środa, 2 marca 2016

"Stale w ruchu" - Oliver Sacks

Autobiografia znanego pisarza-neurologa była reklamowana z fanfarami zeszłego lata, jako gorąca nowość, gdzie autor, dotychczas dość powściągliwie dzielący się szczegółami swojego życia osobistego, nie dość, że dokonuje coming outu, to jeszcze dzieli się historia swojego uzależnienia narkotykowego. Człowiek jest niestety stary i głupi. Ogólnie lubie autora, niestety od dziś będę pewnei na jego kolejne ksiażki patrzeć przez pryzmat jego wyznań.
Niewątpliwie ciekawe opisy dorastania w kosmopolitycznej rodzinie, gdzie jakaś połowa kuzynów i powinowatych doczekała się swojego hasła w encyklopedii, a jednocześnie w cieniu ciężkiej choroby brata, która zatruła młode lata pisarza, zostały wyparte z mojej świadomości n.p. przez plastyczne opisy seksu po amfetaminie.
Ponieważ na starość postanowił się podzielić dokładnie wszystkim (z wyjątkiem detali związku z ostatnim partnerem), cieszę się, że autor nie prowadził nieco bujniejszego życia seksualnego.Gdyby tak było zapewne skończyłabym lekturę zupełnie siwa. A tak tylko mam ochotę zapaść się pod ziemię z zażenowania.

środa, 27 stycznia 2016

"Wyznania gorszycielki" - Irena Krzywicka




"Wyznania gorszycielki" reklamowane są zazwyczaj, jako prawdziwa historia kobiety, która w II RP była wrogiem publicznym numer 1 i niemal cudem uniknęła ukamieniowania. Slogan z epoki głosił "Chrońcie dzieci przed Krzywicką"; w latach 90-tych dziećmi już się nikt nie przejmował, nie takie gorszycielki oglądały w Bravo i jej autobiografia rozgościła się w plecakach co ambitniejszych licealistek. Zapomniana feministka, głosząca chyba jako pierwsza całkiem współczesne hasła (bo i prawami mniejszości seksualnych się zajmowała) została wyciągnięta z szafy i ponownie wtłoczona do świadomości Polaków. Metodą prostą - na malowniczość. Dużo lepiej przecież brzmi - przyjaciółka skamandrytów, dziewczyna Boya, kobieta spełniona, synowa Ludwika Krzywickiego (nieważne, że nikt w zasadzie nie wie, kim był Krzywicki, swoją ulicę w Warszawie ma;)), niż np. członkini PPS Lewica (później KPP), zwolenniczka eugeniki, założycielka kliniki aborcyjnej, polska Margaret Sanger. Ten drugi wariant brzmi jakoś mniej sexy.
Przyznam, że przeszłam przy tej książce przez wiele etapów - zachwyt nad ciekawostkami obyczajowymi i ostrymi sądami autorki o swoich współczesnych, konsternację i niedowierzanie przy opisach szczegółow funkcjonowania trójkąta Krzywickich i Boya, podziw nad konsekwencją z jaką pracowała na swój sukces wreszcie współczucie po stracie dziecka.
Potem przyszło otrzeźwienie. Gawędziarska swada Krzywickiej, jej znajomości i liczne barokowe detale jej żywota przysłoniło mi na chwilę to, dlaczego w zasadzie została wyciągnięta z cmentarzyska zapomnianych autorów. A zadecydowała tu moim zdaniem jednak jej działalność w dziedzinie inżynierii społecznej, czyli kontrola populacji, zarówno ilościowa (aborcja i antykoncepcja) jak i jakościowa (eugenika).
Wprawdzie Krzywicka opowiada, że punktem wyjścia był niby to los robotnic umierających przy pokątnych skrobankach bądź obciążonych jarzmem wielodzietności, ale jednocześnie przytacza swoje rozmowy z Ludwikiem Krzywickim, gdzie widać wyraźnie, że był to szerszy program, wcale nie spontaniczny; do tego mocno podbudowany teoretycznie.
Notabene, teściowi "gorszycielki" trudno odmówić bystrości - popierał ograniczenie liczebności uboższych warstw ludności, ale jednocześnie obawiał się, że techniki kontroli urodzin przede wszystkim dobrze przyjmą się w warstwie inteligenckiej... i w zasadzie miał rację. Trudno wprawdzie powiedzieć, czy w tej chwili istnieje w ogóle jakaś inteligencja, ale ci, którzy uważają, że do niej należą całkiem dobrowolnie stosują Politykę Jednego Dziecka (Maksymalnie Dwojga).
Zainteresowania Krzywickiej miały być niby prekursorskie oryginalne. ale jednocześnie przytacza, jak to starali się z Boyem o wydanie klasycznych na zachodzie książek z dziedziny eugenicznej, więc niby spontan, ale jednocześnie była to cześc większego ruchu, wcale nie tak marginalnego nawet i w Polsce. Dowiedziałam się na przykład, że Wiadomości Literackie Grydzewskiego wydawały dodatek dla zainteresowanych eugeniką "Życie świadome".
Skoro był taki dodatek, to musiał istnieć i rynek odbiorców na publikowane w nim treści.
Komu polecam? Miłośnikom modnych ostatnio tasiemcowych opracowań o dwudziestoleciu - książka Krzywickiej to jednak tekst źródłowy, w dodatku niezłej jakości, a nie jakieś tam popłuczyny. I tym, którzy slalomuja między pułapkami współczesności. Wszystko już było, a wiele modnych ostatnio tematów i pojęć to w zasadzie starocie z lamusa.


P.S. Powyższy tekst odleżał sobie rok w poczekalni. Pewnie dziś nie nadałabym mu takiego spiskowego tonu, ale minęło tyle czasu, że ciężko byłoby napisac go od nowa. 
Na fali po lekturze Krzywickiej przeczytałam jeszcze potem ciąg dalszy "Długie życie gorszycielki"  - reportażową książkę Agaty Tuszyńskiej o powojennych latach Ireny. To dla odmiany okrutna wiwisekcja starości - samotności, chorób i rozpadającego się życia osobistego. Po skończeniu jej człowiek ma ochotę wyrzucić nagromadzone po kątach poradniki o tym, jak żyć długo i zdrowo, bo perspektywa nie wydaje się bynajmniej zachęcająca. 
Tę książkę polecam, natomiast "Diabelski młýn" syna Krzywickiej - Andrzeja, po którym spodziewałam się innej perspektywy rodzinnej historii wynudził mnie setnie i wrócił do biblioteki ledwo napoczęty. To by był na tyle, jeśli chodzi o moją czytelnicze spotkania z rodziną Krzywickich.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Zofia Kossak - Wspomnienia z Kornwalii 1947-1957

Nowy Rok zastał mnie przy lekturze brytyjskich wspomnień Zofii Kossak. Zresztą - czytam je nadal, zwłaszcza uzupełniające książkę listy do dzieci.
Jeśli miałabym podsumować wyspiarskie memuary pisarki jak najkrócej, to jest to książka ze spiłowanymi kantami. Przygotowywana do publikacji w PRL dystansuje się od spraw trudnych w życiu pisarki, od kulis jej pobytu w Zjednoczonym Królestwie (choćby od problemów zdrowotnych męża), mamy za to wiele (zresztą urokliwych) historyjek z życia zwierząt, na czele z ukochanymi owcami, których psychologią jest wyraźnie zafascynowana oraz wiele ciekawostek z życia kornwalijskich farmerów. A ponieważ książka miała być opublikowana w gomułkowskiej PRL, autorka co chwila podkreśla dystans małżeństwa Kossak - Szatkowskich do polskiego środowiska emigracyjnego i wbija liczne szpileczki co bardziej znanym jej przedstawicielom.
Powtarzający się motyw to cierpienie, że swoją praca wraz z mężem budują Anglię, nie Polskę, wreszcie, że tyrając na farmie marnuje czas, który mogłaby poświęcić na pisanie książek. Jest tu trochę podlizywania się czynnikom opiniotwórczym w PRL, ale w jednym pisarka była szczera. Dylemat, czy lepszy na wolności kąsek byle jaki, czy w niewoli przysmaki rozstrzygnęła chyba pasja pisarska, którą na obczyźnie mogła realizować w sposób niedostateczny.

środa, 11 marca 2015

Sergiusz Piasecki: polsko-białoruska wojna o pisarza?

Sergiusz Piasecki, to człowiek o skomplikowanym życiorysie, który przez pierwsze ćwierćwiecze żywota kolekcjonował doświadczenia (jako żołnierz- ochotnik, przemytnik, szpieg), następnie przez kilkanaście lat (od 1926 do 1937) miał okazję je trawić pod opieką polskiego systemu penitencjarnego, po czym zabrał się za przelewanie ich na papier. Tak skutecznie, że jego napisany w więzieniu "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" stał się jednym z większych bestsellerów międzywojnia, a utalentowany więzień kilka lat przed terminem wydostał się na wolność. I pewnie pisałby sobie spokojnie dalej kolejne bestsellery, gdyby nie kolejna wojna, która znów zmusiła go do zbierania doświadczeń (tym razem w ZWZ-AK, między innymi przy tak niewdzięcznej funkcji jak wykonywanie wyroków śmierci sądu państwa podziemnego).

Ale już same początki życia pisarza nie są jasne. Funkcjonują sobie w najlepsze dwie daty urodzenia (różne o, bagatela, 2 lata - 1899 i 1901). No i kwestia przynależności narodowej - Polak, czy Białorusin? Wprawdzie tutaj klucza do potraktowania sprawy dostarcza Józef Mackiewicz (którego członkowie rodziny deklarowali się jako Polacy, Litwini a nawet Rosjanie), który najchętniej traktowałby wszystkich jako obywateli byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ponieważ jednak taka koncepcja jeszcze by wszystkich pogodziła, do dziś trwa spór o większość kresowych twórców.
Sam Piasecki dość uparcie deklarował, że był zrusyfikowanym Polakiem. Zrusyfikowanym na tyle mocno, że polskiego nauczył się dopiero w czasie dłuższego pobytu w więzieniu, czyli jako około 30-latek. Wcześniej miał jednak do czynienia z licznymi dialektami i gwarami. Znał białoruski (w mowie i w piśmie) oraz ukraiński (raczej biernie, potrafił w tym języku pisać i czytać).
W wojnie polsko-bolszewickiej brał udział jako członek korpusu białoruskiego.
W ankietach personalnych (opublikowanych w zbiorze Autodenuncjacja), podaje wielokrotnie, że ojciec był zrusyfikowanym Polakiem, narodowość matki (Klaudii Kułakowicz), pomija milczeniem, ale pisze, że wychowywał go wyłącznie ojciec. Tymczasem w wikipedii matka figuruje już jako Kławdia - białoruska chłopka.
Dlaczego tak czepiam się tej narodowości pisarza? Ostatecznie, przynajmniej, jeśli idzie o literaturę, naturę mam dość wielkoduszną, jeśli ktoś jeszcze chce się przyznać do Mickiewicza, to w zasadzie czemu nie, zresztą stosunki narodowościowe na kresach ciężko wymierzyć linijka (w spornych przypadkach najlepiej pewnie przyjąc formułę Mackiewicza i mieć to z głowy)?
Wszystko przez moją wizytę na ubiegłorocznych targach książki historycznej. Otóż największego stoiska nie miała tam wcale IPN wraz z licznymi mutacjami, czy jakieś duże polskie wydawnictwo, tylko Białoruska Izba Książki. Stoisko nie było jakoś bardzo oblężone, więc bez trudu skonstatowałam, iż króluje na nim
Сяргей Пясэцкі. Liczne wydania, twarde oprawy, eleganckie obwoluty z artystycznymi portretami autora. Aż bym sobie kupiła, gdybym miała miejsce na przechowywanie książek w celach kolekcjonerskich. Gdyż wydane przez LTW "Sergiusze" warstwą plastyczną jakoś nie porażają.
Trzeba przyznąć Białorusinom, że mają dobry gust. Bo kto królowałby na analogicznych zagranicznych targach na stoisku Polskiej Izby Książki?
No na pewno nie Piasecki. Trzymając się klimatów więziennych to może nudziarz Stasiuk, który kiedyś tam podobno był aresztowany, więc nosi tu palmę męczennika i czasem z niej korzysta. Innych nazwisk nie zaproponuję, choć ciśnie mi się pod klawiaturę cała litania kolejnych producentów literackiej waty.
Białorusini zaś przygarnęli pod swoje sztandary rasowego pisarza, nie jakiegoś producenta konfekcji. I chyba stąd pewne moje poczucie dyskomfortu. nasi sąsiedzi mają pewne prawo przyznać się do tego literackiego skarbu, więc bez żenady to robią. U nas zaś Piaseckiego wydaje niszowe wydawnictwo, a o szerszej promocji nie ma nawet mowy. Chyba szkoda.

Miał to być tylko wstęp do tekstu o książkach SP, ale poniewać nadmiernie się rozrósł- o książkach innym razem.
Tymczasem zapraszam na teksty Bazyla o trylogii złodziejskiej oraz Mery Orzeszko o "Żywocie człowieka rozbrojonego".

czwartek, 5 marca 2015

Autystycznie: Naoki Higashida



 The reason I jump/Dlaczego podskakuję - Naoki Higashida. 

Autor jest autystą i to bynajmniej nie z tych wysoko funkcjonujących. W momencie powstania książki nie był w stanie w pełni komunikować się za pomocą mowy, książkę "napisał" pokazując swojej matce kolejne litery na tablicy alfabetycznej. 
Gatunkowo to chyba reportaż, tyle, że z "innego świata", którego zazwyczaj "neurotypowi" nie potrafią rozgryżć. Obala kilka popularnych mitów - m.in. o braku empatii autystów. Prosto napisany, w formie FAQ, omawia wszystkie charakterystyczne zachowania chorych, z którymi żyją na codzień ich rodzice i terapeuci. A to, co można zrozumieć, łatwiej zaakceptować i ogarnąć organizacyjnie. 
Moje dominujące wrażenie? Wiedziałam oczywiście, że autyzm jest wynikiem "niestandardowego okablowania" mózgu. Ale dopiero Naoki Higashida pozwolił mi przez chwilę poczuć, co to w praktyce oznacza: być więżniem w ciele; odczuwać całą gamę uczuć, ale nie móc ich przekazać; chcieć się uczyć mimo trudności w skupieniu uwagi; ciągle borykać się z nadmiarem bodźców. I jednocześnie mieć bolesna świadomość, że dla swojego otoczenia, jest się najprawdopodobniej głównie utrapieniem (tyle, jeśli chodzi o ten mityczny brak empatii).
A czy są jakieś plusy tego stanu? Być może tak - wielka wrażliwość na bodźce zmysłowe i skupianie uwagi na szczegółach pozwala autystom w niezwykle intensywny sposób obcować z przyrodą. Moga też (niemal dosłownie) dotknąć nieba w trakcie pozornie niezbyt ekscytujacych czynności, takich, jak tytułowe skakanie.
Ten głos z "innego świata" przypuszczalnie nie dotarłby do nas, gdyby nie rodzice autystów. Poczynając od matki Naokiego, poprzez rodziców japońskich, którzy wyrobili książce renomę na swoim rynku, Davida Mitchella (autora "Atlasu chmur", a prywatnie również ojca autystycznego synka), który "Dlaczego podskakuję" przetłumaczył, opatrzył obszernym wstępem i udostępnił czytelnikom anglosaskim, skończywszy na rodzicach-dziennikarzach, którzy z całych sił promowali książkę. Często powtarzające się zdanie z ich recenzji to "Wreszcie moje dziecko do mnie przemówiło". Tyle, ze nie bezpośrednio, a ustami japońskiego nastolatka.
Wydawało mi się, że jest tylko kwestią czasu, kiedy jacyś rodzice doprowadzą do jej przetłumaczenia i wydania na rynku polskim. Rodzice dzieci niepełnosprawnych powiem mogą wszystko - także wygrzebać spod podlogi resztki sił i czasu, żeby ułatwić życie innym w tej samej sytuacji. Nie wiem, czy tym razem była to ich inicjatywa, czy może zadziałało popularne nazwisko Mitchella, w każdym razie "Dlaczego podskakuję" po polsku ukazało się wtedy, gdy je czytałam, albo ospale zabierałam sie do napisania tej notki.

Książka bardzo ceniona przez rodziców dzieci z ASD i pewnie głównie oni po nią sięgną, ale gdybyście przypadkiem uznali, że chcecie odrobine poszerzyć swoja wiedzę o autyzmie i ciągnęłoby was w stronę jakiegoś popularnego czytadła, proponuję skręcić z tej drogi i zapoznać się z Naokim. Przynajmniej będzie krótko i na temat, a prawdziwie.

piątek, 20 lutego 2015

Moje trzy żony - Roger Vadim

Roger Vadim (tak naprawdę Wadim Plemiannikow) urodził się w 1928 roku, w rodzinie rosyjsko- francuskiej. Ojciec był białym emigrantem (rzekomo także arystokratą i potomkiem Czyngis Chana), który jakoś potrafił wkręcić się do francuskiej służby dyplomatycznej, matka zaś - feministką z silnym dążeniem do niezależności. Przydało się ono, gdy papa Plemiannikow przedwcześnie opuścił ten padół, a jej przyszło zdobywać środki na utrzymanie dwójki dzieci. w sposób często oryginalny, prowadziła na przykład schronisko młodzieżowe w górach.
Młody Vadim dorastał w przekonaniu, że nic nie jest dane na zawsze, okazje trzeba łapać w lot, a poza tym ... raz się żyje. Łapał więc kolejne promocje zawodowe i życiowe. Gdy czyta się jego notkę w wikipedii nie wiadomo, która część jest bardziej rozbudowana: zawodowa czy prywatna (5 żon i 5 wielotetnich partnerek, zazwyczaj sławnych).
Potrafił też budować swoją legendę. Tekst o Czyngis Chanie sprzedał rodzicom Brigitte Bardot, gdy jako dwudziestoparoletni asystent reżysera chciał uzyskać ich zgodę na "legalne" spotkania z piętnastolatką, z która już wtedy zresztą ukradkiem sypiał.
Klejnotem w koronie jego legendy był jednak to, ze on, tymi ręcami odkrył i wylansował trzy megagwiazdy - Bardot, Deneuve i Fondę. Przesada, choć nie oznacza to, że nie próbował.
Co do Bardot - zgoda. Była adeptka baletu i okazjonalną modelką. Już jako żona Vadima zaczęła grać w filmach. Jej pierwszy wielki przebój (film Vadima) "I Bóg stworzył kobietę", de facto zakończył ich związek.
Catherine Deneuve - zaczęła spotykać się z Vadimem (wówczas 35-letnim), jako 17-latka. Pochodziła z filmowej rodziny - aktorką była już jej siostra (przedcześnie zmarła Francoise Dorleac) i matka. Ojciec zarabiał na życie jako producent filmowy. Owszem, zaczynała grać pod skrzydłami Vadima, tyle, że ich wspólne filmy zrobiły klapę.
Jane Fonda – nie wiadomo, czy córce hollywoodzkiej legendy – Henry'ego Fondy, potrzebny był do czegokolwiek europejski reżyser. Zwłaszcza, że własną pozycję budowała krok po kroku i nie tylko na polu aktorskim, lecz i politycznym.
Tak więc z tą legendą star-makera to lekka przesada. Nie zmienia to faktu, ze z wszystkimi tymi trzema paniami był w dość długich związkach, z dwoma z nich miał dzieci (z Bardotką, wyprzedzając o kilkadziesiąt lat trendy, wychowali wspólnie jedynie psa). Towarzystwo brylujące w tej chwili na portalach pudelkopodobnych w kraju i za granicą może mu jedynie pozazdrościć wyników, wiedząc, że nigdy podobnych nawet nie osiągnie. Nie te czasy i nie takie gwiazdy.
Wracając do książki - czy warto brać się za lekturę?
Jak najbardziej: po pierwsze: przenosimy się do złotej ery kina, gdy królowaly tam kobiety z biglem, a nie jakaś tam wyłupiastooka Reese Witherspoon.
Po drugie Vadim (czy też jego ghostwriter) całkiem sprawnie posługuje się piórem i ma niezłą pamięć do szczegółów.
Po trzecie: szczerość - reżyser bynajmniej się nie wybiela i nie udaje np. monogamisty seryjnego. Fakt, nie mam w nim specjalnego poczucia winy, że może późniejsze problemy Bardotki z facetami to częściowo jego zasługa. Albo, że do rozwodu z Fondą przyczynił się fakt, że zmuszał ją do brania udziału w zamianie żon z Denisem Hopperem i udziałem w licznych wielokątach. Ale przynajmniej tych faktów nie ukrywa a wnioski można sobie wyciągnąć samemu.

Podsumowując - ja tam polecam. Lepsze to, niż czytanie o jakimś wymyślonym Greyu, a przynajmniej nie ma pentyliona niezdarnych opisów szczegółów anatomicznych.

Uwaga: na nieco bardziej szczegółówe omówienie ploteczek z książki i garść zdjęć zapraszam tutaj:

Zdjęcie: amazon.de


piątek, 6 lutego 2015

Listy do matki - Antoine de Saint-Exupery


Sporo się dowiedziałam z tego zbioru listów autora "Małego księcia". Pochodził z arystokratycznej (choć pewnie zubożałej) rodziny, połowa jego rodziny miała własne zamki. Liczne rodzeństwo także było utalentowane, niestety dwójka z nich przedwcześnie zmarła. Nastolatek Francois (zmarły na kardiologiczne powikłania reumatycznego zapalenia stawów) w ostatniej woli przekazał swojemu bratu rower, Marie Madaleine debiutowała równolegle z Antoinem, niestety - wydała tylko jedną książkę, zabiła ją gruźlica. Matka (od jakiejś jabłoni te jabłka ostatecznie pochodziły) była uznaną w swoim czasie malarką. Wreszcie Simone – starsza siostra zajęła się pracą naukową, ale podobno jej wspomnienia są nader ciekawe. Jedynie najmłodsza – Gabrielle, jakoś nie za bardzo wyżywała się artystycznie, pewnie dlatego, że wczesne zamążpójście, gromadka dzieci i rola “pani na zamku” (oczywiście), nie pozostawiło jej zbyt wiele mocy przerobowych.
Rodzeństwo de Saint Exupery
Antoine odebrał wykształcenia raczej humanistyczne, zemściło się to, gdy próbował się dostać do Szkoły Morskiej. Mimo kilku lat spędzonych w szkole przygotowującej do tejże i stosu wydanych na jego edukację franków, w końcu nic z tego nie wyszło. Pod koniec I wojny światowej wstępuje do wojska z zamiarem odbycia przeszkolenia lotniczego i to mu się udaje. Tu zaczna się historia, którą być może konsumenci popkultury i lektur szkolnych cześciowo kojarzą. Poczta lotnicza we francuskiej subsaharyjskiej Afryce, zbudowanie od podstaw Aeroposta Argentina, małżeństwo z “różą” (chimeryczną Consuelo). Druga wojna światowa, gdzie trochę powalczył piórem, a potem postanowił jednak przesiąść się na samolot (choć, już nawet ze względu na wiek, nie musiał). Wreszcie do dziś niewyjaśnione zaginięcie w czasie lotu nad Morzem Śródziemnym (w 1944).
Mimo wszystko trochę jednak żałuję przeczytania tych listów. Korespondencja z matką bywa czasem bardziej wstydliwa, niż z kochanką i to jest chyba ten przypadek. Wyboru dokonywała sama rodzicielka Antoine'a, nieproporcjonalnie dużo listów przypada na lata szkolne i początki pracy zawodowej (do roku 1923/24) i tam niestety, przyszłemu wielkiemu pisarzowi co raz wychodzą krótkie spodenki spod garnituru. Mama wykropkowała podobno co bardziej osobiste uwagi, ale kończącą niemal każdy list mantrę “przyślij pieniądze, mamusiu”, jednak zostawiła. Wprawdzie niemal naocznie widać, że Antoine dojrzewa, zaczyna bardziej chronić matkę, niż dociążać ją swoimi nastrojami, ale pewien dysonans w mej czytelniczej duszy pozostał. Jakoś nie rzuciłam się z zębami i pazurami, żeby odrobić zaległości w lotniczej prozie Saint-Exupery'ego. Boję się, że gdzieś mi zaświecą jego krótkie spodenki.
P.S. Być może nieco światła na układy Antoine' a z matką rzuciłoby umieszczenie w zbiorku także listów matki do syna?

Nieco więcej o rodzinie de Saint-Exupery:

Zdjecia: 1. empik.com; 2 gatsbyonline.com; 3. goodreads.com

poniedziałek, 2 lutego 2015

Niebo w płomieniach, Jan Paradowski


Historia dorastania pewnego 17-latka z Lwowa (przed pierwszą wojną światową). Motyw przewodni to utrata wiary - średnio fascynujące są jednak te nastoletnie kryzysy, choć miewają skutki na całe życie.
Mam wrażenie, że od tego czasu nauka religii w szkołach poszła mocno do przodu i rozprawiła się z większością kwestii, na których poległa wiara Teofila Grodzickiego. Pamiętam np, ze jeszcze w podstawówce wałkowaliśmy temat, dlaczego teoria Darwina nie jest sprzeczna z wiarą w Boga. 
Kolejne deja vu to “książki zbójeckie”, nadal są, choć co sezon jest modne co innego. Ja w wieku bohatera natknęłam się na Kosidowskiego, teraz na czasie jest Dawkins i jego liczne mutacje (w tym takie adresowane do nastolatków). Nie trzeba się już specjalnie wysilać, żeby zostać ateistą w weekend. Sto lat temu nie było to jednak takie proste, zwłaszcza dla gimnazjalisty. Wówczas, co budzi w tej chwili nawet pewien szacunek, trzeba się było trochę napracować nad zbudowaniem nowego światopoglądu. O dziwo większy nacisk niż od rodziny szedł ze strony szkoły. Trzeba było przewalić sporą ilość zakurzonych tomów autorstwa różnych racjonalistów, żeby dać skuteczny odpór zaprawionemu w słownych potyczkach księdzu katechecie. Zastanawiam się, czy Parandowski jednak to nie przesadził. Siedemnastolatek, który na rok niemal odcina się od świata, żeby zbudować swoją nową wiarę/niewiarę? Bo tak należy ten nowy światopogląd traktować, pod koniec następuje nawet dość szczegółowe jej wyznanie (ze stwierdzeniem, że wierzy w atomy, no cóż). I chodzi tu o zwykłego siedemnastolatka, nie żadnego ekscentryka - średnio pilnego ucznia,  interesującego się dziewczynami. Coś mi się tu nie składa
Całość ratuje tło - czyli Lwów. Z przyjemnością teleportowałam sie znów do tego cudownego miasta w latach jego świetności. W realu pewnie nieprędko je znów odwiedzę, tu mogłam się rozkoszować lwowskimi spacerami do woli. Nawet, jeśli towarzyszył mi w nich irytujący Teofil Grodzicki.

Źródło zdjęcia:lubimyczytać.pl

wtorek, 9 września 2014

Morituri - J.I.Kraszewski

"Morituri" to kolejna JIK-owa satyra na upadek arystokracji. Biorąc pod uwagę, iż tytuł oznacza "idący na śmierć", zaczynam podejrzewać autora o ciągoty kryptomarksistowskie:). Także jeśli chodzi o treść autor nie żałował sobie elementów dydaktyczno-agitacyjnych. Książęca rodzina Brańskich musi z własnej winy nie tylko zubożeć, ale i stanąć na krawędzi biologicznej eksterminacji. Chyba jednak wady arystokracji nie mogły być az tak ciężkie, a wychowanie młodzieży aż tak niepraktyczne, jak to nam przedstawia nasz mistrz pióra, gdyż większość wialkich rodów jakoś nie wygasła, mimo skrajnie niesprzyjających warunków, choćby na wczesnych etapach wprowadzania komunizmu w PL. Co więcej - radzą sobie z reguły nieźle a jak bida przyciśnie, to nie wzdragają się przed ręką nuworyszy z kręgów biznesowych. Pecunia non olet.
Wracając do książki - mam wrażenie, że przez swoja konsekwencję w kamieniowaniu arystokracji, JIK zarżnął zupełnie nieźle zapowiadającą się obyczajówkę. Szkoda. W tej sytuacji polecić mogę chyba tylko tym, których denerwują lansujący się po kolorówkach "księżna" Dominika Lubomirska z Kulczyków i "książę" Michał Czartoryski z Niemczyckich (ach, przecież faceci raczej nie zmieniają nazwisk, przynajmniej na razie).

A teraz garść cytatów czytelniczych, zdecydowanie nie dla miłośników akcji Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka i pokrewnych.

"Czytał książę Robert wiele, ale czytanie było dla niego rodzajem rozrywki raczej, niż nauką poważną. Czytal bez wyboru, zmieniając treść, szukając kontrastów, biorąc i rzucając dzieła najróżniejsze, choć bez książki wytrwać nei mógł i nie umiał. Rzekłbyś, że się nią jak opium tylko upajał, aby o życiu i ciężarach jego zapomnieć." [1]

" Ale cóż się stało? Co tak pilnego? Zmiłuj się - zakrzyknął z łoża Gozdowski. - Budzisz mnie, gdym dopiero od godziny usnął. (...) wziąłem do ręki nową powieść pani Sand (...) i zaczytałem sie do rana.

A po co czytasz powieści? Po co? - rozśmiał się Zenon - będąc plenipotentem i mając o ósmej rano pokój pełen ekonomów(...). [2]

[1] Morituri, J.I. Kraszewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1986, s. 51
[2]tamże, s. 47

Zdjęcie: lubimyczytac.pl

wtorek, 2 września 2014

Hurtownia książek - Le Callet, Sienkiewicz, Amiradżibi

Zapowiadałam w poprzednim poście kilka książek, ale jak zwykle, znalazło się jeszcze trochę zaległości:).

 Ballada Lili K - Blandine Le Callet. 
Autorka "Tortu weselnego" mocno mnie zaskoczyła. Zamiast kolejnej satyrycznej obyczajówki - antyutopia z książkowym wątkiem w tle. Mam wrażenie, że historii rozgrywających się w bliskiej przyszości nigdy dość, bo niestety czarne przepowiednie autorów sci-fi lubią się sprawdzać. 
W pakiecie także niełatwy do przetrawienia wątek o miłości dziecka do nader patologicznej matki. Zachęcam:).




Henryk Sienkiewicz - Bez dogmatu
Wyjątkowo wkurzający główny bohater, ma się ochotę go kopnąć (wiadomo w co) i patrzeć, czy daleko poleci. Sienkiewicz przeniósł mnie w czasy sprzed 10-15 lat, kiedy to z kolezankami roztrząsałyśmy kolejne ciężkie przypadki związkofobów i innych facetów nieadekwatnych. Jak się okazuje - nic nowego pod słońcem, a kryzys męskości nie jest wcale wymysłem XXI wieku. Książka zdecydowanie do odkurzenia i odkrycia na nowo.





Helena Amiradżibi - Moja filmowa Moskwa
Gruzińska książniczka, radziecka dokumentalistka, żona polskiego filmowca. Z zamiłowania ciuchomanka - o tym, że jej losy na stale związały się z Polską zadecydował czerwony amerykański sweter. Zawartość swetra nie była już taka ważna. Do tego kobieta obdarzona jest takim talentem gawedziarskim, że ja bez pytania poszukam pozostałych części jej wspomnień.


Zakupione na wyprzedaży w bankrutującym wydawnictwie TRIO. Więcej szczegółów o książce (a tym skany) w notce blogowej znajomej
A tu o wydawnictwie i wyprzedaży.

poniedziałek, 1 września 2014

Żółwim krokiem w nowy rok szkolny

Właśnie wróciłam z podwójnego rozpoczęcia roku. Klasa druga - trzy klasy, minuta ciszy dla uczczenia września '39 i patriotyczny program artystyczny, normalnie jak za PRL. No i matka jednego z uczniów, która przyjęła na dwa tygodnie rodzinę z Ukrainy i postanowiła się podzielić z innymi rodzicami wiadomościami trochę innymi niż w naszych mediach, bardzo a propos przy okazji rocznicy wybuchu wojny.
Klasa I - pięć oddziałów zadeptujących się maluchów, burmistrz z przylepionym uśmiechem na wizytacji i program artystyczny o literkach i pożegnaniu przedszkola. Nikt nie ma siły na rozmowy o czymkolwiek (temat darmowego podręcznika wywołuje tylko westchnienia), tylko stara się sfilmować swoją pociechę. Czy to aby na pewno ta sama szkoła?

To by było na tyle, jeśli chodzi o wakacje.

Czytelniczo specjalnie nie zaplusowałam. Ani nie zgłębiłam psychiki Putina, ani żadnego z bestsellerów o Powstaniu Warszawskim (ale to akurat pewnie nadrobię, temat coraz bardziej mnie pociąga, także z powodów osobistych).

Za to wreszcie przeczytałam "Wyznania gorszycielki" Krzywickiej (jeszcze dziś mnie telepie, jak myślę o autorce), kolonialne i wojenne wspomnienia Roalda Dahla (Going solo, czy ktoś ma moze cześć pierwszą?). Pozostając w klimatach kolonialnych - zapoznałam się też z Paulem Scottem. W serii KIK wydano jego "Kwartet aleksandryjski" i juz wiem, że muszę się na niego zaczaić. Tymczasem zas przeczytałam "Tych, co pozostali" i gorąco polecam.

Pozostańcie na linii:).

piątek, 25 lipca 2014

Hurtowna książek - Obertyńska, Suworow, Toyah, Czajka, Chmielewska

Tak to już jest, że zawsze, kiedy nadchodzą wakacje, mój blog zamiera.  w tej chwili nawet jestem w domu, ale od 2 tygodni od powrotu znad morza, jakoś zawsze znajdowały się ważniejsze sprawy, choćby pranie. Większość książek z dzisiejszej hurtowni to jeszcze czerwcowe archiwalia, dlatego, choćby na to zasługiwały, raczej już nie napiszę o nich więcej.


Kto się boi angielskiego listonosza - Krzysztof Osiejuk (Toyah). 

Nauczyciel angielskiego o pułapkach nauki języka, niektórych zagadnieniach gramatycznych, przed którymi polscy uczniowie drżą jak liście, problemach z wyborem  wybory szkoły językowej lub korepetytora.
Najbardziej chyba dla tych, którzy angielskiego się boją, nie rozumieją, dlaczego od lat nie mogą się go nauczyć lub chcą podszkolić językowo swoje dzieci.

Myśl przewodnia "Listonosza" jest miej więcej taka: nauka angielskiego to duży biznes, więc żeby przytrzymać klienta, jest w interesie szkoły językowej/ wydawcy podręczników, jest uczyć tak, żeby delikwent nigdy nie osiągnął stanu biegłości. Autor podpowiada, jak wyrwać sie z tego błędnego koła.
Ale jeśli przypadkiem uważacie, że akurat Wam się to już udało, też polecam. Ja na przykład dowiedziałam się, że robię koszmarne (i typowe dla Polaków) błędy w wymowie i podejrzewam, że w swoim czasie Brytyjczycy, z którymi miałam kontakt, musieli mieć z rozmów ze mną niezły ubaw.



GRU - Wiktor Suworow. 

Książka o historii, strukturze i sposobie działania radzieckiego (a teraz i rosyjskiego) wywiadu wojskowego. Temat ważny (zwłaszcza, że GRU działa w najlepsze dalej, nawet rozwija nowe metody, jak np. wojna informacyjna), ale całość, w porównaniu z innymi "Suworowami" sucha jak wiór.
Pora chyba sięgnąć po coś na temat polskich przedłużeń tego "długiego ramienia Moskwy", to dopiero będzie grząski teren.







Córka Czarownicy na huśtawce - Izabela Czajka Stachowicz

 - czyli co by było, gdyby Pippi Langstrumpf nie urodziła się w rodzinie kapitana Efraima Pończochy, ale zwykłego Wilhelma Szwarca z Sosnowca. Pierwszy tom wspomnień autorki, późniejuszej muzy skamandrytów i Witkacego, pierwszej mitomanki  II RP, podobno w większości zmyślone, ale co tam. Jako lektura na lato doskonałe.






Zwyczajne życie- Joanna Chmielewska. 

Powtórka (cykl Tereska i Okrętka). Jakoś mnie te przygody dwóch nastolatek na tropie przemytników i waluciarzy nie porwały. To chyba przez lekki dydaktyczny smrodek, jakim Chmielewska okadziła swoje dzieło (zwłaszcza zagadnienie wyboru partnera życiowego). Czyżby leżało jej na sercu, żeby młode czytelniczki miały mniej skomplikowane życie osobiste, niż ona sama?





W domu niewoli - Beata Obertyńska 

- wspomnienia z lat 39-41 na terenie ZSRR. Od wkroczenia Sowietów do Lwowa we wrześniu '39 (ten okres potraktowany raczej marginalnie). Od aresztowania w lipcu 1940 zapis staje się drobiazgowy i niemalże dokumentalny. Autorka stara się wspomnieć (jeśli to możliwe z nazwiska) o niemal wszystkich współtowarzyszach niedoli, szczegółowo notuje więzienne i obozowe menu, warunki bytowania, rozkład dnia pracy. W przeciwieństwie do Herlinga Grudzińskiego, który w "Innym świecie" próbował swoje przeżycie kaoś uogólnić, Obertyńska stawia na detal. I z tych tysięcy poukładanych kamyków wyłania się spójny obraz. 
Niby autorka nie przeżyła najbardziej ekstremalnej wersji polskiego losu, jaki mógł się stać jej udziałem w tamtym czasie i miejscu (na przykład tylko miesiąc była w łagrze i to latem). Mimo wszystko, lektura książki dosłownie mnie rozszarpała, a gdy ją zamknęłam, moim pierwsze skojarzeniem był taniec śmierci. Nie będę sprawdzać, jaka jest prawna definicja ludobójstwa, ale akcja "przesiedleńcza" Polaków w 1940 była ludobójcza, jeśli nie formalnie, to faktycznie. Choć czasem było to ludobójstwo na raty, w białych rękawiczkach i "z przyczyn naturalnych".









Zdjęcia 1 toyah.pl; 2. empik.com, 3. kormoran.sklep.pl, 4. ksiazkowodolne.blogspot.com, 5. taniaksiazka.pl

środa, 18 czerwca 2014

Żukow - cień zwycięstwa - Wiktor Suworow.



Suworow postanowił w któryms momencie chyba przebić ilością opublikowanych tomów Barbarę Cartland, bo jakas połowa książki to tak nieznośne wodolejstwo, że nawet jego gawędziarski styl autora nie zapobiega atakom ziewania. Wygląda to mniej więcej tak - cytat z autobiografii Żukowa, troche natrząsania się z "geniusza strategii" i konfronttacja z innymi źródłami.
Jak już zaczyna się robić trochę ciekawiej, autor odsyła do kolejnego tomu.
W tym gąszczu łatwo zagubić sedno sprawy, a mianowicie takie, że oficjalna biografia słynnego marszałka ZSRR jest w większości sfabrykowana, składa się z cudzych sukcesów i pomija nader liczne porażki. Okazuje się, że jedyne, w czym generał był naprawdę dobry, to przelewanie krwi swoich żołnierzy, bez drgnienia powieki.
Niepostrzeżenie wychodzi z tego opowieść o mocy propagandy i tworzeniu historycznych mitów.
Pozostajemy przy okazji z pytaniem - ile takich mitologicznych postaci funkcjonuje w naszych dziejach? Na ile nasza wiedza historyczna ma jakiekolwiek oparcie w faktach?



piątek, 13 czerwca 2014

Hurtownia książek - podróże po Polsce wehikułem czasu

Zupa na gwożdziu - Melchior Wańkowicz. 

Zbiór artykułów prasowych wygrzebanych spod podłogi. Może to i dobrze, że to drugi sort, bo Wańkowicz tym razem nie zabija epatowaniem erudycją i pokazywaniem swojego ego z każdej strony. Świetna lektura do wanny i autobusu. O Warszawie, emigracji, wojnie, literaturze i filmie. A zza tego wyłania się gdzieś postać starzejącego się pisarza, udręczonego życiem w Warszawie na rogu Puławskiej i Rakowieckiej (pod rurą wydechową i w hałasie tramwajów), któremu nawet jeden z nielicznych w mieście Mercedesów jest w stanie życia osłodzić.


Małżeństwo niedoskonałe, Rozwód niedoskonały, Miłość niedoskonała - Krystyna Nepomucka

Cykl Nepomuckiej okupuje w mojej bibliotece regał z romansami, tymczasem, przynajmniej w początkowych tomach, bliżej mu do sagi rodzinnej. Zbiorowym bohaterem jest rodzina o korzeniach wołomińsko-krakowskich, zamieszkała na warszawskim Powiślu i nieustannie oscylująca między lumpenproletariatem a inteligencją. Oscyluje zresztą raczej w kierunku tego pierwszego, a to ze względu na alkoholizm ojca, ale mimo to nie dają się. Ich orężem w walce o lepsze jutro jest optymizm, zadziorność, skłonność do hochsztaplerstwa i poczucie humoru.

Tom pierwszy to w zasadzie poradnik, jak radzić sobie w sytuacji ekstremalnej biedy. Drugi przynosi niespodziewane spojrzenie na wojnę. Okazuje się, że dla ludzi z nizin społecznych niekoniecznie była tragedią, czasem wręcz życiową szansą. Zburzenie dotychczasowej struktury społecznej pozwalało "ustawić się" na nowo. Na przykład głowna bohaterka może skończyć studia medyczne na tajnych kompletach, co kilka lat wcześneij było dla niej niemożliwe z powodów finansowych.
Trzeci tom ("Samotność niedoskonałą"), czytałam jeszcze w wakacje, tu napiszę tylko, że dotyczy on okresu "utrwalania władzy ludowej", tutaj rodzina jest na najlepszej drodze do zostania lokalnymi baronami partyjnymi na ziemiach odzyskanych. Niestety - tradycyjnie okazuje się, że "spirytus zmywa politurę".
A w czwartym tomie mamy wyprawę do Anglii lat 50-tych i wiwisekcję polskiego środowiska emigranckiego.

W sumie cykl "niedoskonały" to zabawne ksiażki o nieciekawych sytuacjach życiowych i trudnych czasach. Polecam:).

Zdjęcia: antykwariat-5d.pl; allegro.pl

wtorek, 20 maja 2014

Królobójcy - Wacław Gąsiorowski

Pisana z pasją i na gorąco publicystyka historyczna z 1905 - o losach panujących w Rosji (od Iwana Groźnego do Mikołaja II), którzy nader często rozstawali się ze światem w sposób daleki od naturalnego. 
Do wybuchu rewolucji pażdziernikowej była hitem na skalę europejską: przekłady, pirackie wydania, autografy i mdlejące fanki. Gąsiorowski wyciągnął na światło dzienne wiele tematów tabu rosyjskiej historii, które zazwyczaj zamiatano pod dywan - skandale seksualne, przypadki zabójstw lub śmierci w niejasnych okolicznościach licznych panujących, wreszcie okrucieństwa caratu.
Po 1917 jednak karta historii się odwróciła, katedry uniwersyteckie przejęli czerwoni zwycięzcy i to, co w 1905 miało posmak sensacji stało się banałem. W dwudziestoleciu międzywojennym niedawny megahit miał tylko jedno wznowienie w Polsce.

Czy warto po nią sięgać teraz? Moim zdaniem tak. Dzięki sensacyjnej tonacji historia Rosji sama wchodzi do głowy (mi na przykład przestali mi się mylić efemeryczni carowie między Piotrem I a Katarzyną II). A autor wcale nie poprzestaje na tematyce kto z kim, kiedy i ile razy, pobieżnie omawia wszystkie punkty węzłowe historii imperium.

Drugi powód to solidna porcja wiedzy na temat terroru w Rosji drugiej połowy XIX wieku, liczne szczegóły na temat zamachów. Już chyba wiem, dlaczego Raskolnikow musiał zabić lichwiarkę - taki wtedy panował klimat.

Co nietypowe - książka wcale nie jest napisana z polskiej perspektywy, Polakom poświęca autor mniej więcej tyle uwago co np. Finom. Pewnie to jedna z przyczyn jej europejskiej popularności sto la temu.





piątek, 16 maja 2014

Hurtownia książek - nowa dostawa.

Czas leci, książek przeczytanych przybywa, tylko na blogu posucha.
Aby nie dopuścić do zastoju - kolejna hurtownia zmajstrowana ze ścinków z Facebooka, gdzie w tym roku pracowicie odnotowuję wszystkie lektury w grupie 52 książki.

 "Złota Mucha" - Joanna Chmielewska

Chmielewska, kobieta wielu pasji tym razem próbuje zarazić swoją miłością do bursztynu (uważajcie, skutecznie:)) i to niekoniecznie takiego w formie biżuterii. Widać, że autorce nie są obce i techniki połowu i podstawy obróbki. Kusi mnie, żeby zaopatrzyć się w podbierak i wędkarskie kalosze i ruszyć na Mierzeję Wiślaną ... w listopadzie. Acha - tak w ogóle "Złota Mucha" to kryminał. Ale tym razem kompletnie nie ważne, kto zabił. Liczy się bursztyn. 
Taki jak ten.


"Kapelusz cały w czereśniach" - Oriana Fallaci

Urocze, aczkolwiek szkoda, że autorka nie zdążyła jeszcze trochę podszlifować tego diamentu. Bo nieco za duży!
Ta 800 stronicowa książka to cztery najciekawsze historie rodzinne z domowego archiwum pani Fallaci. Ponieważ rozgrywają się one w latach 1780-1890, autorka nie bazowała tylko na ułomnej przecież pamięci swojej i swoich bliskich, tylko podparła się dziennikarsko-historycznym śledztwem. Dowiadujemy się niemal wszystkiego nie tylko o jej rodzinie, ale tez o tzw tle - ówczesnej modzie, wynalazkach i cenie jaj w skupie. Moim zdaniem z tym tłem nieco przedobrzyła, zwłaszcza w dwóch ostatnich opowieściach, których z uwagi na chorobę nie zdążyła już sama zredagować. Ale mimo to polecam:). Na przykład przed podróżą do Toskanii. Przynajmniej będziecie wiedzieli, kto stąpał po tych samych kamieniach, o czym marzył i ... jak był ubrany:).


"Nowe Kłopoty z historią" -  Piotr Gontarczyk

Artykuły prasowe z lat 2006-2008, mocno osadzone w źródłach IPN. Min. o prof Baumanie, Reich- Ranickim - niemieckim papieżu krytyki literackiej a także o rosyjskim programie szkolnym nauki historii.Jak to artykuły - łatwostrawne, a czasem trafia się bonus w postaci tematu, o którym człowiek miał wcześniej niewielkie pojęcie.







"Jabłoń" - John Galsworthy

- seria koliber jest niezastąpiona, jeśli chce się szybko nabić licznik przeczytanych książek
- A co do treści, to kojarzy mi się ta piosenka:) https://www.youtube.com/watch?v=404oPn6tudE&feature=kp.







"Dom nad rzeką Moskwą" - Jurij Trifonow.

Trifonow fajnie pisze, pozornie od niechcenia i bez wysiłku. Jednak ja chwilowo podziękuję. Już nawet nie chodzi o mało atrakcyjna radziecką rzeczywistość, ale o wyjątkowo odrażających bohaterów.
P.S. Pisarz nie był żadnym dysydentem, a mimo to sprawnie sobie radził z radzieckimi tematami tabu, a to dzięki eufemizmom. Zamiast zsyłek czy gułagów mamy np. przeprowadzki na północ. O donosicielstwie pisze, jakby to był niemal rutynowy zabieg higieniczny, który każdy człowiek sowiecki przechodzi kilka razy w roku, acz nie od razu z przyjemnością. W dodatku nie widać, żeby Trifonow z trudnymi tematami się krył. Takie to wszystko było oczywiste?


"Następca" - Ismail Kadare

Trochę kryminał, trochę studium tyranii, oparte na faktach. Kontynuacja "Córki Agamemnona", która w swoim czasie nieźle mną trzepnęła, jakoś nie wytworzyła we mnie tego napięcia, co cześć pierwsza. Pewnie dlatego, że powstała w "łatwiejszych" latach 90-tych, nie musiała być już przemycana w pomysłowy sposób na zachód, autorowi za jej opublikowanie już nic nie groziło... A mimo to "Następca" godny jest polecenia, nie tylko dlatego, że temat tyranii zawsze warto sobie odświeżyć, tak ku pamięci. Autor osadza powieść w nurcie albańskiej historii i nasyca ją detalami tamtej rzeczywistości, tak, że kraj przestaje nam się kojarzyć tylko z biedą, mafią i bunkrami.



"Kochana córeczka" i "Od siódmej rano" - Eric Malpass

Wg Tołstoja (słynny początek "Anny Kareniny") wszystkie szczęśliwe rodziny są takie same. Po lekturze Malpassa chciałam początkowo temu zdaniu gorąco zaprzeczyć, ale paradoksalnie, hrabia Lew może mieć rację. Wygląda na to, że wspólnym mianownikiem szczęśliwych rodzin jest co najmniej jeden ekscentryk. Im więcej oryginałów (w wieku od oseska do lekko już nadgryzionego zębem czasu seniora, tym większy poziom familijnego dobrostanu. Cóż, może coś w tym jest:).
A co do samych książek - odstresowywacze wielorazowego użytku, polecam.



"Wyzwoliciele" ("Żołnierze wolności") - Wiktor Suworow

Oparte na wspomnieniach autora migawki ze służby w Armii Czerwonej w latach 60-tych (uwieńczone inwazją na Czechosłowację). Chluba i duma ZSRR nie wydaje się niezwyciężona. Można by się pośmiać z licznych absurdów i szwejkizmów, ale warto zadać sobie pytanie, dlaczego nikt nie ośmielił się tknąć tego papierowego tygrysa?
Podrzucam trop - armia radziecka w trakcie inwazji na naszego południowego sąsiada żywiła się niemal wyłącznie amerykańskimi i  europejskimi konserwami, o ile dobrze zrozumiałam - z pomocy humanitarnej. Jednocześnie USA zwiększało zaangażowanie w Wietnamie. Najwyraźniej więc nie wiedziała lewica, co czyniła prawica.


zdjęcia. 1. antykwariat.waw.pl, 2. wydawnictwoliterackie.pl, 3. multibook.pl, 4,5.lubimyczytac.pl, 6. antykwariatnws.pl, 7.moichlopcy.pl, 8.bestsellery.net


poniedziałek, 5 maja 2014

Joanna, moja światłość - Hanna Muszyńska-Hoffmannowa

 To powieść o Joannie Grudzińskiej, polskiej żonie Wielkiego Księcia Konstantego i cztery inne historie powiązane z rezydencją Księżnej Łowickiej w Skierniewicach (w tym jedna o Ignacym Krasickim). Początkowo niesamowity chillout i możliwość zanurzenia się w innej rzeczywistości: damy, krynoliny, dworskie skandaliki. Rzeczywiście (jak słusznie zauważyła nieodżałowana Lirael*) Muszyńska nieźle się odnajduje w emploi pisarki historycznej. Tak mi to trochę wyglądało, jakby szukała ucieczki od siermiężnego PRL-u w czasy nieco barwniejsze. Co więcej - mam wrażenie, że próbowała też popularyzować pozornie mało atrakcyjne (żeby nie powiedzieć zapyziałe) rejony turystyczne w Polsce. Tu na tapecie są Skierniewice, w innej książce  - Kwitnące Floksy - zapraszała do wyprawy w łomżyńskie. No nic, może kiedyś się skuszę:).
Wszyscy wiemy jak skończył Konstanty - Noc Listopadowa, ucieczka do Rosji i nagły zgon gdzieś po drodze do Pitra. Joanna zresztą skończyła podobnie - nie możemy się więc spodziewać, że sielanka między delikatną Polką a troglodytą szlachetnego rodu, będzie trwała do końca. Muszyńska wyciąga wiele sytuacji, gdy być może stając po stronie Romanowów, a nie własnego narodu, Joanna mogła się narazić Polakom. Choć nie kładzie Konstantego na kozetce, jak Rymkiewicz w "Wielkim Księciu", też sugeruje, że przypuszczalnie został otruty (przez medyka-niemedyka przysłanego przez brata Mikołaja I) i najprawdopodobniej rzeczywiście zaważyła tu mało zdecydowana postawa wobec Powstania Listopadowego.
Polecam szukających niegłupiej książki o walorach dobrego czytadła, a Anek dziękuję za inspirację.






*Linki do tekstół Lirael o p. Muszyńskiej Hoffmannowej (1), (2)

środa, 30 kwietnia 2014

Hurtownia książek i info o konkursie

Zapraszam na facebookowy konkurs bloga o Agacie Christie. Warto się pospieszyć, tylko do 3/05. Więcej informacji tutaj.




Ballada o wzgardliwym wisielcu - Stanisław Rembek

W zeszłym roku, przy okazji 150-tej rocznicy Powstania Styczniowego, wyszło na jaw, jak wielki mamy mętlik w głowie w kwestii jego oceny. Jeśli ktoś ma ochotę go nieco uporządkować nie grzebiąc w Wikipedii, tylko za pomocą narzędzi literackich wysokiej jakości, to myślę, że spokojnie może sięgnąć po Rembeka.
I proszę nie spodziewać się tu tonów wysokich i podniośle patriotycznych.  Autor miał spore poczucie humoru z którego chętnie korzystał i w pracy (co widać było także po "W polu"). Nietypowa jest także perspektywa: wydarzenia widziane są oczami Polaków mocno sceptycznych wobec powstania bądź Rosjan. 
Mimo to pod koniec miałam łzy w oczach. Dlaczego ten Rembek tak mało pisał????

Sire - Jean Raspail

O koronacji potomka Burbonów na króla Francji. Tym razem wrażenia czytelnicze nie były powalająca, natomiast jakoś zaczęłam chwytać ideę współczesnego monarchizmu. Dotychczas bowiem zwolennicy powrotu rządów królewskich traktowani byli przeze mnie jako takie ufoludki, tyle, że zazwyczaj z wąsami. Teraz widzę, że może jest to wyraz tęsknot za bardziej uporządkowanym światem. Nie wiem, czy wróci on kiedyś w Polsce (przy monarchii elekcyjnej niekoniecznie wiadomo, do potomków jakiej dynastii się odnieść), ale jeśli pewien prezydent ze wschodu wyda jedną ze swoich córek za jakiegoś Romanowa, to wcale a wcale się nie zdziwię.



 Ojca Grande przepisy na zdrowe życie - Marzena i Tadeusz Woźniakowie

Wiosna idzie, czas uzupełnić deficyty - niekoniecznie za pomocą nowalijek. Ojciec Grande ma tę przewagę nad niektórymi guru pogranicza medycyny, że przesadnie nie wydziwia. No i na tle niektórych mądrali jest jakoś mało denerwujący:).








Fear the worst (Największy lęk) - Linwood Barclay

Nie wiem, czy thrillery to nie moja bajka, czy ten może jest jakiś wyjątkowo słaby (podobno nie, Barclay ma swoich fanów, którzy pod nieba wynoszą jego umiejętność przyspawania czytelnika do książki na wiele godzin). Książka ma za to inną zaletę, którą dzieli o dziwo z wieloma innymi kryminałami i thrillerami z nie najwyższej półki (ostatni spotkałam się z tym u Poliny Daszkowej) - trafnie i bez zadęcia opisuje niektóre obszary rzeczywistości, tutaj na przykład - możliwe negatywne konsekwencje korzystania z banków spermy. I nie chodzi tu bynajmniej o całą sensacyjną otoczkę.
Acha - tu nie chodzi o zaangażowanie społeczne takie, jak w kryminałach skandynawskich, gdzie każda rodzina jest potencjalnie patologiczna, tylko raczej o zmysł obserwacyjny, zdrowy rozsądek i brak uprzedzeń.


zdjęcia : 1,2 - empik.com, 3. taniaksiazka.pl, 4. linwoodbarclay.com

piątek, 4 kwietnia 2014

Hurtownia książek - mieszanka firmowa:).

Zakazana psychologia - Tomasz Witkowski

Autor jest doktorem psychologii a do tego racjonalistą i sceptykiem. W którymś momencie zaczął przyglądać się naukowym podstawom dziedziny, której poświęcił wiele lat studiów. Wyniki tych nie są budujące, a w przypadku naszego rodzimego poletka - budzą wręcz przerażenie. Lektura obowiązkowa zwłaszcza, jeśli ktoś miał/ma/zamierza mieć więcej do czynienia z psychologami. Warto wiedzieć jak odróżnić ziarno od licznych plew i jak sobie dodatkowo nie zaszkodzić w sytuacji, gdy potrzebujemy pomocy. Rozdziały na temat terapii dzieci niepełnosprawnych i psychologów biegłych sądowych - tylko dla ludzi o mocnych nerwach.



Młyn nad Flossą - George Eliot

Połowa autobiograficzna, przesycona angielskim humorem i nawet przyjemna, druga - trochę mniej:). Wszystko dlatego, że Eliot podobno nie była obdarzona bogatą wyobraźnią, potrafiła pisać porywająco tylko o tym, co dobrze znała. W część drugiej bohaterka - dziewczynka o wielkiej inteligencji "książkowej" i znikomym sprycie życiowym, staje się niestety żywą ilustracją jakichś wymyślonych konfliktów między obowiązkiem i uczuciem. To już akurat jest ciekawe raczej jako ilustracja dylematów epoki:). Całość można przeczytać, choć niekoniecznie od deski do deski.



Kochaj rewolucję - Aleksander Sołżenicyn.

Niedokończona powieść o wojnie sowiecko niemieckiej na południu Rosji, widzianej oczami młodego entuzjasty rewolucji. No i wielka szkoda, że niedokończona, bo świetnie się zapowiadała, przede wszystkim ze względu na ciekawie opisane realia wojny.









Obóz świętych - Jean Raspail.

Futurystyczna powieść z lat 70-tych, która spełnia się na naszych oczach. Wbrew temu, co można przeczytać na okładce - autor nie twierdzi, że Europa padnie pod naporem masowej emigracji zewsząd. Raczej ochoczo rozmontuje się sama. Dla tych, którzy chcą nieco się poddołować w te wiosenne dni.








Wojna końca świata - Mario Vargas Llosa


Mało znany u nas epizod historii Brazylii - wojna między chrześcijańską sektą a republikańskim i raczej ateistycznie zorientowanym rządem największego kraju Ameryki Południowej rządem. Książka wielowątkowa, poruszająca wiele tematów (od rzetelności dziennikarskiej po zagadnienia związane z wiarą), niestety zupełnie nie nadaje się, żeby ją podsumować w kilku zdaniach. Dlatego odsyłam do recenzji Mary. Jedna uwaga - narracyjnie nie jest aż tak bardzo trudna. Prawie nie mam tam np. polifonicznej narracji, którą Llosa uwielbia, i która gwarantuje migrenę po jednym rozdziale:).




 Policja - Jo Nesbo

Już nie mogę. Wskrzeszony Harry zupełnie zepsuł efekt poprzedniego tomu, a i pomysły jakby zaczynają się powtarzać...











Kobiety mej młodości - Arkady Fiedler

Powinno mieć podtytuł: "Wszystko, co się rusza i na drzewa nie ucieka". Podróżnik wspomina szkolne sympatie, poważniejsze znajomości z młodych lat, żonę, znane Polki, które miał okazję spotkać na swej drodze. Jednak gdy pisarz dochodzi do "wieku męskiego - zwycięskiego" jego wynurzenia robią się coraz mniej smaczne. Nie tylko przy zapiskach na temat licznych kolorowych piękności rzekomo wpychanych mu niemal na siłę do łóżka przez wodzów. Także polską kochankę/partnerkę z tamtych czasów potraktował mało rycersko.Słowem - trochę Pudelka, trochę seksturystyki.




Die Radfahrerin - Daniel Chavarria (została to też wydane po polsku jako "Adios Muchachos") Historia kubańskiej dziwki rowerowej - Alicji i jej oszałamiającej kariery, gatunkowo najbardziej przypomina absurdalną komedię. To taka literacka zabawa bez zobowiązań. Można czytać, ale bez szału. Recenzja Jarka Czechowicza tutaj. zachęcam, zapewne jedyna w polskiej blogosferze:).







Stanisław Cat Mackiewicz - Historia Polski 1918-39

Cat ma swoje poglądy (był zadeklarowanym piłsudczykiem, ale miał uczulenie na późną sanację), ale w "Historii..." starał się ze wszystkich sił o bezstronność. Dla mnie to była przyjemna powtórka z międzywojnia. No i jestem pełna podziwu, że autor napisał taką historię z głowy, bez żadnej biblioteki, powstawała ona bowiem w Londynie w 1940, bez dostępu do polskich źródeł/ Może trochę szkoda, że autor póżniej jej nie zrewidował. Nie ma tu bowiem słowa na temat np. paktu Ribbentrop - Mołotow, dlatego lepiej nie traktować książki jako jedynego materiału np. do nauki do egzaminu.





 Joanna Siedlecka - Mahatma Witkac 

 Wspomnienia osób, które znały Witkacego ledwo ledwo, znajomych żony i kochanki oraz jednej żony dobrego kumpla (czyli ostatniej osoby, która znała artystę w miarę nieźle i długo). 
O dziwo - zadziałało jak policyjny portret pamięciowy - nawet co nieco można się z tego wszystkiego o Witkacym dowiedzieć! 






żródła zdjęć: [1,2] merlin.pl, [3] chomikuj.pl, [4] czytamcentralnie.blogspot.com, [5] kochamksiazki.pl, [6] merlin.pl, [7] exlibris.chamera.eu, [8] amazon.de, [9] ksiegarniaeventus.pl, [10] merlin.pl

środa, 26 marca 2014

"Jak ryba w wodzie" Mario Vargas Llosa

"Jak ryba w wodzie" to rozwijające się dwutorowo wspomnienia noblisty.
Po pierwsze - mamy rzetelną powtórkę z życiorysu od najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa do wyjazdu za granicę na studia doktoranckie w wieku lat dwudziestu kilku. Bardzo logicznie wyznaczona granica. Wtedy właśnie umarł Mario, narodził się Pisarz. Brzmi śmiesznie? Młody Vargas Llosa od wczesnych lat był przekonany, że osiągnąć coś w życiu można tylko wtedy, jeśli opuści się Peru i wyjedzie np. do Paryża, że TEN KRAJ podcina mu skrzydła, że rozwinąć będzie je mógł dopiero w jakimś  miejscu nieco wyższym cywilizacyjnie?
Brzmi znajomo?
W przypadku młodego MVL coś jednak było na rzeczy. Rzeczywiście, za granicą najwyraźniej wziął się do roboty, gdyż kolejne świetne książki zaczęły się sypać jak z rękawa (przed ukończeniem 30-tki powstały "Miasto i psy" i "Zielony dom", a jeśli ktoś kiedyś zaglądał, to wie, że musiały być raczej pracochłonne).
Z drugiej strony - jego prawdziwe życie w tym momencie jakby się skończyło. Czytając MVL-owe tomiszcza widzimy, że najlepsze powieści silnie bazują na wątkach autobiograficznych do momentu wyjazdu. Przetworzył w zasadzie wszystko - pobyt w szkole wojskowej, pracę w radiu, studencką fascynację komunizmem, małżeństwo ze starszą o kilkanaście lat krewną - ciotką Julią, pracę w radiu, dzieciństwo w nadmorskiej Piurze, wyprawy do amazońskiej dżungli, konflikt z ojcem, doświadczenie z czasów dyktatury wojskowej...
Udało mu się nawet wykorzystać fuchę w bibliotece klubu dla bogaczy w Limie, gdzie zaczytywał się klasyczną literaturą erotyczną.
Wyśniona Europa pojawia się jako tło zaledwie dwa razy i to raczej w słabszych książkach ("Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" i "Gawędziarz"). Może zresztą to i lepiej, że okazała się tak nudna, gdyby MVL żył z tą intensywnością do dziś, byłby co najwyżej autorem zbioru opowiadań. A tak na kolejnych ciepłych posadkach uniwersyteckich coś tam mu się jednak udało napisać. Inna sprawa, że paliwa wystarczyło mu do tak do lat 90-tych. Jego ostatnia opublikowana cegła - "Marzenie Celta", tak nieznośnie szeleści papierem, że chyba ją sobie położę na szafce nocnej na wypadek kłopotów z zasypianiem.
Reasumując - wspomnienia z młodości są nawet fajne, choć nie wiem, czy nieco nie podrasowane. Powiedzmy, że w Peru w latach 40-stych to była normalka, że 14-latki regularnie uczęszczały do burdelu i wystarczało im na to kieszonkowego...
Drugi wątek to polityczna działalność Mario - a dokładniej jego udział w wyborach prezydenckich w 1990. Tutaj niestety poległam. Przeczytałam jakieś 2 rozdziały, uznałam, że boski Mario trochę ściemnia. Choćby kreując się na człowieka znikąd, który po prostu chciał pomóc swojej ojczyźnie żżeranej przez korupcję i nepotyzm, tymczasem sam pochodzi z politycznej dynastii. Jego wuj - Llosa Bustamante, był prezydentem w drugiej połowie lat 40-stych. Zastanawiające było też to, że już na rok przed wyborami podróżował sobie MVL po świecie (w tym np. po Azji), nawiązując kontakty biznesowe. Jakoś tylko nie pisze, kto za to płacił...
MVL na politycznym mityngu
Drugą część raczej skanowałam wyszukując tylko co smaczniejsze kąski. Choćby historię o tym, jak to MVL - agnostyk, ale uznający katolickie tradycje Peru  (i dobrze żyjący z biskupami, z którymi zresztą łączyły go czasem więzy krwi - widać jaki z tego Maria outsider pełną gębą), przez cały czas kampanii był zasypywany pobożnymi publikacjami mającymi wspomóc jego nawrócenie. Podobno zgromadził całkiem spora kolekcję wydań "Drogi" autorstwa założyciela Opus Dei - św. Josemarii Escrivy. MVL jednak, najwyraźniej pamiętając co o Opus Dei pisał dan Brown, okazał się odporny na to kuszenie:).
Druga ciekawostka to swoiste seanse nienawiści, jakie urządzała mu konkurencja. Polegały one na czytaniu przez radio "Pochwały macochy" (poprzedzone ostrzeżeniami, że pomieszczenie powinna opuścić młodzież i osoby podatne na demoralizację), a następnie grupa ekspertów dywagowała na temat zdrowia psychicznego i moralnego autora. Pisarze, którzy chcecie się bawić w polityków - najpierw kilka razy się zastanówcie, bo w PL to też nie problem zebrać taką grupę ekspertów:).
Większość wspomnień "politycznych" tonie niestety w detalach - np. historii partii takiej czy innej. Uderza jednak to, że MVL - mocno zorientowany na zagranicę, musiał się właściwie uczyć swojego kraju na nowo!
Bez większych zastrzeżeń polecam połowę książki. Napisane z biglem wspomnienia zawsze są w cenie. A do pamiętnika z kampanii też zajrzyjcie, szczególnie, jeśli planujecie karierę polityczną, nawet na szczeblu lokalnym;).

Z ostatniej chwili: w nowej książce, El héroe discreto, Vargas Llosa wraca do Peru. Podobno też będzie niemal tak zabawnie jak w "Pantaleonie i wizytantkach". No mam nadzieję:).

żródła zdjęć:
1. lubimyczytać.pl
2. wikipedia (angielska)