poniedziałek, 31 grudnia 2012

Indeks ksiąg zakazanych ("Obława" - Joanna Siedlecka)


Każdy doświadczony czytelnik wie, że książki, które "powinno" się czytać i te, które faktycznie w końcu się czyta, to zupełnie różna bajka. Ile razy całkiem szczerze pisaliście na cudzym blogu, że zazdrościcie komuś, kto znalazł czas na czytanie ksiażek z półki, na którą Wy tylko spoglądacie z pewną (stale rosnącą) nieśmialością?
Ja cierpię na ten syndrom, gdy przechodzę koło półeczki z etykietką "martyrologia". W bibliotece mrugają na mnie oczkiem kolejne tytuły, które wpisałam sobie na listę "przeczytać przed emeryturą", ale ja zazwyczaj pozostaję twarda i biorę kolejne amerykańskie czytadło (które zresztą na 90% okaże się potem niewypałem). Czasem nawet ściągam taką książkę z półki, ale wtedy pojawia się kolejny problem - stare zdjęcia. Nie te studyjne w sepii, ale raczej czarno-biale amatorskie z lat 40-stych i 50-tych, zazwyczaj mocno niewyraźne, gdzie nawet najprzystojniejszy facet wygląda jak Frankenstein.
Dlatego też "Obława" Joanny Siedleckiej z mało zachęcającym podtytułem "Losy pisarzy represjonowanych" czekała jakieś 2 lata na to, aż się zlituję i wreszcie ją przeczytam. No i jak zwykle okazało się, że głupio zrobiłam. Teraz musiałam doczytywać ksiażkę jednocześnie zarywając noce.. Gdybym miała zwyczaj obgryzać paznokcie z emocji, to pewnie też bym to robiła. Tytułowi "pisarze represjonowani" (ci bardzo znani i ci kompletnie zapomniani), to wcale nie były biedne zastraszone miśki, każdy z nich był Kimś, wcale więc nie wyglądalo to tak, że bezpieka ich flekowała, a oni w tym czasie grzecznie kulili się w kącie.
A materiały z IPN-u często okazały się kopalnia fascynujących szczegółów.
O samej książce można przeczytać więcej tu i tu, natomiast ja zachęcam do zapoznania się ze znalezionym przeze mnie rodzynkiem z rozdziału na temat autorów literatury dziecięcej. To lista książek dla młodszego czytelnika, przenaczonych do usunięcia z bibliotek i docelowo także zniszczenia. Momentami zaskakująca. Nie dziwi to, że znalazły się na niej pozycje na temat Piłsudskiego czy kresów, ale dlaczego wylądowały na niej JIK-owe "Przygody pana Marka Hińczy". Co takiego nieprawomyślnego znalazło się w tej ksiażce?
O tym - w jednej z najbliższych notek:).


Zdjęcia powinny powiększać się po kliknięciu.


czwartek, 13 grudnia 2012

"Rzym za Nerona" - J.I. Kraszewski

JIK-owy "Rzym za Nerona" był jednym z ostatnich kioskowych hitów lat póżnego PRL-u. Pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy jeśli człowiek chciał sobie jakoś sensownie wypełnić biblioteczkę musiał mieć
znajomości w księgarni (lub, jeszcze lepiej, w wydawnictwie)? Ci, którzy mieli nieco bardziej minimalistyczne podejście i nie zależało im na hitach, takich jak "Przeminęło z wiatrem", mogli "meblować" półki zaopatrując się  w kioskach "Ruchu", gdzie było dostępnych kilka przykurzonych książeczek dziecięcych, reedycje przedwojennych książek kucharskich (nie do wykorzystania w czasach pustych półek) oraz JIK z wydawnictwa Novum.
Taką właśnie edycję przytaszczyłam do domu z biblioteki i dziś, gdy już jestem po lekturze, zastanawiam się, jakie były motywy wydania tej książki właśnie w tamtym czasie i w sporym, łatwo dostępnym nakładzie.
Najprawdopodobniej jednak ekonomiczne, gdyż "Rzym za Nerona" prezentuje treści nie będące na topie w postkomunistycznej Polsce, jest mianowicie... traktem religijnym, dość niebale przybranym w mocno prześwitujące szatki powieści.
Treść oscyluje nie tyle wokół perypetii dwójki bohaterów: Juliusza i Sabiny, ile raczej wokół ich drogi do nawrócenia na chrześcijaństwo.

Dwójka protagonistów miała ze sobą sporo wspólnego: obydwoje bogaci, choć starający się zachowywać wobec tego bogactwa postawę stoicką, obydwoje wychowani pod wpływem kultury helleńskiej. Nic dziwnego, że szybko się zaprzyjaźnili.
Gdy jednak w Rzymie zaczęła się szerzyć "chrześcijańska zaraza", zachowali się w sposób strasznie różny. Zdyscyplinowana intelektualnie Sabina uznała nową religię za logiczne dopełnienie nauk greckich filozofów i zaczęła wymykać się nocami na spotkania ze współwyznawcami w katakumbach. 
W tym samym czasie Juliusz, zamiast zadbać o swój duchowy rozwój, odkrywa,  że żywi do swojej przyjaciółki uczucia inne od platonicznych, jednocześnie zaś jej nocne
wyprawy doprowadzają do tego, że zaczyna się martwić o jej prowadzenie...
Niestety, w XIX wiecznej powieści o pierwszych chrześcijanach trudno spodziewać się większych niespodzianek. Prędzej  czy później wszyscy bohaterowie (poza Neronem) spotkają się na niebieskich pastwiskach.
Pozostaje jedynie otwarte pytanie, w jaki sposób na nie trafią - szybką ścieżka dla męczenników, bądź tą nieco wolniejszą - dla wyznawców.
Książka JIK-a, jak na dzieło okołoreligijne ma w sobie jednak pewną świeżość, niektóre tematy (np dlaczego chrześcijaństwo było atrakcyjne dla wykształconych Rzymian) były dla mnie zupełnie nowe, dlatego myślę, że spokojnie można ją polecić jako lekturę adwentową. Jeśli
ktoś oczywiście takowej poszukuje.

wtorek, 11 grudnia 2012

Podaj dalej: dwie książki do wzięcia

Akcję zapoczątkowała Giffin z blogu Magnolie.
W skrócie - polega ona na tym, że można zostać nowym posiadaczem książki, jednak pod warunkiem, że w zamian uwolni się własną.
Zasady akcji "Podaj dalej" (ze strony Giffin: http://magnolie.blogspot.com/)





1. Poniżej poda tytuł książki, którą oddam komuś z Was, wystarczy się zgłosić, ale... Osoba obdarowana lekturą będzie musiała także wziąć udział w akcji, to znaczy opublikować u siebie na blogu podobny post i wysłać w świat jedną książkę (oczywiście można więcej) w stanie co najmniej dobrym i o wartości podobnej do tej, którą otrzyma (odpadają wydania kieszonkowe itp.).

2. Z przyczyn technicznych w zabawie mogą wziąć udział tylko i wyłącznie osoby, które posiadają blogi. 

Postanowiłam nieco zdynamizować akcję i uwolnić dwie książki.
 
O książce Jakuba Małeckiego pisałam tutaj. Pod tym adresem znajdziecie ciekawą recenzję Paidei. Zachęcam do zapoznania się z tym ciekawym przykładem młodej polskiej prozy o fantastycznych korzeniach.

"Tort weselny" wygrałam ostatnio u maniiczytania i pochłonęłam od razu po wyciągnięciu z paczki. To historia pewnego wesela widziana z wielu punktów okraszona sporą dawką satyry. We Francji był to podobno wielki hit, u nas jakoś przemknął niezauważony, a szkoda. Świetna okazja, żeby pośmiać się z francuskich strasznych mieszczan, a przy okazji zastanowić się - czy polscy różnią się aż tak bardzo?
Recenzje:
Zapraszam do zgłaszania się po książki i deklarację kontynuacji zabawy. Na Wasze komentarze czekam do końca grudnia. 
Książki nie są pakietem, każda z nich będzie podróżować oddzielnie. Można zgłaszać się do obydwu z zaznaczeniem preferencji.
Jeśli do którejś z książek zgłosi się więcej osób, zwycięzca zostanie wylosowany. 

Zapraszam:). 
 

piątek, 30 listopada 2012

McDusia, czyli jak żyć (panie premierze)?

Przyznam, że podobnie jak wiele osób jestem fanką cyklu "Jeżycjada". Jednak zaliczam się raczej do grupy ortodoksów. "Prawdziwa Musierowicz" kończy się dla mnie na "Opium w rosole", kolejne tomy to już nie to, zaś ostatnich, gęsto zaludnionych przez przeintelektualizowane (a często nawet zakochane!) przedszkolaki nawet nie zamierzałam czytać. Wszystkie jednak (poza "Sprężyną") w jakiś sposób się do mnie przyplątały.
Na tle "Języka Trolli" i "Czarnej polewki", "McDusia" dużo mniej razi sztucznością. Opisywane nastolatki są wprawdzie na mój gust dość słabo skomputeryzowane i nie posiadają smartfonów, ale w tym wieku przemądrzałość (o dziwo mniejsza niż w poprzednich tomach) i kompulsywne zakochiwanie się wydają się dużo bardziej odpowiednie dla wieku.
W wielu recenzjach (wczoraj u Skarletki), czytałam, że MM zaczyna traktować swoich bohaterów telenowelowo, gęsto stosując "wypełniacze". Młodzieńcze love stories wystarczają na zapełnienie najwyżej dwóch - trzech rozdziałów, dlatego trzeba ich upchnąć w książce co najmniej kilka.
Za to na pierwszy plan wysuwa się zupełnie co innego. Małgorzata Musierowicz pisała tę książkę długo. Miałam takie wrażenie, jakby w tym czasie wiele się w jej życiu wydarzyło, sporo musiała przemyśleć, a potem postanowiła podzielić się tymi przemyśleniami z czytelnikami. A że nie za bardzo odnajdywała się w formie czystego poradnika, zaserwowała czytelnikom hybrydę: powieścioporadnik.

Osią książki nie są bowiem perypetie 17-letniej Magdusi, ale porządkowanie mieszkania jej zmarłego pradziadka - profesora Dmuchawca: wybitnego pedagoga i znawcy ludzkich charakterów. Przy okazji tych porządków Magdusia odkrywa stos paczek zaadresowanych do jego dawnych uczniów.
Każda kolejna paczka zawiera (oczywiście) książki wraz z osobistym przesłaniem starego profesora. Jednak to nie tyle Dmuchawiec przesyła wskazówki swoim młodszym przyjaciołom, a raczej sama MM stara się mniej lub bardziej dyskretnie nakierować uwagę czytelników na to, co w życiu ważne.
Dmuchawcowe mądrości skojarzyły mi się mocno z popularnym ostatnio hasłam "jedz, módl się, kochaj". No dobrze, z jedzeniem pokryty kurzem profesor nie był specjalnie za pan brat, chociaż borejkowski rosół okazuje się być zawsze na czasie. Za to o modlitwie jest słów parę, żeby nie było jednak zbyt moherowo, to jest to modlitwa słowami polskich poetów (czytałam ostatnio recenzję z kuriozalną informacją, że lektura Jeżycjady jest zadawana jako pokuta, a sama pisarka jest w zasadzie pisarką katolicką - po "McDusi" juz mniej mnie ta opinia dziwi).
No i oczywiście miłość - uniwersalne lekarstwo na wszystko (cytat z Wierzyńskiego "wszystko powstaje z miłości" jest nawet hasłem przewodnim, co bezbłędnie wyłapała Lirael).
I jeszcze jedno - widać, że MM się martwi. W związku z kończącym się rokiem (dodajmy - 2009), wielu bohaterów ma złe przeczucia, pojawiają się nawiązania do "Pana Tadeusza" (że, podobnie jak u Mickiewicza, rok 2009 jest końcem pewnej epoki). Bohaterowie szukają pociechy w niemenowskiej frazie:
Dziwny jest ten świat,
gdzie jeszcze wciąż
mieści się wiele zła. (...) 
łudząc się, że ludzi dobrej woli jest jednak więcej.
Nie oszukujmy się jednak, Niemen raczej średnio sprawdza się jako klin na splin.
Mam wrażenie (może mylne), że autorka, która chyba jest miłośniczką społecznej harmonii, nawiązuje jakoś do rozpadu polskiej wspólnoty, która nastąpiła po katastrofie smoleńskiej. Ostatecznie, skoro kończyła książkę w 2012, miała mnóstwo czasu, żeby sobie ten rozpad poobserwować. A ta ostetnacyjna lawina złych przeczuć u bohaterów zaledwie 3-4 miesiące przed tym wydarzeniem, nie jest moim zdaniem przypadkowa.
Dlatego też rozejrzę się za kolejnym tomem, jestem ciekawa co tam tym razem pisarka wyrzeźbi. A jak wiemy po jej książkach wydawanych w PRL (Opium w rosole), jest przecież mistrzynią koronkowych aluzji (politycznych i nie). 
A poza tym - zaintrygowała mnie kwestia kaleson, które w hurtowych ilościach suszy na strychu na Roosvelta pani Dąbek-Nowacka. Coś czuję, że była to wrzuta, która pozwoli na wprowadzenie do akcji potomków boskiego Pawełka Nowackiego (boskiego, oczywiście,  w latach 70-tych).
Tym razem daruję sobie polecanie - fani serii i tak prędzej czy później się na książkę skuszą:).

Uwaga: książkę przeczytałam w ramach akcji "Wędrujące książki Biblionetki". Zachęcam do korzystania i z serwisu i z możliwości przeczytania wędrujących książek.




poniedziałek, 19 listopada 2012

Kwiat paproci ( i słów kilka o uwspółcześnianiu bajek)

Wiem, że to już nudne. Na przemian Mackiewicz i Kraszewski (tu ewidentnie motywuje mnie wyzwanie 200 recenzji na 200 lecie). Obiecuję poprawę i większe zróżnicowanie w 2013:). To już niedługo.

Zastanawiałam się czasami, dlaczego uznani pisarze biorą na warsztat w kółko te same ludowe i tradycyjne bajki. Po "Kwiecie paproci" w JIK-owym wydaniu porzuciłam wątpliwości. Historia Jacka, który w noc świętojańską wyruszył na poszukiwanie kwiatu paproci, a następnie w wyniku błędnych decyzji zmarnował sobie życie, ma wszystko, co dobra bajka mieć powinna: sugestywny klimat (w tym przypadku lekko gotycki) i mądre przesłanie. Nic to, że nieco czarno białe, nie jest wszak zadaniem bajek oswajać słuchaczy/czytelników z odcieniami życiowej szarości.
Zachęcam do odświeżenia sobie tej historii, choćby w czasie przerwy na lunch. Dostępna online TUTAJ.

Tym razem chciałam napisać nie o książce a o tzw. uwspółcześnianiu bajek.  Czasami rzeczywiście warto się nad tym zastanowić. Weźmy chociaż wszechobecne złe macochy. I jak tu współczesna sobie układać dobre stosunki z dzieckiem męża/partnera, jeśli wychowało się ono na braciach Grimm?
Z niektórych bajek macochę wyrzucić się da (Jaś i Małgosia), w innych jest ona na tyle ważnym punktem fabuły, że z bajki, po jej usunięciu niewiele zostanie.
A co z unikaniem drastycznych treści?
Klasyczny przykład przeróbek to Czerwony Kapturek z wilkiem jaroszem. Czy współczesne dzieci są AŻ TAK  wrażliwe, że pod żadnym pozorem nie mogą się dowiedzieć, że niektóre zwierzęta są drapieżnikami (a przy okazji, że nie każdy jest dobry i nie każdy musi chcieć dla nich dobrze)?
Wracając do "Kwiatu paproci" - ta bajka w oryginale  uczy poprzez przykład negatywny, czyli kończy się źle. Mam w swoich zbiorach uproszczoną wersję (wydawnictwa Wilga), która kończy się DOBRZE. Mroczna historia zamieniła się w słodką i nijaką opowieść familijną. Dodam, że moje dzieci jakoś nigdy w tej wersji nie zagustowały - czyżby była po prostu nudna?. Wolą faszerowanego siarką smoka wawelskiego.




poniedziałek, 12 listopada 2012

Hurtownia książek: z serii bez entuzjazmu:).


"Prawdziwe życie Sebastiana Knighta" Nabokova to moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Jak głosi fama, jest to wielowarstwowa proza, której kolejne warstwy trzeba zdzierać, co by dokopać się do prawdziwej treści.
Na pewno Nabokov był inteligentnym człowiekiem z wprawą ubierającym swoje myśli w słowa. Natomiast nie jestem pewna, czy chce mi się dokopywać do tych głębszych warstw jego prozy, autor bowiem mocno kojarzył mi się z niektórymi z moich szkolnych kolegów, tymi, którzy byli tak inteligentni, że miało się wrażenie, że ich IQ, zamiast pomagać im w życiu, zaczyna im szkodzić. 
Plus- ta biografia fikcyjnego pisarza może być prawdziwą gratka dla miłośników książek o książkach i pisaniu.

"Opowieści starego Kairu" Nadżiba Mahfuza - tutaj zaczynałam bez entuzjazmu, ale z każdą stroną czytało mi się coraz lepiej. Mahfuz w przeciwieństwie do Nabokova ma opinię bardzo średniego pisarza, który dość niezasłużenie dostał Nobla. Zasłużenienie, czy nie, czasem lepsze jest wysokiej jakości czytadło, niż tor przeszkód zafundowany przez autora z rzekomo wyższej półki.
"Opowieści..." traktują o losach wielodzietnej kairskiej rodziny w czasach I Wojny Światowej. Największy jej atut to wyraziści bohaterowie. A zwłaszcza bardzo różna od polskiej i doskonale opisana mentalność.

"Spalona woda" Carlosa Fuentesa to portret czwórki mieszkańców miasta Meksyk. Niby napisane z biglem i czyta się nieźle, natomiast 
a) nieczytelne były dla mnie odniesienia azteckie, które są osią książki (tytuł pochodzi od nazwy jakiegoś azteckiego rytuału).
b) po 1,5 miesiąca od lektury nie pamiętam NIC. A z moją pamięcią krótkotrwałą naprawdę nie jest jeszcze tak źle:).

"Cesarski poker" Waldemara Łysiaka wylosowałam w stosikowym losowaniu. Trochę się przestraszyłam, gdyż po necie krążą różne jego nowe teksty publikowane głównie w UważamRze i przyznam, że kompletnie nie są w moim guście. 
"Stary Łysiak" to jednak inna bajka. "Poker" to opowieść o wielkiej grze o Europę prowadzonej przez Napoleona oraz jego adwersarza - cara Aleksandra.
Łysiak sprawne kompiluje cytaty z miliona źródeł, formując z nich własną opowieść. Żeby zafrapować czytelnika co chwila doprawia to danie licznymi ciekawostkami z życia seksualnego swoich protagonistów. Da się czytać, chociaż przyznam, że czytałam na wyrywki. Trochę za dużo dla mnie tych detali no i - co mnie w zasadzie obchodzi Napoleon?

P.S. Przepraszam za wczorajsze przedwczesne opublikowanie posta i zaśmiecanie blogrolli/czytników. Kolejne posty postaram się najpierw pisać w Wordzie, to powinno zapobiec kolejnym takim wpadkom.

środa, 7 listopada 2012

Zaproszenie - dyskusyjny klub u Agaty Christie

Zapraszam do dyskusji na temat "Morderstwa w Orient Ekspresie". Wejście TĘDY.



wtorek, 6 listopada 2012

"Okna zatkane szmatami" - Józef Mackiewicz

"Okna zatkane szmatami" to zbiór reportaży z lat 1936-37 publikowanych przez autora w wileńskim "Słowie". Od razu przyznam, że to chyba mój faworyt - książka lekka, niewymuszona, czyta się praktycznie sama. Stosunkowo najmniej jest w niej o Polsce przez duże P. W latach powojennych Mackiewicz pisał z oddali i chyba siłą rzeczy brał na warsztat "większe" tematy, czy próbował dokonywać różnych teoretyczno-historycznych syntez. W "Oknach..." pisanych na bieżąco, skupia się na detalach i jednostkowych historiach. Już w trakcie lektury zaczyna się jednak wyłaniać z tych rozsypanych puzzli spójny obraz.

Dwa hasła "Kresy" i "II Rzeczpospolita" z reguły kojarzą się współczesnemu czytelnikowi z rajem utraconym (a o tym, że na taki właśnie obraz jest zapotrzebowanie, świadczy popularność pisma UważamRze Historia). Mackiewicz szybko sprowadza nas na ziemię. II RP widziana jego oczami to niekoniecznie to sprawnie zarządzane państwo do którego w tej chwili wzdychamy, tylko raczej kraina utraconych możliwości i ojczyzna bareizmu. Jak się okazuje - wcale nie był to wynalazek lat 70-tych, miał się dobrze także cztery dekady wcześniej. Centralną postacią tej książki jest Anonimowy Urzędnik. Oczywiście stojący na straży prawa. Nic to, że realizacja jakiegoś podpunktu w zarządzeniu wojewody jest nieopłacalna ekonomicznie, absurdalna, albo wiąże się z ludzką krzywdą. Nieważne, że za chwilę i tak ktoś się od decyzji Anonimowego Urzędnika z sukcesem odwoła. Tak ma być i już.

Polska z książki Mackiewicza to kraj gospodarskich wizyt, pobielonych nieskazitelnych wychodków (oczywiście, na wypadek kontroli ze starostwa, nieużywanych) postawionych koło kurnych chat, gdzie ludzie mieszkają w jednej izbie z bydłem, przymusowych melioracji, często niszczących kulturę rolną wsi, abstrakcyjnych świąt, do udziału w których ludzie są zmuszani groźbą grzywny... No i jak to bywa w państwie zurzędniczałym ze znaczącym sektorem państwowym- pleni się niegospodarność. W skali mikro, ale nie tylko. Mackiewicz wyraża się krytycznie także o realizacji Centralnego Okręgu Przemysłowego- sztandarowego "wielkiego projektu" II RP.

Kresy nie są też żadną praktyczną realizacją jagiellońskich idei (niezależnie od tego, co rozumiemy pod tym pojęciem). O wielokulturowe dziedzictwo się nie dba (historia degradacji zamku ruskiego księcia Lubarta Giedyminowicza), mniejszościami zaś zarządza metodą - "wilk głodny i owca zjedzona". Zamiast polityki stanowczej lub opartej na pełnej tolerancji w Polsce preferowano złośliwe nękanie w drobiazgach. Problemów nie rozwiązywało to żadnych, a antagonizmy rosły sobie w najlepsze. Zasygnalizuję jeszcze dwa tematy- tolerancja dla komunizmu (komunizm niby był nielegalny, ale skazywano drobnych działaczy zostawiając w spokoju ich patronów o PPS-owskim rodowodzie, bezpiecznie umocowanych na posadach związkowych) i wychowanie młodzieży. Z dzisiejszego punktu widzenia polska szkoła sprzed 75 lat to ostoja tradycyjnych wartości i patriotyzmu. W praktyce niekoniecznie to tak wyglądało. Po lekturze "Słowa" wielu rodziców musiało się decydować na edukację domową.

Czy są jakieś jasne punkty w tym ogólnie szarym obrazie? Przyroda, zwłaszcza poleska. Opisana jest tak, że aż chce się założyć plecak na plecy i udać do ambasady białoruskiej po wizę (rzeka Lwa, obecnie polecany szlak kajakowy - jakież tam muszą być komary). Acha - poruszone tematy wydają się ciężkie, ale Mackiewicz pisze o nich z dziennikarskim pazurem i często bardzo zabawnie. Humor nie opuszcza go nawet wtedy, gdy kolejne numery pisma są konfiskowane z powodu krytyki kolejnych urzędników (i szargania majestatu Rzeczypospolitej ucieleśnionego w ich osobach). Mogę się mylić, ale w tej chwili mało kto już tak pisze, dominuje raczej przynudzanie i zadęcie. "Okna..." mocno kontrastują stylem także z późniejszymi książkami autora, po wojnie trudniej mu było się zdobyć na tak lekki ton.
Wady? Zdarzają się sformułowania, które nawet jak dla mnie były lekko "po bandzie". Ale najwyraźniej: jakie czasy, taka (nie)poprawność polityczna. Mimo to - dla mnie była to lektura zdecydowanie na plus.

wtorek, 23 października 2012

"Dajcie mi jednego z was" - Jacek Getner

Od wydawcy:
Na ulicach miast, w szkołach i restauracjach coraz częściej pojawiają się szaleńcy z bronią, którzy postanawiają ukarać społeczność w jakiej żyją, za mniej lub bardziej wymyślone krzywdy, jakich od niej doznali. Uderzają na oślep, skazując na śmierć wiele niewinnych osób, tylko dlatego, że należą do tej zbiorowości lub przypadkiem się wśród niej znaleźli. Główny bohater tej książki, Głos, jest inny. Starannie wybiera ze swojej przeszłości cztery osoby, które kiedyś go skrzywdziły. Jest wśród nich jego surowy dowódca z wojska oraz mężczyzna, który uwiódł jego żonę. Jest także bardzo bogaty biznesmen, który w nieuczciwy sposób przejął jego firmę, jak również przywódca sekty religijnej, który odebrał mu resztkę nadziei na lepsze życie. Owe cztery osoby stają przed dylematem. Czy próbować się oprzeć żądaniom Głosu? Czy może ulec im, skazując kogoś spośród siebie na śmierć i tym samym ocalić własne życie? Głos chce bowiem tylko egzekucji jednego z nich, lecz wybór ofiary pozostawia samym zainteresowanym.



Jakiś czas temu zgodziłam się wziąć do recenzji książkę Jacka Getnera "Dajcie mi jednego z was". Do dziś zastanawiam się, co mną kierowało, gdyż egzemplarze recenzenckie w tej chwili omijam szerokim łukiem.
Dość długo to trwało, zanim zajęłam się książką, w tym czasie mogłam sobie poczytać trochę opinii innych blogerów. Przypominały one nieco kulę śniegową- kolejni czytelnicy doklejali do swoich recenzji najciekawsze punkty pojawiające się w recenzjach bądź komentarzach u innych czytelników, a moje przerażenie rosło. Byłam już niemal gotowa odesłać autorowi książkę. Powstrzymała mnie jednak moja niechęć do kolejek na poczcie.
Niestety czy na szczęście?
Zacznę od rozłożenia na czynniki pierwsze tej kuli śniegowej (czyli dotychczasowych recenzji) żeby zobaczyć, co zgarnęła po drodze.
  • Literówki i błędy interpunkcyjne. No tak, jednym z powodów, dla których wzięłam tę książkę, był fakt, że autor nie jest nowicjuszem w branży literackiej. Przedstawił się jako scenarzysta dwóch polsatowskich seriali. Niestety - wpadł w pułapkę zastawioną na żółtodziobów.
  • Okładka. Ok, jest w jakiś sposób związana z treścią, ale tak offowa, że niemal się przestraszyłam wyciągając książkę z koperty.
  • Niebudzący sympatii bohaterowie. Rozwinę ten punkt przy pomocy pewnej historyjki. Otóż od kilku lat nie mam w domu telewizora. Ma go za to mój sąsiad i w godzinach, w którym w naszym budynku panuje względna cisza ogląda sobie na cały regulator "Sędzię Annę Marię Wesołowską". Otóż znaczna część ścieżki dialogowej to krzyki i przekleństwa. Nie miałam jakiegoś pogłębionego kontaktu z serialami Jacka Getnera ("Daleko od noszy" oraz "Malanowski i partnerzy"), ale wam wrażenie, że "Dajcie mi..." opisuje ten sam świat. Polskę brzydką i nieatrakcyjną, Polskę noir. I dotyczy to oczywiście nie tylko bohaterów, ale całego opisanego świata.
  • Niedociągnięcia fabularne. Nie wiem, czy opisane przez jedną z blogerek zachowanie bohaterów po uwięzieniu (zamiast kombinować, którego wyeliminować, grają w zapałki i gadają) to niedociągnięcie, czy nie. Da się jednak zauważyć, że autor stosuje pewne skróty fabularne. Mi nieco zgrzytała np. zbyt duża rola przypadku.
Czego natomiast w recenzjach nie znalazłam?
  • Książka mimo wszystko nieźle się czyta i sprawdza się jako wypełniacz czasu. Owszem - jest to zapewne drukowany odpowiednik "Sędzi Anny Marii  Wesołowskiej" czy innego serialu oglądanego po robocie z piwkiem w ręku. Ale taka nisza wszak tez jest potrzebna.
  • Mizoginizm. Nie wiem, czy to przypadek, że większość bohaterów miała nieciekawe doświadczenia z kobietami. A bohaterki też raczej nie są opisane z sympatią. Dlaczego ma to znaczenie? Większość książkowej blogosfery to kobiety. Nie ma się co dziwić, że nie zakochały się w książce od pierwszego wejrzenia.

piątek, 12 października 2012

Z chłopa król - J.I. Kraszewski


Tym razem krótko: "Z chłopa król" to kolejna wariacja na temat biednego prostaczka, który dzięki swojemu dobremu sercu ostatecznie pokona wszystkich cwaniaków, i ostatecznie będzie żył dlugo, szczęśliwie, a do tego dostatnio. Tym razem owym prostaczkiem jest Gaweł, pechowiec jeszcze większy niż "głupi Maciuś" z innej bajki JIK-a. Tamten miał przynajmniej kochających rodziców. Ci Gawłowi natomiast, gdy przyłapali go na próbach dokarmiania kolejnego żebraka, po prostu wyrzucili go z chaty. Z pomocą biednemu chłopakowi przyszły jednak siły wyższe. Już tego samego dnia znalazł magiczny złoty pierścień...  A co było dalej zdradza tytuł bajki.

Tym razem dydaktyczna wartość bajki jest nieco wątpliwa. W realnym życiu złote pierścienie jednak nie leżą na ulicy. Wiele jest jednak przygód i zwrotów akcji co sprawi, że powinna ona spodobac się także młodszym czytelnikom (lub słuchaczom). A o to przecież w sumie chodzi:).

czwartek, 11 października 2012

"Głupi Maciuś" - J.I.Kraszewski

W pewniej chłopskiej rodzinie, w której było juz dwóch starszych synów, urodzil się mały Maciuś. Dziecko rosło, ale niekoniecznie na pociechę rodzicom, już od najmłodszych lat było widać, że różni się od rówieśników. "Ojciec wzdychał, matka płakała, patrząc nań, bracia się śmieli, ludzie ramionami ruszali i mówili: co z tego biedaka będzie?"
Starali się rodzice jakoś zabezpieczyć przyszłość swojego dziecka. Ojciec zaszył złoto w siermiędze, matka garniec talarów zakopała w kącie. Cóż z tego, skoro po kilku latach bracia i tak "oszwabili" Maciusia. Jaki zatem ratunek pozostał niedostosowanemu chłopakowi?
Mówi się, że wychowanie powinno wzmacniać mocne strony dziecka, nie tylko zapewnić mu korzenie, ale także skrzydła. I to najwyrażniej udało się w przypadku Maćka. W ostatecznym rachunku uratowało go przed śmiercią głodową jego dobre serce.

Acha, zastanawiacie się może co było nie tak z Maciusiem? Dlaczego zasłużył sobie na etykietkę głupiego?
W sumie wiedziałam, że mentalność chłopska, wyrosła na gruncie wielkiej biedy, bywała ekstremalnie praktyczna. Nawet jestem w stanie zrozumieć, że Maciusiowi zycie utrudniało jego dobre serce i prostoduszność.
Wygląda jednak na to, że one nie były traktowane jedynie jak uciążliwe wady, a właśnie jak niepełnosprawność.

"Markotno mu to było, bo już się dla gospodarstwa i z tęsknoty, że się sam jeden został, żenić chciał, a za głupiego Maćka nikt córki nie chciał dać. Gdzie się tylko zeswatał, odprawiano go z kwitkiem (...)."

Wygląda na to, że gospodarze bali się, że Maciek przekaże swój charakter w genach.

Jakiś czas temu autorka bloga czytanki przytulanki opracowała listę książek dla dzieci oswajających z odmiennością (tutaj). Może by tak dołączyć do niej Kraszewskiego, jako materiał do rozmowy o tym, co naprawdę oznacza odmienność i dlaczego lepiej nie przyłączać się do tłumu wytykających kogoś palcami?
Zachęcam do lektury. Tę kilkustronicową bajkę znajdziecie między innymi tutaj.
Ja znalazłam ją w zbiorze "Baśnie Polskie" wydanym w latach 80-tych.

środa, 10 października 2012

"Ściągaczki z szuflady Pana Boga" - Józef Mackiewicz


Z rekomendowaniem komuś książek bywa czasem jak z wróżeniem z fusów. Rezultat jest mocno niepewny i zależny od plam na słońcu i humoru wróżącego. Przy moim pierwszym tekście o Józefie Mackiewiczu kilka osób pytało o najlepszą"książkę pierwszego kontaktu" z tym autorem.


Teoretycznie wydaje się, że dla blogerów książkowych z naszego "złotozakladkowego" segmentu najlepiej nadawałyby się "Ściągaczki z szuflady Pana Boga". W praktyce zaś dochodzę ostatnio do wniosku, że polecanie lektur jest zadaniem dla jakiejś ksiażkowej wróżki, nawet biblionetkowy algorytm nie radzi sobie najlepiej na tym polu (przynajmniej w moim przypadku).





Wracając do książki – jest ona trochę takim papierowym odpowiednikiem menu degustacyjnego w restauracji.


Jest tam kilka charakterystycznych dla autora motywów, choćby dwa opowiadania z Wileńszczyzny z czasów pierwszej okupacji sowieckiej (1939-'41), o dziwo, koncentrujące się jednak na dramatach rodzinnych, zupełnie nie związanych z tragedią zbiorowości ("Morderstwo nad rzeką Waką", "Marceli Swat"). "Ballada o nowym sterniku" rozgrywająca się na barce pływajcej po Prypeci, scenerią mocno przypomina międzywojenne reportaże autora publikowane w wileńskim Słowie.


W "Morderstwie..." i "Balladzie... " uderza wrażliwość autora na przyrodę. Opisy przyrody jako atut ksiązki a nie najgorsza piła? Niewiarygodne, ale możliwe. Autor kilkoma akapitami tak mi obrzydził litewskie przedwiośnie, że wezmę pod uwagę jego ostrzeżenia przy ewentualnych planach turystycznych. Wydaje się jeszcze bardziej ponure i depresyjne niż polskie.


W kilka opowiadaiach autor eksploruje literackie drogi, którymi ostatecznie nie poszedł.


Zabawne i groteskowe "Przygody małego diabełka" zarówno z litery jak i z ducha pasowałyby jako aneks do "Listów starego diabła do młodego" C.S. Lewisa.


"16-go między trzecią a siódmą" oraz "Fotograf", rozgrywają się na pograniczu jawy i snu, a duszną atmosferą przywodzą na myśl choćby Kafkę.


"Kamienica nad morzem" to sugestywna historia o miłości i stracie, z gatunku tych, gdzie pozornie nic się nie dzieje, tylko to morze i te falePPP. W rzeczywistości zaś  utwór aż kipi od emocji.


Są wreszcie trzy historie rodzinne (z napomknień w "Drogiej pani..."* wywnioskowałam, że w znacznym stopniu są one autentyczne). "Kuzyn z nieprzyjacielskich huzarów" to typowa polska historia z czasów I Wojny Światowej: o dwóch braciach stryjecznych spotykających się po przeciwnych stronach barykady.


W “Faux pas ciotki Pafci” życie prowadzi bohaterów o krok dalej – członkowie jednej rodziny wręcz wybierają sobie narodowość (Polaka, Litwina, bądź też bolszewickiego internacjonała). “Ślizgawka” traktuje o meandrach wychowania patriotycznego w środowisku wielokulturowym. Jeśli to sformułowanie brzmi mętnie postaram się nieco skonkretyzować – spróbujcie sobi np. wyobrazić młodą niemiecką guwernantkę w domu, gdzie dzieci uczy się “Roty”. Dwa ostatnio wspomniane opowiadania to także przy okazji urocze i nostalgiczne wspomnienia z lat dzieciństwa w czasach, które nie wrócą, a takie są zawsze w cenie.


Za opowiadaniami ciągnie się opinia, że nie są one “typowo mackiewiczowskie”, to znaczy , że brak tu zupełnie polityki i pulicystycznego zaangażowania. A że sprawy publiczne były pewnei największą pasją autora – tu mamy raczej dystans i powściągliwość.


Żeby już zakończyć – zapraszam do tego stołu z przekąskami, mam nadzieję, że znajdziecie tu coś dla siebie:).

* "Droga Pani..." to zbiór publicystyki powojennej Józefa Mackiewicza i jjego żony Barbary Toporskiej

piątek, 28 września 2012

Hurtownia książek - kierunek wschód

"Stambuł - wspomnienia i miasto" Orhan Pamuk
Połączenie wspomnień autora, pisanych z perspektywy dziecka, któremu stopniowo rozszerzają się granice świata, z omówieniem tego, co inni autorzy napisali o Stambule. Autorzy różni - od Flauberta i Brodskiego, po pisarzy tureckich, których nazwisk nie będę pamiętać już za tydzień. Autor próbował uchwycić smutek miasta, które kiedyś było metropolią wielkiego imperium, teraz zaś jest zaledwie stolicą małego kraju zamieszkiwanego przez jeden naród (z tym małym to Pamuk ostro przesadził, ale proces wypychania mniejszości z Turcji opisał przekonująco).
Plusem są liczne czarno-białe zdjęcia, głównie z lat 50-tych i 60-tych, minusem zaś przesadna szczerość autora. Nie do końca rozumiem, dlaczego zwierzeń o swoim onanizmie dziecięcym nie powierzył psychoterapeucie, tylko postanowił nim pokatować trochę nie spodziewających się takich atrakcji miłośników sentymentalnych podróży w przeszłość.

"Korea szerokopasmowa" Konrad Godlewski

Przyjemny reportaż z najbardziej nasyconego internetem państwa świata czyli... Korei Południowej. Tak, to nie pomyłka, nie Japonii, a właśnie Korei. Spora dawka wiedzy ogólnej o tym państwie plus tej zupełnie szczegółowej. Dowiedziałam się na przykład, że Koreańczycy (w przeciwieństwie do Amerykanów) nie mieli problemu ze wydzieleniem uzależnienia od internetu jako oddzielnej jednostki chorobowej. Jedna z form: kompulsywne blogowanie. Objawy? Spędzanie powyżej 4 godzin dziennie w sieci. Brzmi znajomo?


"Japoński codziennik" Aleksandra Watanuki


Po prostu blog na papierze i to ze wszystkimi szykanami: komentarzami i nawet... linkami do filmów. Dlatego pewnie akurat tej książce należałoby się wydanie elektroniczne i czytanie na czytniku z dostępem do netu.
Książka to zapis obserwacji Kraju Kwitnącej Wiśni z punktu widzenia Polki zamieszkałej tam od lat i już nieźle czującej ichni klimat.
Lektura przyjemna, acz nieco fragmentaryczna.
Miejscami bawiły mnie komentarze. Czytelnikami bloga były w dużej części Polki emigrantki, więc często wypowiedzi wpadały w schemat: w Japonii jest tak, w moim nowym kraju tak, a w Polsce - no w tej Polsce, to cóż to proszę państwa za chamstwo...


Koreańczycy, Japończycy, Chińczycy - Kim Mun-Hak

Autor jest Koreańczykiem urodzonym w Chinach, od czasów studenckich zaś mieszkającym w Japonii, pozwolił sobie zatem na zaserwowanie czytelnikowi trójpaku skonstruowanego na zasadzie:
-wybrać jeden aspekt życia w trzech krajach (np. toalety, meble, sztandarowy sławny pisarz)
-zbadać związek tematu z charakterem narodowym wszystkich trzech nacji
W sumie nawet ciekawe, tyle, że przez powtarzalność pomysłu pod koniec nuży.
Zdarzają się detale, które sa oczywiste dla autora zanurzonego w świecie Dalekiego Wschodu, zaś dla czytelnika- niekoniecznie. Np. właśnie kwestia ogrzewania w Korei. Autor pisze, że używa się tam ondolu (przetłumaczonego w przypisach jako ogrzewanie podłogowe), dlatego Koreańczycy są towarzyscy i lubią żyć w ciasnocie. Co ma piernik do wiatraka? Wyjaśnił mi to dopiero Konrad Godlewski w "Korei szerokopasmowej". Otóż ondol to ogromny piec, na którym kiedyś stawiało się chatę. Stąd ta ciasnota. Teraz faktycznie używa się raczej ogrzewania podłogowego.
Tylko skąd wziąć redaktora, który wyłapie takie detale?

poniedziałek, 24 września 2012

wtorek, 18 września 2012

"Lenin w Zurychu" - Aleksander Sołżenicyn

-->
Tak się składa, że kończyłam podstawówkę jeszcze w czasach PRL. Załapałam się nawet na akademie ku czci rewolucji październikowej, a w jednej nawet (jako siódmoklasistka) śpiewałam w chórkach. Na szczęście, gdy byłam już w ósmej klasie akademie stały się passe i udało mi się uniknąć recytowania przed całą szkołą jednego z rewolucyjnych evergreenów.
Dlatego trudno mi zrozumieć, dlaczego moja wiedza na temat Lenina, poza kilkoma ogólnikami, sprowadzała się do tego, że leży aktualnie zabalsamowany w mauzoleum na Placu Czerwonym. Nawet moje informacje o jego związku z Nadieżdą Krupską okazały się błędne. Liczni leninofobi z mojego otoczenia wmawiali mi przez lata, że był to związek “na kartę rowerową”, tymczasem okazało się, że został on pobłogosławiony przez popa (inna rzecz, że ślub wzięli tylko dlatego, żeby razem wyjechać na zesłanie).
Czy “Lenin w Zurychu” rozszerzył moją wiedzę? Tak, ale w dość niespodziewanym kierunku. Sołżenicynowski Lenin to domowy tyran ( i to raczej żałosnego kalibru – pomiatający zoną, czujący natomiast respekt przed teściową), zdradzający wyraźne objawy nerwicy natręctw odstępstwo od planu dnia oznaczało dla niego dzień stracony) do tego nękany przez dolegliwości o podłożu psychosomatycznym.
Do tego polityk z niego raczej słaby – buduje swoją partię metodą kolejnych rozłamów i wciąż zaskakują go wydarzenia w kraju (najpierw rewolucja 1905, potem lutowa z 1917-go), co oznacza, że wpływ na nie ma raczej nikły.
Żaden z niego menadżer (od zarządzania partyjnymi zasobami ludzkimi). O charyzmę też go raczej trudno podejrzewać, przynajmniej gdy widzimy go jak peroruje po kawiarniach do garstki znudzonych szwajcarskich działaczy.
Jedyne, co mu wychodzi, to konstruowanie kolejnych wizji przyszłego zwycięstwa rewolucji, założeń, jakimi będzie się kierować to nowe społeczeństwo plus podstawowych śródków koniecznych do osiągnięcia celu (a było to wywołanie wojny domowej w celu zniszczenia więzi społecznych i dekonstrukcja carskiej Rosji).
W zasadzie – dziwna to książka – niby Sołżenicyn pisze o rzadko wspominanych faktach (że bolszewicy byli wspierani i sponsorowani przez Cesarstwo Niemieckie), ale jego Lenin jest jakiś taki pozbawiony pazurów. W dodatku książka kończy się na maju 1917, kiedy nie miał jeszcze szans zamoczyć sobie ich we krwi.
Dla rozszerzenia kontekstu zajrzałam sobie szybko do odpowiednich rozdziałów “Historii świata od 1917 do lat 90-tych” Paula Johnsona (autor koncentruje się tu na czynniku ludzkim i duchowym klimacie epoki, dzięki czemu ksiażka nadaje się świetnie do “zwykłego” czytania) i niby jest to ten sam Lenin, a jednak Johnsonowi jestem w stanie uwierzyć, że ten własnie człowiek był w stanie przejąc cały kraj i zrobić z nim potem to, co mu się podobało.
Fakt, że był socjopatą zadziałał na jego korzyść. Nie istniały dla niego żadne bariery w postaci zasad czy tradycji. Razem z garstką kumpli szli po władzę  na bezczelnego (no i niestety zwyciężyli).
Wygląd ana to, że Sołżenicyn tak naprawdę dokonuje liftingu legendy “dobrego Lenina” (która funkcjonowała sobie w opozycji do “złego Stalina”). Tyle , że dobry oznacza w tym przypadku – słaby.

Wracając do Sołżenicyna- za czasów, kiedy to jeszcze moja podstawówka organizowała te akademie “ku czci”, o których wspomniałam na początku Sołżenicyn (razem z Sacharowem) uznawani byli za symbole antykomunistycznego oporu. Tymczasem rola ruchu dysydenckiego bywała czasem niejasna. Jeśli ktoś chce sobie na ten temat poczytać, warto zajrzeć do Mackiewicza[1].
Ogólnie - kończę to spotkanie z Wladimirem Iliiczem niezbyt wstrząśnięta, ale za to mocno zmieszana.

[1] A konkretnie do : J. Mackiewicz, B.Toporska "Droga Pani..."

Źródło zdjęcia- amazon.com.

piątek, 14 września 2012

"Karierowicz" - Józef Mackiewicz


Tytuł książki jest zwodniczy niemal jak u mistrza Kraszewskiego. Kto bowiem kojarzy wam się ze słowem karierowicz? Z osobnikiem kutym na cztery kopyta? Z pancernymi łokciami i teflonową skórą? A jeśli nawet nie posiadający wyżej wymienionych cech, to przynajmniej świadomy celu i zdeterminowanym?
Tymczasem Leszek, bohater książki Mackiewicza, budzić może tylko zdumienie. W zasadzie to ofiara losu, (beznadziejny jest np. w interesach) człowiek kierujący się irracjonalnymi impulsami, obdarzony jednak wyjątkowym instynktem przetrwania i umiejętnością podczepiania się pod ludzi, którzy mogliby mu ułatwić życie. Jest tak bezmyślny, że nikt go nie podejrzewa o wyrachowanie. Jednak na kontaktach z tym pozornie sympatycznym przystojniakiem tracą wszyscy. Niektórzy tylko czas, inni - pieniądze, jeszcze inni zdrowie (co najmniej). "W plecy" mają przede wszystkim ci, którzy coś posiadają - w sensie materialnym, ale także duchowym.
Okażesz komuś odrobinę serca lub pomożesz - przegrałeś. Zakochasz się? Kładź głowę pod topór. Zapomnij o haśle, że przetrwają najsilniejsi - przyszłość należy do tych najbardziej nijakich o potencjale zbliżonym do zera.
Zaraz, zaraz, czyżby Mackiewicz napisał wielką pochwalę konformizmu i bezmyślności?
"Karierowicz" jest dość specyficzną powieścią psychologiczną. Autor, swoim zwyczajem, nie ma zamiaru kłaść swoich bohaterów na kozetce, nie daje gotowych ocen - zostawia je czytelnikowi. Przez to łatwo się po tej książce "prześliznąć". Dopiero po jej odłożeniu, gdy zaczniemy się nad nią zastanawiać, możemy poczuć mróz w kościach.
To także chyba jedyna "niepolityczna" powieść Mackiewicza. Wyczyszczona z takich detali do tego stopnia, że możemy się zaledwie domyślać czasu i miejsca akcji (koniec wojny polsko- bolszewickiej i pierwsze lata II RP na obecnym pograniczu polsko- białoruskim). Poza tym jednak - to wierny zapis kawałka czyjegoś życia we wszystkich jego aspektach.
I to właśnie w "Karierowiczu" znajdziemy zaskakujące motywy obyczajowe, o które nikt by nie podejrzewał pisarza kojarzonego z reakcyjną konserwą. Zresztą - podobno wśród Polonii 60 lat temu wywolała skandal.
Mam też wrażenie, że książka nieźle nadałaby się na podstawę offowego filmu, takiego, na który "za moich czasów" chodziły tabuny licealistek. Jako, że nie występuje w nim jednak picie jabola oraz modne ostatnio zjawisko "jumania", myślę, że szanse na ekranizację są jednak marne.
Nie jest to książka z mojej mackiewiczowskiej toplisty, ale myślę, ze rzecz to zacna i warta przetestowania.

czwartek, 6 września 2012

"Sprawa pułkownika Miasojedowa" - Józef Mackiewicz

Ja wiedziałam , że tak będzie...
Rola blogera okazała się o wiele trudniejsza do pogodzenia z innymi rolami życiowymi. Stos nieopisanych książek rośnie, a tymczasem ja, gdy tylko siadam do komputera, czuję, jakby ktoś wypalił mi szare komórki miotaczem ognia...
Tymczasem przeczytać udało mi się nawet sporo, co gorsza, kilka książek zasługuje na więcej, niż tylko 3 zdania na krzyż w notce hurtowej.

O Józefie Mackiewiczu słyszałam już jakiś czas temu, ale słaba dostępność i zaporowe ceny zarówno nowych egzemplarzy jak i tych z Allegro spowodowały, że odkładałam lekturę "na świętego Nigdy".
W sukurs przyszła na szczęście biblioteka i lokalny antykwariat, skutkiem czego od trzech miesięcy mieszkam nie w Wawie, a nad Wilią i Prypecią. W praktyce oznacza to, że właśnie zaczęłam szóstą książkę autora. I już wiem, że nie zaoszczędziłam, bo to i owo pewnie dokupię, żeby czasem zajrzeć bez stresu, ponaglających maili z biblioteki i bez grafiku przekazywania sobie książek z mężem, któremu jak na złość Mackiewicz też się spodobał (a czasu na czytanie ma znacznie mniej niż ja) .
Tradycyjnie już lektura zapewniła mi nie do końca takie wrażenia, jakich oczekiwałam. Na przykład - chociaż autor jest zdecydowanym antykomunistą, to nie idą za tym inne atrybuty, które moglibyśmy mu w pakiecie przypisać. Daleko mu od konserwatyzmu, także obyczajowego. Zdarzył mu się nawet utwór, który spokojnie mógłby wziąć na warsztat pan Warlikowski. Nie zauważyłam w jego książkach również przejawów religijności.
Co jeszcze jest charakterystyczne - Mackiewicz niechętnie pakuje się z butami w życie wewnętrzne swoich bohaterów. Świadczą o nich ich słowa i czyny, natomiast pisarz nie montuje im czujników mających rejestrować najmniejsze drgnienia duszy. Zresztą być może ma to sens. Naco dzień myślimy przecież częściej o tym, co zjemy na obiad, niż o poważnych kwestiach, które póki nie dojrzeją, leżą sobie zahibernowane gdzieś na granicy świadomości i podświadomości.

Mackiewicz znany jest jako autor powiedzenia "tylko prawda jest ciekawa" i rzeczywiście - nawet w powieściach dba o realia i stara się opierać je na faktach. Mocno krytykował np. Odojewskiego, zawyimaginowane detale w "Zasypie wszystko, zawieje". Tu trochę jestem w kropce. Tę książkę Odojewskiego akurat bardzo lubię, a przy Mackiewiczu mam czasem wrażenie, że trzymanie się faktów jednak trochę ogranicza, najtrudniej czytało mi się właśnie dokumentalną "Sprawę pułkownika Miasojedowa".
W powieściach czy opowiadaniach tego pisarza sporo miejsca zajmuje tło historyczne czy społeczne. Tekst wyczyszczony z takich realiów to rzadkość.
Wreszcie - Mackiewicz ma talent do tworzenia zgrabnych fraz, w sam raz dla kolekcjonujących fiszki z cytatami. Tymi jednak zajmę się przy innej okazji. Przy moim obecnym tempie przepisywałabym te cytaty do grudniaPPP.
W powieściach Mackiewicz nie prezentuje jakoś szeroko swoich poglądów na różne tematy (a są one mocno charakterystyczne), tych należy szukać raczej w publicystyce, o której spróbuję napisać oddzielnie.

"Sprawa pułkownika Miasojedowa" to powieść osadzona w realiach rosyjskich traktująca o carskim oficerze niewinnie skazanym i straconym za szpiegostwo na rzecz Niemiec. Nietypowe jest to, iż proces odbył się w 1915. Kilka lat później pod tym zarzutem skazywano (również niewinnie) dziesiątki tysięcy osób, Miasojedow był tu niefortunnym prekursorem.
Książka jest długa i to się czuje. Ma ponad 600 stron, Miasojedowa aresztują gdzieś dopiero na 450, do tego momentu poznajemy w detalach jego życie od roku 1900. Kolejne posady, kolejne kobiety, niezbyt błyskotliwe próby zrobienia kariery w polityce. Mackiewicz pokazuje kolejne sytuacje i szczegóły, które zostaną wykorzystane kiedyś w procesie przeciw Miasojedowowi, długo jednak nie dowiemy się, co tak naprawdę doprowadziło do jego aresztowania.
A przyczyną, jak się okazało, była ludzka krzywda, fakt, że Miasojedow na swojej drodze mimowolnie złamał komuś życie.

Książka jest odtrutką na liczne mity, które wynosimy z lekcji wiedzy o społeczeństwie (czy jak się to teraz nazywa): mit niezawisłego sądownictwa, mit wolnej prasy (każde medium ma przecież swojego właściciela) czy wreszcie opinii publicznej, jako ostatecznej instancji do rozstrzygania o ważnych sprawach (jak się okazuje - łatwiej jest manipulować tłumem niż jednym człowiekiem).
Ostrzega przed angażowaniem się w politykę z powodów pragmatycznych (czyli dla kasy). Zawsze mogą się znaleźć silniejsi gracze za których potem będzie trzeba zbierać cięgi.
Wreszcie - zachęca do uważnego życia. Nigdy nie wiadomo w jakiej postaci wróci do nas zło, które posialiśmy.

Książkę warto było przeczytać, ale raczej słabo nadaje się na "utwór pierwszego kontaktu" z tym autorem. Istnieje spore ryzyko, że nie czytelnik nie przebrnie przez trudne początki i rzuci ją w kąt. Mi pomógł fakt, że zabrałam ją ze sobą na wakacje. Już od kilka lat na plażę zabieram raczej wymagające lektury, nad którymi normalnie trudno mi by było się skoncentrować.


Kolejne książki Mackiewicza spróbuję opisać w odzielnych notkach.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Papiery po Glince" - J.I.Kraszewski


Hej, kielicha, kielicha,
Bo mi w gardle zasycha!
I na duszy mi smutno,
I w sercu bałamutno.

Trzeba zalać robaka!
Hej, Szklanicy, szklanicy,
bo mi mętno w źrenicy
I w sumieniu wąż wierci,
I myślę już o śmierci.

Trzeba zalać robaka!
Hej, puchara, puchara,
W oczach stoi mi mara,
Świat dokoła się kręci,
Tracę resztę pamięci...

Trzeba zalać robaka!
Hej wiadrami, wiadrami,
A kto nie kiep - ten z nami!
Napijmy się do zdecha,
Tylaż nasza pociecha!

Trzeba zalać robaka! [1]

Tę i inne przyśpiewki alkoholowe śpiewano, jak wieść gminna niesie, na dworze księcia Karola Radziwiłła - Panie Kochanku. Ten miłośnik uciech w stylu sarmackim (obejmujących przede wszystkim alkoholowe biesiady), twórca niezliczonych bon-motów, zainspirował niejednego literata. Poświęcone jest mu jedna z gawęd w "Pamiątkach Soplicy", inspirował się nim Sienkiewicz przy tworzeniu postaci Zagłoby, nic więc dziwnego, że i Kraszewski skorzystał z jednej z historyjek krażących po kraju na temat księcia[2].

Krótko: redaktorzy w posłowiu twierdzą, że jest to historyjka wykorzystująca motyw "chłopa, co oszukał diabła", ja przy lekturze miałam dokładnie odwrotne skojarzenia. Radziwiłł to sympatyczny facet, gościnny, hojny, z poczuciem humoru i sercem na dłoni. Jeśli ma jakieś poważne wady, to nie dowiemy się o nich z książki Kraszewskiego. Te mniejszego kalibru, dokuczliwe raczej dla ich posiadacza a nie jego otoczenia, to niewielka asertywność, przesadne przywiązanie do honoru oraz dobrej sławy swojego nazwiska. Słowem: Radziwiłł "Panie Kochanku" jest po prostu niedzisiejszy.
Jego całkowitym przeciwieństwem jest pan Krzycki - podejrzane indywiduum, które dopiero wtedy opuści dwór księcia, gdy uda mu się go oskubać z tego , co się tylko da a i z pewnej odległości będzie wciąż kombinować, jak tu jeszcze poddoić honornego magnata. Charakteryzować szerzej tej postaci nie będę - włączając TV w porze wiadomości, znajdziecie takich typów na pęczki, tyle, że nie w strojach sarmackich, a garniturach.
Słowem - sarmacka historia okazała się nader aktualna. A autorzy posłowia raczej się nie popisali:).

Inne zalety książki to ciekawa intryga, cała masa szczegółów obyczajowych i dowcipnych powiedzonek, no i wreszcie - długość - jakieś 65 stron.
Słowem - lektura to przyjemna, pożyteczna, niemęcząca i nawet z drugim dnem. To chyba bezpieczny wybór dla nieco już wciągniętych w JIK-owe klimaty.

[1] "Papiery po Glince", J.I. Kraszewski, Warszawa 1988, s. 41
[2] Księciu "Panie Kochanku" poświęcone są także '"Ostatnie chwile księcia wojewody" oraz "Król w Nieświeżu"
Źródło zdjęcia - Wikipedia.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Wakacyjne czytadła

Postanowiłam wepchnąć się do akcji na tak zwany krzywy ryj. Mam tak kolosalne zaległości w łańcuszkach, że nieprędko ktoś by się zdecydował, żeby mnie zaprosić. Acha - zaległości kiedyś uzupełnię:). Kilka postów tkwi w zamrażarce:).

Lista całkowicie subiektywna i nie stoi za nią żadna porządkująca ją myśl przewodnia.

1. Kryminały Agathy Christie - autorka nie stawia na brutalność i hektolitry krwi, a na zagadki kryminalne i obyczajowe tło. Opisuje świat, którego już nie ma i pewnie dlatego potrafi zrelaksować lepiej, niż wizyta nad rozlewiskami.

2. Cykl "Erast Fandorin" Borisa Akunina - kryminały retro z akcją osadzoną w Rosji w czasach schyłkowego caratu. I znów największą atrakcją dla mnie jest sceneria. Nihiliści, rewolucjoniści, tajna policja. No i sam Fandorin - rosyjska wersja supermena, o wiele bardziej stylowa od amerykańskiej:).

3. Cykl John Rebus - Ian Rankin. I znowu kryminał, detektyw o polskich korzeniach a w tle Edynburg. W czasach wielkiego boomu na Skandynawów Rankin został zesłany do składnic taniej książki. Tym lepiej dla czytelników, zamiast bulić 40 zł na produkty trzeciej świeżości w rodzaju Camilli Laeckberg, można w tej cenie zaopatrzyć się w połowę cyklu o Rebusie:).

4. "Tajemnica Abigel" - Magdy Szabo. Powieść młodzieżowa w starym stylu. Zamiast wampirzych kłów i latania na miotle mamy nieco mniej oderwaną od rzeczywistości historię o dojrzewaniu z pensją dla panien w tle. Z młodzieżówek tej autorki bardzo podobało mi się również "Powiedzcie Zsofice", natomiast "Bal maskowy" wydawał mi się naciągany (choć książka ma wielu entuzjastów).

5. "Staroświecka historia" - znów Magda Szabo , tyle, że w wydaniu dla dorosłych. To saga oparta na historii rodziny autorki. Rzadki przykład książki - wehikułu czasu : otwierasz i przenosisz się na Węgry przełomu XIX i XX wieku. Do tego nader malowniczy i ciekawi bohaterowie - takich mogło wymyślić tylko samo życie.

6. "Marie jego życia" - Barbary Wachowicz - czyli o kobietach Sienkiewicza. Non fiction, ale dzięki gawędziarskiemu stylowi czyta się niczym najlepsza powieść obyczajową.

7. "Kwitnące floksy" Hanny Muszyńskiej-Hoffmanowej - kolejna staroświecka lektura, biograficzna opowieść o rodzinie Zygmunta Glogera. Moje pierwsze spotkanie z tą autorką, ale na pewno nie ostatnie.

7a. "Maria i Magdalena" - Magdaleny Samozwaniec - evergreen nurtu wspominkowego, rzecz o rodzinie Kossaków, a zwłaszcza o dwóch latoroślach tego rodu Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i jej młodszej siostrze - Magdalenie Samozwaniec. Zazwyczaj lektura tej książki skutkuje wkręceniem w czytanie kolejnych pozycji o tej artystycznej familii. Dowód TUTAJ.

8. Shirley Jackson: "Życie wśród dzikusów" i "Poskramianie demonów". To wcale nie będą reportaże a la Cejrowski, tylko amerykańskie "Dzieci z Bullerbyn", w przeciwieństwie do książki Astrid Lindgren pisane z perspektywy osoby dorosłej i bardziej nastawione na czytelnika z tej właśnie grupy wiekowej.

9. Na liście nie może zabraknąć również Kraszewskiego. Moje typy to "Dziennik Serafiny" oraz "Pamiętnik panicza" a z niwy historycznej: "Brühl". Jeśli szukacie rekomendacji odnośnie tego autora zapraszam TUTAJ. Sama mam już wynotowane sporo obiecujących czytelniczo tytułów.

10. Dobre czytadło może czaić się wszędzie, ale mi jakoś najłatwiej na nie trafić szperając w starociach z literatury brytyjskiej. Pierwsze, co mi przychodzi do głowy to:
- Seria "Bertie Wooster i Jeeves" P.G. Wodehouse'a - o niezbyt bystrym arystokracie i jego kamerdynerze, "który nie tylko wykonuje prawie wszystko za swojego pracodawcę, ale wręcz za niego myśli"[cytat z biblionetki, gdzie znajdziecie też słów kilka o cyklu i kolejnych jego częściach].
- Seria o Davidzie Smallu - rabinie i detektywie w jednym. Dwa tomy z serii ukazały się właśnie w Polsce, o czym pisze prowincjonalna nauczycielka. Mi pozostaje dołączyć się do jej zachwytów.
- Seria "Horace Rumpole" Johna Mortimera- ta dla odmiany traktuje o adwokacie - cyniku i pijanicy, o dziwo - świetnemu w swoim zawodzie. Zła wiadomość jest taka, że wg. mojej wiedzy seria nie zostałaprzetłumaczona na polski, zaś dobra - kolejne tomy po angielsku są dostępne za grosze w antykwariatach.

wtorek, 31 lipca 2012

"Interesa familijne" - J.I. Kraszewski


Powiem szczerze - miałam już dość Kraszewskiego. Najpierw podstępnie rozdałam w konkursie nagromadzone zapasy książek obyczajowych. Potem stwierdziłam, że i na historyczne nieprędko znajdę czas w najbliższej przyszłości, więc i one poszły w dobre ręce. Baba z wozu - koniom lżej. Po redukcji zapasów niemal od razu nabrałam ochoty na ponowne spotkanie z pisarzem.
Zmobilizowana husarską szarżą Anek, która w 7 dni zaprezentowała 7 książek JIK-a (Tydzień z JIK-iem) przyniosłam z biblioteki jeden z tytułów, który intrygował mnie już od czasu rozpoczęcia wyzwania a mianowicie z "Interesa familijne". Nie wiem, czy zadziałała tu długa abstynencja, czy obiektywne walory książki, dość, że pochłonęłam ją w rekordowym tempie.

W tej chwili przetacza się przez blogi akcja "czytadła na maksa". Myślę, że akurat tę książkę JIK-a spokojnie można umieścić w takim rankingu. Czyta się bez przykrości i świetnie resetuje po bardziej wymagających lekturach. W dodatku sprawia wrażenie, jakby sam autor nieźle się bawił przy pisaniu.

Czy myślicie, że single to całkiem współczesne zjawisko, które zastąpiło bardziej obciachowych "starych kawalerów" z dawnych czasów? Kraszewski udowadnia, że najprawdopodobniej jest ono stare jak świat. Skoro można było spotkać "singla w stanie czystym" w tak konserwatywnym i staroświeckim miejscu, jak Wołyń w latach 50-tych XIX-go wieku, to pewnie i w średniowieczu występowały takie egzemplarze:).
Stanisław Zawilski jest modelowym przypadkiem. Karierę zaczynał w nader stylowym miejscu - na dworze króla Stasia, ma masę pieniędzy i liczne wyrafinowane hobby. Jako człowiek światowy zajmuje się także sponsoringiem, tyle, że żadna z jego protegowanych nie jest studentką. Jedyną chmurką na horyzoncie jest fakt, że Stanisław ma już swoje lata, dobiega mianowicie dziewięćdziesiątki. I choć dzięki najnowszym osiągnięciom kosmetologii wygląda na człowieka o kilka dekad młodszego, to jednak rzeczywistość skrzeczy. Nie może już jak dawniej w pełni skorzystać z atrakcji oferowanych mu przez jego żeński personel. Co gorsza od jakiegoś czasu jego spokój zaczyna zakłócać rodzina (doprawdy bezczelność, gdy człowiek całe życie starał się nie założyć własnej). Czyżby czyhali na Stanisławowe miliony?
"Interesa familijne" zbudowane są w oparciu o schemat "gry o spadek", choć nie zawsze "łowcy" są postaciami negatywnymi. Wprowadzenie do akcji nader licznej familii Zawilskich pozwala JIK-owi wyżyć się w konstruowaniu kolejnych postaci (najbardziej podobali mi się wołyńscy Dulscy: Paweł i Julia), przedstawianiu ich motywacji i obszarów konfliktu. A ostateczna treść testamentu powinna zaskoczyć nie tylko spadkobierców, ale i czytelnika.
Słowem- ponowne spotkanie z Kraszewskim uważam za całkiem udane:).

środa, 25 lipca 2012

"Żmut" - J.M. Rymkiewicz


Nie jest łatwo napisać demaskatorską książkę na temat kobiet w życiu Adama Mickiewicza. Nawet, jeśli uda się nam zakończyć szkolną edukację z nikłą znajomością literatury romantycznej, większość absolwentów ma świadomość, że wieszcz nie miał problemów w kontaktach z płcią przeciwną, a wręcz można go uznać za naczelnego babiarza na polskiej niwie literackiej.
Dlatego też Rymkiewiczowi, który w swoim "Żmucie" bierze pod lupę młodzieńcze miłości poety (na czele z Marylą Wereszczakówną), przypadło zadanie karkołomne. Z jednej strony ten okres w życiu Mickiewicza nie został jeszcze poddany gruntownemu odbrązowieniu, ale z drugiej - nawet, gdyby autor odkrył, że Maryla miała rywalkę (bądź rywalki), nie byłoby to żadną sensacją. Trudno bowiem podejrzewać, iż człowiek, który jako 30 - latek był erotyczną sensacją europejskich salonów, w młodości był ascetą zainteresowanym przede wszystkim pogłębianiem wiedzy.
Na szczęście Rymkiewicz nie daje się wpuścić w kanał taniej sensacji i nie poprzestaje na rekonstrukcji wydarzeń. Owszem - przytacza drobiazgowo wszystkie wersje wydarzeń serwowane przez badaczy literatury. Następnie konfrontuje je z listami przyjaciół i ich późniejszymi świadectwami.
Czy autorowi uda się dokonać jakichś "merytorycznych" odkryć dotyczących biografii Mickiewicza? Na pewno odmienny niż w wersji szkolnej opis związku Mickiewicza i Maryli. Autor stara się przywrócić należne miejsce także jego innej miłości czasów postudenckich - Karolinie Kowalskiej. Niektóre teorie, rekonstruowane z okruchów korespondencji, wydają się naciągane - np. ta o nieślubnym dziecku wieszcza.

"Żmut" to jednak głównie medytacja na temat przeszłości, której nigdy w pełni nie poznamy, pamięci, która często zawodzi nawet świadków wydarzeń, legend, które często okazują się zwykłą konfabulacją.
Rymkiewicz usiłuje także wskrzesić czas miniony, tropi detale architektoniczne i szczegóły życia codziennego, wszystko to po to, żeby przed oczami czytelnika wyczarować kolejny plastyczny obraz. Czy rekonstrukcja będzie jednak w stanie kiedykolwiek choć zbliżyć się do "prawdziwej" przeszłości?

"Nie wiem, czy poszli na ten spacer rano, po południu czy wieczorem, bo widzę ich i nie widzę, są coraz dalej, coraz mniej wyraźni, znikają mi między jaworami (...), jeszcze chwila i rozwieją się w przeszłości i już nie widać nic, ani ich, ani kamienia."[1]

Jest w tej książce coś z atmosfery "Dziadów". Kolejne postaci przywoływane są na chwilę, jednak niczym na prawdziwym seansie spirytystycznym) nigdy nie zaspokajają naszej ciekawości do końca. Co chwila też domagają się uwagi autora (i czytelnika) kolejne postaci z trzeciego i czwartego planu, przypominające pokutujące dusze próbujące załatwić za pośrednictwem żywych swoje ostatnie ziemskie sprawy.

Wielkim plusem jest styl książki - gawędziarski, pełen humoru, naszpikowany ciągłymi żartobliwymi polemikami ze źródłami (zarówno filomatami jak i tuzami teorii literatury).
"Rywalką Maryli, powiadał wprost Bełza, "w rzeczywistości nigdy zacna pani Kowalska nie była". - Zechce pani natychmiast wyjść spod kołdry i przyzwoicie się odziać! -Tyle mniej więcej mówi nam to zdanie." [2]

"Żmut jest także prawdziwą gratką dla kolekcjonerów okruchów przeszłości. Możemy np. dowiedzieć się, jak wyglądała opieka stomatologiczna na Litwie przed Powstaniem Listopadowym (tak, że lepiej nie mówić:)). Poznamy legendy literatury z mniej znanej strony.
Choćby Marylę:

"27 lipca (...) 1823 Marie pisała do Czeczota: "Zniżyłam się nadto do ziemi, zamiast latania smażę konfitury i zbieram czarne jagody w lesie. A tak, chociaż straciłam i wyrzekłam się przyjemności, jakich doznawałam w życiu spirytualnym, ale zyskałam w opinii Pana, bo mogę być policzona w rzędzie gospodyń, Boga się bojących"[3]". "Czeczot dodawał i taką radę: "Doprawdy warto byłoby do tego buduaru, do tej biblioteczki, choć z parę książek o gospodarstwie, o warzywie, o chowie ptastwa i choć niewinnych owieczek. Dobrze by to było wyobrazić sobie Marię zajętą gospodarstwem..."[4]".


"Żmuta" oczywiście polecam. Mimo nieco spirytystycznego charakteru, niekoniecznie trzeba czekać z lekturą do listopada:).


[1] "Żmut", J.M. Rymkiewicz, wydawnictwo Sic! Warszawa 2005
[2] tamże, s.32
[3] tamże, s.250
[4] tamże, s.273-4

środa, 18 lipca 2012

"Babunia" - Frederique Deghelt


Babcia Jeanne zawsze miała "dobrą rękę" do dzieci. Nic dziwnego, że wszystkie jej wnuki, także mała Jade, gorąco ją kochały. Po latach, naturalną koleją rzeczy, więzi midzy obydwoma kobietami mocno się rozluźniły. Jade wyjechała do Paryża, gdzie zajęła się wymarzoną i absorbującą pracą w wydawnictwie oraz swoim chłopakiem. Jednak o dziwo, to wlaśnie Jade pospieszy na ratunek babci, gdy jej córki postanowią ją umieścić w domu opieki.
Okaże się niebawem, że ten odruch serca odmieni na lepsze życie obydwu pań... W dodatku wyjdzie na jaw to, że maja wspólną pasję - miłość do książek.
Łatwo się domyślić, iż książka, przynajmniej w punkcie wyjścia jest "słuszna" i krzepiąca serca. Jakoś jednak mnie nie porwała ani nie pokrzepiła. Lektura była dla równie przyjemna jak jedzenie suchych trocin bez popitki. Wyjaśnienie tego fenomenu znalazłam u jednej z recenzentek Biblionetki. Autorka jest dziennikarką i taki jest podobno właśnie jej styl - nie literacki, a dziennikarski. No cóż - może to jest jakieś wyjaśnienie, ja stwierdzam w każdym razie, że mi jej sposób pisania zupełnie nie pasuje.
W dodatku ciągle pobrzmiewał mi jakiś fałszywy ton, coś, co nie pozwalało mi w tę historię uwierzyć. Cały czas sobie tłumaczyłam, ze przecież ludzie są różni, niektórzy są lepsi w odbudowywaniu osłabionych przez lata więzi niż np. ja i to nie jest powód, żeby czepiać się ksiażki. Cóż, okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła. Fabuła pod koniec zawraca pod kątem 180 stopni, a cała historia okazuje się być zupełnie o czym innym, niż nam się przez cały czas wydawało. Dlatego też warto tę książkę doczytać do końca.

Trudno mi powiedzieć, czy polecam "Babunię". Oczywiście można zabijać czas czytadłem z ponadczasowym przesłaniem "śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Ale (tu zakończę moralizatorsko) może lepiej ten czas poświęcić na rozmowę z własną babcią czy inną wiekową krewną? Wiem, wiem, to nie takie proste, sama mam tu duże zaległości...

czwartek, 5 lipca 2012

Klub dyskusyjny - "Zalotnica niebieska" Magdalena Samozwaniec


Zapraszam wszystkich, którzy mieliby ochotę pogadać o książce, bądź poofftopować na tematy związane z rodziną Kossaków:).
A jak wiemy, tego offtopowania nigdy dość:).
Wejście TĘDY.

piątek, 29 czerwca 2012

Hurtownia książek - pourlopowe porządki


Do przeczytania króciutkiego "Wyzwania" Mario Vargasa Llosy zachęciło mnie wyzwanie (nomen omen) Trójka E-pik. To kilka wczesnych opowiadań noblisty poświęconych zjawisku machismo. MVL, jako ten ptak, który własne gniazdo kala, nonszalancko rozprawia się z ciemnymi stronami jednego z bardziej znanych zjawisk kultury latynoskiej. "Maczowie" z jego opowiadań to typy nieracjonalne, często niemoralne, czasem aż śmieszne dla obserwatora z zewnątrz.
Czy polecam? Raczej w drugiej lub trzeciej kolejności. W krótkich formach noblista nie jest w stanie rozwinąć skrzydeł. To raczej wprawki - udane na tle innych debiutantów, ale nie powalające na kolana.

Kolejną kategorią czerwcowej Trójki było "babskie czytadło". Cóż może lepiej pasować do tej kategorii niż książka Marii Rodziewiczówny? tytuł "Niedobitowski z granicznego bastionu" ma wprawdzie zabarwienie lekko militarne, kto jednak przeszkadza umieścić w takim bastionie jakas kresową dziewicę i rozkręcić akcję romansową?
Nic z tego. "Niedobitowski" to pamflet polityczny i to w dodatku ostry jak brzytwa. Ci, którzy wzdychają za złotymi czasami Drugiej Rzeczypospolitej będą mocno zdziwieni.
Rzecz dotyczy sytuacji kresowych ziemian - uważanych za ostoję polskości na tamtych terenach Rzeczypospolitej. Skończyły się czasy caratu, w przeszłość odeszła wojna polsko-bolszewicka, jednak ziemianie, zamiast cieszyć się powszechnym szacunkiem słyszą zewsząd uwagi "chcieliście Polski - no to ją macie" i uważani są za krańcowych frajerów. Dlaczego? Zachęcam do sprawdzenia w książce.
Bardzo to gorzka krytyka czasów, które obecnie uważane są za raj utracony.

Bardziej do kategorii babskiej pasuje za to "Lato" Tove Jansson - rzecz o wspólnych wakacjach 80-letniej babci i dziesięciolatki Sophii, jej wnuczki. Wiele jest książek o tym, jak kochać dziecko, ta pokazuje, jak je można dobrze rozumieć. Mam nadzieję, że taki poziom empatii jest osiągalny także przed osiemdziesiątką.
Polecam lekturę lata, najlepiej jeszcze w 2012, a to dlatego, że choć pochodzi z Finlandii, jest z ducha bardzo korczakowskie. a 2012 to wszak Rok Janusza Korczaka:).






Do zbiorku opowiadań kryminalnych Krzysztofa Kąkolewskiego "Umarli jeżdżą bez biletu" najlepiej pasuje słowo oldskulowy. Mamy tu Polskę lat 60-tych z wszechwładną milicją bez żadnych procedur stosującą prowokacje, które dziś byłyby nielegalne. Wiele przestępstw w tej chwili jest uważanych za zwykłą działalność gospodarczą.
Przeczytałam z przyjemnością, gdyż oprócz sportretowania Polski w czasach, gdy Kuba Wojewódzki latał jeszcze w pieluchach tetrowych, Kąkolewski zadbał także o rzecz bardzo ważną w kryminałach, czyli umiejętne rozłożenie napięcia.




No i wreszcie książka, którą czytam w tej chwili - "Chryzantema i miecz. Wzory kultury japońskiej" Ruth Benedict. Autorka jest antropologiem kultury, a jej opracowanie powstało w ramach "Projektu Japonia" - mającego pomóc zrozumieć Japończyków i ułatwić ich "reedukację" po klęsce II Wojny Światowej. Zastanawiam się, ilu takich specjalistów chodzi obecnie po świecie i dla kogo pracują. Benedict bowiem dosłownie poszatkowała Japończyków na plasterki i podała ich ładnie udekorowanych na tacy.
Niepokojące, wnikliwe i godne polecenia:).

środa, 27 czerwca 2012

Notka techniczna:)

Cisza w eterze spowodowana była wyjazdem. Do domu wprawdzie wróciłam, ale blog jeszcze sobie chwilę poleży odłogiem. Jakoś nie jestem w stanie na razie się skupić na notkopisarstwie:).
Dziękuję za wszystkie miłe komentarze, zwłaszcza od czytelników, których udało mi się zachęcić do tej czy innej ksiażki.
Do napisania:).

wtorek, 5 czerwca 2012

"Saga rodu Forsyte'ów" - John Galsworthy


Moja czteroletnia córka wymyśliła jakiś czas temu określenie "bajka wszyściocha", nie wymagające chyba większych tłumaczeń. "Saga rodu Forsyte'ów" to taka właśnie bajka wszyściocha dla nieco starszych obywateli.
Czego tu nie ma...
Po pierwsze - sceneria: późnowiktoriańska Wielka Brytania, wielkie imperium, nad którym jednak powoli zaczyna zachodzić słońce. Przy czym Galsworthy nie ogranicza się do opisu kiecek czy konnych powozów (choć i tych nie brakuje), próbuje także uchwycić istotę zasad, którymi kierowała się klasa średnio - wyższa. Forsyte'owie, typowi przedstawiciele swojej warstwy, bez żenady przedkładają "mieć" nad "być", jednak nie sposób ich potępiać. Ostatecznie to ich energia i optymizm zbudowały potęgę imperium królowej Wiktorii.
Po drugie - fabuła: powikłane losy licznej rodziny (nie należy się dziwić, że książka została sfilmowana), ludzkie dramaty No i dwie naczelne namiętności: miłość i nienawiść.
Po trzecie: warsztat autora. Książka ma wszystkie zalety XIX- wiecznej klasyki: celne charakterystyki postaci, staranną konstrukcję. Natomiast ujęcie tematu i problematyka są jakby bardziej współczesne. No i Galsworthy nie faszeruje swojej książki jakimiś przebrzmiałymi teoriami, stawiając na bardziej uniwersalne ludzkie dylematy. Dzięki temu książka wciąga tak, że "czyta się" niemal bez udziału świadomości czytelnika.
No cóż, jeśli kiedyś traficie w bibliotece na tak uroczy widok jak na załączonym obrazku, zalecam przetestowanie tomu nr 1.
Sama wciągnęłam "Sagę" (tomy 1-3) jedną dziurką od nosa. Niestety - z drugą cześcią "Nowoczesną komedią" (tomy 4-7) już tak dobrze mi nie poszło. No cóż, spróbuję za jakiś czas, żeby nie przedawkować:).



źródło zdjęcia