Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 marca 2012

Hurtownia książek - od Sasa do lasa

Jeszcze niedawno temu byłam prawdziwą pożeraczką kryminałów. Niestety ostatnio po przeczytaniu kilkudziesięciu stron od niechcenia oglądam sobie ostatnie dwa rozdziały, dzięki czemu cala książkę mam w zasadzie zaliczoną. Od razu znam sprawcę i motyw:(. "Kamienny wyrok" Ruth Rendell został napisany specjalnie, dla takiego zmanierowanego czytelnika jak ja. Na pierwszej stronie poznajemy sprawcę i motyw, na kolejnej znajdziemy listę ofiar. Pozostaje nam tylko przeczytać, jak w zasadzie doszło do morderstwa:).




Para młodych rodziców miała marzenie: pojadą z rocznym synkiem na wakacje, i to nie na jakieś Mazury, a za koło podbiegunowe. Przejechali prawie 7000 km, prawie niczego nie zwiedzili. W książce, poza licznymi wstawkami z poprzedniej wyprawy autorki, jeszcze "sprzed dziecka", znajdziemy także opisy upojnych sesji karmienia piersią, spacerów z wózkiem po wertepach i zabawiania malucha w samochodzie.
Książka dla tych, którzy potrzebują dowodu, że jeśli się chce, to z małym dzieckiem można robić wszystko. Z drugiej strony można sobie zobaczyć, jak to "wszystko" w praktyce wygląda:).


Wśród moich licznych czytelniczych fanaberii ostatnio pojawiła się jeszcze jedna - ciężko znoszę schematy. Gdy tylko przy lekturze pojawia się wrażenie, że już gdzieś coś podobnego czytałam, natychmiast zaczynają mi skakać literki przed oczami, a chęć dokończenia książki spada do zera. Na szczęście pani Lupton - autorka "Siostry" również nie lubi schematów, woli wymyślać własne, dlatego też tę historię kobiety, próbującej wyjaśnić zagadkę śmierci swojej młodszej siostry, przeczytałam w nie dość, że w całości, to nawet z pewnym zainteresowaniem. Zaznaczam jednak, że kapcie z zachwytu mi nie spadły i żadnej nocy nie zarwałam:). Choć podobno przy tej książce może się to zdarzyć.

"Oko jadeitu" i "Papierowy motyl" to dwa współczesne chińskie kryminały. Są raczej mało krwawe, za to bogate w ciekawostki na temat najnowszej historii (rewolucja kulturalna) i sytuacji we współczesnych Chinach (akcja obydwu toczy się na przełomie XX i XXI wieku). Zupełnie nie rozumiem, skąd te kiepskie oceny w Biblionetce...







"Klinika" Sebastiana Fitzka to zupełnie nowa jakość na rynku thrillerów. Krwią nie ocieka, za to spać nie daje , no i zamotane jest nieprzeciętnie. A całość dotyczy psychomanipulacji. Książka powinna zadowolić tych, którzy jęczą, że "wszystko już było":).











A na koniec największa smakowitość: kontynuacja zekranizowanych "Kochanic Króla" i trzecia część cyklu tudorowskiego Philippy Gregory, opowiada o żonach Henryka VIII (a konkretnie żonie nr 4 - Annie Kliwijskiej oraz nr 5 - Katarzynie Howard). Oprócz historii dwóch kobiet, które muszą walczyć o życie (dosłownie: oczekiwana długość życia żony Tudora nie była zbyt długa) na królewskim dworze, mamy również ciekawe tło - Anglię przeoraną przez reformę religijną, za którą to nazwą kryją się niezliczone konfiskaty i egzekucje. Bardzo przyjemne czytadło, zamierzam rozejrzeć się za innymi częściami. Wydaje się, że można czytać w dowolnej kolejności. Informacje, że żona A została zagłodzona, a żona B ścięta, to ostatecznie żadem spoiler, tylko fakt historyczny:).

piątek, 12 sierpnia 2011

Notka patchworkowa


Nie wzięłam udziału w żadnym z łańcuszków z cyklu "kilka rzeczy, których o mnie nie wiecie", stąd zapewne nie jest nikomu znany fakt, że mam uczulenia na ...czekoladę, objawiające się migreną o różnym stopniu nasilenia. Mimo to czasem lubię sprawdzić, czy jednak mi nie minęło. Przez to, że niestety przeprowadzałam taki test wczoraj, dziś znów nie jestem w stanie napisać notki wymagającej np. wyszukiwania cytatów (na samą myśl o tym głowa boli jeszcze bardziej). Zamiast tego (znowu)- notka kombinowana ze ścinków i resztek.

Od czasu do czasu na blogach pojawiają się recenzje starych książek dla młodzieży. Klara Feher, Magda Szabo, Ewa Nowacka ( i wielu innych polskich autorów)... Postanowiłam zaszaleć i przeczytać "Saarę", żeby sprawdzić jak wyglądała Finlandia przed czasami Nokii i przy okazji też, czego się można spodziewać po fińskiej młodzieżówce sprzed 40 (!) lat. Srodze się zawiodłam. Ta historia wiejskiej nastolatki, która próbuje zaadaptować się w Helsinkach nie wyróżnia się NICZYM. Zachodzę w głowę, dlaczego komuś chciało się ją tłumaczyć? Być może rozwiązaniem zagadki jest fakt, że jeden z nastoletnich bohaterów jest komunistą, a opisane na kartach książki Helsinki, przypominają przysłowiowy Pcim Dolny. Po lekturze było niemal pewne, że w czytelniku osłabnie (choćby przejściowo) tęsknota za zgniłym Zachodem....

Kolejna książka z wykopalisk, to Nepal Kingi Choszcz. Autorka zdobyła popularność sprawozdaniem z 5-letniej podróży autostopem dookoła świata (opisanej w "Prowadził nas los"), niestety kolejnych książek nie mogła już zredagować osobiście, zmarła w trakcie wyprawy do Afryki. Dlatego zarówno "Moja Afryka" (do której upchnięto kolanem WSZYSTKIE zapiski autorki z Afryki, inaczej plon przerwanej tragicznie podróży nie wypełniłby książki), jak i "Nepal" (zapiski z wyprawy, na którą wybrała się jeszcze przed swoją podróżą dookoła świata), to książki nie do końca doskonałe. Mimo tego robią wrażenie. Zwłaszcza "Nepal". To portret dziewczyny, która zamiast spędzać życie przyczepiona elektromagnesem do biurka, spędza w pracy tylko tyle czasu, ile potrzeba na zgromadzenie funduszy na wyprawę i ... rusza przed siebie. Przy czym nie zawraca sobie głowy szczegółowymi planami. życie i tak wielokrotnie ją zaskoczy, stawiając na jej drodze zarówno mile, jak i niemiłe niespodzianki. Prowadzi ja los, a pomagają dobrzy ludzie, których jest więcej, niż na pozór się wydaje.
Kinga jest osobą niezwykle otwartą na inne kultury - jednak nie bezgranicznie i nie bezkrytycznie. Pozwala sobie na przykład na kpinki z obleśnych hinduskich mężczyzn i ich wąsów. Ale nie przekreśla ich tylko estetyka- przede wszystkim podpadli podróżniczce swoim podejściem do kobiet.
Polecam szczególnie tym, którzy dawno nie byli na urlopie:).

Romain Gary to doskonały pisarz (jedyny w historii podwójny laureat Nagrody Gouncortów, którą można dostać tylko raz, jak tego dokonał możecie sprawdzić tutaj) i człowiek o niezwykle enigmatycznym i ciekawym życiorysie. Nie wiadomo skąd pochodzi, nie wiadomo kiedy się urodził. Jego historia to ciąg anegdot , czasem niezwykłych (np. historia wykorzystana przez C. Ahern w "P.S. Kocham Cię", wydarzyła się naprawdę, tyle, że listy zza grobu były wysyłane przez matkę dla syna (którym był Gary).
"Korzenie nieba" to lektura obowiązkowa dla miłośników ekologii. Powiem szczerze, że ja się już do nich nie zaliczam, co najwyżej w skali mikro. W walce z globalnym ociepleniem widzę przede wszystkim świetną okazję, żeby nakładać kolejne podatki, i ograniczać konkurencyjność młodych gospodarek. A hasła "Człowiek rakiem planety" kojarzą mi się jak najgorzej, ostatecznie raka należy zwalczać. Słowem - moje podejście do tematyki eko jest nieco cyniczne. Tym lepiej czytało mi się o Afryce lat 50-tych, gdy ekologia była w fazie romantycznej. Chodziło po prostu o poprawę losu mordowanych zwierząt, i nic więcej. Przynajmniej, jeśli chodziło o jednego człowieka- bojownika Morela. Jednak gdy postanowił wystąpić zbrojnie w obronie słoni, bardzo szybko przyłączył się do niego tlum ludzi, stawiający sobie całkiem inne cele (od rabunkowych po nacjonalistyczne). A do tego na całym świecie zaczęła sie wielka medialna kampania...
Gary wyszedł od wizji romantycznej, chciał przeciwstawić ekologię ideologiom, ale niechcący pokazał, jak te dwa nurty się łączą. Co więcej, zwrócił uwagę na to, że już u swoich podstaw ekologia może być wroga człowiekowi.
Myślę, że to ciekawa pozycja, zwłaszcza dla zainteresowanych tematem.
Dużym plusem jest też po prostu warstwa literacka, świetnie odmalowana atmosfera czy wyraziste postaci.




środa, 27 kwietnia 2011

"Opowiedzcie jak tam żyjecie"- Agatha Christie


W 1930 Agatha Christie, wówczas juz dość znana 40-letnia pisarka w trakcie podróży po Bliskim Wschodzie, poznała 26-letniego archeologa, Maxa Mallowana. Wspólne zwiedzanie wykopalisk zakończyło się małżeństwem, dla pisarki oznaczało to także zmianę trybu życia. Do wybuchu drugiej wojny światowej miała okazję wielokrotnie towarzyszyć mężowi w kolejnych ekspedycjach. Efektem tych wypraw jest "Opowiedzcie, jak tam żyjecie"- nasycona humorem relacja z Bliskiego Wschodu.
A do tych wycieczek inaczej niż z humorem podchodzić się nie dało. Oznaczały one bowiem ciągłe niewygody, noclegi w złych warunkach sanitarnych, choroby i użeranie się z pracownikami.
"Max cierpi z powodu pcheł jeszcze bardziej niż ja. Pewnego dnia w szwach jego spodni znajduję i bezlitośnie morduję 107 pcheł. (...) Wydaje się, że mnie przypadają tylko nadmiarowe pchły, te, które nie potrafiły dobrać się do Maxa. Moje pchły są drugiej klasy, gorsze, niezdolne do skakania wysoko!"
W relacji Lady Agathy brzmi to jednak wszystko jak przygoda i niekończący się ciąg skeczy.
Nawet różnice kulturowe nie są jej straszne. Zamiast zamartwiać się, czy była dostatecznie poprawna politycznie, pisarka postanawia je po prostu obśmiać.
"Kurdyjka wynurza się ponownie ze swojej lepianki i wymyśla mężowi (...). Kurd, wielki, przystojny mężczyzna, wzdycha ze smutkiem. Któż chciałby być mężem Kurdyjki?
Istnieje powiedzonko, że jeśli Arab obrabuje cię na pustyni, pobije cię, ale zostawi przy życiu. Natomiast gdy obrabuje cię Kurd, zabije cię dla samej przyjemności zabijania.Być może trzymanie pod pantoflem w domu, pobudza do dzikości poza domem."
Powyższe cytaty to niewielka próbka jej możliwości, większość anegdot jest po prostu za długa do przytoczenia.
Zachęcam do tej wyprawy do innego świata, w dodatku z tak niezwykłym przewodnikiem. Idealna lektura na chandrę:).

wtorek, 12 kwietnia 2011

Tatami kontra krzesła, o Japończykach i Japonii- Rafał Tomański


Wszyscy czytają "Tatami...", czytam i ja. Pierwszy raz w historii tego bloga zdarzyło się bowiem, że miałam w ręku książkę, znajdującą się na aktualnej liście bestsellerów (13. miejsce na liście Rzeczpospolitej w marcu).
Potwierdzam, że książka jest zajmująca. Jednak raczej dla początkujących w temacie. Nie wydaje mi się, żeby uznali ją za cenną ci, którzy Japonię odwiedzają, bądź wiele o niej czytali. Sam autor określa ją jako "rozmówki"- to skrótowa próba opisu zachowań Japończyków i określenia, co za nimi się kryje, i czym są uwarunkowane. Tomański podchodzi do tematu systematycznie, opisując kolejno takie tematy jak jedzenie, praca, język, itp. Nie brakuje mu erudycji, chętnie odwołuje się do klasycznych książek o Japonii, podpiera się przykładami historycznymi, szuka analogii w kulturze europejskiej. stawia sobie za cel opis Japonii 21. wieku, ze wszystkimi jej ciekawostkami socjologicznymi.
Stawia w końcu tezę, że Japonia zbyt szybko otworzyła się na Zachód (jej przymusowa modernizacja rozpoczęła się w połowie XIX wieku, po wieloletniej izolacji- epoka Meiji), przyswoiła w całości jego technologię, kultura zaś okazała się Japończykom częściowo obca, i do dziś nie są w stanie jej przetrawić. Stąd też Japonia znajduje się w tej chwili na zakręcie i zmierza w stronę równi pochyłej (także ekonomicznej).
Pewnie jestem w tej chwili w cynicznym nastoju, ale jakoś nie wzruszył mnie los Japończyków w kryzysie.
Ostatecznie- które państwo szeroko pojętej cywilizacji zachodniej nie jest w tej chwili na zakręcie? Które społeczeństwo nadąża w 100% za rozwojem technologii? Jaki kraj tak naprawdę miał szansę rozwijać się harmonijnie przez setki lat? Na pewno nie była to nasza część Europy, której los zafundował zarówno epokę izolacji, jak i Meiji w ostatnich kilkudziesięciu latach. Jeśli chodzi o kraje zachodnie, to pomijając może bardziej egalitarne Stany Zjednoczone, równomierny rozwój (co najmniej do lat międzywojennych), był raczej udziałem klas uprzywilejowanych. Nie wiem, czym to się w zasadzie różni od modelu japońskiego?
Zgadzam się, że Japończykom jest trudno, i może nieco się pogubili, ale komu jest łatwo i kto się tak naprawdę nie pogubił?
Książka Tomańskiego odwołuje się do dawnych dobrych czasów, kiedy ludzie rozwijali się harmonijnie w zgodzie z własną tradycją, tyle, że te czasy minęły ... dla wszystkich. Nie tylko dla Japonii.

czwartek, 27 stycznia 2011

"W krainie oliwek"- Annie Hawes


Po książki z nurtu "cudzoziemiec zaczyna nowe życie na południu Europy" (a w zasadzie na południowym zachodzie- jakoś nikt nie osiedla się na Ukrainie, w Albanii, czy w nieco mniej hardcorowej Rumunii- czyżby uprzedzenia?;), sięgam bardzo rzadko.
W swoim czasie rozczarowały mnie produkowane na metry bestsellery Petera Mayle'a. Z nieco innego powodu nie podeszła mi Bodil Malmsten.
Wyczytałam gdzieś za to, że z tego nurtu w miarę sensowna jest Annie Hawes (link) ze swoimi książkami o Ligurii. Nadarzyła się okazja przetestowania tej autorki w postaci drugiej części jej cyklu, czyli "W krainie oliwek".
Muszę powiedzieć, że test wypadł pozytywnie. Nie byłam zupełnie nastawiona na podróżniczo-babskie czytadło, zabrałam się za nie wyłącznie w celu zmniejszenia stosu książek pożyczonych, mimo to w końcu mnie wciągnęło.
Treść jest dość typowa: bohaterka mieszka od kilkunastu lat w domu na uboczu, jest zaprzyjaźniona z sąsiadami (z wyjątkiem tych, z którymi prowadzi wojnę podjazdową), mimo to nadal zdarzają się sytuacje budzące jej zdziwienie. Potrafi jednak podchodzić do szalonych Włochów z sympatią i zrozumieniem.
Nietypowych sytuacji z którymi musi się zmierzyć będzie jednak coraz więcej, gdyż zaczyna spotykać się z szefem kuchni miejscowej restauracji, a w tak małej społeczności nie da się zbyt długo ukrywać związku.
Szybko zdobywa akceptację La Mammy, co w praktyce oznacza, że Mamma zaczyna prowadzić cichą kampanię (przy użyciu reszty licznej rodziny) o jak najszybsze zalegalizowanie tego związku. A jak się okazuje włoskie matki, zwłaszcza te, które mają za sobą jakieś 3 klasy podstawówki, są wytrawnymi psychologami...
Tyle fabuły, nie ma jej zresztą zbyt wiele, książka z natury rzeczy jest zapisem zwyczajnego życia, a to , jak to zwykle bywa, snuje się leniwie i powoli. Reszta obrazu wyłania się z licznych anegdot i opisów sytuacji.
Zaciekawiły mnie bardzo opisy obyczajowe. przede wszystkim to, że Włosi nie dość, że żyją bardzo skromnie, to jeszcze permanentnie szykują się na najgorsze, dbając o zabezpieczenie rodziny i starając się nie wydawać pieniędzy, jeśli nie jest to absolutnie konieczne (nie zauważyłam, żeby ktokolwiek się tam zadłużał np. na zakup plazmy).
Starają się również zabezpieczyć rodzinę pod względem...żywnościowym. Wiele rodzin, mimo, że utrzymuje rodzinę chodząc po prostu do pracy, dodatkowo obrabia kawałek ziemi, żeby mieć własne (często lepsze) jedzenie. O dziwo- nie jest to domeną starszego pokolenia. Jedna z młodszych bohaterek, która stwierdziła, że przecież można kupować pastę pomidorową i inne kłopotliwe do przygotowania a tanie produkty w sklepie, spotkała się z komentarzem, że naoglądała się amerykańskich seriali.
Być może zresztą to podejście nie jest takie głupie- gdyby Włochy nawiedził kryzys porównywalny z islandzkim (a gdy wraca temat kryzysu, Włochy są zawsze wymieniane na czele listy państw najbardziej zagrożonych), liguryjscy wieśniacy będą śmiać się ostatni.
To podejście rzuciło mi się w oczy, gdyż jest kompletnie różne od polskiego (np. na temat rosnących z roku na rok wydatków świątecznych co nieco można znaleźć tu i tu).

W każdym razie- polecam tę książkę mającym ochotę na lekkie, podróżnicze czytadło. Wcześniejsza lektura raportu Deloitte nie jest obowiązkowa:).

EDYCJA: Zapomniałam napisac wcześniej- książka zawiera literówki (nie wczytując się nadmiernie wypatrzyłam ich z 10), i to takie poprawiane najwyraźniej przez automat - taki, który wstawia słowa istniejące w języku polskim, ale nie zawsze właściwie odmienione. No cóż- JEST to irytujące.

czwartek, 25 listopada 2010

"Cena wody w Finistere"- Bodil Malmsten

Od dawna szukałam tej książki. Jakiś czas temu czytałam "Moje pierwsze życie" tej autorki, które bardzo mi się spodobało, "Cena wody..." znalazła się więc na mojej liście priorytetów. Udało mi się ją w końcu pożyczyć od Engi (której przy okazji bardzo dziękuję), cisnęłam więc w kąt wszystkie napoczęte lektury. I ruszyłam do ataku.
Czytałam więc sobie te przemyślenia o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi (Szwedka odnajduje swój raj utracony w Bretanii), ogrodnictwie, filozofii stojącej za dłubaniem w glebie. Tutaj trochę rozważań o niemożności napisania książki, tam wspomnienia z dzieciństwa i nieco krytyki innych książek z serii "nowe życie w obcym kraju". Surfowałam między bon motami i mniej lub bardziej błyskotliwymi porównaniami. Powoli zaczynałam przysypiać... gdy nagle - dotarłam do clou programu- dlaczego właściwie Bodil postanowiła porzucić Szwecję na rzecz Francji.
Szwecja jest zatem państwem opresyjnym, stosującym przemoc wobec obywatela, wyrażającą się we wszechobecnością call center, operatorów telefonicznych czy bezdusznością urzędników (ok, jestem w stanie uwierzyć, że na francuskiej wsi zabitej dechami jest mniej bezdusznie, jak również rozumiem przewagę wsi francuskiej nad szwedzką- jest tam po prostu cieplej). Nie "o take Szwecje " walczył dziadek Bodil- ideowy socjaldemokrata (nie wiem skąd to zdziwienie rozbieżnością rzeczywistości z ideałami, zwłaszcza z ideałami sprzed pół wieku;)). Wredna Szwecja nie jest już państwem opiekuńczym, nie interesuje jej los mniejszosci i wykluczonych, Bodil zatem w solidarnym proteście postanowiła wykorzystać system (wykupić mieszkanie komunalne, a następnie sprzedać je po cenie rynkowej) i z kasą szwedzkiego podatnika w garści udać się do Bretanii.
A żeby jeszcze dobitniej podkreślić swój protest, zaczęła tytułować Szwecję- "byłą ojczyzną".
Po tym tekście, powtarzanym zresztą uparcie i wielokrotnie, uznałam, że tak jak mężczyźni sa z Marsa, a kobiety z Wenus, tak ja i szwedzka Autorka również krążymy po innych orbitach i nieprędko znajdę z nią jakieś punkty wspólne. Trudno mi bylo zaangażowac sie w te afabularne rozważania, jeśli sama ich podstawa wydała mi się wątpliwa. Książkę skończyłam, ale już raczej z obowiązku.
Tak jak "Moje pierwsze życie" przeczytałam z przyjemnością, tak nie bardzo mogę się odnaleźć w roszczeniowym świecie "Finistere".

poniedziałek, 22 listopada 2010

"Rio Anaconda" - Wojciech Cejrowski


Cały świat- nastolatki i staruszki, wykształciuchy i inteligenci- podobno wszyscy uwielbiają Cejrowskiego w wydaniu podróżniczym (jednocześnie wzdychając, że taki fascynujący człowiek ma swoje drugie wcielenie- WC- Kwadransowe).
Ponieważ trochę nie chce mi się dokonywać analizy medialnego wizerunku WC (bo do tego można chyba sprowadzić te różnice w postrzeganiu), zajmę się "Rio Anacondą".
Dla tych , którzy czytali "Gringo wśród dzikich plemion"- ta książka znacząco się od niej rożni. "Gringo.." był takim ciągiem anegdot, mniej lub bardziej "jajcarskich" czy też podrasowanych na takowe, niewiele tam zresztą było dzikich plemion, postaci przewijające się na kartach książki, to w większości poczciwi Latynosi. A chodziło tam przede wszystkim o to, żeby "zalożyć plecak i ruszać w drogę".
Co innego w Anacondzie, to już wyprawa dla zaawansowanych podróżników, którzy "kumają bazę". Cejrowski udaje się tutaj tym razem na poszukiwanie ostatnich dzikich plemion z puszczy amazońskiej, co więcej, udaje mu się takowe znaleźć. WC nie ogranicza się do szczegółów etnograficznych, usiłuje za to przeniknąć do istoty świadomości prawdziwego Indianina, a robi to poprzez osoby ...szamanów. Szamana - patałacha, który przez przedwczesną śmierć swojego mentora nie dokończył szkolenia, i teraz prowadzi swoje plemię nadrabiając inteligencją i ciekawością świata. I drugiego- prawdziwego Czarownika, taki, któremu nieobce są kontakty z duchami, telepatia czy czary. Cejrowski prowadzi nas przez kolejne aspekty indiańskiej kultury, nie unikając odniesień do innych (np azjatyckich). Ale jednocześnie nie przekracza cienkiej granicy fascynacji tym "innym światem", a zwłaszcza jego nadprzyrodzonymi aspektami. Pokazuje też, jakie są koszta i skutki uboczne szamańskiego fachu (niemałe). Ostrzega też nadmiernie nim zafascynowanych i chcących podążyć tą ścieżką:

"...wiele osób z Twojego świata zabawia się w czary.Chcą sięgnąć głębin, nie wiedząc, co czeka na dnie. Bezmyślnie kopiują nasze obrzędy (...). Człowiek nie-przeznaczony, który podda się takim praktykom, może nieświadomie otworzyć serce na Złą Moc (która jest) nieszczęściem, bólem , zgrozą, zatraceniem."

Charkterystyczne jest to, że Cejrowski nie robi rozróżnień między plemionami "zewnętrznymi" (chadzającymi w podkoszulkach i spodenkach) i tymi z głębi dżungli. Tak naprawdę różnią się oni tylko stanem świadomości zagrożeń płynących ze świata zewnętrznego. wielu etnografów oczywiście uważa inaczej, ale to dlatego, że nie próbują zrozumieć indiańskiej duszy. Ten błąd popełnił zresztą początkowo sam Cejrowski (przyznał później "patrzyłem, a nie widziałem").
Z czystym sumieniem zapraszam na te wyprawę:). Nie jest niestety tak, że "i Ty możesz zostać Indianinem", ale i ty możesz spróbować zrozumieć jego świat.

czwartek, 7 października 2010

Podróże do Włoch- Jarosław Iwaszkiewicz

Post szczególnie dedykowany Ralfowi:)

Podróże do Włoch i po Włoszech, do któregoś momentu były obowiązkiem szanującego się pisarza. Książka Iwaszkiewicza opatrzona jest kilkoma mottami, z których przytoczę to, które mi się najbardziej spodobało:

"Nie ma nic nudniejszego , niż czytanie opisów włoskich podróży- chyba produkowanie tych opisów- i tylko w ten sposób, autor może uczynić je znośnymi, jeśli o samych Włoszech postara się mówić jak najmniej" Heinrich Heine, 1829

Z Polaków bywali/pisali o Włoszech choćby Mickiewicz, Krasiński i Norwid. Jeśli chodzi o inne nacje, lista nie zmieściłaby mi się na stronie (wielu z nich pewnie leczyło tam suchoty). Słowem- jazda obowiązkowa. Jej program rozkładał się równo na część krajobrazową i zabytkową, często zresztą obydwie te części się przenikały.

Powszechność tych podróży trochę mnie zafrapowała, zwłaszcza, że współcześnie jakby niewiele z niej zostało. Kierunek obowiązkowych wypraw zmienił się na Daleki Wschód. Italia zostala celem wypraw kulinarnych (Jedz, módl się, kochaj- gdzie Włochom odpowiada część "jedz" (!- Iwaszkiewicz, nie mówiąc już o jego poprzednikach, mocno by się zdziwił) i miejscem inwestowania w nieruchomości (koniecznie w Toskanii), aby potem na jej terenie tłoczyć oliwę/produkować wino/pędzić grappę.

Iwaszkiewicz, ze swoją książką z 1975 był być może zatem jednym z ostatnich, którzy odwiedzali Italię idąc starymi tropami- kulturowymi. I to nie z przewodnikiem pod pachą tylko z dziełami Taine'a, Muratowa czy Berensona. W ostateczności z tomikiem wierszy Błoka.

Autor odwiedził Włochy 30 razy, na przestrzeni pół wieku, a jednocześnie starał się napisac coś oryginalnego. Książka podzielona jest na części dotyczące poszczególnych miast bądź regionów kraju. Każda ma swojego przewodniego bohatera, czasami dwóch- ludzi, którzy szczególnie odcisnęli się w pamięci Iwaszkiewicza i najmocniej kojarzą mu się z danym miejscem. Jedna z takich osób jest Sofia Loren, inny rozdział poświęcił Renie Jeleńskiej, jest też jeden szczególnie dedykowany jego starszej córce Marii.
O czym pisze- przede wszystkim o sztuce- malarstwo, rzeźba, architektura , poezja (swoja i cudza), sztuka komponowania ogrodów, muzyka (sporo miejsca poświęca swojemu kuznowi- Karolowi Szymanowskiemu, ale nie tylko. Każde miejsce niesie dla niego liczne skojarzenia- literackie bądź muzyczne.

"Wnętrze Świętego Marka jest dla mnie tak pełne literatury (...) zasłonięte przez wiersze Błoka i moje własne, że nie mogę miec do niego stosunku, jako do czegoś nowego" s.20

Krajobraz liczy się dla autora głównie wtedy, gdy stał się inspiracją do powstania jakiegoś dzieła, lub gdy w tle stoi jakaś historyczna kolegiata. Autor stara się nakreślić również zmiany, które zaszły na przestrzeni pół wieku we Włoszech, aczkolwiek koncentruje się na zmianach głównie krajobrazu.
Wiele miejsca poświeca również tropieniem włoskich inspiracji własnej twórczości. Natomiast niespecjalnie liczą się dla niego kuchnia (ma o niej raczej kiepskie nmiemanie w porównaniu z polską, oczywiście raczej nie w wydaniu baru mlecznego) czy poznawanie zwykłych ludzi.
To raczej podróż przez kulturę i poznawanie innych ludzi kultury. I tu jeszcze jeden cytat (z wizyty u sędziwego Benedetta Crocego):

" W zmurszałym pałacu neapolitańskim (...) staje mi się on symbolem starej, przemijającej, rozsypującej się kultury europejskiej. A mimo wszystko czuję się w swoim żywiole. Czybym i ja należał do tej epoki? Chyba tak, mój Jarosławie, i ten fakt trzeba zaakceptować".

We wstępie można się dowiedzieć, że autor takie podróżniczej publikacji pisze przede wszystkim o sobie. Czego zatem można dowiedzieć się między wierszami o Iwaszkiewiczu (poza tym, że był maniakalnym fanem kultury wysokiej i niebywałym estetą). O jego kontrowersyjnej biografii można sobie poczytać TU. W tym kontekście zadziwiło mnie nieco takie wyznanie:

"Powstaje zagadnienie, czy twórczość nasza jest dostatecznie ofiarna, dostatecznie bezinteresowna, aby być odkupieniem tej potwornej masy zła, która nas uciska, brudzi i miażdży, niby judejscy żołnierze nieszczęsną Salome"

Najwyraźniej pisarz uważał komunistów nie za żadne siły zła, albo chociaż postacie negatywne, ale za Stowarzyszebnie Pluszowych Misiów.
Był Iwaszkiewicz, jak mi się wydaje, nieustraszonym łowcą prestiżu. Zwłaszcza po wojnie zdawał się kolekcjonowac VIP-owskie znajomości, nagrody, konferencje i odczyty i w swojej książce poświęca tym zagadnieniom sporo miejsca. Stosunkowo często pojawiają się również rozważania na temat tego, czym jest wielkość, i czy on sam jest artystą wielkim. (Całkiem serio, nie wymyśliłam tego:).
Z kart książki, zwłaszcza początkowych, przebija też ogromnie znużenie życiem (nie może ono dziwić, skoro pisał je człowiek dobiegający 80-tki), na szczęście potem ta ciężka atmosfera się rozwiewa.
Mimo wszystko polecam tę książkę, zwłaszcza przed wyprawą do Włoch. Autor często przybliża mniej znane dzieła sztuki i miejsca, a znanym przydaje nowych znaczeń. Myślę, że ta pozycja ucieszyłaby również współczesnych miłośników ponadczasowego piękna, a takich przecież nie brakuje:).