Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 marca 2016

"Stale w ruchu" - Oliver Sacks

Autobiografia znanego pisarza-neurologa była reklamowana z fanfarami zeszłego lata, jako gorąca nowość, gdzie autor, dotychczas dość powściągliwie dzielący się szczegółami swojego życia osobistego, nie dość, że dokonuje coming outu, to jeszcze dzieli się historia swojego uzależnienia narkotykowego. Człowiek jest niestety stary i głupi. Ogólnie lubie autora, niestety od dziś będę pewnei na jego kolejne ksiażki patrzeć przez pryzmat jego wyznań.
Niewątpliwie ciekawe opisy dorastania w kosmopolitycznej rodzinie, gdzie jakaś połowa kuzynów i powinowatych doczekała się swojego hasła w encyklopedii, a jednocześnie w cieniu ciężkiej choroby brata, która zatruła młode lata pisarza, zostały wyparte z mojej świadomości n.p. przez plastyczne opisy seksu po amfetaminie.
Ponieważ na starość postanowił się podzielić dokładnie wszystkim (z wyjątkiem detali związku z ostatnim partnerem), cieszę się, że autor nie prowadził nieco bujniejszego życia seksualnego.Gdyby tak było zapewne skończyłabym lekturę zupełnie siwa. A tak tylko mam ochotę zapaść się pod ziemię z zażenowania.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Zofia Kossak - Wspomnienia z Kornwalii 1947-1957

Nowy Rok zastał mnie przy lekturze brytyjskich wspomnień Zofii Kossak. Zresztą - czytam je nadal, zwłaszcza uzupełniające książkę listy do dzieci.
Jeśli miałabym podsumować wyspiarskie memuary pisarki jak najkrócej, to jest to książka ze spiłowanymi kantami. Przygotowywana do publikacji w PRL dystansuje się od spraw trudnych w życiu pisarki, od kulis jej pobytu w Zjednoczonym Królestwie (choćby od problemów zdrowotnych męża), mamy za to wiele (zresztą urokliwych) historyjek z życia zwierząt, na czele z ukochanymi owcami, których psychologią jest wyraźnie zafascynowana oraz wiele ciekawostek z życia kornwalijskich farmerów. A ponieważ książka miała być opublikowana w gomułkowskiej PRL, autorka co chwila podkreśla dystans małżeństwa Kossak - Szatkowskich do polskiego środowiska emigracyjnego i wbija liczne szpileczki co bardziej znanym jej przedstawicielom.
Powtarzający się motyw to cierpienie, że swoją praca wraz z mężem budują Anglię, nie Polskę, wreszcie, że tyrając na farmie marnuje czas, który mogłaby poświęcić na pisanie książek. Jest tu trochę podlizywania się czynnikom opiniotwórczym w PRL, ale w jednym pisarka była szczera. Dylemat, czy lepszy na wolności kąsek byle jaki, czy w niewoli przysmaki rozstrzygnęła chyba pasja pisarska, którą na obczyźnie mogła realizować w sposób niedostateczny.

środa, 26 marca 2014

"Jak ryba w wodzie" Mario Vargas Llosa

"Jak ryba w wodzie" to rozwijające się dwutorowo wspomnienia noblisty.
Po pierwsze - mamy rzetelną powtórkę z życiorysu od najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa do wyjazdu za granicę na studia doktoranckie w wieku lat dwudziestu kilku. Bardzo logicznie wyznaczona granica. Wtedy właśnie umarł Mario, narodził się Pisarz. Brzmi śmiesznie? Młody Vargas Llosa od wczesnych lat był przekonany, że osiągnąć coś w życiu można tylko wtedy, jeśli opuści się Peru i wyjedzie np. do Paryża, że TEN KRAJ podcina mu skrzydła, że rozwinąć będzie je mógł dopiero w jakimś  miejscu nieco wyższym cywilizacyjnie?
Brzmi znajomo?
W przypadku młodego MVL coś jednak było na rzeczy. Rzeczywiście, za granicą najwyraźniej wziął się do roboty, gdyż kolejne świetne książki zaczęły się sypać jak z rękawa (przed ukończeniem 30-tki powstały "Miasto i psy" i "Zielony dom", a jeśli ktoś kiedyś zaglądał, to wie, że musiały być raczej pracochłonne).
Z drugiej strony - jego prawdziwe życie w tym momencie jakby się skończyło. Czytając MVL-owe tomiszcza widzimy, że najlepsze powieści silnie bazują na wątkach autobiograficznych do momentu wyjazdu. Przetworzył w zasadzie wszystko - pobyt w szkole wojskowej, pracę w radiu, studencką fascynację komunizmem, małżeństwo ze starszą o kilkanaście lat krewną - ciotką Julią, pracę w radiu, dzieciństwo w nadmorskiej Piurze, wyprawy do amazońskiej dżungli, konflikt z ojcem, doświadczenie z czasów dyktatury wojskowej...
Udało mu się nawet wykorzystać fuchę w bibliotece klubu dla bogaczy w Limie, gdzie zaczytywał się klasyczną literaturą erotyczną.
Wyśniona Europa pojawia się jako tło zaledwie dwa razy i to raczej w słabszych książkach ("Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" i "Gawędziarz"). Może zresztą to i lepiej, że okazała się tak nudna, gdyby MVL żył z tą intensywnością do dziś, byłby co najwyżej autorem zbioru opowiadań. A tak na kolejnych ciepłych posadkach uniwersyteckich coś tam mu się jednak udało napisać. Inna sprawa, że paliwa wystarczyło mu do tak do lat 90-tych. Jego ostatnia opublikowana cegła - "Marzenie Celta", tak nieznośnie szeleści papierem, że chyba ją sobie położę na szafce nocnej na wypadek kłopotów z zasypianiem.
Reasumując - wspomnienia z młodości są nawet fajne, choć nie wiem, czy nieco nie podrasowane. Powiedzmy, że w Peru w latach 40-stych to była normalka, że 14-latki regularnie uczęszczały do burdelu i wystarczało im na to kieszonkowego...
Drugi wątek to polityczna działalność Mario - a dokładniej jego udział w wyborach prezydenckich w 1990. Tutaj niestety poległam. Przeczytałam jakieś 2 rozdziały, uznałam, że boski Mario trochę ściemnia. Choćby kreując się na człowieka znikąd, który po prostu chciał pomóc swojej ojczyźnie żżeranej przez korupcję i nepotyzm, tymczasem sam pochodzi z politycznej dynastii. Jego wuj - Llosa Bustamante, był prezydentem w drugiej połowie lat 40-stych. Zastanawiające było też to, że już na rok przed wyborami podróżował sobie MVL po świecie (w tym np. po Azji), nawiązując kontakty biznesowe. Jakoś tylko nie pisze, kto za to płacił...
MVL na politycznym mityngu
Drugą część raczej skanowałam wyszukując tylko co smaczniejsze kąski. Choćby historię o tym, jak to MVL - agnostyk, ale uznający katolickie tradycje Peru  (i dobrze żyjący z biskupami, z którymi zresztą łączyły go czasem więzy krwi - widać jaki z tego Maria outsider pełną gębą), przez cały czas kampanii był zasypywany pobożnymi publikacjami mającymi wspomóc jego nawrócenie. Podobno zgromadził całkiem spora kolekcję wydań "Drogi" autorstwa założyciela Opus Dei - św. Josemarii Escrivy. MVL jednak, najwyraźniej pamiętając co o Opus Dei pisał dan Brown, okazał się odporny na to kuszenie:).
Druga ciekawostka to swoiste seanse nienawiści, jakie urządzała mu konkurencja. Polegały one na czytaniu przez radio "Pochwały macochy" (poprzedzone ostrzeżeniami, że pomieszczenie powinna opuścić młodzież i osoby podatne na demoralizację), a następnie grupa ekspertów dywagowała na temat zdrowia psychicznego i moralnego autora. Pisarze, którzy chcecie się bawić w polityków - najpierw kilka razy się zastanówcie, bo w PL to też nie problem zebrać taką grupę ekspertów:).
Większość wspomnień "politycznych" tonie niestety w detalach - np. historii partii takiej czy innej. Uderza jednak to, że MVL - mocno zorientowany na zagranicę, musiał się właściwie uczyć swojego kraju na nowo!
Bez większych zastrzeżeń polecam połowę książki. Napisane z biglem wspomnienia zawsze są w cenie. A do pamiętnika z kampanii też zajrzyjcie, szczególnie, jeśli planujecie karierę polityczną, nawet na szczeblu lokalnym;).

Z ostatniej chwili: w nowej książce, El héroe discreto, Vargas Llosa wraca do Peru. Podobno też będzie niemal tak zabawnie jak w "Pantaleonie i wizytantkach". No mam nadzieję:).

żródła zdjęć:
1. lubimyczytać.pl
2. wikipedia (angielska)


wtorek, 21 stycznia 2014

Wszystko co najważniejsze - Ola Watowa

Wspomnienia żony Aleksandra Wata przedwojennego poety-futurysty i komunisty, który po doświadczeniach więzienno-zsyłkowych w wojennym ZSRR z tego komunizmu dość skutecznie się podleczył (a był to raczej wyjątek niż reguła, wielu VIP-ów z PRL czasów stalinowskich miało za sobą podobną drogę, ale potrafili swoje wspomnienia upchnąć do głębokiej szuflady i działać jakby nigdy nic).
Wspomnienia obejmują cały czas trwania małżeństwa Watów - od lat przedwojennych z działalnością literacką, wydawniczą i polityczną, lata stalinowskie w PRL, wreszcie od lat 50-tych emigrację. Węzłowym punktem jest jednak Kazachstan, gdzie Ola Watowa walczyła o przetrwanie swoje i syna w sowchozie Iwanowka. Drugi najważniejszy punkt książki to choroba Wata (bóle o podłożu neurologicznym), zakończona jego samobójstwem.

Jeśli chodzi o moje wrażenia posłużę się wypowiedzią z biblionetki (autorstwa Verdiany): "książka jest ciekawa ze względu na treść, na wspomnienia, ale literacko licha, a Watowa nie zaskarbiła sobie mojej sympatii". 
Doceniam hart ducha autorki, graniczący momentami z bohaterstwem, ale w spokojniejszych okresach jej wspomnień miałam wrażenie, że przedstawia mocno subiektywną wersję wydarzeń. Zastanawia też historia powstania tej książki. Początkowo był to zapis wywiadu Watowej z Jackiem Trznadlem, który jednak w kolejnych wydaniach, z powodu konfliktu ze swoją rozmówczynią, wycofał swoje pytania, co wymusiło przeredagowanie książki.
Niezależnie od kontrowersji - wspomnienia Oli Watowej warto przeczytać. choćby po to, żeby docenić trochę bardziej "to co najważniejsze" we własnym życiu.

piątek, 17 stycznia 2014

I powraca wiatr... - Władimir Bukowski

Są kraje, gdzie bycie politykiem opozycyjnym to relaksująca przerwa między kolejnymi powrotami do władzy. Są też takie, gdzie nawet, kiedy na tę władze nie ma szans, po wywalczeniu realizacji swoich postulatów można się udac na zasłużoną emeryturę. 
Jest wreszcie ZSRR, czy Rosja - niezależnie od ustroju wybór drogi dysydenta (a zwłaszcza uczciwego dysydenta), oznacza, że człowiek w zasadzie do śmierci będzie miał zajęcie.
Urodzony w 1942 Władimir Bukowski jest aktywnym opozycjonistą od 54 lat, mimo tego, że po drodze zmienił się ustrój, a kraj, w którym zaczynał działalnośc już nie istnieje. I nie jest to aktywność pozorowana - usłużne Google po wpisaniu jego nazwiska rzuca garść podpowiedzi - w 90% z ostatnich lat.

"I powraca wiatr..." cofa nas jednak do początku tej drogi, do Moskwy lat 60-tych, do czasów pionierów i konsomołu, do licealistów i studentów czytających poezję na Placu Majakowskiego, którzy niepostrzeżenie zostają wciągnięci w środek zupełnie dorosłej walki o prawa człowieka, gdzie już nie chodziło o poezję, ale o prawo do uczciwego procesu, czy też o zaprzestanie używania psychiatrii w celach represyjnych. I nagle, zamiast planować drogę życiową biorąc pod uwagę takie etapy jak studia-praca-rodzina, układają klocki z zestawu: aresztowanie-gułag-psychuszka-wolność.


Początkowo protesty są nieco chaotyczne i raczej mało efektywne i przebiegają wg schematu- demonstracja - zastraszanie demonstrantów – aresztowanie połowy z nich- dalsze zastraszanie reszty. Później jednak Bukowski wpada na pomysł dokumentowania nadużyć, zwłaszcza tych na niwie psychiatrycznej i wysyłania dokumentacji na Zachód. A że tam akurat zapanowała moda na ruch obrony praw człowieka w państwach komunistycznych, okazuje się to bronią nader skuteczną...

W tej chwili, po ponad 40 latach różnie podchodzi się do tematu ruchu dysydenckiego w ZSRR. Przesadą jest oczywiście twierdzić, że była to działalność koncesjonowana (choć sam Bukowski opisuje np. zadziwiający przypadek pisarza - Tarsisa, który przez długi czas cieszył się zupełną wolnością słowa (i przyjmowania zagranicznych korespondentów), po czym nie nagabywany przez nikogo wyjechał sobie na Zachód). Widać jednak, że akurat obrona praw człowieka nie godziła w same podstawy systemu, a skutecznie angażowała co bardziej aktywne jednostki. No i ta zadziwiająca łatwość wysyłania informacji za granicę, jakby łącza telekomunikacyjne nie były w 100% możliwe do skontrolowania.

 Wracając jednak do książki. Są dwa powody, dla których warto ją przeczytać.
Treść - wiedza systemie represji ZSRR dla Polaka to w tej chwili niemal w 100% Gustaw Herling Grudziński. Wiele osób czytało "Inny świat" w klasie maturalnej i ta wiedza im w zasadzie wystarcza. Jest to książka ważna, ale w wielu przypadkach skutecznie odstrasza od tematyki określanej umownie jako łagrowa na wiele lat. Tymczasem ZSRR nie uległo konserwacji na etapie lat 40-stych, w czasach Chruszczowa czy Breżniewa to zupełnie inny kraj... choć może też nie za ciekawy do życia. U Bukowskiego znajdziemy zaś 20 lat historii z okresu, o którym u nas się już specjalnie w szkołach nie uczy, bo nie ma czasu, w dodatku jest to relacja z cennej perspektywy świadka.

Autor - znowu wracam do biednego Gustawa H-G. Grudziński to człowiek poważny i analiyczny, tak też podchodzi do swojego sprawozdania z Jercewa. Bukowskiemu udaje się zaś nadać ciężkiemu tematowi sporo lekkości.

Polecam gorąco.

 

środa, 13 listopada 2013

Pamiętnik - Paweł Jasienica


Najpierw trochę chronologii. Lata 60-te wydawały się dla Pawła Jasienicy czasem żniw, przede wszystkim dzięki wielkiemu sukcesowi cyklu o dziejach Polski przedrozbiorowej. W nieco mniej burzliwych czasach zapewne teraz przyszłaby pora na pisanie kolejnych książek i zbieranie hołdów. Niestety, zamiast tego na którymś szczeblu czerwonej hierarchii ogłoszono czerwony alert. W 1965 na spotkaniach autorskich historyka zaczęła bywać przystojna i błyskotliwa Nena O'Bretenny. W 1969 została jego żoną, w latach 90-tych zaś okazało się, że zawarła znajomość z pisarzem, a potem stworzyła z nim związek od początku do końca z inspiracji SB. Słowem - Jasienica dołączył do Majakowskiego, Brechta, Bułhakowa i pewnie paru innych literatów, którzy mieli okazję przetestować na własnej skórze scenariusz: "szpieg w moim łóżku".
Na flance twórczej też nie było wesoło - od 1968 historyka objęto zakazem publikacji, do tego krążyły nieciekawe, puszczane przez SB plotki o jego niechlubnej roli w AK.
W styczniu 1970 udręczony Jasienica zaczął więc spisywać swoje pamiętniki. Już wtedy najprawdopodobniej był chory - w maju ujawniła się u niego ciężka postać raka płuc, która ostatecznie zabrała go z tego świata w sierpniu.
Zdążył więc zarejestrować jedynie swoje wspomnienia z dzieciństwa (w wojennej oraz rewolucyjnej Rosji) oraz za czasu studiów, gdzie przyjażnił się między innymi z Czesławem Miłoszem, niestety - akurat o Miłoszu napisać dużo nie zdążył, mamy za to pogłębione portrety komunistów  - Henryka Dembińskiego i Stefana Jędrychowskiego.
I tyle.
Resztę książki wypełniają rozważania polityczno - historiozoficzne, które może są ciekawe jako obraz stanu ducha autora. Po prostu bije z nich smutek. Prawie zaś nie ma tu wspomnień prywatnych. Pierwsza żona autora np. pojawia się tylko na zdjęciach. Ciekawe, czy Jasienica, który pisał, iż nie czuje się panem swojej szuflady, uprawiał autocenzurę, aby nie urazić Neny?
Odniosłam wrażenie, że materiał był zbyt szczupły, aby poddać go redakcyjnej obróbce i nadać mu ciekawszy kształt.
Szkoda, gdyż jak napisał we wstępie Władysław Bartoszewski - Jasienica był perfekcjonistą. Zdarzało mu się poprawiać ksiażki już wydane, nigdy nie skierował do druku czegoś, co nie przeszło przez jego wewnętrzne sito. Pamiętniki w takim kształcie, w jakim się ukazały, zapewne by przez nie nie przeszły. Dla mnie o bardziej dokument z trudnych czasów niż literatura.

A o inwigilacji Pawła Jasienicy nieco więcej w "Obławie"  Joanny Siedleckiej.



czwartek, 7 listopada 2013

Biez wodki / Bez dachu - Aleksander Topolski


Wspomnienia łagrowe różnej maści to lektury wprawdzie ważne i słuszne, ale zazwyczaj sprawiają mało przyjemności. Kupuję kolejne i ustawiam je w rządku na półce na kilkuletnią karencję,   pochłaniając tymczasem  kolejne czytadła. Cóż, czytanie to dla mnie nader często czysty eskapizm:).
Gdy w końcu zabiorę się za taką poważną książkę, zazwyczaj piłuję ją jakieś 3 miesiące. Oczywiście – niemal zawsze lektura kończy się satysfakcją, dostarcza przemyśleń i cały bilans wychodzi na plus. Tyle, że następuje to nieprędko.
Tymczasem oba tomy wspomnień Aleksandra Topolskiego łyknęłam w ciągu kilku dni. Dlaczego tak się stało?
Po pierwsze – same przypadki Topolskiego na szczęście nie były najbardziej hardcorową wersją polskiego losu. W obozie pracy był zaledwie kilka miesięcy a i to nie na dalekiej północy. Wcześniej zaliczył areszt (gdzie poznał wielu ciekawych ludzi – Polaków i przy okazji uzupełnił edukację, gdyż w tryby sowieckiego systemu penitencjarnego trafił jako nastolatek) oraz poprawczak dla młodych kryminalistów, których traktowano o wiele lepiej niż "politycznych". W zasadzie byłą to taka "zawodówka" z internatem, którego nie można jednak dowolnei opuścić.
Dzięki temu miał jeszcze pewne rezerwy sił, żeby rejestrować także jaśniejsze strony rzeczywistości sowieckiej i śmiać się z jej absurdów (których, jak głosi znane przysłowie, biez wodki nie razbieriosz).


Po drugie – Topolski ma cechę rzadką u amatorów (jest wszak architektem, a nie zawodowym pisarzem) – potrafi przenosić się w czasie. W "Biez wodki" na powrót staje się 16-latkiem – beztroskim i naiwnym, jednak umiejącym się szybko przystosować. W "Bez dachu" – opisujących jego losy w armii Andersa, znów jest nieco postrzelonym, 20- letnim podoficerem, który zagłusza niepokój o rodzinę i kraj eskapadami po Włoszech i romansami – platonicznymi z Polkami i nieplatonicznymi z Włoszkami (ta różnica w prowadzeniu się u pań obu narodowości wynikała z tego, że Polki zazwyczaj otrzymywały żołd, Włoszki zaś musiały się jakoś ratować przed głodem i łatać dziury w domowym budżecie). Świetnie też łapie specyfikę obydwu etapów swojego życia: młodszy Topolski często się modli (co więcej - skutecznie, jest przekonany, iż korzystne koleje swojego losu zawdzięczał często interwencjom Sił Wyższych), starszy zaś... być może też, ale nic o tym nie wspomina.
Godna podziwu jest pamięć autora do szczegółów (chociaż przy drugiej cześci posiłkował się przy weryfikacji informacji  i spisywaniu wspomnień mocno już schorowany Topolski  posiłkował się pomocą żony). Młodość to okres chłonięcie wrażeń i widac, że pisarz tego czasu nie zmarnował, magazynując ich całkiem sporo, chociaż przyszło mu pobierać życiowe nauki w warunkach nieco specyficznych.
Kolejny atut to zupełnei nieamatorskie pióro. Zacofany w lekturze kiedyś wspominał, że czytanie wspomnień kombatantów przypomina często  piłowanie drewna - tutaj można odłożyć takie obawy do lamusa.
Podsumowując – wspomnienia Topolskiego to fajne książki o niefajnych czasach.
Wreszcie, ponieważ zbliżają się święta – myślę, że warto o nich pamiętać, jeśli szukacie prezentu z kategorii "dla faceta". Zresztą – to nie tylko moje zdanie. Robiąc research przed napisaniem tekstu widziałam, że polecają sobie Biez wodki/Bez dachu choćby użytkownicy portalu piwo.pl.

wtorek, 24 września 2013

Pamiętniki - Karol Wędziagolski

Zanim zagłębię się w temat Wędziagolskiego i jego pamiętników, a także na użytek tych, którzy czytają tylko pierwszy akapit - ta książka to mój prywatny hit lata. Wiem, że te sepiowe okładki zlewają się człowiekowi w jedno, ale gdyby ta jedna kiedyś rzuciła się Wam w oczy, zachęcam, żeby się nią zainteresować.

Urodzony na Wileńszczyźnie w 1886 Karol Wędziagolski był carskim urzędnikiem i absolwentem elitarnego Korpusu Kadetów. Po wybuchu I Wojny Światowej oczywiście został powołany do wojska, gdzie mógł wykorzystać swoje talenta organizacyjne i interpersonalne i szybko stał się osobą niezastąpioną w tzw. zaopatrzeniu. Po rewolucji lutowej siłą rozpędu zaangażował się w politykę i został wybrany na komisarza politycznego 8. Armii. No i wtedy się się zaczęło...

Przeciętny żołnierz został grubą rybą czasów kiereńszczyzny, razem z Borysem Sawinkowem bezskutecznie próbowali zorganizowac zdławienie rewolucji pażdziernikowej. Potem walczył z jedną z armii kontrrewolucyjnych, konspirowal na Ukrainie, siedział w niemieckim więzieniu, wreszcie, jako członek POW zaczął współpracować z Piłsudskim i pomógł mu wraz z Sawinkowem zorganizować rosyjskie oddziały walczące po stronie polskiej przeciw bolszewikom (min. Bułaka-Bałachowicza).
Przy okazji poznał wszystkich wielkich polskich i rosyjskich tamtych czasów (z wyjątkiem chyba Lenina).
Po politycznej zdradzie Piłsudskiego i deportacji Sawinkowa wycofał się jednak Wędziagolski z działalności publicznej i zajął unowocześnianiem swojego podwileńskiego majątku.
Ciekawe są jego decyzje z Drugiej Wojny Światowej. Po jej wybuchu uznał, że Europa nie jest już bezpiecznym miejscem i tak szybko, jak się dało, ewakuował całą swoją rodzinę do Brazylii.
Trudno zresztą właśnie takim decyzjom się dziwić. Czytając książkę widac, że wojna, a juz zwłaszcza obydwie rewolucje zepchnęły Rosję do stanu wielkiej rozpierduchy, która została wykorzystana przez garstkę zdeterminowanych do bolszewickiego zamachu stanu. Wędziagolski miał prawo bać się, że ten stan, gdzie jednostka kompletnie się nie liczy, powtórzy się w jakimś stopniu także w trakcie kolejnej wojny.

Ciekawe są także losy samych 'Pamiętników". Ponieważ Wędziagolski sprawniej posługiwał się literackim rosyjskim niż polskim fragmenty jego pamiętników ukazywały się najpierw w rosyjskiej prasie emigracyjnej. Tamteż zwróciła na nie uwagę Barbara Toporska (żona Józefa Mackiewicza) i podjęła się przykrojenia rękopisu mamuta napisanego w mieszance kilku języków do formy nadającej się do wydania.
Efekt jest piorunujący i nie jest to raczej tylko zasługa redaktorki, gdyż mam wrażenie, że "Pamiętniki" napisane są lepiej niż własne dzieła Toporskiej (nie, żeby ta miała się czego wstydzić, jeśli chodzi o umiejętności literackie). Całość jest "po amerykańsku" podzielona na krótkie rozdziały, co dodatkowo ułatwia i przyspiesza czytanie.
Książka byla sensacją literacką poczatku lat 70-tych, zgarnęła kilka nagród (w tym nagrodę Kościelskich). Sędziwy autor zabrał się nawet za pisanie ciągu dalszego, tyle, że ten ... przepadł. Teoretycznie powinien znajdowac sie w archiwum Mackiewiczów w Rapperswilu, tyle, ze nikt go tam jak dotąd nie odnalazł. Być może więc kolejny rękopis mamut czeka nie tylko na redaktora, ale także na swojego odkrywcę. Oby kiedyś znalazł obydwu.

Tu można nabyć książkę (w taniej jatce).
A ponieważ notka w Wikipedii o Sawinkowie pozostawia wiele do życzenia, tutaj odrobina lektury uzupełniającej.

czwartek, 19 września 2013

Hurtownia książek - polskie elity na serio i z przymrużeniem oka



Stanisław MurzańskiSojusz nieczystych sumień. Inteligencja i jej elity na przełomie XX i XXI wieku


Wbrew temu, co sugeruje tytuł, książka nie jest systematycznym wykładem, a raczej serią zazębiających się szkiców, aktualnych lub pochodzących z lat 80-tych. Jeśli chcemy spojrzeć na polskie elity oczami autora będzie to przypominało układanie wieloelementowych puzzli i to z różnych kompletów – ulubioną jego metodą jest bowiem analiza publicznych wypowiedzi i artykułów czołowych przedstawicieli ineligencji. Pracochłonne to nieco, ale już po kilku tekstach zaczyna wyłaniać się spójny obraz. Niestety – mało optymistyczny, ale tu już odsyłam do książki:). Przy okazji ostrzegam, że metoda krytycznego czytania gazet, którą uprawia autor jest zaraźliwa i przez pewien czas człowiek nie jest w stanie powstrzymać się od punktowania niespójności i błędów niemal w każdym tekście drukowanym, na jaki trafia.

Małgorzata Kalicińska – Fikołki na trzepaku.

Dzieło to nabyłam w największej obecnie sieci księgarskiej przecenione do jakichś 7 zł. Początkowo w trakcie lektury miałam wrażenie, że lepiej było tę kwotę przejeść. Jeśli „książkowy potwór” przecenia coś aż tak mocno, to najprawdopodobniej nie czyni tego bez powodu. W zasadzie nawet nie mogę powiedzieć, żebym tę książkę porządnie przeczytała. Omijałam kolejne monotonne opisy leniwych niedziel, wspominki kto mieszkał na której klatce (lojalnie opatrzone dopiskiem, że można je pominąć). Ożywiałam się nieco, gdy przyszło mi powęszyć w rodzinnej historii autorki. Tak bowiem przypadkiem wyszło, że jej rodzice (mama – dyrektorka liceum i ojciec – kościuszkowiec i urzędnik bliżej nieokreślonego ministerstwa), to wypisz wymaluj nowa PRL-owska inteligencja, o której co nieco było w książce powyżej, może nie najwyższego kalibru, ale za to z każdym pokoleniem rosnąca w siłę. Ale o tym dowiecie się już nie z książki, a szperając w necie:). Reasumując – lektura nieoczekiwanie pouczająca.

Krystyna Nepomucka – Samotność niedoskonała

Przypadkowo dopadłam środkową część cyklu „niedoskonałego” i juz wiem, że muszę przeczytać kolejne.
Historia bardzo podobna do rodzinnych wspominków pani Kalicińskiej: peerelowskie awanse, ministerialne kariery. Główne role gra tu rodzina sympatycznych nieudaczników o lekko żulerskich skłonnościach. Zachęcam do sprawdzenia w książce jak takowe komponują się z ministerialnymi stołkami.
Podsumowując - pozycja idealna dla szukających resetu.
P.S. Potwierdzam obserwację Bazyla – pani Nepomucka lubi efektowne pierwsze zdania:).

czwartek, 27 czerwca 2013

Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy (Kraszewski, a jakże)

"Pospolitą chorobą (...) jest w Pińszczyźnie kołtun (plica polonica), który trafia się również u Tatarów i w Węgrzech, a nawet w Belgium i nad Renem (...). Szukali w nim starzy medycy jakichś cząstek siarczanych, inni uznali go za prosty skutek niechędóstwa. Inni jeszcze początek kołtunu odnoszą do napadów tatarskich i zatrutych przez nich wód, a nareście przypisują go także użyciu zbytecznemu wódki i dymnym chatom. Na Pokuciu pospolity, kołtun przeniósł się z wojną do Rusi i Polski. Zwierzęta nawet tej chorobie objawiającej się na włosach podlegają, co zdaje się okazywać, że jest przywiązaną do miejsca i wypływa z przyczyn lokalnych. Wszakże jest w bliskim obcowaniu zaraźliwa i dziedziczna, a niezmiernie trudna do wykurowania, wątpliwości nie ulega. Jej szkodliwe skutki włosami się nie ograniczają, humory, które ją sprawują, często kaleczą okropnie i nieznośnych bywają przyczyną boleści."[1]
"Nie ma rzeczy na świecie niegodnej uwagi i opisu" [2]. Nie tylko wielkie wydarzenia i niezwykłe miejsca - pewnego dnia Kraszewski postanowił chwytać życie na gorąco i spisywać w swoim kajeciku tak ulotne wrażenia, jak i ciekawostki różnej treści. I tak trzymamy w ręku książkę, która powstałą w zasadzie z niczego. Garść anegdotek podróżnych, szczypta opinii o ludziach i miejscach, uchwycone ginące pieśni ludowe i takież zwyczaje, zanotowane inskrypcje nagrobne, rozważania na temat historii sprzed kilku wieków, mity, legendy i obserwacje socjologiczne. Wiele z tych okruchów zostało potem uwiecznionych w innych książkach, już bardziej monotematycznych, niektóre miejsca posłużyły za tło powieści.
Kraszewski błyska niejednokrotnie poczuciem humoru, drąży interesujące go kwestie z naukową pasją (nie tracąc jednak świeżości amatora-erudyty). Czasem zaś - niestety przynudza. Ale, ale..."wszystko w swoim sposobie użytecznym być może, gdy się tylko zastanowić zechcemy" [3]. Dlatego też omiń czytelniku nieinteresujące dla siebie fragmenty i czytaj dalej. Na pewno trafisz na takie, które do Ciebie przemówią.

[1] J.I. Kraszewski, Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy, Warszawa 1985, LSW, s. 118
[2] tamże s. 21
[3] tamże s. 22


czwartek, 7 marca 2013

Niny Berberowej o Gorkim wspomnienia

Nina Berberowa to emigracyjna pisarka rosyjska o skomplikowanych korzeniach (ormiańsko-rosyjsko-tatarskich). Urodzona w 1901 zdążyła zdać maturę przed rewolucją, zażyć trochę głodu i chłodu w porewolucyjnyej Moskwie, polansować się w środowisku petersburskich literatów, a następnie z jednym z nich (Władysławem Chodasiewiczem, pisarzem rosyjskim o korzeniach polsko-żydowskich) wyjechać do Paryża. Tam już nie było tak słodko. Nie wiadomo bowiem, kto stworzył legendę o ultrabogatych białych Rosjanach, ale w niewielu przypadkach pokrywało się· to z rzeczywistością. Dawni żołnierze Denikina i Kołczaka pracowali w zakładach Renault i chodzili do cerkwi. Ci o korzeniach raczej lewicowych omijali cerkiew, klapali biedę i próbowali pisać. Nie będę się rozpisywać, zachecam do przeczytania książki Berberowej "Podkreślenia moje". Po pierwsze dlatego, że jest ona unikalnym świadkiem epoki. Znała wszystkich i ... wszystkich przeżyła. W dodatku miała bystre oko, cięty język, od początku robiła notatki na temat ówczesnych celebrytów i w przypadku osób już nie żyjących nie wahała się ujawniać tego, co wie. Choć, jak podkreśla, wiele przemilczała. Po drugie ze względu na osobę samej autorki - feministki (bardziej intuicyjnej niż zadeklarowanej), agnostyczki, trochę też ze skłonnością do filozofowania i uogólnień.
Berberowa to trochę taki Herling Grudziński w spódnicy, mało mówi o sobie (poza początkowym okresem życia), nie cierpi na "jaizm", widac ją tylko gdzieś w tle. Od Herlinga różni ją jednak nieco mniejszy dystans do rzeczywistości i umiłowanie obyczajowego konkretu.
Polecam gorąco. Wcale a wcale sie nie dziwię, że w Moskwie lat 80-tych do tej książki, wówczas zakazanej, ustawiały się kolejki (jedna nocna, druga dzienna) Książka do nabycia za psie pieniądze w Dedalusie.
A poniżej wrzucam fragmenty o Maksymie Gorkim odkopane na potrzeby Jubileuszowych Lektur. Zachęcam do wyzwania, gdyż ciekawe jest bardzo, a nie zawsze trzeba coś czytać:). Czasami, jak ja zrobiłam to dzisiaj, wystarczy odgrzebać coś z archiwum.
Zdjęcia mogą być lekko nieostre, ale po powiększeniu wszystko powinno być czytelne. Acha - wspomnień o Gorkim w książce, jeśli ktoś jest zainteresowany, jest duuuuzo więcej. Były kiedyś dostępne także całkiem niedawno na stonie Niniwa2, ale w tej chwili strona się nie otwiera.





środa, 6 lutego 2013

Pożoga - Zofia Kossak-Szczucka

Jest pewien zwrot, który jest w stanie wywołać atak paniki nawet u najbardziej zaprawionych w bojach blogerów książkowych. Na jego dźwięk natychmiast gasimy komputery, wyłaczamy telefon i zaczynamy unikać listonosza. 
Polski debiut. Lektura wysokiego ryzyka. Także prawnego, gdyż zdarza się ostatnio, iż skrytykowani debiutanci straszą pozwami.
Pojawiają się głosy, że bezpieczniej stawiać w tej sytuacji na "autorów starej szkoły", zweryfikowanych przez upływ czasu i lata doświadczeń czytelniczych, wlasnych i cudzych. "Pożoga" Zofi Kossak wydawała się tutaj pewniakiem. Niestety - nie wzięłam pod uwagę, że nawet najlepszy pisarz kiedyś debiutuje.
Mistrzyni stylizacji pisze tutaj tak, jak wydawało mi się, że będzie pisać Rodziewiczówna - podniośle i z wykorzystaniem wszelkich możliwych kalek językowych. Sama zaś Rodziewiczówna z tego samego okresu (lata 20-ste: "Niedobitowski z przygranicznego bastionu") to gejzer ironii i sarkazmu. U Kossak-Szczuckiej straszą zaś lniane główki dzieci, westchnienia, achy i ochy. Tyle, jeśli chodzi o czytelnicze stereotypy.
Mimo wszystko warto jednak przebrnąć przez stylistyczne skamieliny, forma formą, ale liczy się przede wszystkim treść, a ta momentami frapuje i skłania do myślenia.
Zofia Kossak była żoną administratora jednego z  wołyńskich majątków należących do Józefa Potockiego - Nowosielicy.
Na Wołyniu spędziła większą część swojego życia (jako dziecko przeniosła się wraz z rodzicami z Lubelszczyzny), tamteż była świadkiem wybuchu rewolucji październikowej i dwóch burzliwych lat, które nastąpiły potem, kiedy to Ukraina wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk: bolszewickich, niemieckich, a także ukraińskich spod kilku sztandarów.
Autorka stara się możliwie wiernie oddać przebieg wydarzeń, nie wybiega do przodu, nie umieszcza w tle informacji, którcych wówczas nei miała (na przykład na temat przebiegu frontów).
Jest to zapis końca świata, ale nie taki, jak byśmy się spodziewali. Moja oczekiwania w stosunku do  tej książki zostały ukształtowane przez skojarzenia z Rzezią Wołyńską (1943). Tymczasem Szczucka pisze, że (przynajmniej początkowo), wydarzenia na Wołyniu były przede wszystkim zamachem na własność. Wcale nie miały też charakteru nacjonalistycznego (czyli w tym przypadku antypolskiego, a także, do pewnego stopnia antyżydowskiego). Dość powiedzieć, że słowo "pogrom" początkowo odnosiło się przede wszystkim do rabunkowych napadów na polskie dwory.
Jednak stopniowo sprawy zaczęły się wymykać spod kontroli, stopniowo rozkręcała się spirala przemocy.
Wiele tu także goryczy w stosunku do wojsk Piłsudskiego, którzy nie przyszli w porę z pomocą swoim rodakom.
Czy warto przeczytać tę książkę? Mimo zgryźliwego wstępu uważam, że tak. Polski rynek jest od 20 lat zalewany różnymi sentymentalnymi książczynami, ludzi którzy dawne kresy wschodnie oglądali co najwyżej na jakimś szkoleniu partyjnym. A tu przynajmniej mamy nie jakaś cienką podróbę, a oryginał. 


wtorek, 15 maja 2012

"Call the midwife" - Jennifer Worth

"Call the midwife" to wspomnienia autorki z czasów jej pracy jako położna w ubogich dzielnicach Londynu w latach 50-tych. Niby nie było to tak dawno, niby też opisuje jedno z najbogatszych miast świata, a jednak obraz, który wyłania się spod jej pióra jest niemal równie egzotyczny jak reportaż z Papui Nowej Gwinei.
Po pierwsze niezwykłe jest jej miejsce pracy - anglikański zakon, który po wojnie zaczął współpracować z państwowym systemem służby zdrowia. Tak trafili do niego pierwsi cywilni pracownicy - w tym dwudziestoparoletnia Jenny.
Młoda pielęgniarka jest wyraźnie zafascynowana siostrami - z jednej strony to niemal heroski: z powołaniem, głęboką wiarą, podejściem bez uprzedzeń do każdego pacjenta. Z drugiej zaś: klasztor jest po prostu babińcem, gdzie dużą rolę grają sympatie, antypatie, zaś jedynym sposobem, żeby się wzajemnie nie pozabijać zostaje poczucie humoru. Problem w tym, że nie każdy ma takie samo.
Drugi łyk egzotyki to pacjentki i ich rodziny. Jenny najwyraźniej pochodzi z solidnej klasy średniej, gdyż pierwsze lata pracy w robotniczej dzielnicy spędza w stanie niegasnącego zdziwienia.
Rodziny były zazwyczaj wielodzietne (przy czym piątka, była odpowiednikiem dzisiejszej dwójki czy nawet jedynaka i jeszcze do miana wielodzietności nie uprawniała). Warunki mieszkaniowe jeszcze nie wyszły na prostą po powojennej zawierusze, udogodnień technicznych typu pralka, łazienka, czy woda bieżąca w mieszkaniach nie było, a mimo to większość dzieci chodziła czysta, najedzona i oprana, a kobiety nawet zachowywały dobry humor. Tyle, że za cenę katorżniczej pracy i oczywiście nie wszystkie.
Praca położnej to głównie porody i opieka okołoporodowa, ale nie znajdziecie tu wielu drastycznych opisów. Są chyba tylko 3, a i to przedstawione z kultura i umiarem.
Autorka bardziej skupia się na ludzkich historiach, a te sa naprawdę ciekawe, różnorodne i często wzruszające. Podobało mi się to, że odnosi się do swoich bohaterów z wielką sympatią. Nie zadziera nosa, nie uważa sie za kogoś lepszego ze względu na swój status materialny.
"Profesjonalni" pisarze (np. Margaret Forster), często lubili się pastwić nad "matkami Brytyjkami" ustawiając je w szrankach walki płci. Piszącej swoje wspomnienia położnej na szczęście nie przyszło to nawet do głowy:).
A że do tego przypadkiem pisać potrafi całkiem sprawnie, więc nie pozostaje mi nic innego, jak polecić jej książkę.

>recenzja dabarai

piątek, 29 lipca 2011

Rajski ptak w klatce, czyli Magdalena Samozwaniec


Pamiętacie "Marię i Magdalenę" czyli szalone siostry Kossak (Marię Pawlikowską-Jasnorzewską i Magdalenę Samozwaniec) - artystki, sawantki, czasami birbantki, niezmordowane kolekcjonerki męskich serc? Ich rodzinę - na czele z papą Wojciechem Kossakiem - świetnym malarzem i towarzyskim człowiekiem, do którego lgnęła cała śmietanka towarzyska Krakowa początku XX wieku? Ich znajomych, do których zaliczały się zapewne prawie wszystkie wielkie nazwiska polskiej kultury dwudziestolecia międzywojennego (a przynajmniej te, które były związane z Krakowem lub Warszawą). Ich gniazdo rodzinnę - Kossakówkę - wypełniona obrazami (nie tylko Kossaków) rezydencję w centrum Krakowa?
Cały ten malowniczy świat skończył się we wrześniu '39. Magdalena Samozwaniec zakończyła historię swojej rodziny właśnie na tej dacie.
Wspomnienia Zygmunta Niewidowskiego, drugiego męża Magdaleny Samozwaniec, są uzupełnieniem tej historii. Już na początku wojny Madzia zostaje sierotą, niedługo po jej zakończeniu umiera jej ukochana siostra - Lilka (Maria Pawlikowska-Jasnorzewska). Magdalena, niczym ostatni Murzynek u Agathy Christie, zostaje sama, może nie całkiem, zawsze w jej towarzystwie kręci się Zygmunt - młodszy od niej o prawie dwie dekady obrotny urzędnik, który świetnie daje sobie radę w każdym ustroju - czy to wojna, czy komuna. Nietypowa para szybko bierze ślub.
Co zostaje po wojnie z dawnego blasku - niewątpliwie Magdalena- dalej jest nieco szalona, miłośniczka fajnych ciuchów, wizyt u fryzjera, która za wszelką cenę stara się być szczęśliwa. (fanom "starej Chmielewskiej" podpowiadam, że mocno przypomina jej bohaterkę - Joannę, także ze względu na "wieczną młodość".
Ze stada przyjaciół artystów zostały zaledwie niedobitki, z którymi można pograć w brydża w Oborach, zamiast Kossakówki - kawalerka na warszawskiej Woli. Substytutem rautów stały się natomiast spotkania autorskie. Często dla nietypowej widowni:
"Wtem z dala, od strony budowy, dostrzegamy maszerującą w naszą stronę kompanię wojska. Rozpoznaliśmy mundury Ochotniczych Hufców Pracy. Junacy zbliżali się do nas (... z piosenką na ustach. w oczach Madzi zobaczyliśmy przerażenie.
- Boże święty, co ja zrobię?! Cały program diabli wzięli. Święty Antosiu!- proszę Cię, natchnij mnie, od czego by tu zacząć, by rozruszać to wojsko. przecież nie mogę się skompromitować. Antosiu kochany, dostaniesz 50 złotych, jeśli tylko wieczór się uda."
Zamiast wielkiej familii Kossaków Magdalenie zostaje jedynie towarzystwo Zygmunta, postaci wielce enigmatycznej i nie zawsze pozytywnej (przyznaje się choćby do licznych zdrad i np. faktu, że po ślubie ze stresu urwał się "w Polskę", a mam wrażenie, że to nie wyczerpuje katalogu błędów i wypaczeń). Mimo to pisarce jakoś udało się go jakoś ucywilizować. Książka, mimo wszystko, jest pomnikiem utraconej miłości. W dodatku świetnie się ja czyta. Charakteryzuje ją gawędziarski styl, niezwykle podobny do stylu żony, i dobra pamięć do szczegółów i anegdot.
W sumie, to sympatyczna i odprężająca lektura, świetnie nadająca się do walki z chandrą:).

Zapraszam do dyskusji o "Zalotnicy niebieskiej" - TUTAJ.

*"30 lat życia z Madzią", Zygmunt Niewidowski, Wrocław 1988, s.145

niedziela, 3 lipca 2011

Izydor w okopach (notka zmilitaryzowana)

Znowu notka hurtowa, a w niej kilka książek, tak wyszło, że głównie o książkach luźno związanych z tematyką wojenną...

Nic nowego pewnie nie napiszę o "Długim marszu". O historii "wielkiej ucieczki" z sowieckiego łagru po ekranizacji Petera Weira słyszeli już chyba wszyscy. Wiele ciekawych informacji znajdziecie na blogu "Fotel przy kominku", między innymi o historii powstania książki, autor bloga zadał sobie również sporo trudu w zestawieniu głosów krytycznych dotyczących książki (min. dotyczącej autentyczności opisywanej historii) i bezlitośnie się z nimi rozprawił:).

Moim zdaniem największą jej zaletą jest wciągająca historia (która zaowocowała ekranizacją i 20 milionami sprzedanych egzemplarzy na świecie) w połączeniu z faktem, że opowiada o reżimie komunistycznym. Popularnych historii odsłaniających ciemne strony faszyzmu jest sporo. Działalność partii faszystowskich jest w wielu państwach zakazana. Tymczasem jeśli chodzi o komunizm - mamy koszulki z Che Guevarą, pielgrzymki noblistów do Fidela, a literatury łagrowej jakoś nikt nie ekranizuje. Tymczasem "Długi marsz" w skondensowany sposób przekazuje spory ładunek informacji o archipelagu "Gułag". Zaawansowani znawcy tematu zapewne wzruszą tylko ramionami. Ilu jest jednak takich na Zachodzie?
W czasach, gdy ja chodziłam do liceum, w programie był jeszcze "Inny świat" Herlinga-Grudzińskiego. Czy chyłkiem nie opuścił listy lektur albo nie został przycięty do kilku fragmentów? Czy za kilka lat w szkole w ogóle będzie się można dowiedzieć czegokolwiek na temat patologii systemu komunistycznego?
Na wszelki wypadek warto się zatem zaopatrzyć w egzemplarz "Długiego marszu". Książka zresztą świetnie się nadaje na prezent. Podarowana zazwyczaj nie kurzy się na półce, lecz jest czytana przez kilka osób.


"Jak żołnierz gramofon reperował" miała dotyczyć wojny w Bośni. Tymczasem akcja książki wojnę w zasadzie omija. Pozornie jest to historia gwałtownie zakończonego idylicznego dzieciństwa (w scenerii znanej wszystkim z filmów Kusturicy). W momencie, gdy wojna wybucha, bohater, 14-letni Aleksandar, syn Serba i muzułmańskiej Bośniaczki, jest już w drodze do Niemiec, gdzie za kilka lat będzie uznany za "modelowy przykład integracji". Ominie go nie tylko sama wojna, ale także niektóre najcięższe psychologicznie jej skutki (np. konieczość spotykania codziennie na ulicy ludzi, którzy wyrządzili krzywdę jego rodzinie). Ale i tak zapłaci swoją daninę. Tyle, że w zupełnie innej formie.
Książka, nasycona magicznym realizmem i absurdalnymi opowieściami, początkowo mi się podobała. Potem zaczęły mnie jednak irytować powracające co chwila motywy, te same historie opowiedziane na wiele sposobów. Może nie zrozumiałam celu tego zabiegu. Jednak mimo wszystko bilans po jej przeczytaniu wypada na plus.



"Czarny ptasior" to reportaz na temat okupacyjnych losów Jerzego Kosińskiego. Niewiele ma wspólnego z "Malowanym ptakiem" (poza scenerią podtarnobrzeskiej wioski, w której się ukywał). Zgadzam sie jednak z autorką, prawda nie jest może tak efektowna, ale za to znacznie ciekawsza. Na pierwszy plan wysuwa się tu [postać ojca, mądrego człowieka, który potrafił bezpiecznie przeprowadzić swoją rodzinę przez czas okupacji (było to zapewne porównywalnie trudne do wykonania, jak przeprawa suchą stopą przez Morze Czerwone).
Historia z wieloma zakrętami (jednym z nich było wejście Armii Czerwonej) i znakami zapytania. Moim zdaniem- warta poznania.

środa, 27 kwietnia 2011

"Opowiedzcie jak tam żyjecie"- Agatha Christie


W 1930 Agatha Christie, wówczas juz dość znana 40-letnia pisarka w trakcie podróży po Bliskim Wschodzie, poznała 26-letniego archeologa, Maxa Mallowana. Wspólne zwiedzanie wykopalisk zakończyło się małżeństwem, dla pisarki oznaczało to także zmianę trybu życia. Do wybuchu drugiej wojny światowej miała okazję wielokrotnie towarzyszyć mężowi w kolejnych ekspedycjach. Efektem tych wypraw jest "Opowiedzcie, jak tam żyjecie"- nasycona humorem relacja z Bliskiego Wschodu.
A do tych wycieczek inaczej niż z humorem podchodzić się nie dało. Oznaczały one bowiem ciągłe niewygody, noclegi w złych warunkach sanitarnych, choroby i użeranie się z pracownikami.
"Max cierpi z powodu pcheł jeszcze bardziej niż ja. Pewnego dnia w szwach jego spodni znajduję i bezlitośnie morduję 107 pcheł. (...) Wydaje się, że mnie przypadają tylko nadmiarowe pchły, te, które nie potrafiły dobrać się do Maxa. Moje pchły są drugiej klasy, gorsze, niezdolne do skakania wysoko!"
W relacji Lady Agathy brzmi to jednak wszystko jak przygoda i niekończący się ciąg skeczy.
Nawet różnice kulturowe nie są jej straszne. Zamiast zamartwiać się, czy była dostatecznie poprawna politycznie, pisarka postanawia je po prostu obśmiać.
"Kurdyjka wynurza się ponownie ze swojej lepianki i wymyśla mężowi (...). Kurd, wielki, przystojny mężczyzna, wzdycha ze smutkiem. Któż chciałby być mężem Kurdyjki?
Istnieje powiedzonko, że jeśli Arab obrabuje cię na pustyni, pobije cię, ale zostawi przy życiu. Natomiast gdy obrabuje cię Kurd, zabije cię dla samej przyjemności zabijania.Być może trzymanie pod pantoflem w domu, pobudza do dzikości poza domem."
Powyższe cytaty to niewielka próbka jej możliwości, większość anegdot jest po prostu za długa do przytoczenia.
Zachęcam do tej wyprawy do innego świata, w dodatku z tak niezwykłym przewodnikiem. Idealna lektura na chandrę:).

środa, 20 kwietnia 2011

Hidden Lives - Margaret Forster


Myślę, że się zakochałam. Choć jak to bywa wiosną, ta miłość pewnie szybko wyparuje, zwłaszcza, że chodzi TYLKO o książkę.
A mowa o "Hidden Lives" Margater Forster, autorki dość skąpo tłumaczonej na polski (zaledwie 3 książki wydane w serii KIK, i to niekoniecznie te najlepsze), zadeklarowanej feministki, która z w swoich powieściach z upodobaniem dokonuje wiwisekcji rodziny. Nie stroni także od tematów biograficznych, zwłaszcza biografii słynnych kobiet.
"Hidden lives" to literatura faktu szczególnego rodzaju, dotyczy bowiem rodziny autorki, a konkretnie kobiet z tejże rodziny: babki Margaret Ann (ur. w 1869), matki Lilian (ur. w 1901) i jej sióstr, oraz samej Margaret F. (ur. w 1938). Daty urodzenia w nawiasach wrzuciłam nieprzypadkowo. W założeniu bowiem "Hidden Lives" to nie tylko rodzinne rozdrapy (bo nie jest to żadna grzeczna, podnosząca na duchu historia, oj nie), ale także podróż przez życie i sytuację kobiet na przestrzeni prawie stu lat. Autorka, przy okazji snucia rodzinnych opowieści chce obalić tezę, że życie kobiet na przestrzeni lat wcale się nie zmienia, i ich sytuacja jest wciąż zła, a światełka w tunelu nie widać. Co innego widać na przykłądzie jej rodziny. Inaczej wyglądało życie Margaret Ann- nieślubnego dziecka i służącej, której udało się osiągnąć awans społeczny za cenę rozstania z najstarszą, nieślubną córką. Matka autorki - Lilian, wprawdzie mogła zdobyć wykształcenie i przez dłuższy czas odnosić sukcesy zawodowe, chęć posiadania dzieci sprawiła , że skończyła jako kura domowa z depresją. Sama Forster (absolwentka Oksfordu a następnie nauczycielka i pisarka) pokierowała swoim życiem bardziej świadomie, nie tylko dzięki ogromnej ambicji i detrminacji, ale także dlatego, że życie kobiet nieprzerwanie zmieniało się na lepsze.

Życie to jednak nie klocki lego, a autor może sobie pisać ile chce, a czytelnik wyczyta to, co mu akurat pasuje. Po lekturze bowiem miałam nieco inne wrażenie, niż to które chciała przekazać Forster. A mianowicie takie, że ludziom (nie tylko kobietom) może żyje się coraz lepiej, mentalność się zmienia, ale w każdych historycznych dekoracjach ludzie maja jakieś pole wyboru, i niektórzy z niego korzystają (jak Margaret Ann i jej wnuczka), a inni poddają bitwę za bitwą, nawet przed jej rozpoczęciem. Tak robiła Lilian - dla mnie centralna postać książki. Bardzo nieszczęśliwa osoba, którą jej córka uważa za ofiarę systemu, choć przyczyny, moim zdaniem, w większości tkwiły w niej samej.
Dla Forster była niezwykle ważną osobą, także dlatego, że zbudowała swoje własne życie na staraniach, żeby być antytezą własnej matki. Siłą rzeczy poświęcała jej wiele swojego czasu i myśli, a efekt tego mamy w "Hidden Lives", gdzie dokonuje bolesnej wiwisekcji jej osoby, także jej własnego, zmieniającego się stosunku do niej. Jest to opowieść bolesnie szczera zarówno, jeśli chodzi o osobę matki, jak i córki, która nie ukrywa wielu swoich negatywnych uczuć.
Czasami łapałam się na tym, że Forster przesadza, niemal zawsze interpretując fakty na niekorzyść Lilian. Nie przekroczyła jednak granicy, za którą jest juz tylko niesmak. Raczej smutek, że tak bardzo się od siebie oddaliły (także ze względu na ekstremalna różnicę charakteru), ze nigdy do końca się nie zrozumiały (Forster ma z tym problemy także wiele lat po śmierci matki), że matka tak bardzo ukształtowała się wg cudzych wzorców, że zupełnie zagubiła siebie. Zapewne obydwie kobiety pogodzić i zrozumieć mogłyby się dopiero w zaświatach (w które zresztą Forster, córka gorliwej anglikanki, nie wierzy).
Widać, że temat matki to nie do końca zabliźniona rana (zupełnie inaczej bowiem relacjonuje, znaną tylko z drugiej ręki, histrię swojej babci). Zresztą może rana to złe słowo - te wczesne lata mocno autorkę naznaczyły, nie tylko w negatywnym sensie - także zdefiniowały jej zainteresowania literackie (w linkach wrzuciłam link do recenzji jednej z książek wydanej po polsku- z centralną postacią bardzo przypominająca Lilian), jak i społeczne (feminizm).

Wartość tej książki polega na tym, że bardzo głęboko wchodzi w życie "podstawowej komórki społecznej", dzięki temu nawet, jeśli nasz bagaż rodzinny był inny, myślę, że łatwo będzie znaleźć materiał do przemyśleń, który można odnieść do swojego życia. Acha - nie ma w tej historii żadnych ewidentnych patologii (choćby molestowania seksualnego czy przemocy)- to uwaga dla tych, których taka tematyka odstrasza.
Oprócz tego - "Hidden Lives", ujawniła u mnie skłonność podglądackie. Gdy tylko dowiedziałam się, że Forster napisała również kontynuację "Precious Lives", poświęconą w większości ojcu, już zaczęłam sobie ostrzyć zęby na kolejną wiwisekcję.

Ksiażkę świetnie się czyta. Naszpikowana jest detalami z życia codziennego klasy robotniczej w jej rodzinnym Carlisle - szczegółami topograficznymi, opisami szkół, wakacji, wizyt u lekarza... Autorka wręcz maluje słowem, a robi to tak zręcznie, że po lekturze mamy przed oczami obrazy z książki.
Notka pewnie nie jest specjalnie zachęcająca, nie bardzo wiedziałam z której strony ugryźć temat. Pewnie, gdybym poleciała schematem: saga rodzinna/tajemnica (ostatecznie która rodzina nei ma tajemnic?), byłabym bardzie skuteczna w reklamowaniu książki:).
Jednak nawet, jeśli moja opinia nie zachęca, jeśli kiedyś ten biały kruk wpadnie wam w ręce, dajcie mu szansę:).

Linki:
O Margaret Forster w wikipedii.
Nieco lifestylowy artykuł o MF, w kontekcie "Hidden Lives" i "Precious Lives"
Jedyna blogowa recenzja po polsku innej książki MF u Zosik.
Jeszcze jedna recenzja "Hidden Lives"

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

"Marianna i Róże"- Janina Fedorowicz, Joanna Konopińska


"Marianna i Róże" Joanny Konopińskiej i Janiny Fedorowicz, opisuje historię, która zdarzyła się naprawdę. To wspomnienia babci jednej z autorek, zrekonstruowane na podstawie pozostawionych przez nią zapisków, pamiątek i rodzinnych wspomnień. Opowieść, która brzmi dziś jak z innego świata.
Książka ma formę pamiętnika średnozamożnej wielkopolskiej ziemianki, Marianny Jasieckiej. Obejmuje lata 1871-1914 i koncentruje się na codziennym życiu. Marianna ma jednak świadomość upływającego czasu, i chce zostawić dla swoich dzieci i wnuków swoiste świadectwo, stąd też sporo tu wzmianek o wydarzeniach kulturalnych czy politycznych. Wielkopolska walczyła wówczas z agresywną germanizacją, a autorka miała możliwość być świadkiem choćby sprawy wozu Drzymały, czy szkolnego strajku we Wrześni.
Co można powiedzieć o życiu w Wielkopolsce czasów fin de siècle? Poza takimi ciekawostkami, że wyprawa nad morze czy do Wrocławia, wymagała przygotowań większych, niż obecnie przy wyprawie na drugi koniec świata? Czy faktem, że ślubna wyprawa mogła by wystarczyć na wyposażenie hotelu średniej wielkości.
Uderzyły mnie dwie sprawy. Po pierwsze - życie kobiety było podporządkowane rodzinie, ale absolutnie nie chodziło o jakieś stereotypy typu "matka Polka". Rodzina była przedsiębiorstwem, a produktem tegoż przedsiębiorstwa były dzieci. Ważne było, aby gdy dorosły, odnalazły swoje miejsce w życiu, dlatego niezwykle ważne było staranne i śWIADOME wychowanie. I nie chodzi bynajmniej o to, że było to wychowanie rygorystyczne, czy też pozbawione spontaniczności.
Celem procesu było raczej przekazanie właściwych wartości (także poprzez wybór placówek edukacyjnych), równoważenie wpływów zewnętrznych wpływami domu, tak, aby nie zepsuć tego "produktu", zanim rozpocznie samodzielne życie. Szczególnie wiele czasu poświęcała Marianna formowaniu charakterów córek. Czasy bowiem były okrutne dla kobiet, i zniszczenie szans na zamążpójście równało się zepchnięciu na margines spółeczeństwa.A że nie było to zagrożenie wyssane z palca, świadczą choćby losy młodej kuzynki Jasieckich, którą samo podejrzenie pozamałżeńskiego romansu, nie tylko pozbawiło szans na założenie rodziny, ale i uniemożliwiło pracę zarobkową.
A córek w rodzinie naszej bohaterki do uplasowania na matrymonialnm rynku było aż sześć. Nie trzeba dodawać, że skazy na reputacji jednej z nich równały się pogrzebaniu szans pozostałych.
Zarządzaniem tym procesem wychowawczym zajmowała się właśnie Marianna, i był to proces nie mniej skomplikowany, niż współczesny Human Resources Management (a odpowiedzialność większa, bo chodziło o własną firmę- rodzinę i własne dzieci).
Drugi temat, który mnie zainteresował to obrona przed germanizacją, która przyjmowała formę swoistego apartheidu: bojkot niemieckich sklepów, kontakty wyłącznie z polskimi sąsiadami, tak długo, jak to było możliwe - polskojęzyczna edukacja, obrona przed wykupem ziemi. W dzisiejszych czasach, kiedy większość Polaków nie widziałaby nic złego w zmianie obywatelstwa na bardziej prestiżowe, ta determinacja jest niemal nierzeczywista.
No cóż- zachęcam do tej podróży w inne czasy:). Ciekawe na co Wy zwrócicie/zwróciliście uwagę.

piątek, 25 lutego 2011

Vargas Llosa w Izraelu, a Lawrence w Arabii - dwa spojrzenia na Bliski Wschód



"Izrael - Palestyna: Pokój czy Święta Wojna" Mario Vargasa Llosy- to felietony publikowane na przestrzeni kilku lat w El Pais, wraz ze sprawozdaniem z reporterskiej wyprawy do Izraela. Pisarz próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy jest możliwy pokój na Ziemi Świętej. Robi to przede wszystkim rozmawiając z ludźmi - książka roi się zatem od sprzecznych opinii jego rozmówców.
Pomija tu jednak szerszy, międzynarodowy kontekst polityki na Bliskim Wschodzie. Odmawia również prawa do wyrabiania sobie opinii na temat tego konfliktu ludziom, którzy nie odwiedzili Izraela. Jak dla mnie - książka nie niesie dużej wartości. Jej poziom jest raczej "gazetowy", i jeśli czytacie regularnie jakikolwiek tygodnik opinii lub poważniejszy dziennik (a te poruszają siła rzeczy tematy bliskowschodnie), nie wniesie ona do waszej wiedzy niczego nowego. W dodatku analizuje sytuację aktualną w roku 2005 (a mnie ciekawi bardziej sytuacja w Izraelu teraz- w świetle "arabskiej wiosny ludów"). Wartość tej lektury jest zatem podobna do czytania starych gazet (postąpiłam z nią zresztą tak, jak robię ze starymi gazetami, częściowo tylko ją przejrzałam).



"Siedem Filarów Mądrości" Thomasa Edwarda Lawrence'a jest pozornie jeszcze bardziej zwietrzała, opisuje bowiem powstanie Arabskie przeciw Turkom w latach 1916-18. A jednak dowiedzieć się z niej można dużo więcej- po pierwsze o arabskiej kulturze i mentalności (choć jest to spojrzenie z zewnątrz). Po drugie o mechanizmach politycznych. Arabskie powstanie narodowowyzwoleńcze było bowiem sterowane z zewnątrz. Decyzja o nim zapadła gdzieś w zaciszu brytyjskich gabinetów. Potrzeba niezależności była podsycana przez wybitnego socjotechnika- Lawrence'a. A cała "konstrukcja" rewolty (poczynając od wyboru przywódcy) również była jego autorstwa. Warto mieć to na uwadze zastanawiając się na ile obecny "wybuch wolności" w krajach arabskich jest spontaniczny, a na ile wyreżyserowany.
Plusem książki jest piękny język i niezliczone bon-moty. Minusem- zbytnia szczegółowość (te niekończące się jazdy na wielbłądach, postoje, noclegi)...Przyznam, ze wiele z nich ominęłam.
Dlatego też jest ona raczej godna polecenia dla miłośników kultury arabskiej. Chociaż wstępne, bardziej ogólne rozdziały powinny być ciekawe dla każdego.

Zdjęcie ze strony wydawcy.

niedziela, 30 stycznia 2011

"Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy"- Sergiusz Piasecki


Powiedzieć, że Sergiusz Piasecki miał ciekawy życiorys, to w zasadzie, jakby nic nie powiedzieć. Współpracownik wywiadu (wczesne lata 1920-te), przemytnik (na granicy polsko- sowieckiej), kokainista, pod wpływem nałogu zajął się też działalnością rozbójniczą. Ta zaprowadziła go do więzienia (początkową karę śmierci zamieniono mu na 15 lat), które z kolei stało się dla niego początkiem kariery... literackiej. Jego zapiskami z czasów przemytniczych zachwycił się bowiem sam Melchior Wańkowicz, i to dzięki jego staraniom Piasecki mógł wydać swoją pierwsza książkę a następnie kilka lat przed upłynięciem wyroku opuścić gościnne podwoje więzienia na Świętym Krzyżu.

A to jeszcze nie koniec jego historii, ciekawe były również jego losy w czasie Drugiej Wojny Światowej, zainteresowanych odsyłam do Wikipedii (link).


“Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” jest luźno oparty na wspomnieniach Piaseckiego z pogranicza w latach 1922-25. Oparty luźno, gdyż Piasecki darował sobie np. krępujące szczegóły związane z narkotykami, zamiast tego zabrał się za tworzenie legendy polskiego dzikiego Wschodu i Nocnych Piechurów w jednym (przemytnicy niestety nie mogli, z przyczyn technicznych być Nocnymi Jeźdźcami).


Gdyby zrzucić w głuchą jesienną noc z granicy welon mroku, zobaczylibyśmy ciągnące ku granicy partie przemytników. Idą po trzech, pięciu, nawet kilkunastu.(...) Są i parte uzbrojone, lecz jest ich bardzo mało, przemytnicy broni nie noszą. (...) Zobaczylibyśmy rekinów pogranicza- Chłopów z otriezami, karabinami, rewolwerami, siekierami, widłami, czyhających na zdobycz. (...) Zobaczylibyśmy wreszcie niezwykłą postać- człowieka, który samotnie przemierza pogranicze. (...) To szpieg (...) korsarz granicy. (s. 46)*


“Kochanek...” przytacza losy młodego przemytnika Władka, który zaczyna znajomość z granicą z czystego przypadku, ale szybko daje się wciągnąć w ten świat. Kręcą go nie tyle zarobki, ile adrenalina, “mołojecka sława”, możliwość sprawdzenia siebie i poznania ludzi. Granica bowiem, to miejsce gdzie jak nigdzie człowiek opiera się jak nigdzie o lojalność wobec kolegów i gdzie rządzi zapomniane hasło muszkieterów: “Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.


Trudny i niebezpieczny jest zawód przemytnika! Lecz czułem, że porzucić go byłoby mi trudno. Przyciąga mnie, jak kokaina...Wabią nasze tajemnicze nocne podróże. Pociąga gra nerwów i gra ze śmiercią i niebezpieczeństwem. Lubię powroty z dalekich, trudnych wycieczek. A potem: wódka, śpiew, harmonia, wesołe twarze chłopaków i... dziewczyny. Kochające nas nie za nasze pieniądze, a za śmiałość, wesołość, rozhulność, i pogardę dla forsy.” (s. 76)*


Władek stopniowo przechodzi wszystkie stopnie wtajemniczenia, przechodzi od działalności przemytniczej do czysto rozbójniczej, ma kochanki po obu stronach granicy, poznaje ją jak nikt inny. Aresztowany zarówno po polskiej, jak i sowieckiej stronie, wiedzie życie wyjętego spod prawa.


Jednak nie potrafi go porzucić, podobnie, jak wielu jego towarzyszy. Wszystkich ich napędza jakiś dziwny niepokój.


Jednak mimo to, stopniowo, robi się wokół niego coraz bardziej pusto. Zawód przemytnika (zwłaszcza na tej konkretnej granicy) jest jednak specjalnością wysokiego ryzyka. Ci , którym udaje się ujść z życiem i nie dać się aresztować po sowieckiej stronie często nie wytrzymują napięcia.. i giną z własnej ręki. Często nie potrafią sobie poradzić w zwykłym świecie, gdzie zamiast rozróżnienia na czarne i białe króluje podstępna szarość.

Tylko Władek wciąż trwa na posterunku, napędzany przez zemstę, miłość do “złej kobiety” i liczne obietnice dane przyjaciołom, którzy odeszli w siną dal, bądź na tamten świat.

Jakiego ostatecznie dokona wyboru?


Zazwyczaj rzadko sięgam po książki z nurtu “macho”- jakoś nie ciągnie mnie do Hemingwayów i Hłasków. Ta jednak ma w sobie duży urok, historii nie tylko przeżytej, ale także przetrawionej w trakcie lat spędzonych w więzieniu. A w dodatku Piasecki ma niezaprzeczalny talent. Jego bohaterowie budzą zaciekawienie, a jednocześnie żal, że tak wartościowi w sumie ludzie funkcjonowali w społeczeństwie jako wyrzutki, że niewielu niepodległa Druga Rzeczpospolita miała coś do zaoferowania. Wyjaśnienie tego faktu dają zresztą dalsze losy samego Piaseckiego- świetnie się odnalazł w trakcie kolejnej wojny. Miał zresztą szczęście- jego, przez kolejne zawirowania losu przeprowadził jego literacki talent, który dał mu drugą szansę na odnalezienie się w życiu.

Bardzo polecam.

Wydaje mi się, że książka, ze względu na walory przygodowo-sensacyjne, szczególnie nadawałaby się dla młodzieży (zwłaszcza męskiej), ale być może, z powodu nikłej znajomości tejże młodzieży, się mylę, więc prosze się nie sugerować:).


*Numeracja stron w cytatach- na podstawie wydania Towarzystwa Wydawniczego Graf, Gdańsk 1989
Zdjęcie ze strony wydawcy.