9 stycznia 2013

I Ty zostaniesz emerytem: Jonathan Franzen i Muriel Spark oswajają ze starością

"Korekty" Jonathana Franzena to powieść obyczajowa o starzejącej się parze i trójce ich bardzo pokręconych dzieci. Trzydziesto- i czterdziestolatki przeżywają problemy znane dotychczas nastolatkom - nienawiść do siebie, eksperymenty erotyczne i narkotyczne, tworzenie sztucznych problemów. Zaczęłam podejrzewać, że książka jest o tym, że okres dojrzewania w XXI wieku przesunął się o jakieś 20 lat w stosunku do tego, który znamy z podręczników psychologii.
Na drugim biegunie mamy starzejących się rodziców, w tym chorego na parkinsonizm ojca. Niestety - manewr z wycofaniem dorosłych dzieci do roli nastolatków, sprawia, że to wcale nie jest książka o radzeniu sobie z chorobą i nieuchronnym odejściem bliskich, a raczej zapis wierzgania starych koni i bicia głowa w mur w wykonaniu siwowłosych seniorów.
Plusem jest stworzenie spójnego świata. Drugo- i trzecioplanowe postaci przewijają się w tle indywidualnych historii wszystkich członków rodziny.
Wyczuwa się też autorskie poczucie humoru, aczkolwiek mam wrażenie (nie znając oryginału), że część z niego zagubiła się w tłumaczeniu.
Największym minusem, przynajmniej dla mnie, była autorska skłonność do turpizmu. Gdzie tylko się da, autor dodaje do potrawy nieco sosu z ekskrementów i/lub płynów ustrojowych. Ja oczywiście rozumiem, że starość nie radość i człowiek musi wtedy czasem skorzystać z basenu bądź kaczki. Nie dziwi mnie także, że młodość nie wesele i czasem można poczuć potrzebę, żeby ostro się zeszmacić. Na każdy temat można jednak napisać z wyczuciem, tu go chyba jednak zabrakło.


Wybrane cytaty z książki w biblionetce.
Recenzja autorstwa młodej pisarki.

O tym, że można inaczej, przekonuje Muriel Spark w swoim "Memento mori". Opisanie przez nią staruszkowie także cierpią na liczne dolegliwości, ale dzięki temu, że autorka nie opisuje ich w każdym szczególe, można się skupić na fabule i docenić choćby jej zmysł obserwacji, dzięki któremu świetnie uchwyciła charakterystyczne detale zachowań seniorów. Jednocześnie udało jej się pokazać starość jako fenomen i swoistą tajemnicę, a nie nader nieestetyczny i budzący odrazę proces, który trwa zbyt długo. Zarówno dla młodszych bohaterów jak i dla czytelników. Pewnie zresztą taki jest właśnie cel tego ćwiczenia. w przypadku "Korekt". Wmówienie w odbiorców odrazy do starości.

W pojedynku Młody i Modny Autor Amerykański contra Nieżyjąca i Niezbyt Modna Autorka Brytyjska, wygrywa ta druga. Kiedyś muszę zorganizować kolejną rundę w wykonaniu którejś z nowych amerykańskich gwiazd powieściopisarstwa i jakiegoś zakurzonego Brytola/Brytyjki. Ciekawe, czy wynik będzie dokladnie taki sam:).

źródło obrazków: 1. lubimyczytac.pl; 2.bookboxoxford.wordpress.com

.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Hurtownia książek - Amerykańskie południe

"Utracona" to historia fascynacji młodego (na początku książki 11-letniego) chłopca, starszą od niego, zamężną sąsiadką. Rzecz rozgrywa się w scenerii Amerykańskiego Południa. Stopniowo chłopak dorasta, urocza sąsiadka traci zaś swój nimb doskonałości. Całość przeradza się zaś w kwękanie za "dawnymi dobrymi, pionierskimi czasami". Z dzisiejszej perspektywy takie narzekanie na rok 1880 i porównywanie go ze złotą dekadą lat 60-tych XIX wieku jest nieco zabawne. Swoją drogą, gdyby to kwękanie brać na serio, możnaby dojść do wniosku, że najlepszą epoką w dziejach ludzkości były czasy kamienia łupanego.



Użytkownicy PC-tów na pewno znają takie programy jak emulatory. W przeszłość odchodzą już emulatory DOS. Bardzo praktyczne są emulatory Windows, natomiast Carson McCullers oferuje nam produkt jedyny w swoim rodzaju (niestety niezdigitalizowany) - emulator 12-latki. Zagubionej i zbuntowanej, wrażliwej i aroganckiej, z zapałem próbującej nowych ról, a potem liżącej rany. Kolejna wyprawa na amerykańskie południe, tyle, że tym razem w czasy Drugiej Wojny Światowej.
Książka ukazała się po polsku jako "Gość weselny".





Kilka miesięcy po lekturze "Pippy" jedyne, co mi przychodzi do głowy to fejsbukowe żarty z Pip(p)y Middleton. Co oznacza, że historia pani Lee - przykładnej żony z trupami w szafie, najwyraźniej nie zdobyła mojego czytelniczego serca.

piątek, 30 grudnia 2011

Hurtownia książek - noworoczne porządki:).


"Czas aniołów" - Iris Murdoch oferuje nam jak zwykle wyrafinowane kobiety, ciamajdowatych facetów, w tle kilku prostaczków. W warstwie powierzchniowej to dramat rodzinny chwilami ocierający się o perwersję. Na drugim planie mamy filozofię: temat śmierci Boga (nie wiem, czy to ulubiony temat Iris, czy tylko ja mam takie szczęście, już raz musiałam zmierzyć się z tym tematem przy okazji "Przypadkowego człowieka"), nieco dziwne rozważania a aniołach (dla autorki anioły i demony to w zasadzie jedno) i temat kryzysu kapłańskiego. I dzięki temu ostatniemu motywowi książka ostro skręca - od rzekomej śmierci Boga, do zupełnie namacalnej śmierci człowieka. Najpierw duchowej, potem też fizycznej. W sumie - książka robi spore wrażenie.


"Loteria" - Shirley Jackson reklamowana jest jako opowieści z dreszczykiem. Autorka podobno interesuje się parapsychologią i magią. Na szczęście opowiadania dość mocno trzymają się ziemi. "Niesamowitość" dość często towarzyszy osuwaniu się bohaterów w szaleństwo. Czasem autorka po prostu eksploruje ciemne strony ludzkiego postępowania (rasizm, konformizm- czy jest w nim coś nadnaturalnego?). Jeśli nawet opowiadania wam się nie spodobają, KONIECZNIE przeczytajcie ostatnie. Dosłownie wbija w fotel.






"Fractured" Karin Slaughter to trzecia część jej cyklu kryminalnego Georgia. Autorkę lubię za sprawne operowanie piórem i takie budowanie historii, że nie rzucam jej książek w połowie (w przeciwieństwie do np. Kathy Reichs i Tess Gerritsen, niby działaja na tym samym poletku co pani Slaughter, ale jakoś nie jestem w stanie przebrnąc przez ich dzieła).
Natomiast niektóre z opisanych przez nią zbrodni są (jak dla mnie) zbyt pomysłowe. Dlatego też nie zostałam wielką fanką jej cyklu "Hrabstwo Grant". Tutaj na szczęście wyobraźnia autorki przeżywała chwilowy zastój, gdyż udało mi się przeczytać książkę bez ataków mdłości.
Plus za postać detektywa -Willa Trenta, zmagającego się z ciężką forma dysgrafii i próbującego ukrywać swoją przypadłość w pracy, Dysgrafia będzie zresztą motywem przewodnim całej książki.

poniedziałek, 24 października 2011

"Wielkanocna parada" - Richard Yates


"Wielkanocna parada" to historia dwóch sióstr, Sarah i Emily, ciągnąca się od lat 30-stych po siedemdziesiąte. Miała być chyba ilustracją tezy o druzgoczącym wpływie rozwodu rodziców na psychikę człowieka. Życie obydwu kobiet toczy się według różnych scenariuszy, co jeden to gorszy i zapewniający mniej satysfakcji. Sarah spełnia się w roli żony damskiego boksera i matki trzech jego klonów. Emily twórczo rozwija pojęcie seryjnej monogamii. Choć początkowo wybór modelu życia i kolejnych partnerów wydaje się przypadkowy, kobieta stopniowo wsiąka w taki tryb życia, póki nie staje się (oczywiście) za późno.
Po książkę Yatesa sięgnęłam z inspiracji Młodej Pisarki i początkowo byłam skłonna podpisać się pod jej mało entuzjastyczną oceną. Książka, mimo, że czyta się ją szybko, jakoś mnie nie zaangażowała. Bohaterki przypominały mi papierowe lalki poruszane podmuchami wiatru (być może taki efekt był zamierzony i miał być dowodem na ich okaleczoną psychikę). Słowem - czytadło.
Jednak bliżej końca, gdy autor wyczerpał już do dna schemat "niezależnie od wyboru drogi zyciowej, życie kobiety jest pasmem nieszczęść", zrobiło się nieco ciekawiej. Zafrapował mnie wątek reakcji jednej z sióstr na przemoc domową w rodzinie drugiej, a przede wszystkim - kwestia losu ludzi starszych (niekoniecznie starych, tylko powiedzmy- po 50-tce). Możliwe warianty ich losu to: utrata pracy, dom opieki (często), alkoholizm, samotność, opuszczenie... W stosunkowo dobrej sytuacji tylko ci, którzy dysponują sporą ilością pieniędzy. American dream najwyraźniej miał swoja granicę wiekową.
Książka może nie jest stuprocentowym pewniakiem czytelniczym, ale myślę, że można dać jej szansę. Warto docenić tę solidną powieść psychologiczno-obyczajową, a nie tylko narzekać, że mogłaby być jeszcze lepsza;).

środa, 12 października 2011

Hurtownia książek - kolejna dostawa:).

Kryzys czytelniczy w pełni (tak, ja też zapadłam na ten syndrom), recenzencki jest jego następstwem, postanowiłam więc zebrać kilka tytułów, o których w ogóle nie zamierzałam pisać.


"Pasta do zębów" Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego to przyzwoicie skonstruowany kryminał z kobietą detektyw (porucznik Anka Kowalska) i licznymi wątkami obyczajowymi - Ance bowiem przyjdzie prowadzić śledztwo w pracy jej męża Pawła (chirurga i bawidamka w jednym), a główną podejrzaną będzie mężowska eks-pielęgniarka Dorota. Podobno klasyka powieści milicyjnej. Moją ocenę obniżyły mocno umowne realia Polski lat 70-tych.


Podążając kryminalną ścieżką trafiłam na "Zamknięty pokój" duetu Sjöwall/Wahlöö... Poprzednie części cyklu bywają określane mianem kryminału ideologicznego. Tu jednak szwedzki tandem przeszedł sam siebie. Wszystkiemu winne jest złe społeczeństwo (które tak krzywdzi biedną jednostkę, ze ta po prostu MUSI wkroczyć na drogę przestępstwa) i jeszcze gorsze państwo, z którego najbardziej zgniłą i zdegenerowaną częścią jest policja. Rozumiem, ze autorzy maja poglądy, ale można je "sprzedać" w sposób nieco bardziej inteligentny (jak to zrobił Stieg Larsson, założę się, ze mało kto załapał, że gra w tej samej drożynie co państwo Sjöwall/Wahlöö). Można też popaść w uprawianie taniej propagandy. Plusy? Nawiązania do Agathy Christie (kolejny wariant zagadki literackiej: tajemnica zamkniętego pokoju) i lekkie pióro.


Dom tysiąca nocy Mai Wolny to pięknie napisana historia dwóch kobiet. Tyle, że niestety na krótko zostaje w pamięci. Po miesiącu od lektury pamiętam tylko dość kontrowersyjną apologię Czerwonych Brygad.







"Czarna polewka" Musierowicz dla odmiany okazała się pozytywnym zaskoczeniem. Poprzednim tomem Jeżycjady, który czytałam, był cukierkowy i nudnawy "Język Trolli". Tutaj sytuację ratuje Ignacy Borejko jako domowy tyran terroryzujący wnuczki i jak oszalały rozdzielający czarne polewki ich absztyfikantom. Do tego jeszcze zamienia jednego ze swoich wnuków - Ignacego Grzegorza w rasowego szpiega i donosiciela. Wiem, że to dość wredne i niepedagogiczne, ale mnie rozbawiło:). Zwłaszcza, że szaleństwo trwa tylko pół tomu, po czym domowe pandemonium opanowuje niezawodna Mila Borejko.




"China men" Maxine Hong Kingston to historia czterech pokoleń mężczyzn z rodziny autorki, chińskich emigrantów w USA. Jednocześnie to pean na cześć kantończyków - ludzi odważnych, pracowitych i ciekawych świata. W anglojęzycznym serwisie znalazłam określenie, pod którym się podpisuję: "History of America rewritten". Autorka eksploatuje schemat znany już z "Kobiety wojownika" (mieszanka chińskich baśni, historii ze starego kraju, i opis trudnej adaptacji w "Złotej górze"). Rzecz ciekawa, ale dużo bardziej podobała mi się żeńska wersja tej historii :).

środa, 20 lipca 2011

Mad mix czyli Grochola, piłka nożna i powrót skandynawskich klimatów

Mimo, że Katarzyna Grochola króluje na rynku polskiej literatury popularnej, jakoś dotychczas udawało mi się omijać jej książki. Jakoś trzymałam się stereotypu, że to byle co, tymczasem na tle swojego segmentu (literatura dla pań polskich autorek) "Kryształowy Anioł" prezentuje się całkiem nieźle: trochę humoru, sprawne operowanie językiem...
Naszła mnie jednak taka refleksja. Kiedyś punktem kulminacyjnym każdej romantycznej opowieści był ślub. Potem (powiedzmy) erotyczne spełnienie. Obecnie takim punktem, w którym zbiegają się wszystkie nitki jest rozwód. Bez porządnego rozwodu na koncie nic w zasadzie nie wiemy o sobie, nie ma też co marzyć bez niego o szczęściu. Poza tym rozwód to wydarzenia atrakcyjne społecznie. Może balów debiutantek rozwódek jeszcze w PL nie ma, ale wieczorki rozwodowe to już norma. W dodatku to wydarzenie do którego warto przygotować się jak najwcześniej, najlepiej jeszcze przed poznaniem kandydata na (eks) męża. Artykuły w stylu "nowe życie po rozwodzie" można spotkać już nawet w czasopismach dla nastolatek. Ja chwilowo już zaspokoiłam swoje zapotrzebowanie na te tematykę:).

Jakiś czas temu bardzo spodobała mi się książka Ismaila Kadare. Potem z pewną przykrością obserwowałam, jak kolejnym blogowym czytelniczkom podobała się nieco mniej, albo wcale. Teraz będzie kolejny dowód na to, że jestem książkowy mutantem i mam dziwny gust. Przeczytałam powszechnie chwalone "Oczyszczenie" Sofi Oksanen i owszem, obiektywnie przyznaję, że książka jest niezła. Subiektywnie jednak - spłynęła po mnie jak woda po kaczce.
Zastanawiałam się dlaczego- otóż książka składa się z 3 wartstw:
- rodzinnej tragedii, połączonej z wątkiem winy i kary
- motywowi "kobieta w ekstremalnych czasach", a konkretnie temu, ze kobiety w trudnych czasach maja przerąbane, ostatecznie to właśnie one są zazwyczaj ofiarami gwałtów
- parszywa rzeczywistość w wojennej i sowieckiej Estonii.
Otóż mam wrażenie, że dwie wartstwy ogólne deprecjonują winę bohaterki (czy bohaterek, ale najbardziej chodzi tu o jedną), o której mowa w wątku osobistym, a przez to jakby unieważniają cały ten wątek. Cenię historie z moralnymi dylematami, ale tu jest ona roztopiona w ogólnohistorycznym bagienku, przez co odpowiedzialność bohaterki się rozmywa... i robi się z tego po prostu historia o strasznych czasach albo przekleństwie bycia kobietą.
"Jak futbol wyjaśnia świat, czyli nieprawdopodobna teoria globalizacji" Franklina Foera dosłownie wepchnęła mi się w ręce w bibliotece. Uznałam, że muszę ją przeczytać, a nuż trafię na jakiś ciekawy szczegół, który będzie pasował do polskich "wojen futbolowych"*.
Książka jest połączeniem reportażu z socjologiczną analizą i esejem. Autor bierze na warsztat różne ciekawe zjawiska z pogranicza futbolu (np. ruchy niepodległościowe rozwijające się na bazie ruchów kibicowskich, wolność słowa na stadionie, handel zawodnikami, kwestie nienawiści etnicznej, korupcję...). Każdej analizie towarzyszy wizja lokalna, autor przy okazji pisania książki zwiedził kawał świata - od Brazylii do Lwowa. Główna teza książki jest taka, że w piłce nożnej odbijają się wszelkie lokalne problemy i tematy, słowem... wyjaśnia ona świat. Jest też wentylem bezpieczeństwa i antidotum na globalizację (a to dzięki odbudowie więzi lokalnych).
Ja przeczytałam jednym tchem, chociaż jeśli chodzi o futbol jestem typową kobietą (ale robię w tej dziedzinie stałe postępy). Książka jednak zbiera niezłe noty także wśród znawców tematu, czyli kibiców (jeden z licznych dowodów tutaj).

"Nocna zamieć" załapała się do notki w ostatniej chwili. W zasadzie mam już szczerze dość skandynawskich kryminałów, ale temu dałam szansę, choćby dlatego, że żeby ją przeczytać musiałam odczekać pół roku w kolejce. Zecydowanie było warto.
To bardziej powieść psychologiczna, o radzeniu sobie ze stratą i żałobie. Opowiada o małżeństwie (Katrine i Johanie), które hobbystycznie zajmuje się odnawianiem starych domów, następnie sprzedaje je za dużo wyższą cenę...i szuka kolejnego architektonicznego rarytasu. Tym sposobem trafiają na XIX-wieczne gospodarstwo na Olandii (drugiej co do wielkości szwedzkiej wyspy), położone nad samym morzem w towarzystwie dwóch latarni morskich. Już na początku pobytu rodzinę dotyka tragedia. Czy jest to wina domu, który wydaje się być nawiedzony, czy też może korzenie rodzinnego dramatu kryją się w przeszłości? Warto sprawdzić:). Zresztą - ja sprawdzałam przez pół nocy i w tej chwili muszę niezwłocznie udać się na kawę:).






* w końcu trafiłam na historię FC Barcelona, tyle że.. opisuje ona sytuację zupełnie odwrotną od polskiej

wtorek, 12 lipca 2011

"Historie rodzinne" - William Wharton


Geneza tej książki jest dość skomplikowana. 40-letni Wharton, potomek licznej i rozgałęzionej rodziny, zaczął spisywać wspomnienia dotyczące swoich wujów i stryjów (a miał ich łącznie około kilkunastu). 30 lat później w jego życiu wydarzył się cud. Średnio popularny na rodzinnej ziemi (czyli USA) autor stał się nagle bożyszczem literackim w odległym kraju, o którym wcześniej pewnie nawet nie słyszał - Polsce. Gigantyczne nakłady, spore honoraria, wznowienia wszystkich książek- nowszych, starszych. Wreszcie pokazało się dno i w szufladzie, a polscy czytelnicy wołali "jeszcze".
Wyciągnął zatem swoje rodzinne wspomnienia, dopisał komentarze (dotyczące zarówno dalszych losów swoich krewnych , jak i wpływu jaki wywarli na kształtowanie się jego postawy życiowej) i pędem dostarczył wydawcy.
Czytelnik dostaje zatem produkt kombinowany. Autentyczne historie często bywają ciekawe (a równie często nic z nich nie wynika). Późniejsze komentarze nie zawsze mają związek z treścią, mam wrażenie, że pewne skojarzenia istnieją tylko w głowie autora (postawą jednego wuja- troskliwego męża się zachwyca, a innego potępia jako pantoflarza).
Merytorycznie jest to książka wyłącznie dla zagorzałych fanów pisarza. Aczkolwiek nie odradzam. czyta się nieźle, a krótkie rozdziały świetnie będą sprawdzały się na plaży:).

środa, 1 czerwca 2011

Targowisko różności

Upały sprzyjają rozleniwieniu, dlatego dziś znowu będzie notka hurtowa.

Wszyscy już pewnie czytali "Ex libris" Anne Fadiman- zbiór jednocześnie erudycyjnych i zabawnych esejów o książkach. Jeśli ktoś nie czytał - pora wciągnąć tę pozycję na swoja listę (do kupienia bądź wypożyczenia). Jak mawiają w reklamach- satysfakcja gwarantowania.
Jednocześnie zapraszam do zrobienia sobie testu, który przy okazji omawiania tej książki zestawiła na swoim blogu Książkowiec.







Jeśli natomiast macie na jakiejkolwiek swojej liście "Ciało obce" Rafała Ziemkiewicza, radzę zastanowić się nad usunięciem stamtąd tej pozycji. Jest to niby powieść współczesna. Bohater rozlicza się z nieudanym małżeństwem, donosicielską przeszłością ojca i ciemnymi stronami III RP. Ponieważ taka fabuła na kilometr wieje nudą, autor postanowił ją uatrakcyjnić, umieszczając mniej więcej na co trzeciej stronie tzw. "momenty". Niestety nie pasuje tu żadne inne słowo, gdyż są one tak wysublimowane i finezyjnie podane jak młocka cepem, w dodatku mają średni związek z resztą treści.
Zażenowana odłożyłam książkę w połowie. Wiem, że nie sięgnę już po najnowszą pozycję Ziemkiewicza - "Zgred", gdyż oprócz publicystyki umieścił w niej sporą dozę "brutalnie szczerych wyznań osobistych". Ja tam już żadnych takich wyznań w jego wykonaniu nie chcę, zraziłam się.

Acha - jeśli ktoś ma ochotę na spotkanie z "ciemnymi stronami III RP" w lepszym wykonaniu, to polecam raczej "Uwikłanie" Miłoszewskiego, które w dodatku zostało właśnie sfilmowane. Swoją drogą- mam nadzieję, że nikt nie sfilmuje "Ciała obcego", przynajmniej nie za mojego życia. Byłoby to ciężkie przeżycie zarówno dla filmowców jak i dla widzów.


Najlepsze na koniec: "Kobieta Wojownik" Maxine Hong Kingston- kolejne odkrycie z serii KIK.
Czy uważacie, że fajnie jest być dzieckiem dwujęzycznym (a jeszcze lepiej trójjęzycznym), wychowywać się w rodzinie emigrantów i poznawać co najmniej dwie kultury jednocześnie? Może i tak, jeśli są to kultury względnie do siebie zbliżone. Jeśli natomiast jest się córką chińskich wieśniaków wychowywaną w Kaliforni, ciśnienie , któremu jest się poddawanym może okazać się ponad siły, zwłaszcza, że zupełnie inne wartości promuje szkoła i otaczający świat.
"...wiedziałam, że muszę dokonać czegoś wielkiego i wspaniałego, bo inaczej rodzice sprzedadzą mnie po powrocie do Chin. W Chinach było wiadomo, co robić z córkami, które za dużo jedzą i przysparzają kłopotów. Samymi piątkami nikt się nie wyżywił."...
"Z dziewczynki nie ma żadnego pożytku, lepiej hodować gęsi"...
"Karmić dziewczynki to jakby karmić wróble".[1]
"Kobieta wojownik" daje nam wgląd w chińską mentalność (choćby zakorzeniony w niej antyfeminizm), obyczaje (np. zupełnie inne, niż amerykańskie podejście do wychowywania dzieci), mitologię (wiele tu niesamowitych bajek, których autorka wysłuchiwała w dzieciństwie), emigracyjne dylematy (nie tylko najmłodsze pokolenie miało problemy). A nie wyczerpuje to jeszcze tematyki książki, myślę, że może ona stanowić cenne uzupełnienie tryumfalnie kroczącej przez blogi "Bojowej pieśni tygrysicy". Polecam.




[1] "Kobieta Wojownik", Maxine Hong Kingston, PIW, Warszawa 1992, s.49

poniedziałek, 2 maja 2011

Czytelnicze niepowodzenia i "Wykształcona Amerykanka"


Ostatnio jakoś nie mogę sobie dopasować lektury.
Przed majówką miałam luźny pomysł na nowe wyzwanie- czytanie zapomnianych książek w ramach serii KIK. W ramach próby zaatakowałam więc najbardziej zakurzoną książkę z tej serii w moich zbiorach. Padło na Amerykańską-Meta-Powieść* (o dekonstrukcji społeczeństwa, polityki i jednostki). Przypadł mi do gustu jej oszczędny styl i umiejętnie budowany nastrój. Gorzej z treścią. Po przeczytaniu 1/3 miałam wrażenie, że sama ulegam dekonstrukcji, a do tego autorka sprzedaje mi po cichu treści, na których zakup raczej nie mam ochoty. Efekt- poszła do pudła z książkami do oddania:).


Skoro nie KIK, to może coś z innej starej serii- Koliber?
Biorę Sztandarowy-Zbiór-Opowiadań-Z-Amerykańskiego-Południa** i zasypiam. Próbuję jeszcze raz - czytam po raz kolejny te same strony i wydają mi się zupełną nowością. Najwyraźniej rzecz zupełnie nie dla mnie. Kierunek- pudło.








Wyciągam z półki Polskie-Political-Fiction*** (znanego mi wcześniej autora) i znów nie jestem w stanie czytać. Przypuszczalnie dlatego, że większą dawkę politycznej fikcji znajdę w przypadkowo wybranej gazecie:). Marszowym krokiem wędruje do pudła.








Kolejna próba: "Stonowany opis romansu carskiego żołnierza z Polką"**** (sprzed 30 lat, polskiego autora) innym razem bardzo by mi się spodobał. Teraz okazał się nadmiernie stonowany. W dodatku mój wyciągnięty ze strychu egzemplarz był tak przeżarty kurzem, że aż dostałam jakiejś tajemniczej wysypki. W tej sytuacji książka nawet do pudła się nie nadaje:(. Ale może kiedyś dam książce drugą szansę:).







Bez większych nadziei sięgnęłam zatem po kolejnego "Kolibra", a była to "Wykształcona Amerykanka" Johna Cheevera. To 4 opowiadania traktujące o materializmie i wewnętrznej pustce Amerykanów. Więc na oko nic specjalnego, kolejny smęt. Ratuje go jednak poczucie humoru i groteskowe pomysły.
Pierwsze opowiadanie, "Brygadier i golfowa wdowa" (gdzie jednym z ważnych rekwizytów jest schron przeciwatomowy) zaczyna tak:

"Nie chciałbym być jednym z tych pisarzy, którzy rozpoczynają każdy ranek wołaniem: 'O, Gogolu! O, Czechowie! O Theckerayu i Dickensie! Co byście poczęli ze schronem przeciwlotniczym, zdobnym we cztery gipsowe kaczki, rynienkę dla ptaków i malownicza grupę trzech krasnoludków w czerwonych kapturkach i z długimi brodami?' Nie chciałbym, jak powiadam, zaczynać w ten sposób dnia, często się jednak zastanawia, co by ci nieboszczycy zrobili".*****

Całość to umiejętnie wymieszana komedia z tragedią z licznymi rodzynkami w cieście w postaci ciekawych rozwiązań fabularnych. Przykładem jest "Pływak", gdzie bohater opływa dookoła miejscowość... przemieszczając się między kolejnymi basenami w rezydencjach swoich sąsiadów.
Wadą tej książki jest to, że byłą taka krótka. Po godzinie miałam lekturę z głowy. I co tu czytać dalej?





* "Demokracja" Joan Didion
** "Jezioro Księżycowe"- Eudora Welty
***"Drzymalski przeciw Rzeczpospolitej"- Artur Baniewicz
**** "Czarny romans"- Władysław Terlecki
***** Wykształcona Amerykanka" John Cheever, s 7

piątek, 25 marca 2011

Między nami Nowojorczykami - Cathleen Schine



"Najpierw musisz uwierzyć w siebie, a potem o sobie zapomnieć"- mawiała Mila Borejko do swojej (przeżywającej męki dorastania) córki Idy.
To powiedzenie przypomniało mi się, gdy czytałam o pogubionych nowojorczykach, których łączy nie tylko to, że są mieszkańcami jednej ulicy, ale także, że żyją głównie dla siebie. A jednocześnie wykazują często pewien pozimo niedojrzałości, i to niezależnie od wieku (podobnie jak Ida B.) A że nie jest tak łatwo otworzyć się na innego człowieka, rolę "agentów zmian" przejmują psy, gdyż zajmując się czworonogiem, często trzeba "zapomnieć o sobie", ponieważ pies, w przeciwieństwie do dorosłego człowieka, niespecjalnie potrafi pójść na kompromisy. Zwierzaki budzą w swoich właścicielach pokłady altruizmu i wrażliwości, które pozwolą im z kolei jeśli nie zmienić swoje życie, to chociaż dowiedzieć się czegoś o sobie, aby następnie żyć bardziej świadomie.
Pisze się często, że książka jest portretem zbiorowości, ale tak naprawdę do jej powstania przyczyniły się (choć nieświadomie) właśnie czworonogi, choćby dając pretekst do interakcji.
"Między nami...", to typowa powieść obyczajowa, bez specjalnie pogłębionej psychologii. A jej celem jest dostarczenie relaksu i odstresowanie. Mocno przypomina twórczość coraz bardzie ostatnio popularnej Maeve Binchy.
Jeśli potrzebujecie takich doznań- spokojnie możecie sięgnąć po tę książkę. Odradzam natomiast jeśli akurat potrzebujecie mocniejszych wrażeń.

P.S. Książkę wygrałam u Maioofki. Jeszcze raz bardzo dziękuję:).

Zdjęcie ze strony wydawcy.

wtorek, 8 marca 2011

"Daisy Miller" - Henry James


Żeby zminimalizować swoje narzekania na jakość lektur, należałoby czytać wyłącznie klasykę. Znikłyby gdzieś narzekania, ze tu postaci nie pogłębione, psychologia szwankuje, a dzieje bohaterów wyssane z palca.
Postulat w moim przypadku jest nie do zrealizowania, choćby dlatego, że nie chciałabym być skazana wyłącznie na kryminały w wykonaniu Conan Doyle'a.
Po autorów z klasycznej półeczki jednak sięgam (a będę sięgać pewnie częściej), a jednym z tych, którzy jak dotąd mnie nie zawiedli jest Henry James.
Zbiór opowiadań "Daisy Miller" początkowo mnie nie porwał. Tytułowa historia, obojętnej na konwenanse Amerykanki Daisy, która "robiła co chciała" i zakochanego w niej rodaka, za bardzo przypominała mi "Portret damy". Znacznie bardziej oryginalny był "Wychowanek" traktujący o prywatnym nauczycielu uwikłanemu w skomplikowaną relację ze swoim uczniem i jego rodziną. "Łgarz" eksploatuje motyw małżeństwa z niewłaściwą osobą, które zmusza do kompromisów i zaprzeczenia wcześniejszym ideałom. "Bestia w dżungli" to opowieść o strachu przed życiem, który pęta tak bardzo, że człowiek może nigdy nie zacząć żyć naprawdę.
Największe wrażenie robią jednak opowiadania czytane jako całość. Wyłania się z nich świat rządzony przez pieniądze, a w przypadku braku tych ostatnich konieczne jest stwarzanie pozorów ich posiadania. Do lamusa odeszła również moralność, zamiast tego króluje znany nam z czasów współczesnych nieposzlakowany wizerunek, nawet, jeśli wszyscy zdają sobie sprawę, że może być podszyty zgnilizną.
Czy jednak "surferzy konwenansu" w ostatecznym rachunku wygrywają życie? Czy też może stają się żywymi (choć dobrze ubranymi) trupami?
Czy też może nie zmarnują swojego życia tylko ci, którzy mają odwagę kochać i/lub żyć pełną piersią, niezależnie od ceny, jaka przyjdzie im za to zapłacić?
Zachęcam do sprawdzenia, co ma na ten temat do powiedzenia, w swojej poruszającej książce Henry James.

Źródło zdjęcia

niedziela, 20 lutego 2011

Służące- Kathryn Stockett


Ta notka będzie głównie o tym, jak to nie należy sugerować się tym , co się wyczyta o książce na blogach.
Badając temat "służących" często wpadały mi w oko takie hasła jak: HERstory, "przemawiać własnym głosem", segregacja rasowa...
W związku z tym spodziewałam się czegoś w rodzaju Toni Morrison- czyli lektury poważnej i niekoniecznie łatwej.
Tymczasem "Służące" mogła spokojnie napisać Fannie Flagg, co więcej przypominały one mocno "Witaj na świecie maleńka" (mój pierwszy kontakt z prozą Flagg), nie tylko ciepłą i optymistyczną atmosferą, ale także niektórymi szczegółami fabuły.
To podobieństwo zresztą niekoniecznie musi być wadą, to zależy od czytelniczych preferencji. Zaskoczyło mnie po prostu, że jest to literatura środka.
Jeśli chodzi o treść- opowiada o pisaniu książki przez białą dziewczynę i czarne pomoce domowe.
Dla niej jest to próba uporządkowania swoich uczuć po utracie swojej ukochanej niani- Constantine, dla Murzynek- środek walki o godność- są lata 60-te, rasistowskie uprzedzenia na amerykańskim Południu trzymają się mocno, a książka może stać się kolejnym małym krokiem rozmontowującym niesprawiedliwy system.
Fabuła przypomina nieco serial o wojnie "Czas honoru"- kobiety piszą swoją książkę w absolutnej tajemnicy przed członkami białego establishmentu. Wymaga to opanowania zasad pełnej konspiracji, wsypa grozi może niekoniecznie śmiercią, ale (zwłaszcza dla czarnych uczestniczek spisku), może się skończyć ciężkimi uszkodzeniami ciała.
Książka miała być z założenia podnosząca na duchu i dodająca skrzydeł, moim zdaniem jest jednak podszyta smutkiem- przed mieszkankami Południa, mimo wszystkich wysiłków, jeszcze wciąż długa droga do równouprawnienia.
Mimo wszystko polecam- mającym ochotę na solidną literaturę środka o niebanalnej tematyce.

Zdjęcie ze strony wydawcy.

czwartek, 17 lutego 2011

Ripley pod ziemią- Patricia Highsmith


Ciężko się pisze o książkach lekkich, łatwych i przyjemych, ale ponieważ właśnie takie czytałam zmagając się z grypą... to mam teraz za swoje.
Patricia Highsmith to amerykańska autorka aktywna w branży okołokryminalnej. "Około" gdzyż chyba nie czytałam typowego kryminału w jej wydaniu. Dotychczas trafiały mi się raczej thrillery psychologiczne, takie o zwykłych ludziach, których zaczyna pociągać zło. Do dziś pamiętam sugestywne "Edith's diary" czytane lata temu (ewenement, gdyż jeśli chodzi o książki mam bardzo krótką pamięć).
Cykl o Tomie Ripleyu to raczej współczesna saga łotrzykowska z elementami komediowymi.
Pech chciał, że zaczęłam od drugiej części (mogłam się zresztą przewidzieć, że pierwsza część powinna nosić tytuł "Utalentowany pan Ripley", podobnie jak było w ekranizacji), zwiodła mnie notka na okładce.
Taka kolejność może przeszkadzać, gdybym teraz chciała sięgnąć po część pierwszą.

W "Ripleyu pod ziemią" główny bohater- utalentowany przestępca, po oskubaniu (w pierwszej części) pewnej amerykańskiej grubej ryby, żyje sobie wygodnie w rezydencji pod Paryżem z żoną Heloise i poczciwą gosposią Anette. Dorabia na drobne wydatki różnymi nielegalnymi biznesami, wśród których perłą w koronie jest firma Derwatt- obejmująca nie tylko fałszowanie obrazów nieżyjącego brytyjskiego artysty, ale także sprzedaż akcesoriów malarskich, a nawet ... nieruchomości i franczyzę.
Słowem- interes kwitnie, i kwitłby dalej, gdyby nie pewnien amerykański kolekcjoner, który zwęszył fałszerstwo i zamierza podnieść alarm. Przy okazji zaczyna się również buntować "Murzyn"- malarz produkujący fałszywki na potrzeby "przedsiębiorstwa". Tom Ripley nie mogąc pozwolić na zdemaskowanie całego przedsięwzięcia, wkracza do akcji.
Zapraszam do spawdzenia jak wybrnie z tej sytuacji.

To historia o przestępcy pracującym głównie głową (choć w sytuacjach podbramkowych nie uciekającym także od przemocy) i rozgrywającym skomplikowane gry z policją. Nie brak tu także klimatów "zabili go i uciekł", choć nie aż tak przerysowane jak w Larssonowskim "Millenium".
Polecam nie tylko w sezonie grypowym:).

poniedziałek, 14 lutego 2011

"Wodospad" - Joyce Carol Oates


Całkiem niezła książka, której lektura jednak wyjątkowo mnie zmęczyła.

Zaczyna się mocnym akcentem- rok 1950, nowożeńcy- Ariah i Gilbert, spędzają miesiąc miodowy nad Niagarą. Po fiasku nocy poślubnej Gilbert rzuca się do wodospadu.
Ariah jakoś udaje się pozbierać po tym wydarzeniu, ale naznaczy ono na zawsze jej dalsze życie. Uzna, że jest przeklęta, i choć niebawem uda jej się stworzyć kolejny, tym razem udany związek (z adwokatem Dirkiem Burnabym), będzie już do końca wyglądać kolejnej katastrofy, przewidywać najgorsze, wyglądać czającego się nieszcześcia.
Wszystkie jej działania mają na celu zabezpieczenie się (emocjonalne i finansowe) przed sytuacją, gdy straci także Dirka. Okazuje się zresztą, że faktycznie, w końcu traci drugiego męża, ale w sposób, którego nikt nie mógł przewidzieć.
Jednak żadne działania, które miały przygotować grunt pod najgorsze, nie uchroniły Ariah i jej trojga dzieci, przed tym , co faktycznie musieli przejść i nie ułatwiły przeżycia żałoby, utraty a potem życia bez ojca i partnera.
Mijają lata, każdy radzi sobie z tą wyrwą w ich życiu na swój sposób: Ariah- poprzez całkowite wyparcie Dirka ze świadomości i pamięci, jej synowie (każdy oddzielnie)- próbują wyjaśnić tajemnicę jego ostatnich chwil, uda się to jednak tylko najmłodszej z rodzeństwa- nastolatce Juliet.


Plusy ksiażki- wiarygodność psychologiczna- doskonale sportretowana jest główna bohaterka- jej walka najpierw z traumą po samobójstwie pierwszego męża, której nie jest w stanie przezwyciężyć, potem wyparcie części swojego ja po śmierci Dirka. Minusem tego doskonałego sportretowania bohaterki jest to, że jest wyjątkowo wkurzająca.
Człowiek czyta, i męczy się razem z ludźmi, którzy musieli z nią przebywać.
Świetnie oddane są również charaktery pozostałych bohaterów- zwłaszcza rodzeństwa Bunburych.
W przewrotny sposób książka ma pozytywne przesłanie i daje nadzieję- dla mnie kolejny plus. No i ostatni- jeśli chodzi o stosunki dzieci- rodzice bazuje raczej na pojęciu "wystarczająco dobrego rodzica" a nie skandynawskiego "rodzic musi być idealny".
Być może kogoś zainteresuje też tematyka ekologiczna.
Jeśli wydaje się wam, że dacie radę przez 450 stron obcować z wyjątkowo neurotyczną bohaterką, to polecam tę książkę.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

"Bestie" - Joyce Carol Oates


Książka dla tych, którzy myślą, że hippisi to takie łagodne baranki, które wprawdzie nie przeżuwają trawy, za to ją palą, ale poza tym nie widać różnicy. Doskonale wyprowadza z tego błędu.
To również świetny argument dla przeciwników uniwersyteckiej edukacji (a szczególnie kierunków nieco bardziej kreatywnych, nie związanych ze ścisłą nauką), a już zwłaszcza edukacji kobiet. W "Bestiach" wygląda to bowiem tak, że płaci się mnóstwo kasy za ekskluzywny college, po czym córeczka opuszcza go w czarnej torbie, na noszach albo co najmniej z żółtymi papierami. Czyli raczej kiepski zwrot zainwestowanego kapitału:(.

Catamount College to szkoła niegdyś prezbiteriańska, w czasie, gdy rozgrywa się akcja książki (połowa lat 70), uważana jest już za szkołę spod znaku liberalizmu, co w praktyce oznacza, że zatrudnia dość dziwnych ludzi na stanowiskach wykładowców.
Jednym z nich jest Andy Harrow- mierny poeta, średni wykładowca, natomiast za to niezwykle uzdolniony manipulator.
O jego zajęcia poetyckie walczą tłumy studentek. Nieliczne wybranki są zafascynowane swoim profesorem. Jego zajęcia polegają jednak nie na przekazywaniu wiedzy, a na rozmaitych gierkach psychologicznych i robieniu wody z mózgu.
Po co? Studentki mają szansę przekonać się o tym, gdy Harrow zaprosi je na prywatną praktykę. Jedna z nich jest Gillian Bauer- introwertyczna poetka.
Poznajemy tę historię z jej perspektywy- dziwną atmosferę w college'u, nietypowe zachowania innych studentek, ich próby samobójcze i załamania nerwowe, wreszcie serię podpaleń. czy te wszystkie wydarzenia mają związek z charyzmatycznym wykładowcą? Co zrobi Gillian, gdy sama otrzyma zaproszenie na "praktykę" i na czym będzie ona polegała?
No dobrze, łatwo się domyśleć na czym, ale i tak warto przeczytać:).