Latem krążył łańcuszek o ulubionych czytadłach. Dzisiejszą notkę proszę uznać za aktualizację tej sprzed pól roku:).
"Świat jest teatrem" Borisa Akunina to 13. tom z cyklu Erast Fandorin,
który to cykl miał się już zakończyć na tomie 11-stym. Ale po nim
przyszły opowiadania ("Nefrytowy różaniec"), następnie Akunin jeszcze
raz się ugiął (zresztą trudno mu się dziwić, sprzedaje tyle tych
egzemplarzy, że każdy kolejny Fandorin to spory zastrzyk gotówki).
Wrażenia niestety bardzo średnie. Detektyw do tego stopnia nie w
formie, że aż momentami zastanawiałam się, czy ja aby nie czytam
Lackberg?
Ze Skandynawką o dziwo łączy tę książkę jeszcze jeden trop:
rozbudowana warstwa uczuciowo - obyczajowa, a to za sprawą faktu, iż
Fandorin pierwszy raz po kilku dekadach wreszcie się zakochał i to w
kim? W aktorce. Stąd też zamiast prowadzić śledztwo wzdycha i pisze sztukę dla ukochanej.
Mimo wszystko jednak polecam, gdyż ja się bawiłam całkiem nieźle, a to
za sprawą japońskiego asystenta detektywa - Masy i jego karkołomnych
prób mówienia po rosyjsku. No i się wydało, że śmieszą mnie żarty nie
najwyższych lotów.
"Jajko i ja" Betty Mc Donald to kolejna trafiona w dziesiątkę
polecanka młodej pisarki. Tlumaczenie na polski zawdzięczamy córce
Wańkowicza - Marcie i paradoksalnie - właśnie "Jajko" rzuca światło na
niejasne karty wańkowiczowego życiorysu. Jakiś czas temu przez blogi przetoczyla się dyskusja, czy Wańkowicz był czerwony, czy zaledwie różowy, jak równeiż czy wracając do PRL sprzedał się czy też nie. Jeśli ktoś się zastanawia,
czy do powrotu skoniły Mela względy ideowe, finansowe, czy też chęć powrotu
do szerszego obiegu czytelniczego, niech weźmie również pod uwagę
teorię drobiową.
Otóż pisarz w ciężkich czasach dorabiał sobie do wiecznie zbyt szczupłych tantiem
pracą na kurzej fermie. Po tym, jak dzięki Betty McDonald wiem już, jak
wygląda taka robota, nie dziwię się już że King wybrał wędzenie się w
spalinach w małym, naszpikowanym podsłuchami mieszkanku na rogu
Rakowieckiej i Puławskiej. Lepsze to, niż codziennie... wstawać z kurami:).
piątek, 22 lutego 2013
piątek, 8 lutego 2013
"Rozmowy polskie latem roku 1983" - J.M. Rymkiewicz
Złota czcionka za najbardziej mylący tytuł wszechczasów. Czego bowiem spodziewałam się po tej książce? Niekończących się i nudnych rozmów o Polsce z dużą ilością Adama Michnika w tle. Ten Michnik to dlatego, że przy okazji kolejnego procesu, który wytoczył Rymkiewiczowi, pisarz skarżył się, podając jako dowód właśnie "Rozmowy...", że w dawnych czasach obydwaj mieli takie pozytywne relacje.
Na szczęście peanów na cześć Michnika jest tu bardzo mało (jakby ktoś potrzebował więcej polecam wywiad z JMR w "Hańbie domowej"), dużo za to lata, słońca, ryb, grzybów, suwalskiej przyrody i litewskich (a może pruskich czy też jaćwieskich legend). Czyli po prostu - wakacje nad jeziorem w pensjonacie chętnie odwiedzanym przez literatów. Czasy sa nielekkie, trudno kupić buty, ale kto by się przejmowal niedoborami w zaopatrzeniu, skoro jest tak ciepło, a na kolację zawsze można sobie coś złowić?
Owszem, rozmowy o Polsce są, ale snują się one niespiesznie, wciągając w swój nurt literackie odpryski. Obowiązkowo - Mickiewicza (ostatecznie wokół "rozciągają się litewskie lasy, tak poważne i tak pełne krasy", wcale nie jest to chwyt retoryczny - Suwalszczyzna jest geograficznie częscią Pojezierza Litewskiego), ale także Singera. Postacie z legend przenikają do snów bohaterów (to dla miłośników realizmu magicznego). A Pan Mareczek piszę książkę, niemalże online, "Rozmowy..." powstały bowiem właśnie latem 1983. Książkę niewymuszoną i pełną uroku, która niniejszym polecam choćby jako dawkę fotonów na nadchodzące wielkimi krokami przedwiośnie.
środa, 6 lutego 2013
Pożoga - Zofia Kossak-Szczucka
Jest pewien zwrot, który jest w stanie wywołać atak paniki nawet u najbardziej zaprawionych w bojach blogerów książkowych. Na jego dźwięk natychmiast gasimy komputery, wyłaczamy telefon i zaczynamy unikać listonosza.
Polski debiut. Lektura wysokiego ryzyka. Także prawnego, gdyż zdarza się ostatnio, iż skrytykowani debiutanci straszą pozwami.
Pojawiają się głosy, że bezpieczniej stawiać w tej sytuacji na "autorów starej szkoły", zweryfikowanych przez upływ czasu i lata doświadczeń czytelniczych, wlasnych i cudzych. "Pożoga" Zofi Kossak wydawała się tutaj pewniakiem. Niestety - nie wzięłam pod uwagę, że nawet najlepszy pisarz kiedyś debiutuje.
Mistrzyni stylizacji pisze tutaj tak, jak wydawało mi się, że będzie pisać Rodziewiczówna - podniośle i z wykorzystaniem wszelkich możliwych kalek językowych. Sama zaś Rodziewiczówna z tego samego okresu (lata 20-ste: "Niedobitowski z przygranicznego bastionu") to gejzer ironii i sarkazmu. U Kossak-Szczuckiej straszą zaś lniane główki dzieci, westchnienia, achy i ochy. Tyle, jeśli chodzi o czytelnicze stereotypy.
Mimo wszystko warto jednak przebrnąć przez stylistyczne skamieliny, forma formą, ale liczy się przede wszystkim treść, a ta momentami frapuje i skłania do myślenia.
Zofia Kossak była żoną administratora jednego z wołyńskich majątków należących do Józefa Potockiego - Nowosielicy.
Na Wołyniu spędziła większą część swojego życia (jako dziecko przeniosła się wraz z rodzicami z Lubelszczyzny), tamteż była świadkiem wybuchu rewolucji październikowej i dwóch burzliwych lat, które nastąpiły potem, kiedy to Ukraina wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk: bolszewickich, niemieckich, a także ukraińskich spod kilku sztandarów.
Autorka stara się możliwie wiernie oddać przebieg wydarzeń, nie wybiega do przodu, nie umieszcza w tle informacji, którcych wówczas nei miała (na przykład na temat przebiegu frontów).
Jest to zapis końca świata, ale nie taki, jak byśmy się spodziewali. Moja oczekiwania w stosunku do tej książki zostały ukształtowane przez skojarzenia z Rzezią Wołyńską (1943). Tymczasem Szczucka pisze, że (przynajmniej początkowo), wydarzenia na Wołyniu były przede wszystkim zamachem na własność. Wcale nie miały też charakteru nacjonalistycznego (czyli w tym przypadku antypolskiego, a także, do pewnego stopnia antyżydowskiego). Dość powiedzieć, że słowo "pogrom" początkowo odnosiło się przede wszystkim do rabunkowych napadów na polskie dwory.
Jednak stopniowo sprawy zaczęły się wymykać spod kontroli, stopniowo rozkręcała się spirala przemocy.
Wiele tu także goryczy w stosunku do wojsk Piłsudskiego, którzy nie przyszli w porę z pomocą swoim rodakom.
Czy warto przeczytać tę książkę? Mimo zgryźliwego wstępu uważam, że tak. Polski rynek jest od 20 lat zalewany różnymi sentymentalnymi książczynami, ludzi którzy dawne kresy wschodnie oglądali co najwyżej na jakimś szkoleniu partyjnym. A tu przynajmniej mamy nie jakaś cienką podróbę, a oryginał.
środa, 16 stycznia 2013
Zofii Kossak podróże w czasie i przestrzeni ("Pątniczym szlakiem")
Wyprawa do Ziemi Świętej nie wymaga w tej chwili wielkich wyrzeczeń ani przygotowań organizacyjnych, tylko co najwyżej wzięcia tygodnia
urlopu i zarezerwowania około 2,5- 3 tysięcy zł. Z tym ostatnim może
być większy problem, ale nie oszukujmy się, nie jest to jakiś kosmos,
tylko suma zbliżona do średniej krajowej (oczywiście, jeżeli wierzymy w
te GUS-owskie wyliczanki).
W wersji turbo da się nawet "zaliczyć" Izrael w jeden dzień (w ramach wycieczki fakultatywnej z jednego z egipskich kurortów).
W
1933, kiedy w swoją podróż w kierunku bliskowschodnim wybrała się Zofia
Kossak, było w sumie podobnie. Podróż trwała wprawdzie 5 tygodni
(statkiem bądź pociągiem), ale skoro już człowiek ruszył się w tak
odległe rejony, przy okazji zwiedzało się Egipt, kilka greckich wysp,
Ateny, Stambuł... Dostępność cenowa? Chyba zbliżona. W skład ekipy
pielgrzymkowej z lat 30-stych wchodziło także kilka zamożnych
"farmerek". Różnica polegał chyba na tym, że po 5 tygodniowej wyprawie
autorce udało się napisac całkiem opasłą książkę. Tygodniowy urlop
wystarczy co najwyżej na kilka notek blogowych, a i to wtedy, gdy ktos
jest naprawdę zdolny.
Prawdziwa
różnica w sztuce podróżowania objawi się nam, gdy w początkowych
rozdziałach "Pątniczym szlakiem" przeczytamy sobie o średniowiecznych
pielgrzymkach. Droga do Ziemi Świętej mogła zająć pielgrzymowi całe
życie. Z jednej strony to atrakcyjna perspektywa - ruszasz w drogę i
nie wracasz, nie przejmując się robotą i przyszłą emeryturą. Z drugiej:
nawet, jeśli w średniowieczu istniałaby opcja emerytury rzadko kiedy
byłaby w ogóle brana pod uwagę, gdyż życie pielgrzyma miało spore
szanse zakończyć się przed czasem.
Książka
"Pątniczym szlakiem" jest pełna takich ciekawostek. Autorka, podróżując
na trasie Rodos-Aleksandria-Kair-Izrael-Stambuł-Ateny zgrabnie miesza
podróżnicze obserwacje, ciekawostki historyczne a także anegdoty i
zabawne dialogi podsłuchane od współwycieczkowiczów.
To całkiem przydatna lektura dla tych, którzy wybierają się w tamte
rejony, bądź też kiedyś je odwiedzili. Przewodniki często przytłaczają
nadmiarem informacji historycznych. Tutaj podane w rozsądnych ilościach
i literackiej formie same wchodzą do głowy. Jasne, że dla wielu osób
najważniejsza w miejscach kultu będzie ich historia biblijna, ale ich
losy od średniowiecza po początek XIX wieku takze bywały fascynujące.
Warto
porównać jak przeobraziły się opisywane miejsca przez ostatnie 80 lat.
Autorka podkreśla, że Ziemia Święta to miejsce, które potrafi się nie
zmieniać przez tysiąclecia. To, że z jakiejś studni korzystał np.
któryś biblijny patriarcha wcale nie musi byc legendą, gdyż kolejna
studnia znajduje się np. 100 km dalej. I rzeczywiście - czytając opisy
wiecznych zatargów między różnymi odłamami chrześcijan wokół Bazyliki
Grobu Pańskiego, czujemy się niemal jak w czasach wspólczesnych. To co
się zmieniło, poza tym, że przez te 80 lat wyrosło wokół nowoczesne
społeczeństwo żydowskie, które wówczas sprowadzało się do kilku
skupisk, nad Morzem Śródziemnym, to wypychanie chrześcijan
(Palestyńczyków). W latach 30-stych np. w Betlejem byli oni
większością. W tej chwili jest to miejscowość w 70-80% muzulmańska.
Jeśli
natomiast chodzi o miejsca na świecie, w których zmienia się więcej -
polecam migawki z Rodos pod panowaniem Mussoliniego i ze Stambułu
czasów Atatürka.
Znajdą się i takie miejsca, których już nie ma. Choćby POLSKO-rumuńskie
przejście w Czerniowcach, po którego przekroczeniu wyprawa już czuje
się, jakby była jedną nogą w domu. Tak się składa, że byłam kiedyś w
Czerniowcach. W tej chwili to ciągle miasto nadgraniczne, tyle, że to
już nie ta granica. (a po drugiej jej stronie, na rumuńskiej Bukowinie,
ciągle mieszka polska mniejszość). Dojazd z centrum Polski z postojem
na granicy w Medyce zajmuje w tej chwili jakieś 1-1,5 dnia. Z jednej
strony świat się skurczył i turystyczne destynacje są teraz łatwiej
dostępne, za to wiele miejsc zapada się jakby w czarną dziurę. Do
Czerniowiec dalej niż do Kairu? Na to wygląda.
Łyżka dziegciu w tej beczce miodu?
Otóż trudno powiedzieć o autorce, że jest otwarta na inne kultury.
Owszem, jeśli śą to kulury martwe (Bizancjum), bądż odległe (buddyzm),
to usłyszymy o nich jakieś ciepłe słowo. O tych bliższych nam zarówno w
czasie, jak i w przestrzeni - już niekoniecznie.
Ale mimo to - i tak polecam:).Źródła zdjęć: niedziela.pl, archiwum Allegro oraz czestochowa.pl. to ostatnie niespecjalnei a propos, ale mi się spodobało:).
środa, 9 stycznia 2013
I Ty zostaniesz emerytem: Jonathan Franzen i Muriel Spark oswajają ze starością
Na drugim biegunie mamy starzejących się rodziców, w tym chorego na parkinsonizm ojca. Niestety - manewr z wycofaniem dorosłych dzieci do roli nastolatków, sprawia, że to wcale nie jest książka o radzeniu sobie z chorobą i nieuchronnym odejściem bliskich, a raczej zapis wierzgania starych koni i bicia głowa w mur w wykonaniu siwowłosych seniorów.
Plusem jest stworzenie spójnego świata. Drugo- i trzecioplanowe postaci przewijają się w tle indywidualnych historii wszystkich członków rodziny.
Wyczuwa się też autorskie poczucie humoru, aczkolwiek mam wrażenie (nie znając oryginału), że część z niego zagubiła się w tłumaczeniu.
Największym minusem, przynajmniej dla mnie, była autorska skłonność do turpizmu. Gdzie tylko się da, autor dodaje do potrawy nieco sosu z ekskrementów i/lub płynów ustrojowych. Ja oczywiście rozumiem, że starość nie radość i człowiek musi wtedy czasem skorzystać z basenu bądź kaczki. Nie dziwi mnie także, że młodość nie wesele i czasem można poczuć potrzebę, żeby ostro się zeszmacić. Na każdy temat można jednak napisać z wyczuciem, tu go chyba jednak zabrakło.
Wybrane cytaty z książki w biblionetce.
Recenzja autorstwa młodej pisarki.
O tym, że można inaczej, przekonuje Muriel Spark w swoim "Memento mori". Opisanie przez nią staruszkowie także cierpią na liczne dolegliwości, ale dzięki temu, że autorka nie opisuje ich w każdym szczególe, można się skupić na fabule i docenić choćby jej zmysł obserwacji, dzięki któremu świetnie uchwyciła charakterystyczne detale zachowań seniorów. Jednocześnie udało jej się pokazać starość jako fenomen i swoistą tajemnicę, a nie nader nieestetyczny i budzący odrazę proces, który trwa zbyt długo. Zarówno dla młodszych bohaterów jak i dla czytelników. Pewnie zresztą taki jest właśnie cel tego ćwiczenia. w przypadku "Korekt". Wmówienie w odbiorców odrazy do starości.
W pojedynku Młody i Modny Autor Amerykański contra Nieżyjąca i Niezbyt Modna Autorka Brytyjska, wygrywa ta druga. Kiedyś muszę zorganizować kolejną rundę w wykonaniu którejś z nowych amerykańskich gwiazd powieściopisarstwa i jakiegoś zakurzonego Brytola/Brytyjki. Ciekawe, czy wynik będzie dokladnie taki sam:).
źródło obrazków: 1. lubimyczytac.pl; 2.bookboxoxford.wordpress.com
.
Etykiety:
franzen,
Muriel Spark,
obyczajowe,
USA,
Wlk. Brytania
czwartek, 3 stycznia 2013
"Przygody Pana Marka Hińczy" - J.I. Kraszewski
Kolejną JIK-ową lekturę zainspirowała oczywiście lista zakazanych pozycji literatury młodzieżowej z lat 50-tych. Na jednej z końcowych pozycji znalazły się właśnie "Przygody Pana Marka Hińczy". Jako, że dotychczas żyłam w przekonaniu, iż Kraszewski był autorem politycznie bezpiecznym i jedną z nielicznych dozwolonych alternatyw do powieśći produkcyjnych i "Krótkiego kursu historii WKP(b)", postanowiłam niezwłocznie zbadać sprawę, co takiego nieprawomyślnego jest w tej konkretnej książce.
Niestety sprawa nie jest dla mnie jasna.
"Przygody.. " to kolejna powieść łotrzykowska, której bohater niebezpiecznie przypomina Nikodema Dyzmę. Poprzednia przeze mnie przeczytana - "Kawał literata", traktująca o pewnym prawie analfabecie, który zrobił karierę na niwie poetyckiej, była nawet bardziej pomysłowa.
Tutaj mamy ograny schemat "od zera do milionera" drogą na skróty, delikatną satyrę na czasy stanisławowskie, krytykę szlacheckich wad (co w latach 50-tych powinno być bardzo na czasie).
Całość nawet przyjemnie się czyta, ale widać, że autora jednak nieco ograniczają jego dydaktyczno-satyryczne zapędy.
Dlaczego właśnie ta książka wpadła pod cenzorskie nożyczki?
Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to fakt, że mogła podejrzanie przypominać drogę życiową któregoś z partyjnych dygnitarzy. Zagadka ciągle niewyjaśniona, ale wszelkie teorie sa mile widziane:).
Niestety sprawa nie jest dla mnie jasna.
"Przygody.. " to kolejna powieść łotrzykowska, której bohater niebezpiecznie przypomina Nikodema Dyzmę. Poprzednia przeze mnie przeczytana - "Kawał literata", traktująca o pewnym prawie analfabecie, który zrobił karierę na niwie poetyckiej, była nawet bardziej pomysłowa.
Tutaj mamy ograny schemat "od zera do milionera" drogą na skróty, delikatną satyrę na czasy stanisławowskie, krytykę szlacheckich wad (co w latach 50-tych powinno być bardzo na czasie).
Całość nawet przyjemnie się czyta, ale widać, że autora jednak nieco ograniczają jego dydaktyczno-satyryczne zapędy.
Dlaczego właśnie ta książka wpadła pod cenzorskie nożyczki?
Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to fakt, że mogła podejrzanie przypominać drogę życiową któregoś z partyjnych dygnitarzy. Zagadka ciągle niewyjaśniona, ale wszelkie teorie sa mile widziane:).
środa, 2 stycznia 2013
Podaj dalej: rozstrzygnięcie
"W odbiciu" Jakuba Małeckiego wędruje do Immory, natomiast "Tort weselny" (po rezygnacji Książkozaura) do Pani Oli. Obydwie zwyciężczynie bardzo proszę o przesłanie adresów wysyłki:).
Subskrybuj:
Posty (Atom)





