środa, 11 grudnia 2013

Klin klinem - J.I.Kraszewski


O Kraszewskim można wiele powiedzieć, ale mistrzem psychologii to on raczej nie jest. Stara się chłopina zniuansować te swoje postaci, żeby nie były ZUPEŁNIE czarno-białe, ale z czarnych udaje mu się zrobić co najwyżej ciemnoszare, zaś te i tak pozytywne potrafi jeszcze dodatkowo przekąpać w wybielaczu i ulepszyć aureolą. Póki zresztą dmie w tubę satyryczną, gdzie siłą rzeczy tych czarno- szarych charakterów jest więcej, to jeszcze ok, można się pośmiać z ludzkich przywar. Gorzej, gdy książka skręca w stonę serio, lub co gorsza, uderza w tony dydaktyczne.
“Klin klinem” reklamowana jest na okładce jako pikantna historyjka o znudzonej mężatce, która skutecznie bajeruje młodego sąsiada. Jego rodzina zaś postanawia wyleczyć chłopaka metodą znaną od czasów paleolitycznych, tytułowym klinem (w postaci kresowej dziewicy, odrobinę starszej reinkarnacji Zosi Horeszkówny).
Pierwszy rozdział jest może rzeczywiście odrobinę pikantny, a do tego nawet śmieszny, bo satyryczny. Zaloty pary niedobranych kochanków, małżeńska kłótnia heroiny (Seweryny, nader przypominającej nieśmiertelną Serafinę). Dalej jednak JIK uderza w tony serio. Nawet montowanie intrygi, które zazwyczaj przychodzi mu bez trudu, tym razem nie ma jakoś werwy. A na koniec – jednych do wybielacza a innym aureole. No dajcie spokój....
Mam wrażenie, że JIK, którego i tak wzywał papież na dywanik ze względu na rzekomą niemoralność po prostu bał się w tej historyjce pójść na całość:).

piątek, 6 grudnia 2013

What's up, Doc? Czyli z wizytą u Oliviera Sacksa.

Ok, nie ma pewnie większego sensu pisać o doktorze Sacksie. Popularności mu od mojej notki na blogu nie przybędzie, kto miał czytać, ten czytał, kolejni czytelnicy zawsze strumyczkiem napłyną, zwłaszcza, że od czasu do czasu co ciekawsze neurologiczne przypadki trafiają do tego czy innego hollywoodzkiego filmu (poza Przebudzeniami niektóre historie trafiły np. do Memento lub Incepcji). Jeśli ktoś o Olivierze Sacksie nie słyszał - to neurolog z żyłką popularyzatora i zwolennik podejścia humanistycznego do pacjentów, czyli - "leczymy nie chorobę, lecz pacjenta". Zasada, która wyjątkowo często sprawdza się właśnie w neurologii, gdzie trzeba działać często na pograniczu ducha i materii, a wszelkie ingerencje mają wplyw na psychikę pacjenta.
No to lecimy.

Przebudzenia - to książka tsunami, masa obserwacji, zalew przemyśleń i wniosków i chyba najważniejsze doświadczenie w praktyce dr. Sacksa. Przez kilka lat po pierwszej wojnie światowej przez świat przetoczyła się epidemia śpiączkowego zapalenia mózgu. U niektórych pacjentów po latach od przebycia choroby rozwijał zespół objawów z elemantami choroby Parkinsona i katatonii. Po 40 latach wielu z nich jeszcze żyło, wegetując w specjalistycznych ośrodkach. Gdy pod koniec lat 60-tych pojawił się "cudowny lek" - syntetyczna dopamina, w jednym z nich (występującym w Przebudzeniach jako Mount Carmel) podjęto próbę "wybudzenia" kilkudziesięciu pacjentów jednocześnie. Skutki długofalowo były różne, często z przyczyn pozamedycznych. O
zdrowie potrafili zawalczyć pacjenci o najsilniejszych osobowościach, którzy potrafili oszukać swoją chorobę i nauczyć się funkjinować w warunkach, gdy własne synapsy odmawiają im posłuszeństwa lub ci, którzy mieli dla kogo żyć (np. dzieci). Ale zdarzał się też, że toksyczny wpływ rodziny wpychał człowieka na nowo w nieświadomość.
"Przebudzeń" nie czyta się łatwo, przypadki opisane przez Sacksa są wręcz przeładowane szczegółami. Z kolei trzeba się przez większość  z nich przedrzeć, żeby czytać uogólnienia i wnioski doktora (i formułować sobie własne). No ale po stokroć warto. Choćby po to, żeby zamknąć z ulgą książkę i docenić własne zdrowie (choćby było czasem niedostateczne).



Mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem - jeśli chodzi o formę jest dużo łatwiejsza niż Przebudzenia, to taki zbiór ciekawostek na temat objawów pojawiających się po różnej maści uszkodzeniach mózgu. Jak bardzo zależy nasze postrzeganie świata od działania centralnej jednostki sterującej? Czy deficyty i dysfunkcje wpływają na człowieczeństwo pacjentów? Czy można żyć a jednocześnie nie mieć duszy (cokolwiek by to znaczyło)? Zaprawszam do wyprawy w gąszcz neuronów, tylko proszę uważać, żeby nie zarwać przy okazji nocy.

Muzykofilia - czyli opowieści o muzyce i mózgu. Muzyka musi byc chyba ubocznym hobby autora, zresztą pochodzi ze srodowiska, gdzie niemal wszyscy od dzieciństwa uczą się grać. Książka jest mniej odjechana niż dwie wzmiankowane powyżej, niektóre opisywane zjawiska są dość banalne, np. chwytliwe melodie czy też różne aspekty muzykalności. Ale już muzyczne halucynacje czy też porządkująca rola muzyki przy różnych schorzeniach psycho-neurologicznych - zaciekawiają. Wygląda na to, że na wypadek zachorowania warto nauczyć się grać na jakimś instrumencie. A jeszcze lepiej nauczyć się komponować.Ot -takie dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne.  


Przebudzenia - Olivier Sacks, Poznań 2011 (Zysk i s-ka)
Mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem  - Olivier Sacks, Poznań 2011 (Zysk i s-ka)
Muzykofilia. Opowieści o muzyce i mózgu  - Olivier Sacks, Poznań 2008 (Zysk i s-ka)

środa, 13 listopada 2013

Pamiętnik - Paweł Jasienica


Najpierw trochę chronologii. Lata 60-te wydawały się dla Pawła Jasienicy czasem żniw, przede wszystkim dzięki wielkiemu sukcesowi cyklu o dziejach Polski przedrozbiorowej. W nieco mniej burzliwych czasach zapewne teraz przyszłaby pora na pisanie kolejnych książek i zbieranie hołdów. Niestety, zamiast tego na którymś szczeblu czerwonej hierarchii ogłoszono czerwony alert. W 1965 na spotkaniach autorskich historyka zaczęła bywać przystojna i błyskotliwa Nena O'Bretenny. W 1969 została jego żoną, w latach 90-tych zaś okazało się, że zawarła znajomość z pisarzem, a potem stworzyła z nim związek od początku do końca z inspiracji SB. Słowem - Jasienica dołączył do Majakowskiego, Brechta, Bułhakowa i pewnie paru innych literatów, którzy mieli okazję przetestować na własnej skórze scenariusz: "szpieg w moim łóżku".
Na flance twórczej też nie było wesoło - od 1968 historyka objęto zakazem publikacji, do tego krążyły nieciekawe, puszczane przez SB plotki o jego niechlubnej roli w AK.
W styczniu 1970 udręczony Jasienica zaczął więc spisywać swoje pamiętniki. Już wtedy najprawdopodobniej był chory - w maju ujawniła się u niego ciężka postać raka płuc, która ostatecznie zabrała go z tego świata w sierpniu.
Zdążył więc zarejestrować jedynie swoje wspomnienia z dzieciństwa (w wojennej oraz rewolucyjnej Rosji) oraz za czasu studiów, gdzie przyjażnił się między innymi z Czesławem Miłoszem, niestety - akurat o Miłoszu napisać dużo nie zdążył, mamy za to pogłębione portrety komunistów  - Henryka Dembińskiego i Stefana Jędrychowskiego.
I tyle.
Resztę książki wypełniają rozważania polityczno - historiozoficzne, które może są ciekawe jako obraz stanu ducha autora. Po prostu bije z nich smutek. Prawie zaś nie ma tu wspomnień prywatnych. Pierwsza żona autora np. pojawia się tylko na zdjęciach. Ciekawe, czy Jasienica, który pisał, iż nie czuje się panem swojej szuflady, uprawiał autocenzurę, aby nie urazić Neny?
Odniosłam wrażenie, że materiał był zbyt szczupły, aby poddać go redakcyjnej obróbce i nadać mu ciekawszy kształt.
Szkoda, gdyż jak napisał we wstępie Władysław Bartoszewski - Jasienica był perfekcjonistą. Zdarzało mu się poprawiać ksiażki już wydane, nigdy nie skierował do druku czegoś, co nie przeszło przez jego wewnętrzne sito. Pamiętniki w takim kształcie, w jakim się ukazały, zapewne by przez nie nie przeszły. Dla mnie o bardziej dokument z trudnych czasów niż literatura.

A o inwigilacji Pawła Jasienicy nieco więcej w "Obławie"  Joanny Siedleckiej.



czwartek, 7 listopada 2013

Biez wodki / Bez dachu - Aleksander Topolski


Wspomnienia łagrowe różnej maści to lektury wprawdzie ważne i słuszne, ale zazwyczaj sprawiają mało przyjemności. Kupuję kolejne i ustawiam je w rządku na półce na kilkuletnią karencję,   pochłaniając tymczasem  kolejne czytadła. Cóż, czytanie to dla mnie nader często czysty eskapizm:).
Gdy w końcu zabiorę się za taką poważną książkę, zazwyczaj piłuję ją jakieś 3 miesiące. Oczywiście – niemal zawsze lektura kończy się satysfakcją, dostarcza przemyśleń i cały bilans wychodzi na plus. Tyle, że następuje to nieprędko.
Tymczasem oba tomy wspomnień Aleksandra Topolskiego łyknęłam w ciągu kilku dni. Dlaczego tak się stało?
Po pierwsze – same przypadki Topolskiego na szczęście nie były najbardziej hardcorową wersją polskiego losu. W obozie pracy był zaledwie kilka miesięcy a i to nie na dalekiej północy. Wcześniej zaliczył areszt (gdzie poznał wielu ciekawych ludzi – Polaków i przy okazji uzupełnił edukację, gdyż w tryby sowieckiego systemu penitencjarnego trafił jako nastolatek) oraz poprawczak dla młodych kryminalistów, których traktowano o wiele lepiej niż "politycznych". W zasadzie byłą to taka "zawodówka" z internatem, którego nie można jednak dowolnei opuścić.
Dzięki temu miał jeszcze pewne rezerwy sił, żeby rejestrować także jaśniejsze strony rzeczywistości sowieckiej i śmiać się z jej absurdów (których, jak głosi znane przysłowie, biez wodki nie razbieriosz).


Po drugie – Topolski ma cechę rzadką u amatorów (jest wszak architektem, a nie zawodowym pisarzem) – potrafi przenosić się w czasie. W "Biez wodki" na powrót staje się 16-latkiem – beztroskim i naiwnym, jednak umiejącym się szybko przystosować. W "Bez dachu" – opisujących jego losy w armii Andersa, znów jest nieco postrzelonym, 20- letnim podoficerem, który zagłusza niepokój o rodzinę i kraj eskapadami po Włoszech i romansami – platonicznymi z Polkami i nieplatonicznymi z Włoszkami (ta różnica w prowadzeniu się u pań obu narodowości wynikała z tego, że Polki zazwyczaj otrzymywały żołd, Włoszki zaś musiały się jakoś ratować przed głodem i łatać dziury w domowym budżecie). Świetnie też łapie specyfikę obydwu etapów swojego życia: młodszy Topolski często się modli (co więcej - skutecznie, jest przekonany, iż korzystne koleje swojego losu zawdzięczał często interwencjom Sił Wyższych), starszy zaś... być może też, ale nic o tym nie wspomina.
Godna podziwu jest pamięć autora do szczegółów (chociaż przy drugiej cześci posiłkował się przy weryfikacji informacji  i spisywaniu wspomnień mocno już schorowany Topolski  posiłkował się pomocą żony). Młodość to okres chłonięcie wrażeń i widac, że pisarz tego czasu nie zmarnował, magazynując ich całkiem sporo, chociaż przyszło mu pobierać życiowe nauki w warunkach nieco specyficznych.
Kolejny atut to zupełnei nieamatorskie pióro. Zacofany w lekturze kiedyś wspominał, że czytanie wspomnień kombatantów przypomina często  piłowanie drewna - tutaj można odłożyć takie obawy do lamusa.
Podsumowując – wspomnienia Topolskiego to fajne książki o niefajnych czasach.
Wreszcie, ponieważ zbliżają się święta – myślę, że warto o nich pamiętać, jeśli szukacie prezentu z kategorii "dla faceta". Zresztą – to nie tylko moje zdanie. Robiąc research przed napisaniem tekstu widziałam, że polecają sobie Biez wodki/Bez dachu choćby użytkownicy portalu piwo.pl.

wtorek, 5 listopada 2013

The Radiant Way - Margaret Drabble


Jednozdaniowe streszczenie: historia przyjaźni trzech absolwentek Cambridge – od lat 50-tych do połowy 80-tych, zapowiada babskie czytadło, potencjalnie krzepiące i podnoszące na duchu, bo przecież przyjaźń, nawet ta na kartach książki, do tego waśnie powinna służyć. Albo chociaż dającą kopa historię sukcesu, gdyż wszystkie panie pochodziły z niezbyt wystrzałowych środowisk i trafiły na uczelnię w ramach programów stypendialnych.
Tymczasem nic z tego. Margaret Drabble dobitnie pokazuje, jaka jest wartość tych sukcesów (w najlepszym razie taka sobie), kto ją płaci (często obciachowe rodziny wykształconych panien, które latami nie mogą się doczekać na ich wizytę), wreszcie bezlitośnie obnaża kulisy przyjaźni bohaterek. Tyle, że jest to zrobione mimochodem i nienachalnie. Dokładnie tak, jak nienachalne są angielskie dowcipy.
W skali makro mamy genialny portret Wielkiej Brytanii z czasów szalejącego państwa opiekuńczego – przeróżnych programów mających uszcześliwiać takie czy inne grupy ludności i żerujących na nich grupach pasożytów (często właśnie wychowanków Cambridge, którzy niby to maja nieść kaganek oświaty, a tak naprawdę sprawnie ustawiają się do dojenia pieniędzy podatników). Powiem szczerze nie wiem, czy Autorka zdyskredytowała ten system mimochodem, po prostu opisując zjawiska, widziane na własne oczy, czy to zamierzona (delikatna) satyra, efekt jest w każdym razie niezwykle ciekawy.
Co jeszcze – książka jest naszpikowana po same uszy detalami, które mają oddać koloryt czasów (zwłaszcza lat 80-tych), dlatego powinna zainteresować miłośników literackich podróży w czasie.
No i wreszcie... Wielka Brytania sprzed lat mocno przypomina dzisiejszą Polskę.
Miałam parę fajnych cytatów z prasy, które by to ilustrowały, ale teraz taka moda, żeby dostęp do wszystkiego, co jest starsze niż 2 dni był płatny, więc ich nie będzie, musicie mi uwierzyć na słowo:).
Książkę w każdym razie polecam. Dostęp pewnie płatny, ale mam nadzieję, że nie rujnująco drogi.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Rozwiązanie konkursu:).


Widzę, że polecanie dobrych blogów to sama przyjemność, gdyż nieźle musiałam się nagimnastykować, żeby wygrzebać z komentarzy zgłoszenia do konkursu, a nie tylko czysto bezinteresowne rekomendacje.
Uczestnicy konkursu, którzy nie bronili się przed nagrodą to:


natanna
Maja Sieńkowska
monotema
Agnesto
izusr
inwentaryzacja krotochwil

 Polecone zaś blogi zaś przyprawiają o zawrót głowy. Na szczęście kilka już znam i do nich zaglądam/zaglądałam.
 


Reszta to kategoria: nieznane bądź niepoznane dostatecznie.


Uff. Przy tej iloci i różnorodności nie bardzo byłam w stanie wybrać jedna odpowiedź, więc nowy posiadacz pakietu smętów został wylosowany i jest nim:

 inwentaryzacja krotochwil

 Bardzo proszę o kontakt w celu podania adresu wysyłki:).

poniedziałek, 28 października 2013

Blogi, bez których nie będę mogła żyć - wygrywajka

Ponieważ jakoś nie za bardzo mogę się zebrać do napisania rasowej notki pora na małe wietrzenie półek. Do wygrania pakiet trzech książek pod hasłem:

 Smęty u Izydora na słoneczną jesień.

Smęt nr 1: Wielkanocna parada - Richarda Yatesa, pisałam o niej tutaj.
Smęt nr 2: Poczucie kresu - Juliana Barnesa. O tej nie pisałam, ale co nieco podyskutowałam na czytankach Anki.



Smęt nr 3: Ostatnie dni - Joyce Carol Oates.


Wszystkie książki w stanie dobrym, choć czytane, pochodzą z mojej własnej biblioteczki.

A zadanie konkursowe?
Ostatnio chętnie poznaję nowe blogi i powtórnie odkrywam stare. Bardzo więc proszę o zarekomendowanie mi takiego, którego nie ma na moim blogrollu, a na którym, waszym zdaniem, mogłabym się zadomowić.

Zgłoszenia zbieram przez tydzień (do 3/11/2013). Zwycięża rekomendacja, która najbardziej mi się spodoba na pierwszy rzut oka.
Zapraszam:).

poniedziałek, 21 października 2013

Buddenbrookowie – Tomasz Mann



Podobno jest to najbardziej strawna z powieści filozofującego noblisty - saga rodzinna, czyli rzecz z gatunku królujacego na topliście wypożyczeń w mojej osiedlowej bibliotece. Próżno byłoby jednak znaleźć na tej liście “Buddenbrooków”. Nie o miłość tu bowiem chodzi, jak w ksiażkach nieco niższych lotów, ani o tzw. ciepło rodzinne (na myśl o którym Mann zapewne dostałby drgawek), tylko o ambicje, pozory, pieniądze i śmierć. Książka traktuje o materialnym i fizycznym upadku pewnej zamożnej kupieckiej rodziny. Początkowo wydaje się sztywna, niczym nadmiernie wykrochmalone kołnierzyki lubeckich patrycjuszy, po jakimś czasie wciąga ... i wypluwa czytelnika kilkaset stron dalej z głową pełną pytań na które niekoniecznie łatwo znaleźć odpowiedź. 

Te pytania (łącznie z kluczowym – co w zasadzie spowodowało upadek rodziny Buddenbrooków), tym razem sobie daruję, poboksujcie się z nimi sami, jeśli kiedyś najdzie was ochota.
Natomiast – zachęcam do lektury także miłośników mody i eleganckich detali. Mannn stawia sobie za cel pisanie realistyczne, a że przypadkiem jego bohaterowie obracają się w wyższych sferach, to wszelkie opisy wręcz kapią od opisów sukien, mebli oraz wysmakowanych strojów męskich. Słowem – historia mody XIX wieku w pigułce.
Druga kwestia – słabo znam kanon motywów antycznych, ostatecznie urodziłam się już w czasach, gdy klasy licealne o profilu klasycznym, choć były, to głównie jako ciekawostka, a nie standard. Wydaje mi się jednak, że starożytni, choć obskoczyli większość ważnych tematów, to motyw pieniędzy jednak zaniedbali. Jedyne, czego możemy się od nich na ten temat dowiedzieć, to że nie śmierdzą. W związku z tym dzieło Manna to uzupełnienie klasycznego kanonu o ten zaniedbany przez tysiąclecia temat. Za wysokie progi? Buddenbrookowie to nie ta sama półka co Antygona? Czy aby na pewno?



A dwa poniższe obrazki to kwintesencja dziejów rodu Buddenbrook. Od "Vanitas" do vanitas. Miłej lektury:).



wtorek, 15 października 2013

Hity i kity z dziecięcej półki - Mikołajek i jego klony



“Ranyboskie Julek” - Jan Karp

Książka reklamowana jest jako (kolejny) polski Mikołajek. Tymczasem jak dla mnie idealnie wpasowuje sie w trend w książce dziecięcej, który można określić jako pochwałę brzydoty i to brzydoty blisko graniczącej z dziadostwem. Nie tylko opisany świat jest o kilka tonów bardziej szary od tego widzianego za oknem, a bohaterowie mogliby z powodzeniem zasilić obsadę Kiepskich. Także nafaszerowana kolokwializnami i niezręcznościami warstwa językowa nadąża za całością. I nie wiem, czy akurat w tym przypadku jest to wynik stylizacji.
P.S. Apel do Naszej Księgarni, która dotychczas znana mi była z nieposzlakowanej jakości swojej oferty: Uwolnijcie Karpie. Nie muszą pływać akurat w Waszym stawie.


Seria “Mikołajek” - Sempe i Goscinny

Przygody Mikołajka i innych chłopaków były hitem mojego dzieciństwa. Teraz czytam kolejne tomy moim dzieciom. Sama natomiast jestem jakby mniej zachwycona. Na forum szkolnym bohaterowie non stop i bez ustanku się tłuką. Mam wrażenie, że kilkakrotnie więcej niż jakiekolwiek dzieci znane mi z "reala". W domu zaś to nie rodzice wychowują Mikołajka, tylko raczej on ich (zwłaszcza ojca). Do tego bohaterowie przez wszystkie 8 tomów nie ewoluują i nie wyciagają wniosków z wlasnych błędów. Każda kolejna historyjka jest jak dzień świstaka – to samo i tak samo. Trudno się dziwić. Mikołajek powstał jako prasowy cykl satyryczny skierowany raczej do dorosłych niż do dzieci.
Jednak seria panów Sempego i Goscinnego okazała się u nas takim hitem, że brnę przez kolejne tomy, okraszając od czasu do czasu lekturę własnymi komentarzami.
Ten najgrubszy, 600 stronicowy tom wydany przez Znak, leży jednak ukryty na dnie szafy. Czasami, po godzinach, czytam go sobie sama w wannie:).


"Jaśki" – J.P. Arrou-Vignod

Kolejni kumple Mikołajka. Kolegów Mikołajek ma wielu, a ich populacja rośnie w zastraszającym tempie, kolejne klony zaś przyjmują kstałty coraz bardziej odległe od oryginału. Jaśki to kumple oldskulowi, z lat 60 tych. Nad Mikołajkiem mają tę przewagę, iż jest to normalna książka, a nie zbiór epizodów i ścinków, dzięki czemu najmłodsi bohaterowie jednak się zmieniają i dojrzewają (uff, a wydawało się, że dojrzewanie to proces zapomniany i przereklamowany). Rodzice Jaśków zaś dla odmiany nie przypominają dzieci we mgle i nawet czasem uda im się z sukcesem sterować swoimi pociechami. Chociaż trudno się dziwić, że w rodzinie z 6 dzieci można tylko z grubsza moderować proces wychowawczy.
Polecam dorosłym fanom Mikołajka czytającym swoim dzieciom. Dla młodych czytelników porównywalna przyjemność. Starsi zaś będa mogli oszczędzić swój zgryz, przez brak konieczności ciągłego nim zgrzytania.

"Mikołajek w szkole PRL" – Maryna Miklaszewska

Pisałam o tej książce jakiś czas temu jako o własnej lekturze. Czujni młodociani fani Mikołajka francuskiego wypatrzyli ją jednak na półce i zażądali wieczornej lektury. Ciężka sprawa – to w zasadzie jest ksiażka dla tych, którzy z grubsza pamiętają jeśli nie stan wojenny, to chociaż realia PRL. Ale w tym szaleństwie jest jednak metoda. Po pierwsze – podobno za mało jest w tej chwili książek przybliżającym historię dzieciom – no to ta przybliża aż za bardzo. Po drugie – dzięki konieczności wytłumaczenia pięcio- czy sześcioletniemu dziecku takich haseł jak “WRONa Orła nie pokona” czy też “Gdyby Urban nosil turban, to zamiast świni bylby Chomeini” rodzic ćwiczy swoje szare komórki, co jak wiadomo, jest koniecznym warunkiem zachowania sprawności umysłowej do późnej starości.

środa, 9 października 2013

"Jak wychować chłopca na mężczyznę" - Meg Meeker


Z poradnikami na temat wychowania jestem do dziś na bakier, naiwnie wierzę, że wystarczy się słuchać wlasnej intuicji. Czasem jednak takie czy inne tomiszcze o tej tematyce przywlecze mi się do domu, więc wypada je choćby przekartkować.
Wnioski z tej pobieżnej bardzo znajomości są takie, że poradniki (przynajmniej te z etykietka “konserwatywne”) dzielą się na 2 grupy.
Pierwsza z nich to apokaliptyczno -katastroficzne. Możemy sobie w nich poczytać, że czasy są ciężkie, wyzwania stojące przed wspólczesnymi rodzicami o wiele przewyższają te, które stały przed poprzednimi pokoleniami, a żeby wychować dziecko na... no w zasadzie na kogokolwiek, należy wykazać się przemyślnością lisa, odwagą lwa, siłą tura i czego tam jeszcze miłośnicy antropomorfizacji nie wymyślą.
W tym celu autorzy proponują nierzadko niestandardowe środki. Do dziś pamiętam poradnik z nurtu chrześcijańskiego (“Dziki ojciec” Szymona Grzelaka), doradzający zapoznawanie już czteroletnich maluchów z kwestią, skąd się biorą dzieci. Dodam, że chodziło o uświadamianie dość szczegółowe, a nie jakieś tam ogólniki w stylu “z brzucha mamy”. (Jeśli intryguje was, dlaczego tak wcześnie, chętnie napisze w komentarzu).
Ze straceńczą odwagą kamikadze jest u mnie jednak dość słabo.  No i czasem ta upierdliwa intuicja dzwoni na alarmi i podpowiada, że nei tędy droga. Na szczęście jest jeszcze drugi nurt – tym razem pod hasłem “dasz radę wychować swoje dziecko”. Potrzeba tylko takich drobiazgów jak dbanie o więź z nim i takie kształtowanie własnego postępowania, żeby być dla niego wzorem. Dzieci wszak uczą się przez obserwację. No doprawdy – kaszka z mleczkiem.
Do tego właśnie nurtu należy książka Meg Meeker. Polski tytuł “ Jak wychować chłopca na mężczyznę” choć bardziej pompatyczny od oryginalnego “Boys will be boys” chyba dobrze oddaje istotę problemu. Chodzi o prowadzenie dziecka do dojrzałości, którą nie wszyscy dorośli mężczyżni jednak osiągają, a nawet, rozglądając się wokół siebie, wydaje się czasem, że osiąga ją mniejszość.
Sposoby? Oprócz oparcia wychowania na wartościach, mam wrażenie, że autorka proponuje coś w rodzaju “dzieciństwa uproszczonego” - mniej zajęć dodatkowych, więcej przestrzeni, mniej wypasionych gadżetów. No i oczywiście - ten kontakt z rodzicami. Podobno wpływ rodziców zawsze przewyższa wpływ rówieśników (trudno w to uwierzyć, ale nie będę dyskutować), dlatego do końca nie należy oddawac dziecka walkowerem.
Jedyne, co mnie w tej książce martwi, to fakt, że wszystkie te w sumie trudne sprawy są opisane tak, jakby były banalnie proste. Mam nadzieję, że stoi za tym nie tylko wyuczony amerykański optymizm.
Ale może to właśnie jest spójne z duchem tego poradnika. Zostawia on przestrzeń czytelnikowi – nie zasypuja go stosem szczegółowych rad. Sam/sama musisz znależć ten punkt, w którym możesz dokonać upgrade'u swojego rodzicielstwa.

poniedziałek, 30 września 2013

Panna - Ivo Andric


Dawno, dawno temu, gdy na ziemi mazowieckiej raźno hasały tury, a mały Izydor dopiero uczył się sylabizować, nie istniały jeszcze książeczki oswajające tzw. trudne tematy. Wiedzę o tychże czerpało się raczej z podsłuchanych rozmów dorosłych. Czasem też sam dorosły rzucał człowiekowi jakiś ochłap w postaci malowniczej historii z życia dalekich krewnych lub znajomych, oczywiście – z morałem. Do dziś pamiętam na przykład historię skąpej Józi, która żywiła się karmą dla zwierząt, jednocześnie odkladając do skarpety kolejne złotówki... z których potem ucieszyli się jej spadkobiercy.

Dlatego też historia “Panny” - dziewczyny z Sarajewa, która całe swoje życie złożyła na ołtarzu pieniądza i oszczędności wydała mi się w stu procentach znajoma. Może nie, jeśli chodzi o szczegóły. Identyczny był za to morał i tchnący z całęj historii wielki smutek i
zimno. Można zatem powiedzieć, że Andricowi udało się znaleźć klucz do zasobnika izydorowych archetypów.
Pozornie wydaje się, że historia jest raczej nie na czasie. Teraz bardziej modne wydaje się życie ponad stan. Ale jeśli dopasujemy do niej bardziej uniwersalny klucz – już nie materialne skąpstwo, a egoizm, okaże się, że pasuje do niejednej osoby z nas i wokół nas. Także zachęcam do zapoznania się z tą dołującą historią.



Zdjęcia: zorger.com, swistak.pl

piątek, 27 września 2013

Wyspy szaleństwa - Robert Graves


Mówi się, że historię piszą zwycięzcy. Hiszpanie nie tylko oddali kolonialną palmę pierwszeństwa Anglikom. Dodatkowo przegrali chyba wojnę PR. Konkurencja sączyła wszystkim propagandę o ich nieudolności, przesadnej religijności i tej zuej inkwizycji, która wciśnie się wszędzie (a to, że dzięki tym nieudolnym metodom kolonizacji w Ameryce Południowej jednak przetrwało nieco więcej Indian niż w Pólnocnej, to już drobny szczegół). Dlatego też “Wyspy szaleństwa”, traktujące o mało znanej hiszpańskiej wyprawie na Wyspy Salomona, zaczynałam ze 4 razy, ale w końcu Robert Graves to nieprzeciętny fachura. Tendencyjne czy nie – przeczytałam o jeden rozdział za dużo i w końcu wsiąkłam.

Mamy zatem rok 1595. Hiszpańskie odkrycia geograficzne dostały zadyszki – głównie z powodu braku gotówki (jak można było cierpieć na brak gotówki jednocześnie zużywając całe złoto świata pozostaje dla mnie zagadką, którą przy okazji zamierzam zgłębić). Alwar Mendana przynaglany przez swoją energiczną małżonkę Izabelę montuje wyprawę z Chile na rzekomo złotonośne Wyspy Salomona, odkryte przez niego 20 lat wcześniej. Eskapada nie będzie łatwa - wystarczy spojrzeć na globus, żeby zobaczyć jaki to kawał drogi. Do tego wyprawa jest słabo wyposażona, niedofinansowana, wiatry uparcie wieją w stronę przeciwną a bogactwem kolejnych odkrywanych wysp są w najlepszym razie ładne dziewczyny. Szybko zamienia się zatem w przedsięwzięcie survivalowe, gdzie niestety nie wszyscy mają uprzywilejowaną pozycję...

Książka jest jednocześnie gorzka i zabawna, gdyż Graves stworzył udatną imitację gawędziarskiego stylu Latynosów. Podejmuje mało znany temat (Markizy? Wyspy Salomona? Gdzie to w zasadzie jest? No i tak jak wszyscy słyszeli o Kolumbie czy Pizzaro, to taki Mendana, Quiros czy Torres zaginęłi w mrokach niepamięci. To historia o poznawaniu innych kultur w czasach, gdy nikt nie slyszał o antropologii, wielkiej chciwości, która góry potrafi przenosić (tyle, że nie przeniesie ich zbyt daleko) i o tym jak łatwo ulec pokusie zła, gdy usprawiedliwia je wyższa konieczność.

Podsumowując - na nadchodzącą chłodną jesień polecam wyprawę na południowe wyspy:). Może nie będzie cukierkowo, ale przynajmniej nieco cieplej, niż za oknem.

Źródło zdjęć: antykwariat.waw.pl, amazon.com

wtorek, 24 września 2013

Pamiętniki - Karol Wędziagolski

Zanim zagłębię się w temat Wędziagolskiego i jego pamiętników, a także na użytek tych, którzy czytają tylko pierwszy akapit - ta książka to mój prywatny hit lata. Wiem, że te sepiowe okładki zlewają się człowiekowi w jedno, ale gdyby ta jedna kiedyś rzuciła się Wam w oczy, zachęcam, żeby się nią zainteresować.

Urodzony na Wileńszczyźnie w 1886 Karol Wędziagolski był carskim urzędnikiem i absolwentem elitarnego Korpusu Kadetów. Po wybuchu I Wojny Światowej oczywiście został powołany do wojska, gdzie mógł wykorzystać swoje talenta organizacyjne i interpersonalne i szybko stał się osobą niezastąpioną w tzw. zaopatrzeniu. Po rewolucji lutowej siłą rozpędu zaangażował się w politykę i został wybrany na komisarza politycznego 8. Armii. No i wtedy się się zaczęło...

Przeciętny żołnierz został grubą rybą czasów kiereńszczyzny, razem z Borysem Sawinkowem bezskutecznie próbowali zorganizowac zdławienie rewolucji pażdziernikowej. Potem walczył z jedną z armii kontrrewolucyjnych, konspirowal na Ukrainie, siedział w niemieckim więzieniu, wreszcie, jako członek POW zaczął współpracować z Piłsudskim i pomógł mu wraz z Sawinkowem zorganizować rosyjskie oddziały walczące po stronie polskiej przeciw bolszewikom (min. Bułaka-Bałachowicza).
Przy okazji poznał wszystkich wielkich polskich i rosyjskich tamtych czasów (z wyjątkiem chyba Lenina).
Po politycznej zdradzie Piłsudskiego i deportacji Sawinkowa wycofał się jednak Wędziagolski z działalności publicznej i zajął unowocześnianiem swojego podwileńskiego majątku.
Ciekawe są jego decyzje z Drugiej Wojny Światowej. Po jej wybuchu uznał, że Europa nie jest już bezpiecznym miejscem i tak szybko, jak się dało, ewakuował całą swoją rodzinę do Brazylii.
Trudno zresztą właśnie takim decyzjom się dziwić. Czytając książkę widac, że wojna, a juz zwłaszcza obydwie rewolucje zepchnęły Rosję do stanu wielkiej rozpierduchy, która została wykorzystana przez garstkę zdeterminowanych do bolszewickiego zamachu stanu. Wędziagolski miał prawo bać się, że ten stan, gdzie jednostka kompletnie się nie liczy, powtórzy się w jakimś stopniu także w trakcie kolejnej wojny.

Ciekawe są także losy samych 'Pamiętników". Ponieważ Wędziagolski sprawniej posługiwał się literackim rosyjskim niż polskim fragmenty jego pamiętników ukazywały się najpierw w rosyjskiej prasie emigracyjnej. Tamteż zwróciła na nie uwagę Barbara Toporska (żona Józefa Mackiewicza) i podjęła się przykrojenia rękopisu mamuta napisanego w mieszance kilku języków do formy nadającej się do wydania.
Efekt jest piorunujący i nie jest to raczej tylko zasługa redaktorki, gdyż mam wrażenie, że "Pamiętniki" napisane są lepiej niż własne dzieła Toporskiej (nie, żeby ta miała się czego wstydzić, jeśli chodzi o umiejętności literackie). Całość jest "po amerykańsku" podzielona na krótkie rozdziały, co dodatkowo ułatwia i przyspiesza czytanie.
Książka byla sensacją literacką poczatku lat 70-tych, zgarnęła kilka nagród (w tym nagrodę Kościelskich). Sędziwy autor zabrał się nawet za pisanie ciągu dalszego, tyle, że ten ... przepadł. Teoretycznie powinien znajdowac sie w archiwum Mackiewiczów w Rapperswilu, tyle, ze nikt go tam jak dotąd nie odnalazł. Być może więc kolejny rękopis mamut czeka nie tylko na redaktora, ale także na swojego odkrywcę. Oby kiedyś znalazł obydwu.

Tu można nabyć książkę (w taniej jatce).
A ponieważ notka w Wikipedii o Sawinkowie pozostawia wiele do życzenia, tutaj odrobina lektury uzupełniającej.

czwartek, 19 września 2013

Hurtownia książek - polskie elity na serio i z przymrużeniem oka



Stanisław MurzańskiSojusz nieczystych sumień. Inteligencja i jej elity na przełomie XX i XXI wieku


Wbrew temu, co sugeruje tytuł, książka nie jest systematycznym wykładem, a raczej serią zazębiających się szkiców, aktualnych lub pochodzących z lat 80-tych. Jeśli chcemy spojrzeć na polskie elity oczami autora będzie to przypominało układanie wieloelementowych puzzli i to z różnych kompletów – ulubioną jego metodą jest bowiem analiza publicznych wypowiedzi i artykułów czołowych przedstawicieli ineligencji. Pracochłonne to nieco, ale już po kilku tekstach zaczyna wyłaniać się spójny obraz. Niestety – mało optymistyczny, ale tu już odsyłam do książki:). Przy okazji ostrzegam, że metoda krytycznego czytania gazet, którą uprawia autor jest zaraźliwa i przez pewien czas człowiek nie jest w stanie powstrzymać się od punktowania niespójności i błędów niemal w każdym tekście drukowanym, na jaki trafia.

Małgorzata Kalicińska – Fikołki na trzepaku.

Dzieło to nabyłam w największej obecnie sieci księgarskiej przecenione do jakichś 7 zł. Początkowo w trakcie lektury miałam wrażenie, że lepiej było tę kwotę przejeść. Jeśli „książkowy potwór” przecenia coś aż tak mocno, to najprawdopodobniej nie czyni tego bez powodu. W zasadzie nawet nie mogę powiedzieć, żebym tę książkę porządnie przeczytała. Omijałam kolejne monotonne opisy leniwych niedziel, wspominki kto mieszkał na której klatce (lojalnie opatrzone dopiskiem, że można je pominąć). Ożywiałam się nieco, gdy przyszło mi powęszyć w rodzinnej historii autorki. Tak bowiem przypadkiem wyszło, że jej rodzice (mama – dyrektorka liceum i ojciec – kościuszkowiec i urzędnik bliżej nieokreślonego ministerstwa), to wypisz wymaluj nowa PRL-owska inteligencja, o której co nieco było w książce powyżej, może nie najwyższego kalibru, ale za to z każdym pokoleniem rosnąca w siłę. Ale o tym dowiecie się już nie z książki, a szperając w necie:). Reasumując – lektura nieoczekiwanie pouczająca.

Krystyna Nepomucka – Samotność niedoskonała

Przypadkowo dopadłam środkową część cyklu „niedoskonałego” i juz wiem, że muszę przeczytać kolejne.
Historia bardzo podobna do rodzinnych wspominków pani Kalicińskiej: peerelowskie awanse, ministerialne kariery. Główne role gra tu rodzina sympatycznych nieudaczników o lekko żulerskich skłonnościach. Zachęcam do sprawdzenia w książce jak takowe komponują się z ministerialnymi stołkami.
Podsumowując - pozycja idealna dla szukających resetu.
P.S. Potwierdzam obserwację Bazyla – pani Nepomucka lubi efektowne pierwsze zdania:).

piątek, 6 września 2013

Hurtownia książek - nobliści, maryniści i historyczne puzzle


Inne kolory – Orhan Pamuk
Zbiór artykułow prasowych i innych ścinków z twórczości noblisty.


Taki groch z kapustą. O widokach z okna, córce, zakładaniu (a następnie odchudzaniu) biblioteki, początkach działalności publicznej i Stambule.


Jak to zwykle bywa ze zbiorami esejów i artykułów - większość szybko paruje, a kilka perełek pozostaje z czytelnikiem na długo. A patrząc na tę książkę globalnie - to portret świeckiego (to ważne) tureckiego inteligenta zmontowany metodą patchworkową.



Fermenty – Wł. St. Reymont

Ciąg dalszy “Komediantki”. Tam mieliśmy drogę Janki Orłowskiej od dzikiej dziewczyny do samobójczyni złamanej niechcianą ciążą i niełatwym, aktorskim życiem. Tu będzie droga do akceptacji swojego miejsca na ziemi i własnych ograniczeń. Czyli 400-stronicowe “jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Wątek Janki wydał mi się przyciężkawy (ale może to zrozumiałe, dylematy egzystencjalne 20-latki mogą być przesadnie skomplikowane), za to cudowne były wątki satyryczne (o mamisynkach i środowisku literackim). Jest w tej książce nawet porno-parodia “Chłopów”. Żeby nie drażnić co bardziej konserwatywnych odbiorców – niestety bardzo krótka.

Szaleństwo Almayera – Joseph Conrad

Tym razem o człowieku, który nie chciał zaakceptować tego, co ma i żył pogrążony w swoich fantazjach i wielkich planach. Historia, w której jakoś tam odbijają się dylematy każdego z nas. Jak najbardziej polecam.









Myśli o dawnej Polsce- Paweł Jasienica


Bardzo, bardzo mi podeszły. Ciekawe rozważania na temat momentu, w którym losy Polski się wykoleiły i przestała ona być „normalnym krajem, takim jak inne”. A tym momentem jest zdaniem autora... rok 1241 i bitwa pod Legnicą. I nie chodzi tu o śmierć Henryka Pobożnego, która być może opóźniła zjednoczenie Polski. Co mają wspólnego Mongołowie z rozbiorami.? Zachęcam do sprawdzenia:).


środa, 4 września 2013

Rok czytania Mackiewicza (hurtownia)

Skończyły się wakacje, właśnie z przytupem zaczyna się rok szkolno-przedszkolny, a nieco bardziej dyskretnie - zakończył się rok mojej znajomości z książkami Józefa Mackiewicza.
W związku z tym - garść zaległych wrażeń z lektury.

"Droga Pani..." to zbiór powojennych tekstów publicystycznych Mackiewicza i jego żony Barbary Toporskiej. Pisana na emigracji książka pokazuje "Polskę z oddali" - odległą tak w czasie, jak i w przestrzeni, jednak dzięki temu, że to bieżąca twórczość na potrzeby prasy, rzecz posiada tzw. wykop i czyta się rewelacyjnie.
Teksty pogrupowane są tematycznie: na temat sąsiadów (zwłaszcza wschodnich), literatury i literatów, Kościoła w Polsce, wspomnienia na temat co bardziej wybitnych przyjaciół. Sporo powstało na marginesie innych książek (choćby "Drogi donikąd" czy "Ściągaczek z szuflady Pana Boga"), widać jak wiele przeniknęło do nich z życia.
Nieszablonowe podejście Mackiewiczów do wielu tematów w swoim czasie mocno przećwiczyło moje szare komórki. Przy czym Mackiewicz specjalizuje się raczej w tematach historycznych i szczegółowych, jego żona zaś drąży z uporem kwestie ogólne, np. edukacji, analfabetyzmu, czy teorii demokracji. I np. o tejże demokracji pisze w stylu mocno zbliżonym do Kasi Eire, gawędziarskim i dygresyjnym, co powoduje ciekawy dysonans w czytaniu.
Pani Toporska pełniła najwyraźniej w tym związku rolę bulteriera - wypuszczanego na najtrudniejsze tematy - większość artykułów na temat polskiego Kościoła, w których dostaje się nawet kardynałowi Wyszyńskiemu, jest właśnie jej autorstwa.
 Ogólnie - w tym momencie "Droga Pani..." to chyba mój faworyt z mackiewiczowskiej półki
.

Uwaga - książka ma kilka wydań. Podziemne zawierają często tylko teksty Józefa, natomiast te Barbary wydane są w oddzielnym tomie "Kontrowersje".


"Optymizm nie zastąpi nam Polski" przynajmniej w wydaniu czarnym, to 3 oddzielne broszury:
- tytułowa, napisana w październiku '44, gdzie Mackiewicz trafnie przewiduje dalszy rozwój wypadków po upadku Powstania Warszawskiego i krytykuje niektóre działania AK,
 - "Trust nr. 2" to analiza sytuacji w bloku wschodnim w latach 60-tych, porównana do sytuacji w ZSRR w czasach tzw. NEP-u (początek lat 20-stych. Akurat ta tematyka poruszana była przez autora wielokrotnie, tak w artykułach z "Drogiej Pani...", jak i w "Zwycięstwie prowokacji".
- "...tu mówi Radio Wolna Europa" - krytycznie o legendarnej rozgłośni. Jak twierdzi Włodzimierz Bolecki, autor monografii o JM ("Ptasznik z Wilna") - przesadnie krytycznie.
Ogólnie - ja oceniam "Optymizm.." raczej jako lekturę uzupełniającą.



"Zwycięstwo prowokacji" to klasyka literatury "oszołomskiej".  Omawia wszystkie myki, które pozwoliły bolszewikom przejąć i utrzymać władzę w Rosji, a następnie analizuje, jak były one twórczo adaptowane i wykorzystane powtórnie po wojnie. Sporo tu także smakowitych kąsków dla tych, którzy nie lubią Piłsudskiego.
No i na koniec pozostaje pytanie - czy w świetle mechanizmów opisanych przez JM (w latach 60-tych!), komunizm w zasadzie upadł, czy też niekoniecznie?
Jeśli od lat planujecie ją przeczytać - pora wreszcie podjąć stosowne kroki i ściągnąć ją z półki.

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi:).



czwartek, 29 sierpnia 2013

"Co wciaga Twoje dziecko?" Małgorzata Więczkowska

No to wróciłam. Zazwyczaj po takim powrocie uderza mnie, że mieszkanie jakby się skurczyło, tym razem jednak rzuciło mi się w oczy co innego - książki. Może jeszcze nie skolonizowały wszystkich powierzchni płaskich, jak u niektórych rekordzistów, ale i tak wylewają się ze zbyt wielu półek. Zwłaszcza leżące w widocznym miejscu książki niezrecenzowane.
Choćby ta: "Co wciaga Twoje dziecko?" Małgorzaty Więczkowskiej. Tytuł wydaje się pewniakiem dla rodziców, dziadków i opiekunów. Niby omawia tylko wpływ mediów elektroniczych na dzieci, ale każdy, któ próbował kiedyś odkleić czwartoklasistę od jego smartfona, albo ten, który boi się, że jego przedszkolak, mimo troskliwej polityki zapobiegawczej i tak za kilka lat zamieni się w maszynę do klikania, będzie wdzięczny za jakieś wskazówki.
Mimo dość suchego stylu i raczej szczupłych rozmiarów książki, autorce udało sie przekazać sporo cennych rad  - i to nie tylko ogólników (np., żeby "rozmawiać z dzieckiem"). W jednym z aneksów jest na przykład lista konkretnych tematów do  tych rozmów na temat programów telewizyjnych i filmów, która moze być ciekawa także i dla dorosłego, jeśli się ostatnio przyzwyczaił do bezrefleksyjnego przeżuwania telewizyjnej papki, a do tego może zachęcić do tworzenia własnej listy pytań, zgodnej ze swoim światopoglądem i podejściem do życia.
Za tę część autorka ma u mnie dużego plusa, gdyż pitu-pitu z gatunku "jest źle, a będzie jeszcze gorzej", juz przestało na mnie robić na mnie wrażenie.
Ale to nie koniec wskazówek, dobrych rad i ciekawostek (choćby testów na uzależnienia od tego czy innego pudła). Także takich, które dowartościują niektóre mole książkowe i ich wykpiwany na szkolnych przerwach styl życia. No i może pozwolą spojrzeć nieco łaskawszym okiem na te tomiszcza ledwo mieszczące się na półkach:).
Zachęcam do sięgnięcia po książkę a sama udaję się w kierunku domowych porządków i szyykowania wyprawek.
Pozostańcie na linii:).

P.S. "Co wciaga Twoje dziecko?" mignęła mi w kiosku jako dodatek do tygodnika "Do Rzeczy".

czwartek, 27 czerwca 2013

Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy (Kraszewski, a jakże)

"Pospolitą chorobą (...) jest w Pińszczyźnie kołtun (plica polonica), który trafia się również u Tatarów i w Węgrzech, a nawet w Belgium i nad Renem (...). Szukali w nim starzy medycy jakichś cząstek siarczanych, inni uznali go za prosty skutek niechędóstwa. Inni jeszcze początek kołtunu odnoszą do napadów tatarskich i zatrutych przez nich wód, a nareście przypisują go także użyciu zbytecznemu wódki i dymnym chatom. Na Pokuciu pospolity, kołtun przeniósł się z wojną do Rusi i Polski. Zwierzęta nawet tej chorobie objawiającej się na włosach podlegają, co zdaje się okazywać, że jest przywiązaną do miejsca i wypływa z przyczyn lokalnych. Wszakże jest w bliskim obcowaniu zaraźliwa i dziedziczna, a niezmiernie trudna do wykurowania, wątpliwości nie ulega. Jej szkodliwe skutki włosami się nie ograniczają, humory, które ją sprawują, często kaleczą okropnie i nieznośnych bywają przyczyną boleści."[1]
"Nie ma rzeczy na świecie niegodnej uwagi i opisu" [2]. Nie tylko wielkie wydarzenia i niezwykłe miejsca - pewnego dnia Kraszewski postanowił chwytać życie na gorąco i spisywać w swoim kajeciku tak ulotne wrażenia, jak i ciekawostki różnej treści. I tak trzymamy w ręku książkę, która powstałą w zasadzie z niczego. Garść anegdotek podróżnych, szczypta opinii o ludziach i miejscach, uchwycone ginące pieśni ludowe i takież zwyczaje, zanotowane inskrypcje nagrobne, rozważania na temat historii sprzed kilku wieków, mity, legendy i obserwacje socjologiczne. Wiele z tych okruchów zostało potem uwiecznionych w innych książkach, już bardziej monotematycznych, niektóre miejsca posłużyły za tło powieści.
Kraszewski błyska niejednokrotnie poczuciem humoru, drąży interesujące go kwestie z naukową pasją (nie tracąc jednak świeżości amatora-erudyty). Czasem zaś - niestety przynudza. Ale, ale..."wszystko w swoim sposobie użytecznym być może, gdy się tylko zastanowić zechcemy" [3]. Dlatego też omiń czytelniku nieinteresujące dla siebie fragmenty i czytaj dalej. Na pewno trafisz na takie, które do Ciebie przemówią.

[1] J.I. Kraszewski, Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy, Warszawa 1985, LSW, s. 118
[2] tamże s. 21
[3] tamże s. 22


wtorek, 4 czerwca 2013

Zarekomenduj bloga - zabawa łańcuszkowa

W zamrażarce blogowej kisi się u mnie już kilka łańcuszków, ale temu, do którego zaprosiła mnie Guciamal, postanowiłam jednak dać szansę nieco szybciej.

Zgodnie z zasadami zabawy każdy z nominowanych ma trzy zadania:

- odwiedzić blogi wszystkich pozostałych nominowanych,
- napisać coś pozytywnego o każdym z nich na swoim blogu,
- mile widziane wskazanie kolejnych 10 "szczęśliwców" do zabawy. 


Tak się składa, że przytłaczającą większość blogów nominowanych przez Guciamal już znam i odwiedzam.

1. Lektury Lirael
Dla mnie to idealny blog literacki. Doskonale udokumentowane recenzje, dbałość o szczegóły - także graficzne, a do tego osobisty, lekki styl. No i przyjemna atmosfera w sekcji komentarzy. Lirael jest prawdziwa łowczynią trendów wśród książek zapomnianych. Wiele osób czasem czyta starocie, ale dopiero po jej rekomendacji rzucają się na nie tłumy.




2. Koczowniczkaoksiążkach,
Kolejna skarbnica książek zakurzonych. Warto przejrzeć także archiwalne wpisy i znaleźć rekomendację dla siebie.

3. Sukienkawkropki
Dotychczas mi nieznany. Długie dopracowane posty na temat atrakcji turystycznych północnych Włoch. Będę polecać znajomym mi osobom, które bywają a tamtych okolicach, jako lekturę przed kolejnymi wyprawami.

4. Maniaczytania

Maniaczytania specjalizuje się w literaturze popularnej - tej starszej, i tej klasycznej. Do tego pisze o filmach, książkach dla dzieci przeczytanych z Młodym Czytelnikiem oraz testuje przepisy kulinarne. Największy plus? Życiowe podejście do książek. Mania nie młóci ich cepem zaliczając jedną pozycję po drugiej, tylko często odnosi je do prawdziwego życia.

5. Galeria Kongo
"... o pocieszeniu jakie daje ... hobby; literatura, sztuka afrykańska i fotografia...". Najwięcej tu jednak książek, zwłaszcza Conrada i lektur okołoconradowskich. Mnie "Galeria" onieśmiela erudycją jej gospodarza i oszałamiającą częstotliwością ukazywania się notek. To również miejsce warte odwiedzenia przez tych, którzy mają uczulenie na blogerów-chwalców. Pochwały w Galerii są równie rzadkie, jak białe tygrysy.
 
6. Absolutnie nieperfekcyjna
Może i nieperfekcyjna, ale z dużym darem gawędziarskim, słuchem językowym i niebanalnymi spostrzeżeniami. O książkach, życiu i teatrze. Plus minus w tej kolejności. 

7. Przeczytałamksiążkę
Jeden ze starszych wciąż aktywnych blogów książkowych, przez lata nie obniża poziomu. Żelazna konsekwencja w zamieszczaniu wpisów (niezależnie od okoliczności życiowych), ciekawe spostrzeżenia na temat książek, sporo inicjatyw czytelniczych (wyzwania i tzw. stosikowe losowanie).

8. Słowemmalowane

Autorka potrafi coś, co mnie przerasta - pisać ciekawie o literaturze faktu, zwłaszcza historycznej, nie znaczy to, że stroni od beletrystyki. Jako komentarz dodam tylko, że w tej chwili, zamiast pisać o blogu, grzebię w jego archiwum:).

10.Książkizmojejpółki

Z Karoliną mamy dość zbieżne gusta literackie, więc często zaglądam, w celu porównania wrażeń. Sporo książek na temat Łodzi. Blog chwilowo "na holdzie", ale mam nadzieję, że za jakiś czas autorce uda się wrócić:).


A to moje nominacje, mam nadzieję, że uda się wam znaleźć chwilę na tę zabawę. Starałam się nie wybierać blogów, które już nominował kto inny, stąd brak niektórych "pewniaków".


1. Daleka droga
2. Matulu-matulu
3. Smakołyki alergika
4. Poczytnik
5. Łakomym okiem
6. To przeczytałam 
7. Mój jest ten kawałek podłogi
8. Notatnik kulturalny
9. Dom z papieru
10. Miasto książek


Zapraszam i mam nadzieję, że znajdziecie chwilę czasu choćby do drugiej części zabawy:). 

P.S. Pierwotnie nominowałam jeszcze Czytanki Anki,
ale okazało się, że już została ona nominowana przez Kaye. Stąd przesunięcia na liście:).

czwartek, 16 maja 2013

Francuskie dzieciństwo Marcela Pagnola (Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki)

 
Marcel Pagnol, Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki, tłum. Paweł Prokop, Małgorzata Paszke, Wydawnictwo Esprit 2010.

W tej chwili dużą popularnością cieszy się francuska literatura vintage dla dzieci. 
Wielki powrót przezywa Mikołajek, do którego porównywana jest niemal każda książka dla dzieci, gdzie bohaterami są małe urwisy (płci obojga). Popularne były wprowadzoen na polski rynek przez Znak "Jaśki". Książka Pagnola , mimo, że skierowana do dorosłych, to kolejne ogniwo tego łańcucha - niewiele różni się od "Jaśków". Ot, ma trochę wolniejsze tempo narracji. Na tyle jednak wolne, że raczej nie będę książki testować na dzieciach. 
Oparta jest na wspomnieniach autora z dzieciństwa - co nie bez znaczenia - spędzonego w Prowansji na początku XX wieku. Teraz dzieciństwo spędzone w czasach, gdy ludzie mieli czas jest uważane za "prawdziwe". To dzisiejsze, oddychające spaliną i wypenione w znacznej części przez wizyty u alergologa - to koszmar, z którego czowiek chętnie by się obudził.


Jak się ma "Chwała..." do innych współczesnych trendów? 
Nieźle zgadza się ze slow life (na co zwrócil moją uwagę niezawodny zacofany w lekturze). Bohaterowie wciąż obżerają się pysznym, zdrowym i nieprzemysłowym jedzeniem. 
Nieco gorzej z nurtem "toksyczna rodzina". Bohater jest zupełnie nie na czasie, gdyż sprawia wrażenie, że swoich rodziców szanuje i lubi. Nawet jeśli jest to pisane przez doroslego, to jednak zgrzyt. Powinien chociaż trochę rozliczyć ich za rodzicielskie błędy - niestety: wychodzi z niego sofciarstwo i sentymentalizmPPP. 

Do tego kwestia pacyfizmu i zwierząt. Starsi bohaterowie non stop latają po polach z bronia palną, młodsi zaś poluja bez jej użycia.  Następnie konsumuja niezliczone drozdy, kwiczoły i kuropatwy , które przez całą książkę skwierczą podpiekane na ruszcie. Czyżby nie słyszeli w ogóle o wegetarianiźmie?

Tak czy inaczej polecam książkę zarówno łowcom trendów, jak i tych, którzy są nimi ciężko zmęczeni. Satysfakcja gwarantowana.

poniedziałek, 6 maja 2013

JIK-owe bajeczki - nie tylko dla dzieci

Dwie bajki wyłuskane ze zbiorku "Baśnie największych pisarzy polskich". Notabene - całkiem przyjemny to zbiorek z udanymi, czarno-białymi ilustracjami Katarzyny Kariny Chmiel.

O królewnie czarodziejce to kolejna wariacja na temat prastarego motywu -  gonienia króliczka.
Otóż była sobie pewna królewna, po godzinach zajmująca się także sztukami magicznymi. Żeby mieć czas na rozwijanie swojego hobby i samorealizację postanowiła nigdy nie wychodzić za mąż. Sprawnie pozbywała się kolejnych kandydatów na mężczyznę życia, póki nie zjawił się ON - książę równie, a może nawet nieco bardziej biegły w magii, a do tego zdeterminowany. Królewna, nie doceniając początkowo przeciwnika, zgadza się na oddanie swojej ręki, gdy przejdzie on pomyślnie siedem prób...
Prób równie dobrze mogłoby być i 77. Bajka świetnie nadaje się do usypiania wyjątkowo opornych dzieci, tylko trzeba sobie najpierw przygotować ściągawkę z próbami, na które nie wpadł Kraszewski, na wypadek, gdyby te 7 nie wystarczyło.
Nie znaczy to wcale, że jest nudna - można ją tylko w nieskończoność wydłużać i wciąż tworzyć nowe warianty.

O Marzanie i Urodzie
Tytułowe Marzanna i Uroda to wpływowe wiedźmy, każda z nich rządzi własnym kawałkiem puszczy, ma swoich poddanych - leśne zwierzęta. Przy czym Marzanna jest typem władczyni totalitarnej, Urodzie zaś bliższe są ideały liberalne, nie żeby była od razu demokratką, ale czasem zdarza się jej pomyśleć nie tylko o własnych potrzebach zwłaszcza, jeśli przypadkiem miałoby to zaszkodzić jej odwiecznej rywalce - Marzannie. Obie panie bowiem serdecznie się nienawidzą.
Osią historii jest rywalizacja obydwu wiedźm o serce i duszę pewnego chłopca. Marzanna podstępem skłania jego rodziców do oddania go jej na wychowanie. Uroda zaś chce obronić dziecko - ucząc je rozumu.
Jednakowoż rozum okazuje się bronią obosieczną. Raz zdobyty - służy bowiem nie nauczycielowi, ale temu, kto rozum posiada.
Mam niejasne wrażenie, że autorzy kolejnych reform edukacji oraz telewizyjnych ramówek bardzo dobrze znają bajkę o dwóch wiedźmach, tylko wnioski z niej stosują na opak. Tak aby w procesie edukacji przypadkiem komuś nie przybyło pomyślunku...

Baśń jest przy okazji świetnym poradnikiem dla pracownika, zwłaszcza w czasach kryzysu. Tylko ostrzegam - nie będzie to raczej poradnik pozytywnego myślenia i działania, a raczej twórczego zastosowania lizusostwa i manipulowania szefem. Cóż - jakie czasy, takie środki:).

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Książkowy Grochów, edycja 2013

Grochów to jedno z warszawskich osiedli, położonych na prawym brzegu Wisły. Tak się składa, że jest to też miejsce, gdzie mieszkam. Już od 9 lat:).
Półtora roku temu pisałam o moich książkowych ścieżkach.
Aktualizację listy antykwariatów, szmateksów i wyprzedaży bibliotecznych znajdziecie TUTAJ. Niestety wygląda na to, iż bibliofilski róg obfitości nieco wysechł. 
Nie do końca jednak, i z jednym znakomitym wyjątkiem.
Tak wyglądał antykwariat na Bazarze Szembeka jeszcze w styczniu.

W lutym, gdy objuczona zapasami koziego sera i jaj przepiórczych poszłam wyłowić jeszcze jakąś czytelniczą perełkę na deser, po budce nie było śladu. Po placu radośnie rozjeżdżały się walce drogowe niwelując teren. Na placu boju pozostał jedynie pan ze skarpetkami (była o nim mowa w komentarzach do poprzedniej notki), sprytnie manewrujący między ciężkimi maszynami.
W marcu zaś miejsce antykwariatu zajęły budki nowej generacji, gzie można zakupić kalosze i pograć w gałę ze skośnookimi dziećmi.

Sam antykwariat przeniósł się zaś do na Kickiego 12, do jednego z budynków akademika UW.
Tak wygląda ta jaskinia czytelniczej rozpusty od zewnątrz.

A tak w środku:


Przyznam, że zmiana lokalizacji była strzałem w dziesiątkę.
  • Wygląda to dużo bardziej estetycznie, jest sporo miejsca, można wybrać się grupowo i potem przeglądać sobie wygodnie zbiory przy stoliku. Dla bardzo zmęczonych buszowaniem między półkami jest też skórzana kanapa. No i jest ciepło i nie kapie na głowę:).
  • Książki wciąż są pogrupowane tematycznie, nie ma natomiast żadnych stosów na podłodze. Łatwiej namierzyć to, czego szukacie. Tym bardziej, że księgozbiór liczy podobno 100.000 tomów.
  • Ceny - "normalne" zaczynają się od 4 zł (za serię Nike). Większość z tego, co zainteresowało mnie przy ostatniej wizycie, zakupiłam po 6 zł. Mam wrażenie, że to chyba dominująca cena na półkach. Uwaga: tańsze są książki "nieometkowane". Antykwariat zaczął się komputeryzować. Mam wrażenie, że książki, które już skatalogowali, są odrobinę droższe. Ale w tej chwili to ciągle mniejszość.
  • W związku z powyższym - oferta na stronie antykwariatu http://agrochowski.pl/ wcale nie musi być reprezentatywna. Ani cenowo, ani tym bardziej - asortymentowo. Przynajmniej na razie.
  • Promocja książki po 2-3 zł, lub ile udźwigniesz za 20 wciąż działa. Dotyczy wcale nie "Putramentów", ale często po prostu dubletów. W przeciwieństwie do poprzedniej lokalizacji, gdzie ta część księgozbioru była na zewnątrz, gdzie prędzej czy później się kurzyła i ulegała biodegradacji, teraz "promocyjne" niczym nie różnią się od "pełnopłatnych". Acha - promocja to okazja dla fanów zacofanego w lekturze. Na półkach widziałam min. TO i TO.
  • Dojazd: antykwariat znajduje się ok 10 minut spacerem od dużego węzła komunikacyjnego - Ronda Wiatraczna. Do wyboru jest pewnie ze 20 linii autobusowych i tramwajowych.
Wydaje mi się, że zrobiło się też z tego niezłe miejsce na spotkania moli, co udało mi się osobiście przetestować w sobotę, gdy widziałam się z dwiema innymi blogerkami książkowymi.
Po drugiej stronie ulicy otworzyła się bowiem knajpka z kawą, herbatą, przekąskami i kącikiem zabaw dla dzieci [Grochownia, ul. Kobielska 75].

Także polecam, a gdyby ktoś się wybierał, bardzo proszę o cynk. Może udałoby się nam spotkać?

Zdjęcia autorstwa zakurzonej, więcej znajdziecie TU.