środa, 27 stycznia 2016

"Wyznania gorszycielki" - Irena Krzywicka




"Wyznania gorszycielki" reklamowane są zazwyczaj, jako prawdziwa historia kobiety, która w II RP była wrogiem publicznym numer 1 i niemal cudem uniknęła ukamieniowania. Slogan z epoki głosił "Chrońcie dzieci przed Krzywicką"; w latach 90-tych dziećmi już się nikt nie przejmował, nie takie gorszycielki oglądały w Bravo i jej autobiografia rozgościła się w plecakach co ambitniejszych licealistek. Zapomniana feministka, głosząca chyba jako pierwsza całkiem współczesne hasła (bo i prawami mniejszości seksualnych się zajmowała) została wyciągnięta z szafy i ponownie wtłoczona do świadomości Polaków. Metodą prostą - na malowniczość. Dużo lepiej przecież brzmi - przyjaciółka skamandrytów, dziewczyna Boya, kobieta spełniona, synowa Ludwika Krzywickiego (nieważne, że nikt w zasadzie nie wie, kim był Krzywicki, swoją ulicę w Warszawie ma;)), niż np. członkini PPS Lewica (później KPP), zwolenniczka eugeniki, założycielka kliniki aborcyjnej, polska Margaret Sanger. Ten drugi wariant brzmi jakoś mniej sexy.
Przyznam, że przeszłam przy tej książce przez wiele etapów - zachwyt nad ciekawostkami obyczajowymi i ostrymi sądami autorki o swoich współczesnych, konsternację i niedowierzanie przy opisach szczegółow funkcjonowania trójkąta Krzywickich i Boya, podziw nad konsekwencją z jaką pracowała na swój sukces wreszcie współczucie po stracie dziecka.
Potem przyszło otrzeźwienie. Gawędziarska swada Krzywickiej, jej znajomości i liczne barokowe detale jej żywota przysłoniło mi na chwilę to, dlaczego w zasadzie została wyciągnięta z cmentarzyska zapomnianych autorów. A zadecydowała tu moim zdaniem jednak jej działalność w dziedzinie inżynierii społecznej, czyli kontrola populacji, zarówno ilościowa (aborcja i antykoncepcja) jak i jakościowa (eugenika).
Wprawdzie Krzywicka opowiada, że punktem wyjścia był niby to los robotnic umierających przy pokątnych skrobankach bądź obciążonych jarzmem wielodzietności, ale jednocześnie przytacza swoje rozmowy z Ludwikiem Krzywickim, gdzie widać wyraźnie, że był to szerszy program, wcale nie spontaniczny; do tego mocno podbudowany teoretycznie.
Notabene, teściowi "gorszycielki" trudno odmówić bystrości - popierał ograniczenie liczebności uboższych warstw ludności, ale jednocześnie obawiał się, że techniki kontroli urodzin przede wszystkim dobrze przyjmą się w warstwie inteligenckiej... i w zasadzie miał rację. Trudno wprawdzie powiedzieć, czy w tej chwili istnieje w ogóle jakaś inteligencja, ale ci, którzy uważają, że do niej należą całkiem dobrowolnie stosują Politykę Jednego Dziecka (Maksymalnie Dwojga).
Zainteresowania Krzywickiej miały być niby prekursorskie oryginalne. ale jednocześnie przytacza, jak to starali się z Boyem o wydanie klasycznych na zachodzie książek z dziedziny eugenicznej, więc niby spontan, ale jednocześnie była to cześc większego ruchu, wcale nie tak marginalnego nawet i w Polsce. Dowiedziałam się na przykład, że Wiadomości Literackie Grydzewskiego wydawały dodatek dla zainteresowanych eugeniką "Życie świadome".
Skoro był taki dodatek, to musiał istnieć i rynek odbiorców na publikowane w nim treści.
Komu polecam? Miłośnikom modnych ostatnio tasiemcowych opracowań o dwudziestoleciu - książka Krzywickiej to jednak tekst źródłowy, w dodatku niezłej jakości, a nie jakieś tam popłuczyny. I tym, którzy slalomuja między pułapkami współczesności. Wszystko już było, a wiele modnych ostatnio tematów i pojęć to w zasadzie starocie z lamusa.


P.S. Powyższy tekst odleżał sobie rok w poczekalni. Pewnie dziś nie nadałabym mu takiego spiskowego tonu, ale minęło tyle czasu, że ciężko byłoby napisac go od nowa. 
Na fali po lekturze Krzywickiej przeczytałam jeszcze potem ciąg dalszy "Długie życie gorszycielki"  - reportażową książkę Agaty Tuszyńskiej o powojennych latach Ireny. To dla odmiany okrutna wiwisekcja starości - samotności, chorób i rozpadającego się życia osobistego. Po skończeniu jej człowiek ma ochotę wyrzucić nagromadzone po kątach poradniki o tym, jak żyć długo i zdrowo, bo perspektywa nie wydaje się bynajmniej zachęcająca. 
Tę książkę polecam, natomiast "Diabelski młýn" syna Krzywickiej - Andrzeja, po którym spodziewałam się innej perspektywy rodzinnej historii wynudził mnie setnie i wrócił do biblioteki ledwo napoczęty. To by był na tyle, jeśli chodzi o moją czytelnicze spotkania z rodziną Krzywickich.

8 komentarzy:

  1. a ja pierwszy raz o niej słyszę:) nigdy nie zagościła w moim plecaku licealnym, a na miejsce w mojej biblioteczce też chyba zatem nie ma co liczyć po tej recenzji:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam nie żałuję, momentami lepsze na podniesienie ciśnienia niż kawa to było;).

      Usuń
  2. Czytałam w latach 90. zeszłego wieku, jak tylko to wyszło. Wtedy to był bestseller, a ja byłam do Krzywickiej pozytywnie nastawiona z powodu wydawanych w PRL jej książek dla dzieci, to były chyba nawet lektury szkolne (np "Wichura i trzciny"). Nie czytałam "Wyznań gorszycielki" jako wyznań feministki, ale jako zbiór plotek z międzywojnia. Sympatyczne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Znam ją z książki "Wichura i trzciny".
    W 90 latach czytałam prawie że nic więc nawet taka lektura, by mnie nie pochłonęła. Nie miałaby szans.
    A cała sprawa ograniczenia urodzeń w niektórych krajach, szczególnie w trzecim świecie zrodziła się w USA. Widocznie i nas ta kontrola urodzeń miała objąć....

    A dzisiaj faktycznie już mało które małżeństwo myśli według tej zasady reprodukcji : dla mamy, dla taty i dla świata..... i mamy to co mamy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyglada na to, że "Wiadomości Literackie" szykowały tu grunt aż furczało. I po wielu latach w sumie przyniosły te starania efekty, kropla drąży skałę...

      Usuń
  4. Z Krzywicką też przechodzę wiele etapów, więc to co piszesz, jest mi bliskie. Nie mogę zmęczyć książki, której nie napisała przecież sama (o współpracę poprosiła Tuszyńską właśnie). Można dać się uwieść tej książce, zwłaszcza jeśli wcześniej pielęgnowało się mit Dwudziestolecia. Krzywicki (Andrzej) właśnie we wspomnianym "Diabelskim młynie" pisze o tym, że "Wichura i trzciny" to była książka wielce, wielce przesadzona, chociaż tak ziarenko prawdy w niej zasiane jest. Są jeszcze niedawno wydane eseje. Można się nie zgadzać z tym co pisała i co czyniła, ale nazwisko Krzywicka/ Krzywicki (czy to Andrzej, czy Ludwik) nie powinno być obce dla człowieka. :) Ad vocem "Diabelskiego" trudno dorównać umiejętnościom pisarskim Tuszyńskiej... Chociaż nie sądzę, by to był jedyny przyczynek rozczarowania... Czy mnie osobiście zawiódł? Nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po przewaleniu iluś tomów wspomnień stwierdzam, że jednak te napisane dobrze, czy ta się lepiej, niz te napisane szczerze. Te Andrzeja Krzywckiego niestety nie zalicza się do żadnej kategorii, dlatego rzecz jest raczej dla amatorów:). Pozdrowienia:).

      Usuń
  5. Chętnie przeczytałbym ze względu na zainteresowanie dwudziestoleciem międzywojennym. Kiedyś nawet już miałem zamówić w bibliotece, ale w końcu nie zrobiłem tego. Dobrze pamiętam, że to spora cegła? Co do samej Krzywickiej to była dość złośliwa. Zwłaszcza w stosunku do kobiet. U każdej potrafiła znaleźć jakiś mankament;)

    OdpowiedzUsuń