piątek, 31 grudnia 2010

"Kto zabił Palomino Molero?"- Mario Vargas Llosa


"Kto zabił Palomino Molero?" przeczytałam tuż po zakończeniu "Zielonego Domu", aby przedłużyć nieco swoją literacką wycieczkę do Peru. Tytuł sugeruje kryminał, i tak właśnie jest, "Kto zabił.." jest typowym przedstawicielem tego gatunku, nie żadną wariacją ani wprawką na jego marginesie. Mamy trupa, detektywów (roztargnionego nowicjusza Litumę i jego mentora porucznika Silvę i całkiem solidne śledztwo. Niepoślednią rolę odgrywa też Taksówkarz- jednoosobowy wyraziciel woli ludu i opinii publicznej, a do tego przekaźnik plotek.
A że MVL to solidny fachura, wiec na niecałych 150 stronach machnął od niechcenia portret nadmorskiego peruwiańskiego miasteczka, okraszając to krytyką panujących w jego ojczyźnie stosunków społecznych (ale nie w tonie zbolało- męczeńskim, wprost przeciwnie, więc proszę się nie przerażać.
Miałam trochę problem z jakimś zakwalifikowaniem tej książki. Moim zdaniem leży ona gdzieś w połowie między Zielonym Domem, a babskimi kryminałami, takimi trochę na wesoło i napisanymi z nerwem. Kryminały z bohaterami męskimi jakoś mi nie pasowały, gdyż
a) czytam głównie te z krajów północnych, a tam jak wiadomo wieczna zima, depresja, alkoholizm i smęcenie
b) nawet jeśli wpadnie mi w ręce jakiś południowy kryminał- tamtejsi detektywi również są wypaleni i marzą tylko o przejściu na emeryturę, gdzie będą mogli kurować swoje wrzody.
Tymczasem Silva zachował jeszcze nieco radości życia, zresztą 70% energii zajmuje mu kombinowanie jak przelecieć szacowną Donnę Adrianę., śledztwo, mimo, że jest w nie zaangażowany, odbębnia mimochodem.
Stosunkowo najbliżej "Palomina" byłaby "Czarna Lista" Marininej (zachowując oczywiście wszelkie proporcje).
Pora skończyć pisanie i zabrać się za szykowanie do Sylwestra- polecam mającym ochotę na spróbowanie twórczości tego noblisty w wersji light:).

środa, 29 grudnia 2010

"Zielony Dom"- Mario Vargas Llosa

"Zielonego Domu" lepiej nie zaczynać bez lektury choćby jednej recenzji, gdyż bez przygotowania łatwo zesłać książkę do lamusa na wieczne nieczytanie. Początek bowiem nie jest łatwy- pierwsze 100 stron to nie tylko misz- masz wątków (początkowo zupełnie niepowiązanych). Vargas Llosa (w momencie pisania "Domu" dwudziestoparolatek), z wyraźną lubością testuje na czytelnikach różne zakręcone techniki narracyjne- np. "strumień gadki"- tym różniący się od strumienia świadomości, że składający się z zapisanych jak leci dialogów z nielicznymi opisami (a że Latynosi wszyscy jak leci cierpią na słowotok, to jest co zapisywać).
Autor wyraźnie świetnie się bawi, natomiast od czytelnika wymagają te jego zabawy sporego zaangażowania. W tym szaleństwie zresztą jest metoda. Nie wiadomo kiedy znajdujemy się nagle na łódce płynącej przez amazońską dżunglę bądź w burdelu w nadmorskiej Piurze. Dość rzadko zdarza mi się, żeby książkowy świat wciągnął mnie tak mocno.
Czytanie "Zielonego domu" przypomina trochę sytuację, gdy wchodzimy w nowe środowisko, bądź poznajemy nowych ludzi-początkowo wyrabiamy sobie o nich zdanie na podstawie strzępów informacji, potem obraz staje się coraz pełniejszy.
Tu jest podobnie- bohaterowie pojawiają się na chwilę, początkowo wydają się zupełnie niepowiązani, jest ich zresztą bardzo wielu (żeby skomplikować sprawę niektórzy występują pod różnymi imionami), nie ma bohatera głównego, a do tego epizody są rozrzucone w czasie. W miarę lektury oczywiście ujawniają się powiązania między nimi (w końcu okazuje się wręcz, że wszyscy Peruwiańczycy to jedna rodzina rodzina;). Ujawnienie najważniejszych szczegółów, będących kluczem do zrozumienia sytuacji bądź tajemnic bohaterów autor zostawia sobie jednak na koniec.
Specyficzna narracja, polegająca na obserwacji z zewnątrz sprawia, że chociaż bohaterowie przeżywają prawdziwe dramaty (miłość, zdrada, porzucenie, choroby), ulegają one jakiemuś pomniejszeniu. Sprzyja temu także rozciągnięcie akcji w czasie. Cóż z tego, ze np. jedna z bohaterek przeżywa najpierw Wielką Miłość, potem Prawdziwą Dojrzałą Miłość, skoro w perspektywie 30 lat to wszystko szlag trafia i jest tylko wspomnieniem.
To spojrzenie z oddalenie sprawia, że "Zielony dom" to nie tyle zbiór indywidualnych historii , ale raczej portret narodu. To ostatnie określenie zresztą jest nie do końca ścisłe. Peru to kraj 4 krotnie większy od Polski a do tego tak zróżnicowany krajobrazowo i kulturowo (a zapewne i etnicznie, Indianie z dżungli niewiele mają wspólnego z tymi andyjskimi), że siłą rzeczy Vargas Llosa portretuje tylko wycinek tego społeczeństwa.
Zresztą, żeby wiele lat później, zapewne też po to, żeby dopełnić ten portret, autor wysłał jednego z bohaterów "Domu"- policjanta Litumę (który zresztą pojawia się jeszcze w kilku innych jego książkach) na placówkę w Andach ("Lituma w Andach", również polecam:).

Napisałam już tyle, a ciągle nie było próby streszczenia- i chyba nie dam rady tego zrobić. Po pierwsze- psułoby to całą albo chociaż część frajdy z samodzielnego układania puzzli z tego zestawu. Napiszę tylko tyle, że tytułowy Zielony Dom jest burdelem, a akcja rozgrywa się w dżungli i nadmorskim miasteczku Piura (a zwłaszcza w jej dzielnicach - Ścierwiarni i Szmaciarni- duży plus dla tłumacza* za spolszczenie tych nazw- niezwykle klimatyczne, nieprawdaż?).

A o co chodzi w tym całym szaleństwie (oraz natłoku wątków i postaci)? Wydaje mi się, że o kreację innej rzeczywistości. Niektórzy piszą, że Vargas Llosa skręca w stronę realizmu magicznego- nie zgodzę się z tym, natomiast jego świat jest oryginalny i wyjątkowy. I uważam, że warto go poznać.


*legendarny Carlos Marrodan Casas

wtorek, 28 grudnia 2010

"Król afer" - John Grisham


Zazwyczaj nie piszę o książkach niedoczytanych, ale tym razem zrobię wyjątek, zwłaszcza, że uzasadnienie będzie nieco dłuższe niż "ciężko mi się czyta S-F" czy też- "bo druk był za mały".
To moje drugie spotkanie z Grishamem, pierwszym była "Firma"- historia żółtodzioba zatrudniającego się w elitarnej firmie prawniczej (zajmującej się dodatkowo przekrętami), który na koniec robi w konia wszystkich dziadków-partnerów i ucieka z grubszą kasą na jakąś tropikalną wyspę ("Firmę" czytałam tak dawno, że proszę nie traktować tego jako spoilera;)).
Zaletą książki było natomiast niewątpliwie lekkie pióro i poczucie humoru.
W "Królu afer" mamy jakby podobny schemat, ale niestety w którymś momencie nastąpił zgrzyt, który sprawił, że odłożyłam książkę.
Fabuła w skrócie- Carter Clay miał objąć posadę w kancelarii swojego Papy, jednak ten nierozważnie zajął się kreatywną księgowością i musiał ostatecznie odejść z zawodu, Carter natomiast został na lodzie i musiał zatrudnić się jako obrońca z urzędu.
Po 5 latach kiepsko płatnej pracy, mimo rozgoryczenia stara się jednak trzymać swoich zasad- odrzuca np. ofertę pracy od ojca swojej dziewczyny- nie chcąc się wikłać w układy pachnące nepotyzmem.
Zasady jednak idą się bujać, gdy przy okazji obrony jednego ze swoich klientów z urzędu (Murzyna, który zastrzelił na ulicy przypadkowego człowieka), trafia na trop grubszej afery z firmąfarmaceutyczną w tle.
Jej przedstawiciel składa mu ofertę, aby pomógł zatuszować aferę, a jednocześnie sam nieźle zarobił. Oferowane wynagrodzenie- 15 mln dolarów to sumaastronomiczna dla Claya, więc niezwłocznie się na nią zgadza (tyle jeśli chodzi o demonstrowane wcześniej ZASADY- po prostu przyszły teść oferował za mało:).
Po niej jednak przychodzą kolejne deale, z tego samego źródła, równie dobrze płatne. Bohater jednak nie zastanawia się , dlaczego to właśnie on został szczęśliwcem, którego ktoś obdarowuje kolejnymi górami pieniędzy, czy może coś tu śmierdzi, albo ktoś szykuje dla niego mało wdzięczną rolę kozła ofiarnego- nie, zamiast tego zajmuje się radosną konsumpcją i wydawaniem swojej świeżej fortuny (domy, jachty, odrzutowce...ech, jest tyle sposobów wydawania kasy).
Porzuciłam więc ksiażkę ze względu na bohatera, niekonsekwentnie skonstruowanego i, jak dla mnie, nieciekawego. Historia zresztą z góry widać, że jest zaprojektowana tak, że Clay na koniec poniesie karę za swoją głupotę, więc zdecydowałam się nie męczyć przez kilkaset stron, czekając aż do tego dojdzie. Niespecjalnie interesuje mnie międlenie akcji dla samego międlenia. A samo rozkoszowanie się lekkim stylem Grishama i subtelnościami amerykańskiego sytemu prawnego to dla mnie za mało.
Nie chcę zniechęcać, to dobre czytadło, fani Grishama pewnie chętnie po nie sięgną.
Tym którzy jednak jeszcze nie zapoznali się z tym autorem, radzę zaczęcie znajomości od bardziej znanych jego pozycji (choćby "Firmy").

wtorek, 14 grudnia 2010

"Dziennik pisany nocą 1984-1988" Gustaw Herling-Grudziński


Jakie są wasze pierwsze skojarzenia, jeśli chodzi o Gustawa Herlinga Grudzińskiego? "Inny świat"? Paryska "Kultura" z którą współpracę zakończył u kresu jej istnienia na tle różnic politycznych? Człowiek niezłomny, pryncypialny i niezależny, ostatecznie o czymś świadczy, że przez wiele lat grał w jednej drużynie ze Zbigniewem Herbertem?
Ciąg skojarzeń prowadził mnie w stronę konstatacji, że Herling- Grudziński był człowiekiem o wrażliwości konserwatywnej, gdy tymczasem niespodzianka- był wieloletnim członkiem emigracyjnego PPS (być może zresztą jedno drugiego nie wyklucza, być może to wynalazek ostatnich czasów, że poglądy muszą być poupychane w ciasnych szufladkach opatrzonych etykietami i wszystko musi się w nich mieścić).
Miałam również wrażenie w trakcie lektury Dziennika, że pisarz jest raczej agnostykiem, tymczasem sprawa nie jest taka prosta, skoro urodził się w zasymilowanej rodzinie żydowskiej, ciągle wyznającej jednak judaizm (w tamtych czasach najwyraźniej nie był to standard). Bardzo jestem ciekawa jak w ciągu swojego życia zagospodarował to dziedzictwo, być może kiedyś znajdę na ten temat informacje.

Co na pewno mogę powiedzieć o autorze dziennika, który informacje o sobie dawkuje skąpo, przynajmniej te o charakterze osobistym- był uosobieniem zdrowego rozsądku, prezentował własne, odrębne zdanie na każdy temat i nie dawał sobie zamydlić oczu.
I dlatego lektura "Dziennika..." byłą dla mnie taką przyjemnością.
Dziennik nie ma charakteru osobistego, takich informacji trzeba szukać ze świecą a następnie powiększać przez lupę:). Większość wpisów to mini eseje- zazwyczaj sprowokowane lekturami bądź bieżącymi wydarzeniami. Herling lubi wyciągnąć jakiś cytat, rozebrać go na czynniki pierwsze, a następnie wypunktować cytowanemu nieścisłości bądź brak logiki.
Tematyka? Najwięcej miejsca zajmują rozważania o charakterze społecznym/socjolologicznym z odchyleniem w stronę politologii (raczej rzadko bieżącej polityki, wydarzenia są czesto komentowane z kilkuletnim dystansem)
, szczególnie o wszelkiej maści systemach totalitarnych, nie tylko o sowieckim, którego doświadczył na własnej skórze, dość często autor przywołuje też włoski faszyzm. wyjątkowo często Herling odwołuje się do historii, szuka dla wydarzeń ich starszych odpowiedników. Szuka analogii. Po zabójstwie księdza Popiełuszki przywołuje zabó jstwo Mateottiego (lata 20-te /Włochy). Dla antysemickich aberracji systemu komunistycznego szuka precedensów w czasach średniowiecza i renesansu. Zmagania Solidarności i komunistów przed wprowadzeniem stanu wojennego przypominają mi sytuację w Czechosłowacji '68, itd.
Autor sam w końcu przyznaje, że "historia spuszczona z łańcucha" jest jego obsesją, z którą powinien nieco przystopować. Niesłusznie. Może była ona męcząca dla niego samego, ale dzięki temu czytelnik ma sporo materiału, do snucia analogii do czasów dzisiejszych. Tylko ostrzegam, ta zabawa wciąga:).
Szczególne miejsce w Dzienniku zajmuje Rosja (uczestnicy WYZWANIA ROSYJSKIEGO spokojnie mogą sięgnąć po Herlinga i zmontowac z jego wpisów całkiem zgrabną syntezę- i to bez czytania całości). Jak zawsze- często prezentuje inne zdanie niż cytowani przez niego politycy, politolodzy i sowietolodzy. Szczególnie mocno protestuje przeciwko traktowanie Rosjan jako stada zsowietyzowanych baranów (a często tak właśnie byli postrzegani nawet przez liberalnych naukowców).
Dość często zdarza sie autorowi polemizować z polskimi politykami aktywnymi w tamtych czasach (zaliczam do nich również opozycjonistów). Warto poczytać, gdy znamy ich już o 25 lat dłużej i niestety o 25 lat lepiej. Warto poczytać (i czasem pozazdrościć autorowi przenikliwości). Moim absolutnym faworytem w tej kategorii są zaskakujące rozważania gen. Jaruzelskiego o własnym potencjalnym pogrzebie (pisane z pozycji dyktatora). Zaciekawionych odsyłam do źródeł:).
Tematyka politologiczna i historyczna o dziwo odesłała na dalszy plan rozważania na temat literatury pięknej, ale i tych tu nie brakuje. I to nie tylko na temat klasyki i poważniejszych autorów (Orwell, Stendhal, Kafka, Dostojewski , Calvino). Znalazłam też wzmiankę o Kenie Follecie a także o kinie gangsterskim (w którym, jak się okazuje, też można znaleźć głębsze treści).
Wszystko, co powyżej napisałam nie wyczerpuje treści książki. Sporo jest notek wspomnieniowych, krajoznawczych, wojennych, dotyczących twórczości własnej bądź też poświęconych przyjaciołom.
Autor jest zresztą zmuszony (z racji wieku coraz częściej), towarzyszyć im w ostatniej drodze.
Książka przeznaczona raczej do niespiesznej lektury, nie ma tam wodolejstwa, więc potrzeba czasu, aby przyswoić prezentowane treści.
Chętnie sięgnę po inne części "Dziennika". A przede wszystkim żałuję, że podobnej klasy klasy komentator rzeczywistości nie jest aktywny w dzisiejszych czasach:(.

piątek, 10 grudnia 2010

"Księżniczka z lodu"- Camilla Läckberg

Pierwsza część cyklu Camilli Läckberg, to nie jest po prostu połączenie kryminału z powieścią obyczajową, jak kolejne części ("Kaznodzieja" i "Kamieniarz"), tylko hybryda kryminału z chick litem (czyli książkami w stylu "Bridget Jones"). Bohaterką jest 35-letnia pisarka, Erika Falck, która po tragicznej śmierci rodziców wraca do rodzinnego miasteczka, żeby uporządkować zaległe sprawy i uporać się z żałobą.
Zamiast tego czekają ją kolejne niełatwe przejścia- jest świadkiem odnalezienia ciała swojej zmarłej przyjaciółki z dziecinnych lat- Alexandry. Jako znajoma rodziny zostaje najpierw zaangażowana w napisanie artykułu o zmarłej, gdy okazuje się, że śmierć Alex nie była naturalna, pośredniczy w kontaktach z policją, i tak, krok po kroku, coraz bardziej angażuje się w życie rodziny Alex i stopniowo poznaje jej skomplikowaną historię.
Powoli rodzi się w niej pomysł na nową książkę. Początkowo ma być to analiza psychologiczna dawnej przyjaciółki, jednak okazuje się, że być może za jej specyficznym charakterem i wyborami życiowymi, kryła się kryminalna tajemnica z przeszłości...
Na drugim planie rozgrywa się policyjne śledztwo, prowadzone przez mało doświadczonego, ale bystrego policjanta Patricka Hedstroema. W trakcie jednego z przesłuchań dwójka detektywów- profesjonalista i amatorka spotykają się i... wybucha wielka miłość, która będzie wlokła się przez kolejne tomy cyklu.

Jest to bardziej historia obyczajowa niż kryminał. Wątek życia prywatnego detektywów jest rozbudowany jak nigdzie (dużo bardziej niż w kolejnych tomach, gdzie autorka tylko kontynuuje rozpoczęte wątki) i wykazuje lekkie, ale nie przesadne, odchylenie "Bridgetowe"- mamy nawet scenę wyboru odpowiedniej bielizny przed randką.
Wątek kryminalny bardziej nastawiony jest na odgadnięcie tajemnicy z przeszłości, niż na faktyczne odkrycie , kto zabił (to okazuje się kwestią wtórną). Zagadka, chociaż ja akurat rozgryzłam ją za wcześnie, jest dobrze poprowadzona- metodą odkrywania kolejnych puzzli (trochę jak w 1. części Millenium), a nie systemem zastosowanym w kolejnych częściach- narrator mówi prawie wszystko, a czytelnik tylko czeka, kiedy wreszcie zorientuje się detektyw;).
Do tego mamy obraz małego miasteczka, rządzonego przez 2 czynniki- lokalnych potentatów finansowych i złotą maksymę małych miasteczek- "Co ludzie powiedzą".
Ciekawy jest wątek przemocy domowej (w rodzinie siostry Eriki), który będzie zresztą kontynuowany w kolejnych tomach.
Tradycyjnie polecam miłośnikom kryminałów w wersji soft. Zwolennikom seryjnych morderców i hektolitrów krwi,proponuję udać się pod inny adres:).

P.S. Czytam w trochę bezsensownej kolejności, ale w mojej bibliotece Camilla Läckberg to w tej chwili towar deficytowy i wydzielany spod lady wyłącznie wybrańcom, więc nie mam co wybrzydzać;)

czwartek, 9 grudnia 2010

"Sędzia Di i parawan z laki"- Robert van Gulik

Kryminał retro w chińskiej scenerii, trudno określić z jakiego czasu, ale na oko wygląda to na XIX wiek, może wcześniej.
Sędzia pokoju Di, geniusz dedukcji przybywa incognito wraz ze swoim asystentem do uzdrowiskowego miasteczka. Jego celem jest zwiedzanie zabytków i odpoczynek, ale zamiast tego jest zmuszony zająć się gwałtem i zabójstwem żony swojego lokalnego odpowiednika Tenga, rzekomym samobójstwem kupca Ko a do tego aferą gospodarczą i rozpracowaniem lokalnej przestępczości zorganizowanej. Dzięki swojej inteligencji, sprytowi (zaiste, sędzia jest kuty na cztery kopyta) i zdolnościom aktorskim, sędziemu udaje się zaprowadzić porządek w miasteczku w zaledwie 2 dni, tyle, że kosztem urlopu.
Książka jest mocno stylizowana na "starochińską" zarówno w warstwie fabularnej jak i graficznej (pomagające wczuć się w klimat ilustracje).
Przeczytałam z dużą przyjemnością i polecam.
Nie jestem natomiast pewna, czy polecać cały cykl- jakieś 2-3 lata temu czytałam inną książkę z tego cyklu (Sędzia Di i chiński gwóźdź) i solidnie mnie ta pozycja zmęczyła. Ciekawe, czy są aż takie różnice w jakości, czy też może to tylko kwestia mojego nastroju.

wtorek, 7 grudnia 2010

Bożonarodzeniowo dla przedszkolaków 2


Tym razem wzięłam na warsztat książeczkę: Święta Pana Misia. Zainteresowanych tematem zapraszam na bloga bożonarodzeniowego, wejście TĘDY:).

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Dziwny przypadek psa nocną porą- Mark Haddon

Ciekawy pomysł na ksiażkę, i moim zdaniem całkiem udany. To historyjka niby kryminalna (dotycząca nagłego zgonu pudla), opowiedziana z punktu widzenia chłopca cierpiącego na zespół Aspergera (ZA). Sama historia jest oczywiście wątła jak kończyna wyciągnięta z gipsu, ciekawą czyni ją narrator.
15 letni Christopher jest świetnym matematykiem, doskonale czuje się świecie nauk ścisłych, natomiast ZA nie pozwala mu na odczytywanie cudzych emocji. Musi się ich uczyć, niczym języka obcego (niezwykle ciężka to praca i najeżona pułapkami- musi starać się zrozumieć ludzkie zachowania okrężną drogą, za pomocą pojęć, które są dla niego zrozumiałe.). Wydaje mi się, że podobny proces muszą przechodzić "uczące się" ludzkich emocji komputery- nigdy jednak nie dojdą do poziomu wyższego, niż bardzo małe dziecko, i tak właśnie jest niestety z Christopherem. Samodzielne funkcjonowanie przypuszczalnie nigdy nie będzie dla niego możliwe, i czapki z głów dla rodziców, że doprowadzili go choćby do takiego poziomu socjalizacji. I tak jak ciężka pracą jest dla Christophera funkcjonowanie w zwykłym świecie, tak równie trudne jest dla osób przebywających z chłopcem życie z nim- mają przed sobą podobne zadanie- zrozumienie człowieka, który funkcjonuje inaczej. I mimo, że przebywają z nim na codzień wciąż zdarzają im się załamania w komunikacji.
Nie będę streszczać fabuły (zresztą co tu mówić o fabule, skoro dla chłopca wytrącenei z rutyny oznacza jazdę bez trzymanki, a wyprawa do Londynu jest jak wyprawa w kosmos)- niezwykłą zaletą "Dziwnego przypadku..." jest możliwość spojrzenia na świat z zupełnie innej perspektywy, i za tę możliwość jestem wdzięczna autorowi, i z jej też powodu bardzo zachęcam do lektury.

Jeszcze krótka uwaga o autorze- popełnił on również dziełko Drobny kłopot, kompletnie różne, taka sobie historyjka o hipochondryku. Jeśli przypadkiem komuś już zdarzyło się po nią sięgnąć- nie powinna ona zniechęcić do lektury "Dziwnego przypadku..." i vice versa- tym którym podobał się "Dziwny przypadek..." radzę zastanowić się 3 razy, zanim sięgną po "Drobny kłopot", zabrakło pomysłu.

sobota, 4 grudnia 2010

"Kair- historia pewnej kamienicy"-Alaa Al Aswany


Po serii mniejszych lub większych smętów, trafiła mi się książka do pochłonięcia na raz- czyli Kair. To historia kairskiej kamienicy, niegdyś ekskluzywnej, obecnie zamieszkałej przez mieszane towarzystwo- bogaczy z apartamentów na dole, i biedotę, zamieszkująca dawne komórki lokatorskie na dachu. Przy okazji to przegląd całego arabskiego społeczeństwa- podzielonego, gdzie karty są już raz na zawsze rozdane, drogi awansu zablokowane, a wszystkim rządzi kasa.
Niezależnie od stanu majątkowego mieszkańcy kamienicy mają swoje problemy. Zaki- przedsiębiorca i nieuleczalny kobieciarz- uświadamia sobie, że zostając w kraju i nie żeniąc się przypuszczalnie zmarnował swoje życie. Dziennikarzowi Hatimowi przychodzi płacić coraz wyższą cenę za swój homoseksualizm. Także Azzim, mafiozo i parlamentarzysta- nie ma lekko, żyje w stresie, że wykona jeden fałszywy ruch i może wszystko stracić.
Ich problemy jednak mogą zostać rozwiązane lub choćby złagodzone, gdyż nie należą do kasty finansowych pariasów. Inaczej jest z mieszkańcami blaszaków na dachu- ci muszą godzić się na gigantyczne kompromisy, i na różne się sprzedawać. Kończy się to zazwyczaj dramatem. jest jeszcze jedna droga wyjścia z upodlenia- wykorzystywana przez cwanych imamów potrzeba godności, kończy się zazwyczaj wejściem na szybką ścieżkę dżihadu i równie szybkie wejście do grona "męczenników".
Innej drogi dla urodzonych w Egipcie w niebogatych rodzinach niestety nie ma (no może być to jeszcze "awans" ścieżką ciężkich przestępstw, ale przecież nie dla każdego to ścieżka i trudno ją polecać).
Książka traktuje na poważne tematy (autor zresztą jest zaangażowany w ruch na rzecz demokratycznych przemian), ale jednocześnie napisana jest lekko , postacie są malownicze i wiarygodne, czyta się naprawdę z dużym zainteresowaniem. Jednocześnie widać, że była pisana na rynek egipski, objętość nie jest sztucznie napompowana skróconą historią Egiptu w ostatnich stu latach.
Jedna łyżka dziegciu- zdecydowanie negatywny wizerunek Koptów. Nie ma ani jednej postaci z tej grupy, która nie byłaby antypatyczna. W sytuacji , kiedy Koptowie są w Egipcie dyskryminowani, a często nawet prześladowani, szkoda, że również ta książka tak będzie kształtować ich wizerunek. (Tym bardziej w tej chwili doceniam turecką pisarkę Elif Safak, która zabrała się za zasypywanie dołów między Turkami a Ormianami w "Bękarcie za Stambułu"- a stosunki turecko ormiańskie też do łatwych nie należą.)

Mimo wszystko- zachęcam do przeczytania tej książki.

czwartek, 2 grudnia 2010

"Zamach"- Harry Mulisch


Pierwszy raz ze wzmianką o "Zamachu" zetknęłam się przy okazji jakiegoś rankingu książek wszechczasów, był to zresztą ranking niemiecki, autor jest Holendrem, książka była wielkim bestsellerem również na jego rodzinnym rynku, nakręcono na jej podstawie oscarowy film. Po tych wszystkich informacjach, uznałam, że warto spróbować. I nie zawiodłam się, choć ten dzban miodu przyprawiony jest kilkoma łyżkami dziegciu, ale o tym dalej.
Styczeń 1945, rodzina Steenvijk wiedzie spokojne, choć najeżone wojennymi trudnościami, życie w Haarlemie. Ojciec, przedwojenny urzędnik sądowy, jest typem intelektualisty, praktyczne sprawy pozostawia matce. 12-letni Anton, to klon ojca i wzorowy uczeń, a 17-latek Peter- narwany buntownik..
Pewnego wieczora na ich uliczce, koło domu sąsiadów, zostaje zlikwidowany kolaborant. Sprytni sąsiedzi przerzucają zwłoki pod drzwi Steenvijków i od tego momentu, jak śpiewała moja ulubiona Spice Girl -Mel C- "Things will never be the same again"- nic nie będzie już takie samo.
Anton na długi czas straci kontakt z rodziną, przez lata będzie próbował na nowo poskładać swoje ja. Mimo, iż z zewnątrz wydawało się, że funkcjonował doskonale, wojenna trauma co jakiś czas dawała o sobie znać, i okazywało się wówczas, że tkwi w nim głębiej, niż był to w stanie przyznać. Powojenne lata, to seria epizodów, gdzie Anton spotyka kolejne osoby, które mogą rzucić nowe światło, na wydarzenia, które naznaczyły całe jego życie. Odkrywając prawdę, możemy przy okazji obserwować zmiany, które zachodzą w samym Antonie. Jako powieśc psychologiczna "Zamach" jest naprawdę świetny i przeczytałabym go z przyjemnością- gdyby nie wisienka na torcie, w postaci motywów antywojennych (wojna w Wietnamie, wyścig zbrojeń) o zabarwieniu mocno politycznym, a do tego jeszcze przebrzmiałych. Nie dziwię się, że książka została dość szybko wydana w PRL. Warstwa polityczna idealnie współgrała z propagandą tamtych czasów.
Jeszcze jedna rzecz, która mnie zainteresowała, na początku nieco zdziwiły mnie opisy rycerskich żołnierzy Wehrmachtu, którzy pod ostrzałem Spitfajerów obwożą 12-latka po połowie Holandii. Pewnym wyjaśnieniem byłą dla mnie stwierdzenie, że to co sposób, w jaki hilterowcy potraktowali Steenvijków po zamachu był aberracją, "takie rzeczy zdarzały się tylko w Polsce i Rosji". Nie wiem naprawdę jak to skomentować, wywołało to u mnie sporo przemyśleń o charakterze geopolitycznym.

W każdym razie- polecam, ale raczej odpornym na retorykę w stylu PRL.

wtorek, 30 listopada 2010

"Noce deszczu i gwiazd"- Maeve Binchy

Greckie wyspy to miejsca o wielkiej sile przyciągania. Ludzie , którzy przechodzą w życiu złą passę, często zaczynają kombinować, jak tu rzucić wszystko, spakować plecak i ruszyć na Kalimnos czy inne Kos, aby tam prowadzić proste życie (zapewne pracownika przemysłu turystycznego). Mam zresztą pewną znajomą, która już całkiem na poważnie snuła takie plany- w końcu znalazła spokojną przystań w innym miejscu zaczynającym się na literę K*.
W każdym razie- wydaje się wyspy greckie mają wyjątkową moc zabliźniania ran i kojenia.
Podobną opinię- czarodziejki potrafiącej krzepić serca i łagodzić złe nastroje ma irlandzka mistrzyni opowieści- Maeve Binchy. Tak więc, w przypadku takiego właśnie połączenia (Binchy+ wyspy greckie) możemy się spodziewać dawki podwójnego ukojenia, które w przypadku jednostek bardziej podatnych, da się nawet wykorzystać medycznie (a dokładniej anastezjologicznie).
Fabuła? Proszę bardzo- czworo rozbitkow życiowych zostaje przypadkowymi świadkami zatonięcia statku wycieczkowego na wyspie Anna Aghia. Splot okoliczności sprawi, że zbliżą się dużo bardziej , niż przystało na zwykłych turystów, i to nie tylko ze sobą, ale również z miejscową ludnością.
Dzięki wzajemnej pomocy, a także pomocy wścibskiego i antypatycznego irlandzkiego babska imieniem Vonnie, uda im się rozwiązać swoje życiowe problemy, a także poszerzyć horyzonty.
Polecam szukającym szybkiego znieczulenia (a nie mającym pod ręką wyrobów spirytusowych).

Acha- w notkach o twórczości Pani Maeve, zazwyczaj można wyczytać pomstowania na polskie okładki, które zsyłają te autorkę, całkowicie niesłusznie do getta romansowego, podczas, gdy książki te, to klasyczne "obyczaje". Nie będę wyjątkiem. Na górze wklejona okładka wydania, które czytałam, a poniżej okładka polska. Dodam, że nie zauważyłam, żeby ktokolwiek wszedł w tej książce choć raz do wody, bohaterowie za to z upodobaniem przesiadują w knajpach.


*Gdyby kiedyś zawędrowała w te rejony netu- serdecznie pozdrawiam!

poniedziałek, 29 listopada 2010

"Tajemnica Frontenaków"- Francois Mauriac

Tajemnica Frontenaków to saga rodzinna w skali mikro. dla mnie to prawdziwy rarytas i duży plus książki, jeśli autor potrafi zmieścić taką historię na 150 stronach, ostatnio bowiem rzuciłam w kąt pewną 600-stronicową egzotyczną historię rodziny, dodatkowo nasyconą (do przesytu) smakami i zapachami orientu. Z ulgą sięgnęłam po niej po Mauriaca.

Bordeaux przełomu XIX i XX wieku. Blanche Frontenac, młoda wdowa zmaga się z wychowaniem piątki dzieci. Xavier, jej szwagier, stara się wspomagać ją materialnie, przejmując też częściowo zarządzanie rodzinną firmą, jednak emocjonalnie kompletnie zaniedbuje Blanche, widząc w niej tylko robota dedykowanego do zajmowania się małymi Frontenakami. Rodzi to oczywiście nieuniknione napięcia. Dodatkowym ich źródłem jest nietypowy tryb życia Xaviera, zogniskowany wokół ukrywanej przez niego Tajemnicy.

Stopniowo ciężar opowieści przesuwa się na dorastające dzieci, zwłaszcza na Jean Louisa - klasyczne "dobre dziecko" i utalentowanego poetycko- najmłodszego Yvesa. Doskonale przedstawione jest ich dorastanie, wielkie nadzieje, rozczarowania, godzenie się z własnymi ograniczeniami, odejścia i powroty od wartości przekazanych im w domu. wreszcie mozolne (bądź nie) odnajdowanie swojego miejsca w życiu.

Jaka była prawdziwa tajemnica Frontenaków- moim zdaniem była to miłość, miłość rodzi cielska, miłość braterska (której poświęcone jest tu szczególnie wiele miejsca), także niemal atawistyczna miłość do całego klanu i wszystkich jej przedstawicieli (często połączonych już nie tyle więzami krwi, co wyczuciem "ucha Frontenaków". A co było podstawą tej miłości- dowiecie się po przeczytaniu:).
Książkę, już po jej przeczytaniu można określić jako "ciepłą i optymistyczną", tylko nie jest to żaden zatykający słodki lukier prosto z kanału Hallmark.

Autor naprawdę mistrzowsko kreśli nastroje i (dojrzewające przecież i zmieniające) charaktery. I potrafi to zrobić zaledwie kilkoma celnymi zdaniami, przypominało mi to nieco technikę impresjonistów.
Warto też dać tej książce szansę i nie porzucać jej np. po przeczytaniu 1/3. Mi spodobała się gdzieś dopiero w drugiej połowie. Zdecydowanie czas przeznaczony na jej lekturę nie był dla mnie czasem straconym.

Bożonarodzeniowo dla przedszkolaków


Biorę udział w kilku wyzwaniach literackich , i zazwyczaj zapraszam tam do czytania recenzji na moim blogu. Tym razem, ze względu na specyficzną tematykę zapraszam na bloga Znalezione pod choinką:
http://znalezionepodchoinka.blogspot.com/2010/11/bozonarodzeniowo-dla-przedszkolakow.html

Pod tym linkiem można znaleźć krótkie omówienie bożonarodzeniowych (a raczej pseudo- bożonarodzeniowych) książeczek dla dzieci z mojej półki.
Zapraszam.

niedziela, 28 listopada 2010

"Przyznaję sie do winy"- Ryszard Bugajski

Powinnam chyba założyć nową kategorię- książki spod podłogi, których nikt nie czyta, tylko ja.
"Przyznaję się do winy" to nieco zaskakująca pozycja autorstwa reżysera słynnego "Przesłuchania', traktuje bowiem o latach stalinowskich... na Węgrzech. Oparta jest zresztą na prawdziwej historii- porwania amerykańskiego komunisty Noela Fielda w celu wykorzystania go w trakcie czystek w węgierskim KC, których ofiarą padł min. Laszlo Rajk.
Zarówno w samym porwaniu jak i przesłuchaniach bierze udział młody esbek- Lajos Banky, i gdzieś w trakcie tych przesłuchań budzi sie w nim sumienie i tęsknota za innym światem, która zaowocuje kilka lat później- w '56.
"Przyznaję się..." to również przerażający, chociaż wybiórczy, gdyż widziany jednak z pozycji człowieka uprzywilejowanego, obraz państwa komunistycznego w czasach stalinowskich. W zasadzie niczym nie różni się od tego z roku 1984 Orwella, tyle, że jest stuprocentowo prawdziwy. To państwo wszechobecnego strachu i podejrzliwości (z których potem trudno się wyleczyć przez całe życie), gdzie w każdej chwili można zniknąć, stać się bez powodu "przestępcą" i wyrzuconym poza nawias, gdzie aby przetrwać, często wielokrotnie trzeba zaprzeć się swoich przekonań, a często okazuje się , że i tak był to o jeden raz za mało (wiec może lepiej było pozostać nieugiętym). To państwo, gdzie największą zbrodnią jest niezależna myśl, państwo które niszczy swoich obywateli, doprowadzając ich do moralnej ruiny. Wydaje się, że to opis piekła na ziemi? Niekoniecznie. Prawdziwe piekło, z którego docierają do bohatera strzępki informacji, znajduje się na wschodzie. Tam proces niszczenia ludzi posunął się dużo dalej, i strach pomyśleć jak daleko posunąłby się na Węgrzech (i innych państwach komunistycznych), gdyby nie śmierć Stalina.
Ciekawy, a jednocześnie paranoidalny, jest opis mechanizmu procesów politycznych, które do tego stopnia były parodią jakiegokolwiek procesu sądowego, że zastanawiam się, dlaczego w ogóle w tym systemie, w którym z człowiekiem można zrobić wszystko, ktokolwiek zawracał sobie nimi głowę.
Polecam tę (zupełnie niesłusznie) niedoceniana książkę. Sporo materiału do przemyśleń- mi pomogła nieco zrozumieć tych, którzy przeszłi przez komunizm w wersji hardcorowej.

piątek, 26 listopada 2010

"Wątpliwości księdza Browna"- G.K. Chesterton

Ostatnia notka w tym tygodniu, jako, że zaczyna mi już brakować materiału.:)
Z twórczością Chestertona miałam dotychczas pewien problem. Jego sposób myślenia i styl (powiedzmy sobie szczerze- jak na poważnego pisarza czasami odjechany), jakoś nie do końca do mnie trafiały. Z "Ortodoksji", gdzie przedstawił swoją intelektualną drogę do katolicyzmu, niewiele zrozumiałam. Lepiej było ze szpiegowsko-metafizycznycm "Człowiekiem, który był Czwartkiem", ale i tu chyba sporo mi umknęło. Gdzieś pośrodku sytuuje się "Kula i krzyż". Na półce stoi sobie jeszcze "Latająca gospoda", ale aż bałam się po nią sięgać, głowa mnie bolała na sama myśl co tez autor tym razem wykombinował.
Tymczasem, zupełnie niespodziewanie, trafiłam na jego książkę, którą nie tylko jestem w stanie strawić, ale nawet przyswoić.
Mowa o opowiadaniach kryminalnych z serii o księdzu Brownie.
Już od pierwszych stron można rozpoznać charakterystyczny styl Chestertona, strony zaludniają się mniej lub bardziej groteskowymi postaciami, niektóre sceny przypominają sen wariata albo surrealistyczne obrazy. O dziwo, konstrukcja opowiadań jest klarowna, Chestertonowi najwyraźniej dobrze zrobiła dyscyplina wymuszona przez krótką formę, gdzie akcję trzeba zmieścić na 30 stronach.
Opowiadania mają jeden wspólny motyw, w każdym występują zjawiska nadprzyrodzone (duchy, klątwy, wyrocznie , cuda), które mają zamaskować zbrodnię i ukryć jej sprawcę. Wszyscy bohaterowie (wyznawcy racjonalizmu) dają się na to nabrać, poza księdzem Brownem, który postrzegany przez wszystkich jako reprezentant rzekomo największego zabobonu świata, czyli katolicyzmu, częsciowo właśnie dzięki swojej wierze (widać, że nie tylko powierzchownej, a dość głęboko przemyślanej), jest w stanie oddzielić ziarno od plew i prawdziwe zjawiska nadprzyrodzone od nadprzyrodzonego bełkotu. Oczywiście analityczny umysł księdza też odgrywa tu swoją rolę:).
Oprócz pomysłowych historyjek kryminalnych mamy tu więc wstawki filozoficzno-etyczne. Głównie koncentrują się one na 4 pojęciach :wiary, rozumu, zabobonu i sceptycyzmu(wg. Chestertona sprzeczności i podobieństwa między tymi pojęciami niekoniecznie przebiegają tam, gdzie nam się intuicyjnie wydaje- czesto bowiem deklarowani sceptycy, przy bezpośrednim zetknięciu się z niewytłumaczalnym, mają skłonność, aby uwierzyć w każdą... bzdurę). Na marginesie tych historii autor porusza zresztą inne "poważniejsze" zagadnienia, mnie zaciekawiły uwagi na temat buddyzmu. Z reguły są to króciutkie wstawki, bądź pojedyncze uwagi, więc nie przeszkadzają tym, którzy czytają tę książkę dla intrygi kryminalnej bądź nastroju.
Plusem są same historie kryminalne- bardzo pomysłowe i z klasą. Aż czasem chciałoby się wrócić do czasów, kiedy przestępcy mieli wystarczającą fantazję, żeby np. sfingować zmartwychwstanie księdza Browna (tyle, że nie jestem pewna, czy takie czasy kiedykolwiek były). Kolejna zaleta to niepowtarzalny klimat, taki w połowie drogi do XIX-wiecznej powieści grozy. No i jeszcze jeden plus- są to opowiadania. Nie trzeba brnąć przez całą książkę, żeby się przekonać, czy nam się podoba, można na próbę zaserwować sobie jedno, za jakiś czas kolejne, itd. Mam zresztą wrażenie, że to książka nadająca się raczej do powolnego czytania.
Co tu dużo mówić- polecam:).

czwartek, 25 listopada 2010

"Cena wody w Finistere"- Bodil Malmsten

Od dawna szukałam tej książki. Jakiś czas temu czytałam "Moje pierwsze życie" tej autorki, które bardzo mi się spodobało, "Cena wody..." znalazła się więc na mojej liście priorytetów. Udało mi się ją w końcu pożyczyć od Engi (której przy okazji bardzo dziękuję), cisnęłam więc w kąt wszystkie napoczęte lektury. I ruszyłam do ataku.
Czytałam więc sobie te przemyślenia o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi (Szwedka odnajduje swój raj utracony w Bretanii), ogrodnictwie, filozofii stojącej za dłubaniem w glebie. Tutaj trochę rozważań o niemożności napisania książki, tam wspomnienia z dzieciństwa i nieco krytyki innych książek z serii "nowe życie w obcym kraju". Surfowałam między bon motami i mniej lub bardziej błyskotliwymi porównaniami. Powoli zaczynałam przysypiać... gdy nagle - dotarłam do clou programu- dlaczego właściwie Bodil postanowiła porzucić Szwecję na rzecz Francji.
Szwecja jest zatem państwem opresyjnym, stosującym przemoc wobec obywatela, wyrażającą się we wszechobecnością call center, operatorów telefonicznych czy bezdusznością urzędników (ok, jestem w stanie uwierzyć, że na francuskiej wsi zabitej dechami jest mniej bezdusznie, jak również rozumiem przewagę wsi francuskiej nad szwedzką- jest tam po prostu cieplej). Nie "o take Szwecje " walczył dziadek Bodil- ideowy socjaldemokrata (nie wiem skąd to zdziwienie rozbieżnością rzeczywistości z ideałami, zwłaszcza z ideałami sprzed pół wieku;)). Wredna Szwecja nie jest już państwem opiekuńczym, nie interesuje jej los mniejszosci i wykluczonych, Bodil zatem w solidarnym proteście postanowiła wykorzystać system (wykupić mieszkanie komunalne, a następnie sprzedać je po cenie rynkowej) i z kasą szwedzkiego podatnika w garści udać się do Bretanii.
A żeby jeszcze dobitniej podkreślić swój protest, zaczęła tytułować Szwecję- "byłą ojczyzną".
Po tym tekście, powtarzanym zresztą uparcie i wielokrotnie, uznałam, że tak jak mężczyźni sa z Marsa, a kobiety z Wenus, tak ja i szwedzka Autorka również krążymy po innych orbitach i nieprędko znajdę z nią jakieś punkty wspólne. Trudno mi bylo zaangażowac sie w te afabularne rozważania, jeśli sama ich podstawa wydała mi się wątpliwa. Książkę skończyłam, ale już raczej z obowiązku.
Tak jak "Moje pierwsze życie" przeczytałam z przyjemnością, tak nie bardzo mogę się odnaleźć w roszczeniowym świecie "Finistere".

środa, 24 listopada 2010

"Czarna lista" - Aleksandra Marinina


Z kryminałami Marininy miałam do czynienia przy okazji cyklu o Anastazji Kamieńskie, tu na scenę trafia nowy bohater- Władisław Stasow. Milicjant tuż przed wcześniejszą emeryturą wraz z 8-letnią córeczką Lili, wybieraja się na urlop do czarnomorskiego kurortu, gdzie właśnie odbywa się festiwal filmowy. Zamiast podrywania lasek Stasow jest zmuszony przez okoliczności i byłą żonę do zajęcia się rozwiązaniem zagadki śmierci pretendentki do głównej nagrody. Wkrótce wśród filmowej braci trup zaczyna się ścielić gęsto, okazuje się, że kolejne ofiary figurują na tajemniczej Czarnej Liście, do której klucz ma...8 letnia Lili.
Trochę paradoksalna książka- jest zabawniejsza niż cykl o Kamieńskiej (przynajmniej dopóki babiarski styl życia Stasowa nie ustępuje przed potrzebą znalezienia nowej mamy dla swojej Lili), a jednocześnie dużo bardziej pesymistyczna. Co z tego, że bezpośrednie rozwiązanie zagadki Festiwalu Trupów jest ciekawe, przypominające nieco "Underground" Kusturicy, skoro za tym wszystkim stoi po prostu mafia, której milicja może co najwyżej podskoczyć, a uczciwi policjanci w zależności od osobistego pecha a) zdążą przejść na emeryturę b) albo giną. Polecam tę książkę.

wtorek, 23 listopada 2010

"Wszystko, o czym wiesz"- Zoë Heller


Akcja "Wszystkiego, o czym wiesz" zaczyna się na szpitalnym łóżku, przypadkiem czytałam tę książkę właśnie w takich okolicznościach. Można więc moje dalsze rozważania złożyć na karb faktu, że np. łóżko było zbyt twarde, jedzenie nie przypominało restauracyjnego a do tego trzeba było walczyć o sztućce. Przypuszczam, że gdyby nie to, że nie miałam absolutnie żadnego wyboru lektury, a czasu do zabicia aż nadto, w życiu bym jej nie skończyła.
Fabuła jest dość prosta, przez ok 170 stron bohater przewala się i nic nie robi, pozostałe 30 to retrospekcje.
Willy Mueller, jest 40-paroletnim pisarzem i pomniejszym celebrytą, słynnym z tego, że w swoim czasie (najprawdopodobniej) wymigał się od więzienia za zabicie własnej żony. Jego drugim błędem było napisanie autobiograficznej książki, po ukazaniu się której stracił na wiele lat kontakt z córkami: Sophie i młodszą Sadie. 10 lat później Sadie, w wyniku depresji poporodowej, popełnia samobójstwo, Willy w spadku dostaje jej zapiski, które zaczęła prowadzić tuż po śmierci matki. Dalsza lektura to na przemian fragmenty pamiętników, przeplatane zapisem wewnętrznego dojrzewania Willego do zrozumienia własnych błędów, ale nie oszukujmy się, dojrzewanie to zachodzi podprogowo, czytelnik ma szansę co najwyżej posurfować po niekończących opisach snucia się bohatera i drapania po głowie.
Czy Willy w końcu dorośnie i weźmie odpowiedzialność (mocno spóźnioną ) za swoje życie. Pytanie jest retoryczne, ale jeśli ktoś ma ochotę sprawdzać, to proszę pamiętać, że ostrzegałam:).
Jedyne, co podobało mi się w tej książce to pamiętnik Sadie, naprawdę przejmujący opis całkowitej samotności. Nie ratuje to jednak całości, niestety. Raczej nie polecam:).

poniedziałek, 22 listopada 2010

"Rio Anaconda" - Wojciech Cejrowski


Cały świat- nastolatki i staruszki, wykształciuchy i inteligenci- podobno wszyscy uwielbiają Cejrowskiego w wydaniu podróżniczym (jednocześnie wzdychając, że taki fascynujący człowiek ma swoje drugie wcielenie- WC- Kwadransowe).
Ponieważ trochę nie chce mi się dokonywać analizy medialnego wizerunku WC (bo do tego można chyba sprowadzić te różnice w postrzeganiu), zajmę się "Rio Anacondą".
Dla tych , którzy czytali "Gringo wśród dzikich plemion"- ta książka znacząco się od niej rożni. "Gringo.." był takim ciągiem anegdot, mniej lub bardziej "jajcarskich" czy też podrasowanych na takowe, niewiele tam zresztą było dzikich plemion, postaci przewijające się na kartach książki, to w większości poczciwi Latynosi. A chodziło tam przede wszystkim o to, żeby "zalożyć plecak i ruszać w drogę".
Co innego w Anacondzie, to już wyprawa dla zaawansowanych podróżników, którzy "kumają bazę". Cejrowski udaje się tutaj tym razem na poszukiwanie ostatnich dzikich plemion z puszczy amazońskiej, co więcej, udaje mu się takowe znaleźć. WC nie ogranicza się do szczegółów etnograficznych, usiłuje za to przeniknąć do istoty świadomości prawdziwego Indianina, a robi to poprzez osoby ...szamanów. Szamana - patałacha, który przez przedwczesną śmierć swojego mentora nie dokończył szkolenia, i teraz prowadzi swoje plemię nadrabiając inteligencją i ciekawością świata. I drugiego- prawdziwego Czarownika, taki, któremu nieobce są kontakty z duchami, telepatia czy czary. Cejrowski prowadzi nas przez kolejne aspekty indiańskiej kultury, nie unikając odniesień do innych (np azjatyckich). Ale jednocześnie nie przekracza cienkiej granicy fascynacji tym "innym światem", a zwłaszcza jego nadprzyrodzonymi aspektami. Pokazuje też, jakie są koszta i skutki uboczne szamańskiego fachu (niemałe). Ostrzega też nadmiernie nim zafascynowanych i chcących podążyć tą ścieżką:

"...wiele osób z Twojego świata zabawia się w czary.Chcą sięgnąć głębin, nie wiedząc, co czeka na dnie. Bezmyślnie kopiują nasze obrzędy (...). Człowiek nie-przeznaczony, który podda się takim praktykom, może nieświadomie otworzyć serce na Złą Moc (która jest) nieszczęściem, bólem , zgrozą, zatraceniem."

Charkterystyczne jest to, że Cejrowski nie robi rozróżnień między plemionami "zewnętrznymi" (chadzającymi w podkoszulkach i spodenkach) i tymi z głębi dżungli. Tak naprawdę różnią się oni tylko stanem świadomości zagrożeń płynących ze świata zewnętrznego. wielu etnografów oczywiście uważa inaczej, ale to dlatego, że nie próbują zrozumieć indiańskiej duszy. Ten błąd popełnił zresztą początkowo sam Cejrowski (przyznał później "patrzyłem, a nie widziałem").
Z czystym sumieniem zapraszam na te wyprawę:). Nie jest niestety tak, że "i Ty możesz zostać Indianinem", ale i ty możesz spróbować zrozumieć jego świat.

środa, 17 listopada 2010

"Zapomniani" - Faye Kellerman

Ostatnia z wykopanych spod podłogi niszowych lektur, następna na warsztacie powinna znaleźć się jakaś bardziej topowa pozycja.
Ostatnio pisałam o sagach kryminalnych w wydaniu szwedzkim (TU i TU), teraz pora na coś z amerykańskiego podwórka. "Zapomniani" jest n-tym tomem familijno- obyczajowo-kryminalnego cyklu o rodzinie Deckerów. Papa (Peter)Decker jest komisarzem policji w LA, jego żona, ortodoksyjna Żydówka Rina jest geniuszem inteligencji emocjonalnej i skarbnicą mądrości życiowych wszelkiej maści. Najstarsza córka Petera- Cindy, również jest policjantką (i ateistką). Mają jeszcze zresztą kilkoro innych dzieci (wspólnych bądź nie).
Charakterystyczną cechą cyklu jest to, że wszelkiej maści przestępstwa, które Deckerowie są zmuszeni rozwiązywać (tak, tak, nie robi tego sam Peter), mają bliższy lub dalszy związek z rodziną. Kolejną- to, że z reguły bohaterem, który jest na 1 planie jest jedna osoba (lub grupa), w kolejnych tomach ta osoba usuwa się na plan dalszy (w zapomnianych szczególna rola przypada nastoletniemu Jacobowi- synowi Riny). Dzięki temu tomów nie trzeba czytać po kolei, bo u postaci drugoplanowych niewiele się zmienia, owszem, niektórzy się starzeją, dzieci pokonują kolejne etapy edukacji, ale dla akcji to w zasadzie nieważne. w każdym razie nie jest tak jak u Läckberg, która rozwałkowuje fabułę na placek, ciągnąc w kolejnych tomach wszystkie wątki jednocześnie, przez co, jeśli zaczniesz w niewłaściwej kolejności, to tracisz przy powrocie do wcześniejszych tomów. wyjątkiem jest pewnie tom 1, gdzie Rina i Peter się poznają, ale tego, szczerze mówiąc, i tak nie czytałam.
W cyklu o Deckerach sporo miejsca zajmuje warstwa obyczajowa. Jest to żydowska rodzina patchworkowa. Rina jest ortodoksyjna, Peter jest Żydem, ale adoptowany przez typowych WASP-ów tradycji i religii judaistycznej był zmuszony uczyć się w zaawansowanym wieku. Z ich dziećmi też różnie bywa- młodsze chodzą do szkół rabinicznych, starsza Cindy za to na kolacji szabatowej czuje się jak na polu minowym. Rodzina Riny to głównie ortodoksi, natomiast Petera- zwykli Amerykanie (młodszy brat jest bodajże komandosem w Marines). Wszystko tonie trochę w lukrze politycznej poprawności, gdyż nieuniknione zderzenia kultur są łagodzone przez miłość rodzinną i takie tam, na szczęście od czasu do czasu, żeby nie było tak cukierkowo, trafia się jakiś trup w szafie.

Tyle o całym cyklu. jeśli chodzi o zapomnianych- akcja zawiązuje się w momencie, gdy 17-letni Ernesto Che Golding (dziecko nieuleczalnych lewaków, jak widać po imieniu), zostaje przyłapany na profanowaniu synagogi. Mimo, że Peterowi udaje się zdobyć zaufanie chłopaka, ten uparcie twierdzi, że nie miał żadnych wspólników, a jedyną przyczyną wandalizmu był szok wywołany informacją, że jego dziadek był w SS.
Peter nie potrafi tego udowodnić, ale cała historyjka wydaje mu się naciągana- wydaje mu się zresztą słusznie, gdyż po kilku miesiącach Ernesto zostaje zamordowany (a po nim jeszcze kilka osób). Peterowi pozostaje rozwiązać zagadkę kto i dlaczego, w czym niechętnie pomaga mu jego pasierb Jacob (przy okazji też znajomy Ernesta). Zanurzamy się z nimi w mrrroczny świat narkotyków, korupcji i deprawacji nieletnich.
Rina tymczasem rozwiązuje zagadkę historyczną- kim w zasadzie był dziadek Ernesta (tytuł zapomniani odnosi się właśnie do owego dziadka i ofiar Holocaustu, z którymi najprawdopodobniej miał kontakt w czasie wojny, tylko nie wiadomo JAKI).

Nawet lubię ten cykl i chętnie sięgam po kolejne części, mimo, że czasem wszystko za bardzo pływa w familijnym sosie. Jeśli chodzi o jakość, to nie wydaje mi się, żeby cykl Kellerman był gorszy od cyklu Läckberg, tak więc polecam:).


wtorek, 16 listopada 2010

"Legenda Pendragonów" Antal Szerb


Książka , która była dla mnie sporym zaskoczeniem, i to wielopoziomowym.
Szukałam innej pozycji tego autora podróżniczo- filozoficznego "Podróżny i światło księżyca", no ale skoro trafiła mi się na podaj.net "Legenda.." uznałam, że nie będę wybrzydzać i ją sobie zamówiłam. Po otwarciu koperty przeżyłam kolejne zaskoczenie- książka okazała częścią Czytelnikowskiej serii z Jamnikiem (kryminalnej) w dodatku na okładce zostały pozamieszczane dyskretne piktogramy z bronią palną.
Czyli kryminał. Tyle, że w toku akcji z trudem można się doszukać jakiegoś trupa, jeśli już, to dość nieświeżego, bo kilkusetletniego.
Czym więc jest ta książka? Prekursorem nurtu, w którym można umieścić Zafona, Dana Browna, czy nawet Eco (tudzież wielu innych autorów, nie przytaczam, bo nie czytałam). Mamy tu stary zamek, rodzinną legendę, spisek, różokrzyżowców, jeźdźca bez głowy, stare manuskrypty, biblioteki, alchemię, znajdzie się nawet zombie. A do tego jeszcze ciekawa galeria bohaterów: węgierski doktor filozofii i macho dla ubogich w jednym, czyli Janos Batky, rodzina Pendragonów, będąca inteligentnym przeglądem wszystkich możliwych stereotypów na temat brytyjskich arystokratów, niemiecka(niemiecki?) babochłop Lena Kretsch, irlandzki cwaniaczek Malone a do tego pewna mrrrroczna Femme Fatale (nie wymieniam tu zombie, bo to oddzielna kategoria bohatera).
Do tego rewelacyjne poczucie humoru, niby- brytyjskie, ale z odrobiną środkowo europejskiego szaleństwa. Cała historia początkowo przypomina nieco czeski film (nie będę jej streszczać, bo byłoby to możliwe tylko do bardzo wczesnego etapu, dalej mogłabym popsuć przyjemność rozwiązywania kolejnych zagadek), potem autor, niby saper, dezaktywuje kolejne pułapki.

Dlaczego w przeciwieństwie do książek wymienionych (i niewymienionych) przeze mnie autorów ta jest kompletnie nieznana? Pewnie dlatego, że Szerb, zmarły w '45 w obozie koncentracyjnym, ze swoją książką z 1934, ma mniejszą marketingową siłę przebicia niż żyjący autorzy. Zresztą, żeby książka z tego nurtu dobrze się sprzedała w PL, najlepiej żeby twórca miał nazwisko hiszpańskie, a nie węgierskie.
W każdym razie, gdyby ktoś wygrzebał tę pozycję na strychu/ w bibliotece to polecam, można czytać:).


*obrazek okładki pobrany z sieciowego antykwariatu.

poniedziałek, 15 listopada 2010

"Ale Klub nie przebacza" Francis Clifford


Trafiła mi się książka z gatunku jakie rzadko czytam, czyli sensacyjna, choć może lepsze byłoby określenie "sensacyjny obrazek".
Francis Clifford, to autor często wydawany w czasach schyłkowego PRL, łączący tematykę sensacyjną z rozważaniami z pogranicza etyki. Po '89, kiedy rozpoczęła się moda na "Ludlumy" w błyszczących okładkach, został zapomniany, i chyba już nawet nie jest wznawiany. Mimo to jednak warto sięgnąć po tego autora.
"Ale Klub nie przebacza" to historia dziejąca się kilkanaście lat po II wojnie światowej. Dziennikarz, Antoni Lorrimer dostaje propozycję kupna informacji na temat ukrywających się zbrodniarzy SS. "Próbką", która ma udowodnić wiary godność całego materiału są dane Ernesta Loehra, niegdyś funkcjonariusza SS w Oświęcimiu, obecnie dentysty w zapadłej gwatemalskiej dziurze.
Spotkanie dziennikarza, oprócz sensacyjnej historii w którą obaj przypadkiem zostają wplątani, zapoczątkuje serię pytań. Jak bardzo człowiek może się zmienić? Czy zasługi (Loehr jako uzdrowiciel jest szanowany a nawet kochany przez gwatemalskich górali), mogą przysłonić dawne winy i odpowiedzialność, czy jakikolwiek człowiek, który nie był w podobnej sytuacji ma prawo potępiać innego człowieka? Wreszcie- czy na jakąkolwiek zmianę i zapomnienie o przeszłości pozwolą dawni wspólnicy zbrodni- tytułowy Klub?


Wiele pytań a do tego szczypta sensacji i do tego piękna kobieta w tle. Dodatkowy plus (przynajmniej dla mnie)- książka nie jest zbyt długa. Polecam.

środa, 10 listopada 2010

"Kamieniarz"- Camilla Läckberg


"Kamieniarza"- trzeci tom cyklu kryminalnego Camilli Läckberg, czytałam niemal tuż po jej "Kaznodziei" i w zasadzie dla recenzji mogłabym zastosować metodę kopiuj-wklej. Tym razem podtytuł saga kryminalna, sugerujący duży udział wątków obyczajowych, ma jeszcze większe uzasadnienie. Życie policjantów opisane jest w takich detalach, że czytając można sobie przyswoić zupełnie nowe umiejętności - choćby usypianie niemowląt metodą szwedzkiej superniani czy sporo dowiedzieć się o zespole Aspergera, ADHD czy DAMP.
Jeśli chodzi o wątek kryminalny- pierwsza scena, odnalezienie ciała, jest IDENTYCZNIE skonstruowana jak w Kaznodziei. Na szczęście sam wątek jest inny- koncentruje się na śmierci dziecka, śledztwo koncentruje się na najbliższych osobach z jej otoczenia- sympatycznej matce, skrywającemu wiele tajemnic ojcu, babci (dla której najlepszym określeniem byłoby- kawał cholery) i ciężko choremu dziadkowi. Dodatkowo pod lupą znajdą się też skonfliktowani z rodziną sąsiedzi.
Równolegle rozwija się wątek historyczny, rozpoczynająca się 80 lat wcześniej historia pięknej i zdemoralizowanej Agnes i człowieka, który miał pecha zostać jej mężem- kamieniarza Andersa. Możemy już podejrzewać, że będzie to opowieść o międzypokoleniowym przekazywaniu wirusa nienawiści, nie wiemy tylko, kto z młodszego pokolenia został nim zainfekowany (i kto, najprawdopodobniej skrzywdził dziewczynkę).
Przyznam, że czytało mi się znacznie lepiej niż poprzedni tom, pewnie dlatego, że to w zasadzie taka zakamuflowana historia obyczajowa:).
Polecam znudzonym już nieco potokami krwi i raportami z sekcji zwłok:).

piątek, 5 listopada 2010

"Kukułka"- Antonina Kozłowska



Bałam się trochę tej książki. Niespecjalnie lubię, gdy mi się przypomina, że "nowy wspaniały świat" w bioetyce już nadszedł. Że selekcjonowanie zarodków to norma, klonowanie odbywa się niemal na skalę przemysłową, a wynajęcie matki surogatki to standard... nawet w Polsce.
Jeśli zastanawialiście sie, co popycha kobiety (bo siłą rzeczy w tej transakcji motorem są kobiety), do wejścia w taki układ, to autorka daje przekonująca odpowiedź.
W skrócie- jest to podejście "życie jest gdzie indziej" czy też "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma", i to w przypadku obydwu kontrahentek.
Mamy więc Martę, na pierwszy rzut oka "korporacyjną szczurzycę" (nie lubię tego określenia, ale w tym przypadku jakoś mocno się ono nasuwa), a tak naprawdę kobietę, która ciągle ucieka przed pustką , w pracę, w związek, próbuje też uciekać w macierzyństwo, ale czy to z powodu przebytej przed laty aborcji, czy może po prostu psychicznej blokady, robi się z tego ucieczka w kolejne starania, kuracje, w kolejne cykle nadziei i rozpaczy. Długo jednak nie zadaje sobie pytania, PO CO w zasadzie jej to dziecko.
Iwonę, surogatkę, do decyzji o zostania "zastępczym brzuchem", popycha nie tyle niedostatek, choć balansuje na granicy biedy, ile poczucie gorszości, przekonanie, że gdyby nie seria niefortunnych zdarzeń byłaby w tej chwili materialnie zabezpieczona, a co za tym idzie- szczęśliwsza.
Mąż Marty- Filip, wydaje się w tej rodzinie mniej ważny, niż wszystkie potencjalne i utracone dzieci. Co w swoim czasie straszliwie się na jej losach odbije.
Oglądamy od wewnątrz świat, w którym na szczęście nie każdy musi uczestniczyć- coraz bardziej upokarzających starań o dziecko, poronieć, zakończonych w końcu decyzją o wynajęciu surogatki, która dokonanymi spustoszeniami przewyższy dotychczasowe złe doświadczenia bohaterów. I choć sytuacja w końcu ułoży się optymalnie dla wszystkich bohaterów, a zwłaszcza dla nowonarodzonej Maleńkiej, to jednak skutki, właśnie dla tej ostatniej, będą trwać całe życie.
Czy było dla Marty i Filipa jakieś inne wyjście? takie, które nikogo by przy okazji nie skrzywdziło? Odpowiedź w zakończeniu książki:).
Bardzo podobało mi się chropowate i niepolukrowane przedstawienie trudnego tematu. Dziękuję również za otwarcie oczu na niedostrzegany przeze mnie dotychczas aspekt rzeczywistości (bo jak rozumiem, to że w najlepsze działają sobie np. agencje kojarzące bezdzietne pary z surogatkami, nie jest fikcją literacką).

Absolutnie godna polecenia książka. Z przyjemnością obserwuję ewolucję Autorki. Jej pierwsza książka (Trzy połówki jabłka) średnio mi się podobała, druga (Czerwony rower) to doskonała historia o dojrzewaniu w scenerii lat 80, teraz autorka zaserwowała nam , przy okazji obyczajowej historii, rzecz o upadku wspólczesnej cywilizacji. No dobrze, to pewnie porównanie z nieco zbyt grubej rury.:)
W każdym razie czekam z niecierpliwością na kolejną jej książkę.
Acha- jeśli jeszcze ktoś nie zna, TU link do bloga Autorki.

czwartek, 4 listopada 2010

"Cesarskie cięcie"- Chris Bohjalian


Dobra położna to prawdziwy skarb. Taka , która pomoże przyjść dziecku na świat nie tylko bez intewencji chirurgicznej, ale i farmakologicznej, to w ogóle rzadkość, jakiej tylko ze świecą można szukać.
Taką położną była Sybil Danforth- ekspertka od porodów domowych. W momencie, gdy ją poznajemy jest rok 1981, Sybil zdążyła pomóc przyjść na świat w ten sposób ponad 500-tce dzieci ze stanu Vermont. Wprawdzie nieżyczliwi jej plotkują , że znieczula pacjentki za pomocą jointów, ale i tak ustawiają się do niej kolejki pacjentek. Powodem jest to, że Sybil traktuje swoją pracę jak prawdziwe powołanie.
Kolejną pacjentką ma być Charlotte Bedford. Poród jednak niespodziewanie przybiera zły obrót, a próby dotarcia do szpitala lub wezwania pomocy zostają sparaliżowane przez niespodziewany atak vermonckiej zimy (nie były to jeszcze czasy komórek).
W efekcie Sybil "traci" matkę, choć udaje jej sie uratować dziecko.
W wyniku donosu swojej asystentki Sybil staje na ławie oskarżonych za nieumyślne zabójstwo i uprawianie zawodu związanego z medycyną bez licencji.
Co faktycznie zdarzyło się owej felernej marcowej nocy. Czy Sybil popełniła błąd w ocenie sytuacji, czy też świadomie wybrała życie dziecka, poświęcając matkę? Czy Charlotte cierpiała na jakąś chorobę, która mogla wpłynąć na przebieg porodu?
Rozpoczyna się proces sądowy, na którego przebieg w znacznym stopniu wpłynie córka Sybil - 14-letni wścibska Connie, która zaangażuje się o wiele bardziej niż powinien to zrobić członek rodziny oskarżonej.
Największą karę Sybil ponosi jednak od razu, bez względu na wyrok sądu i formalne zakazy nie może bowiem wykonywać swojego zawodu, gdyż utraciła zaufanie swojej społeczności.
Książka przypomina nieco amerykańskie filmy wyświetlane o 20-stej, np z cyklu "Prawdziwa historia", czy też może "Urzekła mnie twoja historia". Przyzwoite, aczkolwiek niespecjalnie porywające. Mimo to, gdyby ktoś natrafił na tę pozycję można bez strachu wziąć ją do ręki, aczkolwiek nie radzę, żeby specjalnie jej szukać.
Nie polecam jej jednak tym, którzy (które), swój pierwszy poród mają dopiero przed sobą. Można nabawić się fobii lub rozwinąć już istniejącą:). Nie jest to również książka dla facetów, chyba, że mamy do czynienia z weteranami porodów rodzinnych.:)

P.S. Zdębiałam, jak zobaczyłam tytuł wersji polskiej (w oryginale Midwives, czyli Położne lub Akuszerki), który sam w sobie jest spoilerem. Mogłam nieco inaczej zredagować notkę, ale już w tej chwili po zawodach:).

środa, 3 listopada 2010

"Zapomniany ogród"- Kate Morton


"Zapomniany ogród" to podróż przez cały wiek 20 wraz z kilkoma kobietami z jednej rodziny.
Cala historia zaczyna się w 1913, gdy Hugh Andrews, stróż portowy znajduje osamotnioną 4 - letnią dziewczynkę, która twierdzi, że sama przebyła drogę z Anglii do Australii.
Razem z żoną przygarniają małą, ale nie udaje im się dowiedzieć niczego o jej przeszłości, poza wzmiankami o tajemniczej Pisarce. Zagadki nie wyjaśnia również walizka, którą dziewczynka (nazwana przez jej nową rodzinę Nell), jako, że zawiera głównie zabawki i książkę z obrazkami.
Po 21 urodzinach Nell jej przybrany ojciec zdradza jej fakt, że jest adoptowana, co nieodwracalnie wykoleja jej życie. Na spotkanie ze swoją przeszłością Nell wyrusza jednak dopiero po śmierci Hugh, w 1975. Tropy wiodą do Kornwalii.
Nie dane jest jej jednak dokończyć swojej misji. Zadanie rozwiązania rodzinnej zagadki dziedziczy jej wnuczka Cassandra, i o dziwo, mimo, że zabiera się za to w 90 lat po wydarzeniach, udaje jej się dotrzeć do prawdy. Kluczem do niej okazuje się książka z bajkami Nell.
Ciekawa historia o skomplikowanych relacjach rodzinnych, o przyjaźni i poświęceniu. Bardzo sprawnie napisana historia, w której nic się nie pruje i nie sypie, do tego liczne nawiązania do czasów wiktoriańskich i ciekawie oddana tychże czasów atmosfera. Skojarzenia tytułu z "Tajemniczym ogrodem " nie są przypadkowe, gdyż jako drugoplanowa postać pojawia się sama Frances Hodgson Burnett.
Polecam to doskonałe czytadło zwłaszcza miłośnikom rozwiązywania zagadek i fanom wiktoriańskich klimatów.

poniedziałek, 1 listopada 2010

"Mistrzyni sztuki śmierci"- Ariana Franklin


W znanym wszystkim uniwersyteckim mieście Cambridge zaczynają ginąć dzieci w wieku wczesnoszkolnym odnajdując się dopiero jako szkielety bądź zwłoki w stanie rozkładu. tropem seryjnego mordercy rusza Adelia- detektyw i patolog w jednym.
Czy po przeczytaniu opisu podejrzewacie, ze to historia, jaką czytaliście już milion razy? Niesłusznie. Co bowiem się stanie, jeśli taką historię umieści się w 12 wieku?
Zaczynają znikać dzieci, zazwyczaj niższego stanu, więc nikt się tym nie przejmuje, poza oczywiście ich rodzinami. Zagrożenie sprawia, że ktoś rozpuszcza plotkę, że sprawcami Żydzi. Niebawem domniemany sprawca padnie ofiarą samosądu, jego rodacy znajdą schronienie na zamku. Śmiercią dzieci i złapaniem ich zabójcy władze zaczynają interesować się dopiero wtedy, gdy król zauważa w swoim skarbcu znaczący ubytek podatków z hrabstwa Cambridge. Dopiero wówczas decyduje się zatrudnić słynnego w całej Europie śledczego- Szymona z Neapolu, który ma przybyć z "mistrzem sztuki śmierci"- czyli patologiem. Traf chce, że kandydatem, wydelegowanym przez Szkołę Medyków z Salerno (jedynym miejscem kształcącym takich specjalistów), okazuje się młoda kobieta -Adelia.
Oprócz ciężkiego zadania wytropienia mordercy Adelia i Szymon muszą również poruszać się sprawnie w meandrach różnic kulturalnych. W 12- wiecznej Anglii kobieta medyk była zjawiskiem równie częstym jak jednorożec.
Całość napisana jest sprawnie i z humorem (choć przyznam, że na początku musiałam się skoncentrować w natłoku postaci- na szczęście wszystkie są wprowadzone na początku książki). Jak na historię z seryjnym mordercą w tle książka jest też stosunkowo mało brutalna, na szczęście jako wabik posłużył tym razem kostium historyczny, a nie wymyślanie kolejnych okropieństw.
Polecam miłośnikom gatunku:).

niedziela, 31 października 2010

"Tysiąc wspaniałych słońc"- Khaled Hosseini


'Tysiąc wspaniałych słońc" -blogowa legenda, wzbudzająca powszechne zachwyty książka, wyciskacz łez, dramatyczna historia 2 żon damskiego boksera z Kabulu. Historia o miłości , przyjaźni, poświęceniu, opowiadająca prostym językiem o najważniejszych sprawach.
Z drugiej strony słychać głosy, że to najwyższej jakości czytadło, takie, które można czytać bez wyrzutów sumienia, nawet jeśli "zwykłe" czytadła omija się szerokim łukiem.
Z obydwoma opiniami jestem w stanie się zgodzić (dobra, ale nie przesadnie pogłębiona, dzięki czemu łatwo się czyta), tyle, że dla mnie to prodkt, którego geneza powstania może być... polityczna.
Mam wrażenie , że Hosseini napisał książkę, której zadaniem było poprawienie opinii Afganistanu na międzynarodowej arenie (o tym, że książka NIE JEST skierowana na rynek wewnętrzny, nawet dla diaspory, świadczą niekończące się wtręty historyczne, dla Afgańczyka raczej zbędne, zajmujące pewnei z połowę objętości książki).
Widać też wyraźnie sympatie autora. Jest zdecydowanie na nie jeśli chodzi o talibów. Jaki Amerykanim przeczytawszy o ciężkim losie pod rządami ich reżimu nie spojrzy przychylniejszym okiem na obecność w kraju amerykańskich wojsk?
Dobrej prasy nie mają też konserwatywni Pasztuni, dużo lepszą za to- Tadżycy. Przypadek?
Żeby książka spełniła swoje zadanie musi mieć jednak dobrze opowiedzianą historię, odwołującą się do emocji i z nośnym motywem głównym (sytuacja kobiet, które a Afganistanie mają zawsze pod górkę, nadaje sie idealnie do tego, aby wzbudzić współczucie zachodnich czytelniczek).
Jeśli moje wywody wydają się Wam naciągane- wystarczy zajrzeć do posłowia- Hosseini pisze o swojej pracy dla uchodźców i podaje informacje, gdzie można sie dowiedzieć jak pomóc.
Acha- nie zamierzałam przejechac się po , niezłej w sumie, książce. Szkoda mi tylko trochę, że w polskiej literaturze nie pojawił sie odpowiednik Hosseiniego, którego ksiażka mogłaby zrobić dla poprawy naszego wizerunku na świecie, to co dla Afgańczyków zrobił autor "Tysiąca wspaniałych słońc".

czwartek, 28 października 2010

"Świniobicie" Magda Szabo


Czy znacie takie związki, gdzie jedna ze stron jest tą zdecydowanie gorszą, brzydszą, mniej błyskotliwą, z biedniejszej rodziny (i tak dalej, powody rzekomej niższości możnaby mnożyć w nieskończoność). Czy znacie takie rodziny, które w swoje wewnętrzne gry o władzę, angażują osoby trzecie lub co gorsza- trenują dzieci jako żołnierzy jednej ze stron tej niekończącej się wojny domowej?
Nikomu nie życzę zetknięcia się z takimi sytuacjami osobiście, lepiej oswajać je przez literaturę- choćby przez świetną książkę Magdy Szabo.
Spójrzmy więc na rodzinę Tothów- doskonałą Paula- z dumą obnosząca swoje szlacheckie pochodzenie, mimo, że rzecz dzieje się na Węgrzech w latach 60-tych i jej męża Janosa, który dla tego swojej miłości oddał wiele.
"Poświęciłeś dla niej swoją wiarę. Ile jeszcze jesteś w stanie poświęcić"- mówi jego matka przed ślubem. Okazuje się, że wiele, poczynając od kontaktów z matką i rodzeństwem, poprzez pozornie drobne codzienne ustępstwa, które w rezultacie prowadzą do zaparcia się własnych przekonań i ideałów. Czy Janos kiedykolwiek się przebudzi i zobaczy swą żonę w prawdziwym świetle? I jeśli tak, jaka okaże się cena tego przebudzenia?
Autorka stosuje ciekawą narrację- oddaje głos wielu bohaterom, często pobocznym dla tej historii, co pozwala czytelnikowi wszechstronnie zorientować się w sytuacji. Cofa się też w przeszłość, nawet o kilka pokoleń, aby wyjaśnić, gdzie nastąpił ten "błąd systemu", dlaczego w tym małżeństwie tak wiele poszło nie tak. Stawia też pytanie, gdzie leży przyczyna defektu w charakterze Pauli- czy zawiniły geny, czy może wychowanie.
Książka jest zbudowana jak układanka, nowe elementy wiedzy o bohaterach spływają stopniowo, dlatego, aby nie zdradzić w końcu zbyt dużo, skończę już cześć opisową, a po prostu tę poruszającą lekturę polecę.

I jeszcze tak trochę z innej beczki- w odróżnieniu od nowszych powieści psychologicznych, uparcie wałkujących traumy dzieciństwa, autorka zdaje się kształtować losy swoich bohaterów wg. zasady "co nas nie zabije, to nas wzmocni". Trudne warunki wpływają na wzmocnienie i ostateczne ukształtowanie charakterów (tak pozytywnych , jak i negatywnych), co dla mnie było odświeżającą odmianą.

środa, 27 października 2010

"Kaznodzieja" Camilla Läckberg


Ze skandynawskich kryminałów mogłabym się spokojnie doktoryzować, dzięki dobrze zaopatrzonej lokalnej bibliotece mogłam poznawać kolejnych autorów- a następnie szybko się nimi nudzić. W końcu porzuciłam, a może tylko zaniedbałam, sekcję autorów skandynawskich. Nie przejadł mi się jak dotąd tylko Jo Nesbø. Nie mogłam jednak przejść koło najnowszego nabytku biblioteki- "Kaznodziei" Camilli Läckberg.
Książka reklamowane jest jako "saga kryminalna"- faktycznie, sporo tam o życiu rodzinnym policjantów, ze szczególnym uwzględnieniem prowadzącego śledztwo Patricka i jego partnerki Eriki, a nawet ich dalszej rodziny. Wkomponowane jest to w tekst tak, że łatwo będzie o kontynuację tych wątków w kolejnych częściach ("Kaznodzieja" to druga część cyklu- po "Księżniczce lodu", kolejne to "Kamieniarz" i "Ofiara losu"). Główny detektyw nie jest, jak to zwykle bywa w kryminałach, 45-latkiem z początkami marskości wątroby, tylko przyszłym ojcem pławiącym się w szczęściu rodzinnym. Czy to plus czy minus, zależy od czytelniczego zapotrzebowania.
Stosunkowo mało te z w tej książce przemocy i drastycznych opisów. Nie ma tam na szczęście opisów brutalnych gwałtów albo ich skutków, czy innych "pomysłowych" tortur świadczących o tym, że autor musiał bardzo długo myśleć, aż w końcu wpadł w przesadę.
Historia zaczyna się w momencie, gdy w wąwozie, będącym turystyczną atrakcją nadmorskiego szwedzkiego miasteczka, mały chłopiec odnajduje trupa młodej kobiety.. Okazuje się, że pod nią pogrzebane są 2 starsze szkielety. Wkrótce też znika kolejna dziewczyna i zaczyna się wyścig z czasem...
Historia krąży od początku wokół rodziny legendarnego i nieżyjącego już Kaznodziei- uzdrowiciela i przywódcy małej wspólnoty religijnej. Rodziny skłóconej, a jednocześnie połączonej nader skomplikowanymi relacjami.Czy w rodzinnym labiryncie uda się znaleźć wskazówkę dotyczącą sprawcy, zanim zniknie kolejna dziewczyna?
Książka całkiem niezła, aczkolwiek mnie nie porwała (proszę jednak wziąć poprawkę na mój przesyt tematem:). Dużo bardziej podszedł mi pokrewny tematycznie "Wybawiciel" Nesbø. Niewątpliwym plusem jest wyjątkowa łatwość czytania- ponad 400 stron zajęło mi pewnie mniej czasu, niż napisanie tej notki.
Polecam, ale raczej tym, którzy zaczynają przygodę ze skandynawskim kryminałem.

poniedziałek, 25 października 2010

"Pchli Pałac"- Elif Safak


Od razu zaznaczam- nie lubię opowieści autotematycznych- książek biorących opisywaną historię w nawias i już na początku krzyczących wielkimi literami- to wszystko bujda (a na zakończenie obwieszczających np."koniec i bomba, kto czytał ten trąba". A tak właśnie zaczyna się "Pchli pałac" - książka o gadaniu bzdur, snuciu opowieści, nawijaniu makaronu na uszy - i terapeutycznej roli tego zajęcia. Trochę też o warsztacie pisarskim (ile prawdy z życia pisarza jest w jego historiach).
W środku, jako nadzienie, mamy historię stambulskiej kamienicy- Pałacu Cukiereczek-- wybudowanej na styku 2 zlikwidowanych cmentarzy, walczącą z plagą upiornego smrodu i robactwa. Mamy portrety poszczególnych lokatorów- większość zdradza objawy rozstroju nerwowego, prawie u każdego można zaobserwować jakieś objawy- poczynając od nałogów, przez obsesyjną pedanterię lub drobiazgowe hołdowanie zabobonom aż po samookaleczenia. Stopniowo historie lokatorów zaczynają się zazębiać, wchodzą oni coraz cząściej w interakcje, aż do finału. Niestety ten ostatni ma głównie związek z wątkiem śmieciowo-robalowym, więc nie należy tu się spodziewać trzęsienia ziemi.
Nadprogramowym bohaterem jest tu Stambuł, losy którego skupiają się jak w soczewce w losach kamienicy właśnie.
Wspomnę jeszcze o poczuciu humoru i barwnych opisach (bez nich zapewne książka byłaby strasznym smętem). Te właśnie cechy powodują, że książkę, mimo wszystko, czyta się sprawnie i bez przykrości. Wychodzi z tego napisany z dystansem katalog obsesji i nerwic ze Stambułem w tle- czyli pozycja podwójnie nietypowa i egzotyczna.

piątek, 22 października 2010

"Portret Damy" Henry James


Brnęłam, brnęłam, aż dobrnęłam. Trudności spowodowane były jednak nie tylko tym, że lektura wymaga pewnego skupienia, ale czynnikami obiektywnymi, więc proszę się tym nie sugerować:).

"Portret damy" to historia 19-wiecznej panny z dobrego (amerykańskiego) domu. Motto jej rówieśniczek, brzmiało zapewne "Lataj nisko, Ląduj szybko i lukratywnie" (chodzi oczywiście o zamążpójście), tymczasem Isabel Archer miała to w nosie. Gdy nadarzyła się jej okazja w postaci starej ciotki, która zaproponowała jej zwiedzanie Europy, nie namyślała się długo, odprawiła swojego prawie-narzeczonego i ruszyła w szeroki świat.

Isabel była jedną z trzech sióstr, wychowywanych przez ojca utracjusza, i w ich rozdzinnym mikrokosmosie role rodzeństwa były dokładnie określone- najstarsza Lilly była słynna ze swojego zmysłu praktycznego, Edith miała byc przede wszystkim ładna, natomiast najmłodsza Isabel była zagrzebaną w książkach intelektualistką i emancypantką. Była niezachwianie przekonana o tym, że jest inna i że chce iść w życiu własną drogą, tyle, że nie miała pomysłu, jak ta droga miałaby dokładnie wyglądać.

Pierwsza część, to w zasadzie dośc detaliczny portret młodej dziewczyny na tle mieszkańców i bywalców brytyjskiej rezydencji. Dziewczyny, jak się jej bliżej, bardziej 20-sto niż 19-wiecznej (o tych z 21 wieku nie mam niestety wielkiego pojęcia), nastawionej na rozwój, samorealizację, pełną pomysłów, a jednocześnie, przez cieplarniane warunki w jakich się wychowywała- naiwną i podatną na manipulację. Bardzo współczesne wydaje mi się także jej podejście do wyboru partnera, przejawiające się wybrzydzaniem na kosmiczną skalę i odrzucaniem każdego, kto wymagałby choćby minimalnego kompromisu z ideałem, chociaż (może się mylę), obecnie takie podejście jest bardziej domeną męską.
Tę część czytałam powoli, mimo doskonałych spostrzeżeń dotyczących głównej bohaterki, błyskotliwych dialogów, a także ciekawych i kompletnych bohaterów drugoplanowych.
Dużo ciekawiej zrobiło się wtedy, gdy Isabel, wyposażona dodatkowo w niespodziewany spadek, po zlamaniu (lub nadłamaniu) kilku serc przyzwoitych facetów, ruszyła w swój lot ku nieskończoności... nader szybko kończąc go w pułapce, czyli w małżeństwie z wyjątkowo odrażającym typem.
Opis procesu, który do tego doprowadził jest niesamowitym opisem manipulacji i stanowi , moim zdaniem, najmocniejszy punkt tej książki. Charakterystyczne jest to, że w tej części autor pomija wszelkie elementy "romantyczne", natomiast drobiazgowo przytacza wszystkie sceny, które miały na celu zrobienie bohaterce wody z mózgu. Najlepszy to dowód na to, że "Portret damy" nie jest żadnym romansem.
Dużo mówi sie obecnie o tym, jak łatwo młodzi ludzie ulegają manipulacjom (podatność na nie jest w znacznym stopniu zależna od wieku), zarówno w wymiarze indywidualnym jak i zbiorowym. Dzięki tej lekturze można łatwiej zrozumieć ich mechanizm.

Trzecia część, to portret "kobiety po przejściach", która uświadamia sobie własne błędy z czasów aroganckiej młodości, nie tylko nieodpowiednie małżeństwo, ale fakt, że nie dostrzegła milości, tam, gdzie ona faktycznie była.
Książka, jak na przyzwoitą 600- stronicową cegłę przystało, ma oczywiście wiele innych warstw znaczeniowych i wątków (zaczynając od konfliktu kulturowego między "wyspiarzami" i "ludźmi zza wielkiej wody"). Jej wielką zaletą są ciekawe i kompletne portrety bohaterów- zarówno tych pozytywnych (do moich absolutnych faworytów należy Ralph Touchett, obdarzony wyjątkową przenikliwścią kuzyn Isabel), jak i czarnych charakterów.
Gorąco polecam, ale szczególnie tym, którzy opanowali umiejętność szybkiego czytania:).

czwartek, 14 października 2010

"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" Mary Ann Shaffer, Annie Barrows


Kolejna archiwalna lektura- bestseller lata 2010 czyli Stowarzyszenie Miłośników Liteatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Dwóch autorek , co w tym przypadku chyba nie jest bez znaczenia.
Książka reklamowana jest jako ciepła, optymistyczna, urocza, podnosząca na duchu (i tak dalej w tym stylu:)). Początkowo wydaje się rzeczywiście spełniać te oczekiwania. Bohaterką jest dobiegająca 30-tki pisarka Juliet, która po wydaniu zbioru wojennych felietonów, szuka tematu na nową książkę. Przypadkiem nawiązuje korespondencję z hodowcą świń, a jednocześnie miłośnikiem literatury z wyspy Guernsey- Dawsey Adamsem. Juliet ma prawdziwy talent do wyciskania ze źródła najmniejszej kropli informacji, dowiedziawszy się o istnieniu tytułowego "Stowarzyszenia..." i o jego roli w życiu Guernsey w trakcie okupacji niemieckiej, szybko zaczyna korespondować z niemal wszystkimi sąsiadami Dawseya. Zawiązują się pierwsze nici korespondencyjnej przyjaźni.
Zbierając kolejne historie szybko stwierdza, że kluczową osobą dla wyspy była Elisabeth- dobry duch miasteczka, alter ego Ani z Zielonego Wzgórza, dziewczyna o dobrym sercu, a jednocześnie obdarzona sporą doza sprytu i poczucia humoru, ktory pozwalał jej i jej przyjaciołom wyjść obronną ręką z wojennych perypetii.
Niestety, została aresztowana przez Niemców i wywieziona do obozu koncentracyjnego na kontynent. Mimo, że minął rok od zakończenia wojny, nadal nie dała znaku życia... Juliet wybiera się na wyspę, aby zbierać materiały do książki, gdyż okupacyjna historia Guernsey zdaje się świetnie do tego nadawać, a jednocześnie pomoć w sprawie Elisabeth.
Pierwsza część, będąca zapisem korespondencji Juliet z wyspiarzami, czyta się wartko i sprawnie. Część druga, traktująca o jej pobycie tamże, zaczyna jednak nieco zgrzytać (zastanawiam się, czy nie dlatego, że druga współautorka- Annie Barrows musiała dokończyć pracę Mary Ann Schaeffer po jej śmierci). Kolejne wojenne anegdoty nieco nużą, a finał zawiera elementy grzeszące brakiem logiki (nie chcę go zdradzić, więc trochę mącę:).
Lektura jest rzeczywiście sympatyczna, ale zdecydowanie na czasy, kiedy potrzebujemy czegoś pokrzepiającego a jednocześnie nie obciążającego nadmiernie ustroju.