Ta notka będzie głównie o tym, jak to nie należy sugerować się tym , co się wyczyta o książce na blogach.
Badając temat "służących" często wpadały mi w oko takie hasła jak: HERstory, "przemawiać własnym głosem", segregacja rasowa...
W związku z tym spodziewałam się czegoś w rodzaju Toni Morrison- czyli lektury poważnej i niekoniecznie łatwej.
Tymczasem "Służące" mogła spokojnie napisać Fannie Flagg, co więcej przypominały one mocno "Witaj na świecie maleńka" (mój pierwszy kontakt z prozą Flagg), nie tylko ciepłą i optymistyczną atmosferą, ale także niektórymi szczegółami fabuły.
To podobieństwo zresztą niekoniecznie musi być wadą, to zależy od czytelniczych preferencji. Zaskoczyło mnie po prostu, że jest to literatura środka.
Jeśli chodzi o treść- opowiada o pisaniu książki przez białą dziewczynę i czarne pomoce domowe.
Dla niej jest to próba uporządkowania swoich uczuć po utracie swojej ukochanej niani- Constantine, dla Murzynek- środek walki o godność- są lata 60-te, rasistowskie uprzedzenia na amerykańskim Południu trzymają się mocno, a książka może stać się kolejnym małym krokiem rozmontowującym niesprawiedliwy system.
Fabuła przypomina nieco serial o wojnie "Czas honoru"- kobiety piszą swoją książkę w absolutnej tajemnicy przed członkami białego establishmentu. Wymaga to opanowania zasad pełnej konspiracji, wsypa grozi może niekoniecznie śmiercią, ale (zwłaszcza dla czarnych uczestniczek spisku), może się skończyć ciężkimi uszkodzeniami ciała.
Książka miała być z założenia podnosząca na duchu i dodająca skrzydeł, moim zdaniem jest jednak podszyta smutkiem- przed mieszkankami Południa, mimo wszystkich wysiłków, jeszcze wciąż długa droga do równouprawnienia.
Mimo wszystko polecam- mającym ochotę na solidną literaturę środka o niebanalnej tematyce.
Zdjęcie ze strony wydawcy.