wtorek, 30 listopada 2010

"Noce deszczu i gwiazd"- Maeve Binchy

Greckie wyspy to miejsca o wielkiej sile przyciągania. Ludzie , którzy przechodzą w życiu złą passę, często zaczynają kombinować, jak tu rzucić wszystko, spakować plecak i ruszyć na Kalimnos czy inne Kos, aby tam prowadzić proste życie (zapewne pracownika przemysłu turystycznego). Mam zresztą pewną znajomą, która już całkiem na poważnie snuła takie plany- w końcu znalazła spokojną przystań w innym miejscu zaczynającym się na literę K*.
W każdym razie- wydaje się wyspy greckie mają wyjątkową moc zabliźniania ran i kojenia.
Podobną opinię- czarodziejki potrafiącej krzepić serca i łagodzić złe nastroje ma irlandzka mistrzyni opowieści- Maeve Binchy. Tak więc, w przypadku takiego właśnie połączenia (Binchy+ wyspy greckie) możemy się spodziewać dawki podwójnego ukojenia, które w przypadku jednostek bardziej podatnych, da się nawet wykorzystać medycznie (a dokładniej anastezjologicznie).
Fabuła? Proszę bardzo- czworo rozbitkow życiowych zostaje przypadkowymi świadkami zatonięcia statku wycieczkowego na wyspie Anna Aghia. Splot okoliczności sprawi, że zbliżą się dużo bardziej , niż przystało na zwykłych turystów, i to nie tylko ze sobą, ale również z miejscową ludnością.
Dzięki wzajemnej pomocy, a także pomocy wścibskiego i antypatycznego irlandzkiego babska imieniem Vonnie, uda im się rozwiązać swoje życiowe problemy, a także poszerzyć horyzonty.
Polecam szukającym szybkiego znieczulenia (a nie mającym pod ręką wyrobów spirytusowych).

Acha- w notkach o twórczości Pani Maeve, zazwyczaj można wyczytać pomstowania na polskie okładki, które zsyłają te autorkę, całkowicie niesłusznie do getta romansowego, podczas, gdy książki te, to klasyczne "obyczaje". Nie będę wyjątkiem. Na górze wklejona okładka wydania, które czytałam, a poniżej okładka polska. Dodam, że nie zauważyłam, żeby ktokolwiek wszedł w tej książce choć raz do wody, bohaterowie za to z upodobaniem przesiadują w knajpach.


*Gdyby kiedyś zawędrowała w te rejony netu- serdecznie pozdrawiam!

poniedziałek, 29 listopada 2010

"Tajemnica Frontenaków"- Francois Mauriac

Tajemnica Frontenaków to saga rodzinna w skali mikro. dla mnie to prawdziwy rarytas i duży plus książki, jeśli autor potrafi zmieścić taką historię na 150 stronach, ostatnio bowiem rzuciłam w kąt pewną 600-stronicową egzotyczną historię rodziny, dodatkowo nasyconą (do przesytu) smakami i zapachami orientu. Z ulgą sięgnęłam po niej po Mauriaca.

Bordeaux przełomu XIX i XX wieku. Blanche Frontenac, młoda wdowa zmaga się z wychowaniem piątki dzieci. Xavier, jej szwagier, stara się wspomagać ją materialnie, przejmując też częściowo zarządzanie rodzinną firmą, jednak emocjonalnie kompletnie zaniedbuje Blanche, widząc w niej tylko robota dedykowanego do zajmowania się małymi Frontenakami. Rodzi to oczywiście nieuniknione napięcia. Dodatkowym ich źródłem jest nietypowy tryb życia Xaviera, zogniskowany wokół ukrywanej przez niego Tajemnicy.

Stopniowo ciężar opowieści przesuwa się na dorastające dzieci, zwłaszcza na Jean Louisa - klasyczne "dobre dziecko" i utalentowanego poetycko- najmłodszego Yvesa. Doskonale przedstawione jest ich dorastanie, wielkie nadzieje, rozczarowania, godzenie się z własnymi ograniczeniami, odejścia i powroty od wartości przekazanych im w domu. wreszcie mozolne (bądź nie) odnajdowanie swojego miejsca w życiu.

Jaka była prawdziwa tajemnica Frontenaków- moim zdaniem była to miłość, miłość rodzi cielska, miłość braterska (której poświęcone jest tu szczególnie wiele miejsca), także niemal atawistyczna miłość do całego klanu i wszystkich jej przedstawicieli (często połączonych już nie tyle więzami krwi, co wyczuciem "ucha Frontenaków". A co było podstawą tej miłości- dowiecie się po przeczytaniu:).
Książkę, już po jej przeczytaniu można określić jako "ciepłą i optymistyczną", tylko nie jest to żaden zatykający słodki lukier prosto z kanału Hallmark.

Autor naprawdę mistrzowsko kreśli nastroje i (dojrzewające przecież i zmieniające) charaktery. I potrafi to zrobić zaledwie kilkoma celnymi zdaniami, przypominało mi to nieco technikę impresjonistów.
Warto też dać tej książce szansę i nie porzucać jej np. po przeczytaniu 1/3. Mi spodobała się gdzieś dopiero w drugiej połowie. Zdecydowanie czas przeznaczony na jej lekturę nie był dla mnie czasem straconym.

Bożonarodzeniowo dla przedszkolaków


Biorę udział w kilku wyzwaniach literackich , i zazwyczaj zapraszam tam do czytania recenzji na moim blogu. Tym razem, ze względu na specyficzną tematykę zapraszam na bloga Znalezione pod choinką:
http://znalezionepodchoinka.blogspot.com/2010/11/bozonarodzeniowo-dla-przedszkolakow.html

Pod tym linkiem można znaleźć krótkie omówienie bożonarodzeniowych (a raczej pseudo- bożonarodzeniowych) książeczek dla dzieci z mojej półki.
Zapraszam.

niedziela, 28 listopada 2010

"Przyznaję sie do winy"- Ryszard Bugajski

Powinnam chyba założyć nową kategorię- książki spod podłogi, których nikt nie czyta, tylko ja.
"Przyznaję się do winy" to nieco zaskakująca pozycja autorstwa reżysera słynnego "Przesłuchania', traktuje bowiem o latach stalinowskich... na Węgrzech. Oparta jest zresztą na prawdziwej historii- porwania amerykańskiego komunisty Noela Fielda w celu wykorzystania go w trakcie czystek w węgierskim KC, których ofiarą padł min. Laszlo Rajk.
Zarówno w samym porwaniu jak i przesłuchaniach bierze udział młody esbek- Lajos Banky, i gdzieś w trakcie tych przesłuchań budzi sie w nim sumienie i tęsknota za innym światem, która zaowocuje kilka lat później- w '56.
"Przyznaję się..." to również przerażający, chociaż wybiórczy, gdyż widziany jednak z pozycji człowieka uprzywilejowanego, obraz państwa komunistycznego w czasach stalinowskich. W zasadzie niczym nie różni się od tego z roku 1984 Orwella, tyle, że jest stuprocentowo prawdziwy. To państwo wszechobecnego strachu i podejrzliwości (z których potem trudno się wyleczyć przez całe życie), gdzie w każdej chwili można zniknąć, stać się bez powodu "przestępcą" i wyrzuconym poza nawias, gdzie aby przetrwać, często wielokrotnie trzeba zaprzeć się swoich przekonań, a często okazuje się , że i tak był to o jeden raz za mało (wiec może lepiej było pozostać nieugiętym). To państwo, gdzie największą zbrodnią jest niezależna myśl, państwo które niszczy swoich obywateli, doprowadzając ich do moralnej ruiny. Wydaje się, że to opis piekła na ziemi? Niekoniecznie. Prawdziwe piekło, z którego docierają do bohatera strzępki informacji, znajduje się na wschodzie. Tam proces niszczenia ludzi posunął się dużo dalej, i strach pomyśleć jak daleko posunąłby się na Węgrzech (i innych państwach komunistycznych), gdyby nie śmierć Stalina.
Ciekawy, a jednocześnie paranoidalny, jest opis mechanizmu procesów politycznych, które do tego stopnia były parodią jakiegokolwiek procesu sądowego, że zastanawiam się, dlaczego w ogóle w tym systemie, w którym z człowiekiem można zrobić wszystko, ktokolwiek zawracał sobie nimi głowę.
Polecam tę (zupełnie niesłusznie) niedoceniana książkę. Sporo materiału do przemyśleń- mi pomogła nieco zrozumieć tych, którzy przeszłi przez komunizm w wersji hardcorowej.

piątek, 26 listopada 2010

"Wątpliwości księdza Browna"- G.K. Chesterton

Ostatnia notka w tym tygodniu, jako, że zaczyna mi już brakować materiału.:)
Z twórczością Chestertona miałam dotychczas pewien problem. Jego sposób myślenia i styl (powiedzmy sobie szczerze- jak na poważnego pisarza czasami odjechany), jakoś nie do końca do mnie trafiały. Z "Ortodoksji", gdzie przedstawił swoją intelektualną drogę do katolicyzmu, niewiele zrozumiałam. Lepiej było ze szpiegowsko-metafizycznycm "Człowiekiem, który był Czwartkiem", ale i tu chyba sporo mi umknęło. Gdzieś pośrodku sytuuje się "Kula i krzyż". Na półce stoi sobie jeszcze "Latająca gospoda", ale aż bałam się po nią sięgać, głowa mnie bolała na sama myśl co tez autor tym razem wykombinował.
Tymczasem, zupełnie niespodziewanie, trafiłam na jego książkę, którą nie tylko jestem w stanie strawić, ale nawet przyswoić.
Mowa o opowiadaniach kryminalnych z serii o księdzu Brownie.
Już od pierwszych stron można rozpoznać charakterystyczny styl Chestertona, strony zaludniają się mniej lub bardziej groteskowymi postaciami, niektóre sceny przypominają sen wariata albo surrealistyczne obrazy. O dziwo, konstrukcja opowiadań jest klarowna, Chestertonowi najwyraźniej dobrze zrobiła dyscyplina wymuszona przez krótką formę, gdzie akcję trzeba zmieścić na 30 stronach.
Opowiadania mają jeden wspólny motyw, w każdym występują zjawiska nadprzyrodzone (duchy, klątwy, wyrocznie , cuda), które mają zamaskować zbrodnię i ukryć jej sprawcę. Wszyscy bohaterowie (wyznawcy racjonalizmu) dają się na to nabrać, poza księdzem Brownem, który postrzegany przez wszystkich jako reprezentant rzekomo największego zabobonu świata, czyli katolicyzmu, częsciowo właśnie dzięki swojej wierze (widać, że nie tylko powierzchownej, a dość głęboko przemyślanej), jest w stanie oddzielić ziarno od plew i prawdziwe zjawiska nadprzyrodzone od nadprzyrodzonego bełkotu. Oczywiście analityczny umysł księdza też odgrywa tu swoją rolę:).
Oprócz pomysłowych historyjek kryminalnych mamy tu więc wstawki filozoficzno-etyczne. Głównie koncentrują się one na 4 pojęciach :wiary, rozumu, zabobonu i sceptycyzmu(wg. Chestertona sprzeczności i podobieństwa między tymi pojęciami niekoniecznie przebiegają tam, gdzie nam się intuicyjnie wydaje- czesto bowiem deklarowani sceptycy, przy bezpośrednim zetknięciu się z niewytłumaczalnym, mają skłonność, aby uwierzyć w każdą... bzdurę). Na marginesie tych historii autor porusza zresztą inne "poważniejsze" zagadnienia, mnie zaciekawiły uwagi na temat buddyzmu. Z reguły są to króciutkie wstawki, bądź pojedyncze uwagi, więc nie przeszkadzają tym, którzy czytają tę książkę dla intrygi kryminalnej bądź nastroju.
Plusem są same historie kryminalne- bardzo pomysłowe i z klasą. Aż czasem chciałoby się wrócić do czasów, kiedy przestępcy mieli wystarczającą fantazję, żeby np. sfingować zmartwychwstanie księdza Browna (tyle, że nie jestem pewna, czy takie czasy kiedykolwiek były). Kolejna zaleta to niepowtarzalny klimat, taki w połowie drogi do XIX-wiecznej powieści grozy. No i jeszcze jeden plus- są to opowiadania. Nie trzeba brnąć przez całą książkę, żeby się przekonać, czy nam się podoba, można na próbę zaserwować sobie jedno, za jakiś czas kolejne, itd. Mam zresztą wrażenie, że to książka nadająca się raczej do powolnego czytania.
Co tu dużo mówić- polecam:).

czwartek, 25 listopada 2010

"Cena wody w Finistere"- Bodil Malmsten

Od dawna szukałam tej książki. Jakiś czas temu czytałam "Moje pierwsze życie" tej autorki, które bardzo mi się spodobało, "Cena wody..." znalazła się więc na mojej liście priorytetów. Udało mi się ją w końcu pożyczyć od Engi (której przy okazji bardzo dziękuję), cisnęłam więc w kąt wszystkie napoczęte lektury. I ruszyłam do ataku.
Czytałam więc sobie te przemyślenia o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi (Szwedka odnajduje swój raj utracony w Bretanii), ogrodnictwie, filozofii stojącej za dłubaniem w glebie. Tutaj trochę rozważań o niemożności napisania książki, tam wspomnienia z dzieciństwa i nieco krytyki innych książek z serii "nowe życie w obcym kraju". Surfowałam między bon motami i mniej lub bardziej błyskotliwymi porównaniami. Powoli zaczynałam przysypiać... gdy nagle - dotarłam do clou programu- dlaczego właściwie Bodil postanowiła porzucić Szwecję na rzecz Francji.
Szwecja jest zatem państwem opresyjnym, stosującym przemoc wobec obywatela, wyrażającą się we wszechobecnością call center, operatorów telefonicznych czy bezdusznością urzędników (ok, jestem w stanie uwierzyć, że na francuskiej wsi zabitej dechami jest mniej bezdusznie, jak również rozumiem przewagę wsi francuskiej nad szwedzką- jest tam po prostu cieplej). Nie "o take Szwecje " walczył dziadek Bodil- ideowy socjaldemokrata (nie wiem skąd to zdziwienie rozbieżnością rzeczywistości z ideałami, zwłaszcza z ideałami sprzed pół wieku;)). Wredna Szwecja nie jest już państwem opiekuńczym, nie interesuje jej los mniejszosci i wykluczonych, Bodil zatem w solidarnym proteście postanowiła wykorzystać system (wykupić mieszkanie komunalne, a następnie sprzedać je po cenie rynkowej) i z kasą szwedzkiego podatnika w garści udać się do Bretanii.
A żeby jeszcze dobitniej podkreślić swój protest, zaczęła tytułować Szwecję- "byłą ojczyzną".
Po tym tekście, powtarzanym zresztą uparcie i wielokrotnie, uznałam, że tak jak mężczyźni sa z Marsa, a kobiety z Wenus, tak ja i szwedzka Autorka również krążymy po innych orbitach i nieprędko znajdę z nią jakieś punkty wspólne. Trudno mi bylo zaangażowac sie w te afabularne rozważania, jeśli sama ich podstawa wydała mi się wątpliwa. Książkę skończyłam, ale już raczej z obowiązku.
Tak jak "Moje pierwsze życie" przeczytałam z przyjemnością, tak nie bardzo mogę się odnaleźć w roszczeniowym świecie "Finistere".

środa, 24 listopada 2010

"Czarna lista" - Aleksandra Marinina


Z kryminałami Marininy miałam do czynienia przy okazji cyklu o Anastazji Kamieńskie, tu na scenę trafia nowy bohater- Władisław Stasow. Milicjant tuż przed wcześniejszą emeryturą wraz z 8-letnią córeczką Lili, wybieraja się na urlop do czarnomorskiego kurortu, gdzie właśnie odbywa się festiwal filmowy. Zamiast podrywania lasek Stasow jest zmuszony przez okoliczności i byłą żonę do zajęcia się rozwiązaniem zagadki śmierci pretendentki do głównej nagrody. Wkrótce wśród filmowej braci trup zaczyna się ścielić gęsto, okazuje się, że kolejne ofiary figurują na tajemniczej Czarnej Liście, do której klucz ma...8 letnia Lili.
Trochę paradoksalna książka- jest zabawniejsza niż cykl o Kamieńskiej (przynajmniej dopóki babiarski styl życia Stasowa nie ustępuje przed potrzebą znalezienia nowej mamy dla swojej Lili), a jednocześnie dużo bardziej pesymistyczna. Co z tego, że bezpośrednie rozwiązanie zagadki Festiwalu Trupów jest ciekawe, przypominające nieco "Underground" Kusturicy, skoro za tym wszystkim stoi po prostu mafia, której milicja może co najwyżej podskoczyć, a uczciwi policjanci w zależności od osobistego pecha a) zdążą przejść na emeryturę b) albo giną. Polecam tę książkę.