Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tzw. babskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tzw. babskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lipca 2012

"Babunia" - Frederique Deghelt


Babcia Jeanne zawsze miała "dobrą rękę" do dzieci. Nic dziwnego, że wszystkie jej wnuki, także mała Jade, gorąco ją kochały. Po latach, naturalną koleją rzeczy, więzi midzy obydwoma kobietami mocno się rozluźniły. Jade wyjechała do Paryża, gdzie zajęła się wymarzoną i absorbującą pracą w wydawnictwie oraz swoim chłopakiem. Jednak o dziwo, to wlaśnie Jade pospieszy na ratunek babci, gdy jej córki postanowią ją umieścić w domu opieki.
Okaże się niebawem, że ten odruch serca odmieni na lepsze życie obydwu pań... W dodatku wyjdzie na jaw to, że maja wspólną pasję - miłość do książek.
Łatwo się domyślić, iż książka, przynajmniej w punkcie wyjścia jest "słuszna" i krzepiąca serca. Jakoś jednak mnie nie porwała ani nie pokrzepiła. Lektura była dla równie przyjemna jak jedzenie suchych trocin bez popitki. Wyjaśnienie tego fenomenu znalazłam u jednej z recenzentek Biblionetki. Autorka jest dziennikarką i taki jest podobno właśnie jej styl - nie literacki, a dziennikarski. No cóż - może to jest jakieś wyjaśnienie, ja stwierdzam w każdym razie, że mi jej sposób pisania zupełnie nie pasuje.
W dodatku ciągle pobrzmiewał mi jakiś fałszywy ton, coś, co nie pozwalało mi w tę historię uwierzyć. Cały czas sobie tłumaczyłam, ze przecież ludzie są różni, niektórzy są lepsi w odbudowywaniu osłabionych przez lata więzi niż np. ja i to nie jest powód, żeby czepiać się ksiażki. Cóż, okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła. Fabuła pod koniec zawraca pod kątem 180 stopni, a cała historia okazuje się być zupełnie o czym innym, niż nam się przez cały czas wydawało. Dlatego też warto tę książkę doczytać do końca.

Trudno mi powiedzieć, czy polecam "Babunię". Oczywiście można zabijać czas czytadłem z ponadczasowym przesłaniem "śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Ale (tu zakończę moralizatorsko) może lepiej ten czas poświęcić na rozmowę z własną babcią czy inną wiekową krewną? Wiem, wiem, to nie takie proste, sama mam tu duże zaległości...

poniedziałek, 18 lipca 2011

"W nadziei na lepsze jutro" - Ewa Bauer

Do przeczytania tej książki skłoniła mnie ciekawość. Nieczęsto się zdarza, aby za pisanie książek wzięła się osoba znajoma, nawet, jeśli w tym przypadku to znajomość czysto wirtualna. Ta ciekawość wywiodła mnie w rzadko ostatnio odwiedzane tereny, to znaczy w stronę lekkich, obyczajowych czytadeł skierowanych raczej do kobiet. Dlaczego właśnie do nich? Sporo miejsca w książce poświęcone jest uczuciom i działaniom motywowanym emocjami, co sprawia, że lektura może sprawiać męskim czytelnikom trudność porównywalną z rozmową o uczuciach z własną partnerką.
Bohaterami książki jest para trzydziestoparolatków (Robert i Anna) i kilka osób, których los postawi na ich drodze. Cechą wspólną niemal wszystkich bohaterów jest niedojrzałość. Mocno reagują na niepowodzenia, poddają się impulsom, nawet, jeśli pracują nad swoim związkiem, za chwilę potrafią całą tę pracę wrzucić do kosza... Słowem: potrafią nieźle namotać.

Skutkiem tego jest porządnie skomplikowana fabuła (stopień komplikacji przedstawiony na załączonym zdjęciu). Widać, że autorka wymyśla kolejne jej zakręty z duża łatwością i przyjemnością. Myślicie, że nie jest możliwe umieszczenie takiej liczby wydarzeń i zakrętów losu na niewiele ponad 160 stronach? Autorce jednak się to udaje. Ceną za to jest jednak spore skondensowanie fabuły, niekiedy, zwłaszcza przy streszczaniu dawnych losów bohaterów, czytanie wymaga pewnej koncentracji. Trudno mi określić, czy taka skrótowość książki jest wadą czy zaletą. Skojarzyła mi się ona z kakao instat. Są zwolennicy wersji skondensowanej - prosto z opakowania, inni wolą rozpuszczoną. Ja zazwyczaj należę do tej pierwszej grupy - w ksiażkach nałogowo pomijam wszelkie opisy i dłużyzny.
W książce da się jednak wyczuć pewien pośpiech. Mam wrażenie, że to przez fakt, że Ewa Bauer (jak można wyczytać w notce na tylnej okładce), jest osobą bardzo zajętą, a pisanie odkładała na przysłowiową emeryturę, nie było jej dane w pełni rozwinąć pisarskich skrzydeł. Emerytura jest wprawdzie dopiero w dalekiej perspektywie, ale mam nadzieję, że pisarce uda się znaleźć nieco wolnego czasu, w którym uda jej się dopracowac kolejną książkę tak, że czytelnikom opadnie szczęka. Znając jej talent do wymyślania fabuł, wydaje mi się, że jest to możliwe:).


źródło zdjęcia nr 2


Za książkę dziękuję wydawnictu Radwan i Autorce.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Sezon na cuda- Magdalena Kordel


Jakiś czas temu po blogach przetoczyła się dyskusja, czy współpraca z wydawnictwem wpływa na ocenę książki. Dotychczas mogłam brać udział w takich rozważaniach tylko teoretycznie, gdyż z żadnym wydawnictwem nie współpracuję. Książka, o której dziś napiszę uczestniczy w akcji "Włóczykijka", która ma na celu propagowanie czytelnictwa książek polskich autorów. Przy takich szlachetnych założeniach akcji aż by się chciało przymknąć oko na pewne jej niedoskonałości, a pisać tylko o pozytywach:). Zdusiłam jednak w zarodku tę pokusę, i postaram się napisać tekst jak najbliższy moim prawdziwym wrażeniom.
"Sezon na cuda" to książka z nurtu - "Wyjedź na prowincję, tam jest prawdziwe życie". Bohaterką jest niejaka Majka, kobieta po przejściach, która znajduje spokojna przystań w sudeckim miasteczku, gdzie rozwija skrzydła jako właścicielka pensjonatu.
Zacznę od plusów- zaskakująco dobrze się czyta. jako swojego rodzaju cud należy uznać fakt, że w ogóle ją dokończyłam. Ostatnio wszelkie "lekkie babskie czytadła" po jakichś 20 stronach lądują w pudle "do oddania", albo czytam je po łebkach, śledząc tylko dialogi. "Sezon na cuda" przeczytałam od deski do deski. Drugim plusem książki jest pozytywne przesłanie, to pochwała pomocy innym, walki z własnym egoizmem, budowania sąsiedzkich więzi, angażowania się na rzecz zbiorowości. I to działa. Egzemplarz, który czytałam upstrzony był komentarzami i podkreśleniami czytelniczek, jeśli choć jedna z nich zdecyduje się po lekturze nakarmić bezdomnego kota, to już dobrze. Zaletą "Sezonu..." jest także humor, dzięki czemu jego lektura znacząco podnosi nastrój:). Styl autorki mocno przypomina Monikę Szwaję z wczesnego okresu (na szczęście bez jej skłonności do zdrobnień).
I na tym powinnam zakończyć omówienie "Sezonu...". teraz trochę czepialstwa:). Otóż niemal brak w książce intrygi, bardziej przypomina jest to ciąg luźno powiązanych epizodów. Żeby czymś zapełnić te 300 stron, autorka mnoży np. zajęcia bohaterki (oprócz prowadzenia pensjonatu jest np. nauczycielką). Dzięki temu zyskujemy jakieś 100 stron poświęconym scenkom szkolnym, zupełnie niezwiązanym z głównym wątkiem (a jest nim organizacja Wigilii dla samotnych mieszkańców miasteczka). Jej główne zajęcie, czyli pensjonat, de facto nie funkcjonuje. Zastanawiam się w takim razie po co w ogóle ten pensjonat, równie dobrze przecież Majka mogła się wyprowadzić na prowincję i po prostu pracować jako nauczycielka, skoro samego pensjonatu w książce de facto nie ma?
Oprócz naciąganej i wątłej akcji problemem są także błędy stylistyczne, a może i gramatyczne (a musiało ich trochę być, gdyż inaczej umknęłyby mojej uwadze). Np. konia z rzędem temu, kto odgadnie, co oznacza "wielkie pomidorowe macho"*.
Jeśli jednak będziecie czytać książkę szybko i bez nadmiernego zastanawiania się, istnieje pewna szansa, że te mankamenty umkną waszej uwadze:).

Książka udostępniona przez Wydawnictwo Prószyński w ramach akcji Włóczykijka.



*s.265

poniedziałek, 17 stycznia 2011

"Dom w Riverton"- Kate Morton


W wakacje udało mi się przeczytać "Zapomniany ogród" autorstwa Australijki Kate Morton.
Ponieważ tamta książka bardzo mi się podobała, sięgnęłam teraz po "Dom w Riverton" i... z przykrością stwierdzam, że nie zadziałało tu prawo serii.
Osią historii jest tu samobójstwo znanego (fikcyjnego) poety- R.S. Huntera, które miało miejsce w 1924 w posiadłości Riverton. Świadkami były dwie siostry Hartford- właścicielki posiadłości. Jednak oficjalna wersja wydarzeń niekoniecznie musi być prawdziwa.
W 1999 jedyny żyjący (aczkolwiek już jedną nogą w grobie) świadek tamtych wydarzeń - Grace Bradley- wówczas służąca w Riverton, zaczyna nagrywać swoje wspomnienia. Te nagrania to swoisty testament, a jednocześnie dar dla ukochanego wnuka- pisarza, przechodzącego poważny kryzys życiowy.
Grace opisuje swoje życie, koncentrując się na okresie od 1914, kiedy jako 13-14 latka zaczęła służbę w Riverton, kończąc na 1924, kiedy w efekcie wydarzeń będących następstwem śmierci poety opuszcza posiadłość. Opisuje swoją fascynację rodzeństwem Hartford (w przybliżeniu jej rówieśnikami), a zwłaszcza starszą siostrą- Hannah; pierwszą wojnę światową wraz z jej następstwami (śmierć najstarszego z rodzeństwa- Davida), wreszcie lata powojenne, gdy między siostrami- Hannah i Emmeline, wybucha długo tłumiona rywalizacja.
Co mi się podobało- narracja z punktu widzenia starszej osoby- walczącej z czasem i własnymi ograniczeniami, aby zdążyć przekazać swoją historię, jak również umiejętne łączenie teraźniejszości z przeszłością.
No i oczywiście opis przedwojennej Anglii- bale, suknie, rezydencja z kostycznym kamerdynerem, zaradną kucharką i ustalonym porządkiem).
Niespecjalnie natomiast powala sama treść opowieści Grace. Z prostego powodu- 50% objętości to czas, gdy rodzeństwo Hartfordów było dziećmi, dalej mamy opis nieudanego małżeństwa jednej z sióstr, nieco żywsza akcja rusza w czwartej i ostatniej części. A całość ma 600 stron...
Do tego (ale nie jest to wada książki)- niemiłosiernie wkurzała mnie główna bohaterka- Hannah- klasyczny "snuj" w wydanie żeńskim. W dodatku zaraziła tym snujstwem swoją pokojówkę- Grace- chwilami miałam ochotę nimi mocno potrząsnąć.

Książka raczej dla miłośników sennej i niespiesznej narracji. Miłośnicy mocniejszych wrażeń powinni zajrzeć pod inny adres.

piątek, 7 stycznia 2011

"Bez mojej zgody"- Jodi Picoult


Nie zamierzałam czytać "Bez mojej zgody", ponieważ zahacza ona o tematy bioetyczne i obawiałam się, że znowu się wkurzę przy czytaniu. Z drugiej strony- książka jest tak popularna, że uznałam, że warto wyrobić sobie zdanie na jej temat. I była to słuszna decyzja.
Małżeństwo Fitzgeraldów (Sarah i Brian) ma troje dzieci- 18-latka Jesse, 16-latkę Kate (cechy charakterystyczne- od 14 lat walczy z rakiem) oraz młodszą od niej o 3 lata Anne (dziecko, którego narodzenie było cudem... współczesnej inżynierii genetycznej).
Sarah Fitzgerald często podkreśla, że kocha wszystkie swoje dzieci jednakowo i bezwarunkowo. Czy jednak na pewno dotyczy to również młodszej córki, której poczęcie nastąpiło w wyniku procedury in vitro, a jej jako jedynej (z 4 zarodków) pozwolono na dalszy rozwój, gdyż spełniła WARUNEK genetycznej zgodności ze swoją starszą siostra, dzięki której mogla służyć jako rezerwuar materiału biologicznego przy kolejnych przeszczepach.
I niestety nie tylko początek był niefortunny. We wspomnieniach Sarah widać, że przy narodzinach córki, bardziej interesowała ją jej krew pępowinowa niż ona sama, a dalej jej uwaga skupiona była na tym, aby córka była zawsze dostępna do ewentualnych procedur medycznych (kosztem jej zainteresowań i własnego życia, nie mogła np. rozwinąć tych, które wymagały wyjazdów) i nie sprawiała kłopotów.
A gdy zaczęła je sprawiać- wówczas rozpętało się piekło...
Po 14 latach walki o życie Kate rodzina nie jest w najlepszej formie. Brian ucieka w pracę, Jesse- w narkotyki i (być może ) działalność przestępczą, Kate- ma ochotę się poddać i dać sobie spokój z czekającym ją przeszczepem nerki, jednak jej nieśmiałe protesty nie mają szans wobec żelaznej woli matki. W czasie, gdy Fitzgeraldowie szykują się do kolejnej batalii o zdrowie Kate, zawodzi najważniejsze ogniwo tej procedury- potencjalna dawczyni nerki czyli Anne, wytaczając swoim rodzicom proces o prawo decydowania o sobie w kwestiach medycznych.
Sarah funduje buntowniczce prawdziwe piekło, ale ta, mimo wahań, nie zmienia swojej decyzji. To co za nią tak naprawdę stało jest zagadką, która stanowi oś książki, ale faktem jest, że życie postawiło Ann w obliczu próby, której przypuszczalnie nie sprostałby i dorosły.
W momencie, gdy już znamy motywy postępowania nastolatki, warto wrócić do początku i jeszcze raz zadać sobie pytanie- czy jej rodzice podjęli słuszną decyzję 14 lat wcześniej? Sytuacja, w obliczu której stanęła dziewczynka, była wszak tylko następstwem działań jej rodziców.
Jeszcze jedna książka z cyklu nowy wspaniały świat= piekło na ziemi. Warto przeczytać, chociaż refleksje są po niej niewesołe, a w dodatku wykazuje cechy wyciskacza łez:).

wtorek, 30 listopada 2010

"Noce deszczu i gwiazd"- Maeve Binchy

Greckie wyspy to miejsca o wielkiej sile przyciągania. Ludzie , którzy przechodzą w życiu złą passę, często zaczynają kombinować, jak tu rzucić wszystko, spakować plecak i ruszyć na Kalimnos czy inne Kos, aby tam prowadzić proste życie (zapewne pracownika przemysłu turystycznego). Mam zresztą pewną znajomą, która już całkiem na poważnie snuła takie plany- w końcu znalazła spokojną przystań w innym miejscu zaczynającym się na literę K*.
W każdym razie- wydaje się wyspy greckie mają wyjątkową moc zabliźniania ran i kojenia.
Podobną opinię- czarodziejki potrafiącej krzepić serca i łagodzić złe nastroje ma irlandzka mistrzyni opowieści- Maeve Binchy. Tak więc, w przypadku takiego właśnie połączenia (Binchy+ wyspy greckie) możemy się spodziewać dawki podwójnego ukojenia, które w przypadku jednostek bardziej podatnych, da się nawet wykorzystać medycznie (a dokładniej anastezjologicznie).
Fabuła? Proszę bardzo- czworo rozbitkow życiowych zostaje przypadkowymi świadkami zatonięcia statku wycieczkowego na wyspie Anna Aghia. Splot okoliczności sprawi, że zbliżą się dużo bardziej , niż przystało na zwykłych turystów, i to nie tylko ze sobą, ale również z miejscową ludnością.
Dzięki wzajemnej pomocy, a także pomocy wścibskiego i antypatycznego irlandzkiego babska imieniem Vonnie, uda im się rozwiązać swoje życiowe problemy, a także poszerzyć horyzonty.
Polecam szukającym szybkiego znieczulenia (a nie mającym pod ręką wyrobów spirytusowych).

Acha- w notkach o twórczości Pani Maeve, zazwyczaj można wyczytać pomstowania na polskie okładki, które zsyłają te autorkę, całkowicie niesłusznie do getta romansowego, podczas, gdy książki te, to klasyczne "obyczaje". Nie będę wyjątkiem. Na górze wklejona okładka wydania, które czytałam, a poniżej okładka polska. Dodam, że nie zauważyłam, żeby ktokolwiek wszedł w tej książce choć raz do wody, bohaterowie za to z upodobaniem przesiadują w knajpach.


*Gdyby kiedyś zawędrowała w te rejony netu- serdecznie pozdrawiam!

piątek, 5 listopada 2010

"Kukułka"- Antonina Kozłowska



Bałam się trochę tej książki. Niespecjalnie lubię, gdy mi się przypomina, że "nowy wspaniały świat" w bioetyce już nadszedł. Że selekcjonowanie zarodków to norma, klonowanie odbywa się niemal na skalę przemysłową, a wynajęcie matki surogatki to standard... nawet w Polsce.
Jeśli zastanawialiście sie, co popycha kobiety (bo siłą rzeczy w tej transakcji motorem są kobiety), do wejścia w taki układ, to autorka daje przekonująca odpowiedź.
W skrócie- jest to podejście "życie jest gdzie indziej" czy też "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma", i to w przypadku obydwu kontrahentek.
Mamy więc Martę, na pierwszy rzut oka "korporacyjną szczurzycę" (nie lubię tego określenia, ale w tym przypadku jakoś mocno się ono nasuwa), a tak naprawdę kobietę, która ciągle ucieka przed pustką , w pracę, w związek, próbuje też uciekać w macierzyństwo, ale czy to z powodu przebytej przed laty aborcji, czy może po prostu psychicznej blokady, robi się z tego ucieczka w kolejne starania, kuracje, w kolejne cykle nadziei i rozpaczy. Długo jednak nie zadaje sobie pytania, PO CO w zasadzie jej to dziecko.
Iwonę, surogatkę, do decyzji o zostania "zastępczym brzuchem", popycha nie tyle niedostatek, choć balansuje na granicy biedy, ile poczucie gorszości, przekonanie, że gdyby nie seria niefortunnych zdarzeń byłaby w tej chwili materialnie zabezpieczona, a co za tym idzie- szczęśliwsza.
Mąż Marty- Filip, wydaje się w tej rodzinie mniej ważny, niż wszystkie potencjalne i utracone dzieci. Co w swoim czasie straszliwie się na jej losach odbije.
Oglądamy od wewnątrz świat, w którym na szczęście nie każdy musi uczestniczyć- coraz bardziej upokarzających starań o dziecko, poronieć, zakończonych w końcu decyzją o wynajęciu surogatki, która dokonanymi spustoszeniami przewyższy dotychczasowe złe doświadczenia bohaterów. I choć sytuacja w końcu ułoży się optymalnie dla wszystkich bohaterów, a zwłaszcza dla nowonarodzonej Maleńkiej, to jednak skutki, właśnie dla tej ostatniej, będą trwać całe życie.
Czy było dla Marty i Filipa jakieś inne wyjście? takie, które nikogo by przy okazji nie skrzywdziło? Odpowiedź w zakończeniu książki:).
Bardzo podobało mi się chropowate i niepolukrowane przedstawienie trudnego tematu. Dziękuję również za otwarcie oczu na niedostrzegany przeze mnie dotychczas aspekt rzeczywistości (bo jak rozumiem, to że w najlepsze działają sobie np. agencje kojarzące bezdzietne pary z surogatkami, nie jest fikcją literacką).

Absolutnie godna polecenia książka. Z przyjemnością obserwuję ewolucję Autorki. Jej pierwsza książka (Trzy połówki jabłka) średnio mi się podobała, druga (Czerwony rower) to doskonała historia o dojrzewaniu w scenerii lat 80, teraz autorka zaserwowała nam , przy okazji obyczajowej historii, rzecz o upadku wspólczesnej cywilizacji. No dobrze, to pewnie porównanie z nieco zbyt grubej rury.:)
W każdym razie czekam z niecierpliwością na kolejną jej książkę.
Acha- jeśli jeszcze ktoś nie zna, TU link do bloga Autorki.

czwartek, 4 listopada 2010

"Cesarskie cięcie"- Chris Bohjalian


Dobra położna to prawdziwy skarb. Taka , która pomoże przyjść dziecku na świat nie tylko bez intewencji chirurgicznej, ale i farmakologicznej, to w ogóle rzadkość, jakiej tylko ze świecą można szukać.
Taką położną była Sybil Danforth- ekspertka od porodów domowych. W momencie, gdy ją poznajemy jest rok 1981, Sybil zdążyła pomóc przyjść na świat w ten sposób ponad 500-tce dzieci ze stanu Vermont. Wprawdzie nieżyczliwi jej plotkują , że znieczula pacjentki za pomocą jointów, ale i tak ustawiają się do niej kolejki pacjentek. Powodem jest to, że Sybil traktuje swoją pracę jak prawdziwe powołanie.
Kolejną pacjentką ma być Charlotte Bedford. Poród jednak niespodziewanie przybiera zły obrót, a próby dotarcia do szpitala lub wezwania pomocy zostają sparaliżowane przez niespodziewany atak vermonckiej zimy (nie były to jeszcze czasy komórek).
W efekcie Sybil "traci" matkę, choć udaje jej sie uratować dziecko.
W wyniku donosu swojej asystentki Sybil staje na ławie oskarżonych za nieumyślne zabójstwo i uprawianie zawodu związanego z medycyną bez licencji.
Co faktycznie zdarzyło się owej felernej marcowej nocy. Czy Sybil popełniła błąd w ocenie sytuacji, czy też świadomie wybrała życie dziecka, poświęcając matkę? Czy Charlotte cierpiała na jakąś chorobę, która mogla wpłynąć na przebieg porodu?
Rozpoczyna się proces sądowy, na którego przebieg w znacznym stopniu wpłynie córka Sybil - 14-letni wścibska Connie, która zaangażuje się o wiele bardziej niż powinien to zrobić członek rodziny oskarżonej.
Największą karę Sybil ponosi jednak od razu, bez względu na wyrok sądu i formalne zakazy nie może bowiem wykonywać swojego zawodu, gdyż utraciła zaufanie swojej społeczności.
Książka przypomina nieco amerykańskie filmy wyświetlane o 20-stej, np z cyklu "Prawdziwa historia", czy też może "Urzekła mnie twoja historia". Przyzwoite, aczkolwiek niespecjalnie porywające. Mimo to, gdyby ktoś natrafił na tę pozycję można bez strachu wziąć ją do ręki, aczkolwiek nie radzę, żeby specjalnie jej szukać.
Nie polecam jej jednak tym, którzy (które), swój pierwszy poród mają dopiero przed sobą. Można nabawić się fobii lub rozwinąć już istniejącą:). Nie jest to również książka dla facetów, chyba, że mamy do czynienia z weteranami porodów rodzinnych.:)

P.S. Zdębiałam, jak zobaczyłam tytuł wersji polskiej (w oryginale Midwives, czyli Położne lub Akuszerki), który sam w sobie jest spoilerem. Mogłam nieco inaczej zredagować notkę, ale już w tej chwili po zawodach:).

środa, 3 listopada 2010

"Zapomniany ogród"- Kate Morton


"Zapomniany ogród" to podróż przez cały wiek 20 wraz z kilkoma kobietami z jednej rodziny.
Cala historia zaczyna się w 1913, gdy Hugh Andrews, stróż portowy znajduje osamotnioną 4 - letnią dziewczynkę, która twierdzi, że sama przebyła drogę z Anglii do Australii.
Razem z żoną przygarniają małą, ale nie udaje im się dowiedzieć niczego o jej przeszłości, poza wzmiankami o tajemniczej Pisarce. Zagadki nie wyjaśnia również walizka, którą dziewczynka (nazwana przez jej nową rodzinę Nell), jako, że zawiera głównie zabawki i książkę z obrazkami.
Po 21 urodzinach Nell jej przybrany ojciec zdradza jej fakt, że jest adoptowana, co nieodwracalnie wykoleja jej życie. Na spotkanie ze swoją przeszłością Nell wyrusza jednak dopiero po śmierci Hugh, w 1975. Tropy wiodą do Kornwalii.
Nie dane jest jej jednak dokończyć swojej misji. Zadanie rozwiązania rodzinnej zagadki dziedziczy jej wnuczka Cassandra, i o dziwo, mimo, że zabiera się za to w 90 lat po wydarzeniach, udaje jej się dotrzeć do prawdy. Kluczem do niej okazuje się książka z bajkami Nell.
Ciekawa historia o skomplikowanych relacjach rodzinnych, o przyjaźni i poświęceniu. Bardzo sprawnie napisana historia, w której nic się nie pruje i nie sypie, do tego liczne nawiązania do czasów wiktoriańskich i ciekawie oddana tychże czasów atmosfera. Skojarzenia tytułu z "Tajemniczym ogrodem " nie są przypadkowe, gdyż jako drugoplanowa postać pojawia się sama Frances Hodgson Burnett.
Polecam to doskonałe czytadło zwłaszcza miłośnikom rozwiązywania zagadek i fanom wiktoriańskich klimatów.

czwartek, 14 października 2010

"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" Mary Ann Shaffer, Annie Barrows


Kolejna archiwalna lektura- bestseller lata 2010 czyli Stowarzyszenie Miłośników Liteatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Dwóch autorek , co w tym przypadku chyba nie jest bez znaczenia.
Książka reklamowana jest jako ciepła, optymistyczna, urocza, podnosząca na duchu (i tak dalej w tym stylu:)). Początkowo wydaje się rzeczywiście spełniać te oczekiwania. Bohaterką jest dobiegająca 30-tki pisarka Juliet, która po wydaniu zbioru wojennych felietonów, szuka tematu na nową książkę. Przypadkiem nawiązuje korespondencję z hodowcą świń, a jednocześnie miłośnikiem literatury z wyspy Guernsey- Dawsey Adamsem. Juliet ma prawdziwy talent do wyciskania ze źródła najmniejszej kropli informacji, dowiedziawszy się o istnieniu tytułowego "Stowarzyszenia..." i o jego roli w życiu Guernsey w trakcie okupacji niemieckiej, szybko zaczyna korespondować z niemal wszystkimi sąsiadami Dawseya. Zawiązują się pierwsze nici korespondencyjnej przyjaźni.
Zbierając kolejne historie szybko stwierdza, że kluczową osobą dla wyspy była Elisabeth- dobry duch miasteczka, alter ego Ani z Zielonego Wzgórza, dziewczyna o dobrym sercu, a jednocześnie obdarzona sporą doza sprytu i poczucia humoru, ktory pozwalał jej i jej przyjaciołom wyjść obronną ręką z wojennych perypetii.
Niestety, została aresztowana przez Niemców i wywieziona do obozu koncentracyjnego na kontynent. Mimo, że minął rok od zakończenia wojny, nadal nie dała znaku życia... Juliet wybiera się na wyspę, aby zbierać materiały do książki, gdyż okupacyjna historia Guernsey zdaje się świetnie do tego nadawać, a jednocześnie pomoć w sprawie Elisabeth.
Pierwsza część, będąca zapisem korespondencji Juliet z wyspiarzami, czyta się wartko i sprawnie. Część druga, traktująca o jej pobycie tamże, zaczyna jednak nieco zgrzytać (zastanawiam się, czy nie dlatego, że druga współautorka- Annie Barrows musiała dokończyć pracę Mary Ann Schaeffer po jej śmierci). Kolejne wojenne anegdoty nieco nużą, a finał zawiera elementy grzeszące brakiem logiki (nie chcę go zdradzić, więc trochę mącę:).
Lektura jest rzeczywiście sympatyczna, ale zdecydowanie na czasy, kiedy potrzebujemy czegoś pokrzepiającego a jednocześnie nie obciążającego nadmiernie ustroju.

piątek, 1 października 2010

Lód i woda, woda i lód- Majgull Axelsson

Najnowsza książka specjalistki od stosunków między siostrami, matkami, córkami oraz od błędów i wypaczeń rodzicielskich infekujących kolejne pokolenia, czyli Majgull Axelsson. Dużo słabsza od poprzedniczek, niestety. A przynajmniej od tych, które przeczytałam, czyli "Domu Augusty" i "Kwietniowej czarownicy".
O czym- o dwóch pięknych i popularnych bliźniaczkach, szkolnych gwiazdach i obiektach westchnień, których życie nieodwracalnie zmienia się, gdy jedna z nich- Elsie, w niewyjaśnionych (oczywiście do czasu) okolicznościach zachodzi w ciążę. Po urodzeniu synka, Bjoerna, nie jest w stanie zajmować się dzieckiem. Niespodziewanie dla wszystkich opiekę nad chłopcem przejmuje jej bliźniaczka, która aby stworzyc mu dom, decyduje się wyjść za Birgera. Po kilku latach rodzi im się córka Susanne. Elsie zostaje radiotelegrafistką spędza życie na kolejnych rejsach dalekomorskich, szczególnie preferując lodołamacze.
Po latach niespodziewanie licealista Bjoern zostaje gwiazdą boysbandu. Sława trwa jednak krótko, i gdy zaczyna się załamywać, okazuje się, że chłopak nie radzi sobie z sytuacją...

Autorka postanowiła jednak wrzucić na ten tort kolejną warstwę, i była to chyba jedna warstwa za dużo- po kolejnych 30 latach Suzanne, która w tym czasie została pisarką, idzie śladami ciotki i sama okrętuje się na lodołamacz. Szwecja okazuje się jednak małym krajem, gdyż razem z nią okrętuje się ktoś, kto zna jej przeszłość i zaczyna ją prześladować. Zagadką tego poziomu gry jest- czy Suzanne poradzi sobie z sytuacją i upora się z demonami przeszłości.

Żeby nie zdradzać clou całej historii- jej trzecia warstwa, i niestety najobszerniejsza, jest nie do końca potrzebna. Cała historia zamyka się na poziomie drugim, także psychologiczne konsekwencje wcześniejszych wydarzeń. Suzanne świetnie panuje nad sytuacją i nie widac zupełnie gdzie ta jej wielka wcześniejsza trauma. No chyba, że chodziło o historię detektywistyczną- kto jest stalkerem Suzanne i dlaczego nie darzy jej sympatią.

Odłożyłam książkę lekko skonsternowana, muszę jednak podkreślić, że wypada ona blado tylko na tle innych książek Axelsson. Nieźle broni się jako zwykłe czytadło (przy którym nie chodzi o dzielenie włosa na czworo i logikę fabuły a o miłę spędzenie czasu). To , że za rok raczej nie będę o niej pamiętać tak jak o domu Augusty, to inna para kaloszy:).

niedziela, 19 września 2010

Czerwony rower- Antonina Kozłowska


Zacna, nader zacna lektura.

Trzy przyjaciółki- Gośka, Karolina i Beata, 35-latki trzymające się razem od czasów podstawówki.
-Gdy widzę was razem przypominają mi się bohaterki serialu "Desperate Housevives". Piękna fasada a u każdej trup w szafie- to opinia męża jednaj z nich.
I faktycznie trup jest, tyle, że jeden, wspólny. Nad ich przyjaźnią unosi się cień "tej czwartej"- Anety, która w niewyjaśnionych okolicznościach zmarła w wieku 15 lat. Kobiety czują się w jakimś stopniu odpowiedzialne za jej śmierć- najbardziej prawdopodobnym jej wyjaśnieniem jest samobójstwo, i to spowodowane być może właśnie ich szykanami. Być zreszta to wyrzuty sumienia sprawiły, że trzymały się razem przez tyle lat.
Przypadkowo odnaleziony pamiętnik Anety i groźby ze strony jej rodziny sprawiają, że przyjaciółki znów muszą cofnąć się do czasów podstawówki, na nowo stawić czoła niewygodnym faktom a na końcu (być może), wyzwolić się od całęj sprawy.
Autorka powoli, w rytm największych przebojów tamtych czasów (do książki chyba powinna być dołączona płyta))) przeprowadza nas przez całe lata 80. Rozprawia się z mitem, że bycie 13-14-15 latką to pasmo przyjemności i idylla- wprost przeciwnie, to ciężki kawałek chleba i koszmar, o którym większość z nas woli zapomnieć.
Przyjaźnie, a nawet związki, mają charakter sojuszy taktycznych mających poprawić np . notowania na szkolnej giełdzie. A że do tego jest się w tym okresie wyjątkowo podatnym na zranienie, nastoletnie życie staje się manewrowaniem między Scyllą a Charybdą.
Całość czyta się jednym tchem, kolejne puzzle wskakują na swoja miejsce, bohaterowie pozytywni nieco szarzeją, ci negatywni pokazuję inne oblicze, i ani się obejrzałam, a bylam już na stronie 200 (z 230). Duży plus- o książce pamięta się nawet po jakimś czasie, a to rzadkość przy literaturze popularnej. Kolejny- to język- zaprzeczenie bylejakości. I jeszcze całkiem udana warstwa historyczna- czyli rzut oka na lata 80, aczkolwiek bez przesadnej etnografii i epatowania blokowiskami trzepakami i chińskim piórnikiem.

Polecam.

czwartek, 9 września 2010

Twelve sharp- Janet Evanovich

Kolejna wakacyjna lektura,. tym razem babski kryminał z serii "numerycznej" ("Po pierwsze dla pieniędzy" itd). Powraca stara dobra Stephanie Plum, łowczyni nagród. Ostatnio czytałam piątą część cyklu (Twelve, jak łatwo zgadnąć jest częścią dwunastą), ale od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Steph nadal nie chce zalegalizować swojego związku z przystojnym policjantem Morelli, a to dlatego, że platonicznie (tak, tak, nadal platonicznie, mimo, że przegapiłam 7 części niewiele się tu nie zmieniło) leci na pracującego w pokrewnej branży ochroniarskiej Komandosa. Babcia Mazurowa nadal nałogowo odwiedza lokalny dom pogrzebowy, i gdy to tylko możliwe, wywołuje skandale otwierając trumny, a w wolne od uroczystości żałobne dni, próbuje używać życia, co nieodmiennie kończy się wypadnięciem dysku i dłuższą rekonwalescencją. I tak dalej, wszędzie malownicze postacie i zabawne sytuacje.
Czyta się bardzo przyjemnie. Fabuła i watek kryminalny nie mają tu większego znaczenia. Po 2 miesiącach od lektury z trudem przypomniałam sobie o co chodziło, ale chyba nie chce mi się go przeklepywać, bo w sumie nie ma on aż takiego znaczenia.
Idealna lektura do wanny. Nie wymaga natężonej uwagi i odpręża. Polecam na wakacje i nie tylko.

P.S. Jednak zarzucę to streszczenie, przynajmniej początku, żeby nie wyszło na to, że to jakieś romansidło.
Stephanie zaczyna nękać tajemnicze babsko z pistoletem, które twierdzi, że jest żoną Komandosa (której istnienie jest dla Steph całkowitym zaskoczeniem), i najwyraźniej dybie na jej życie. Kilka dni później może jednak przestać się nią martwić, przynajmniej w charakterze zagrożenia dla swojego życia, gdyż znajduje jej zwłoki. Jednocześnie policja z pomocą telewizji zaczyna szukać Komandosa, który porwał swoją córkę (o której istenieniu Steph dla odmiany wiedziała), a on sam pojawia się z torbą podróżną u jej drzwi.
Stephanie musi zdecydować, czy jej koledze na starość odbiło, czy też może padł ofiarą spisku...

piątek, 12 marca 2010

Chodźmy razem*- czyli dlaczego obraziłam się na chick lit

*Josie Lloyd i Emlyn Rees oczywiście

Chick lit (literatura dla kurczaków???))) to bardziej zjawisko socjologiczne niż literackie. W którymś momencie sprytni spece od marketingu uznali, że klasyczny romans z galopującymi końmi, wojną secesyjną i innymi atrybutami, nijak ma się do życia współczesnej 20-30 letniej czytelniczki zasuwającej w biurze i umawiającej sią na randki internetowe. Wtedy powstał chick lit- z bohaterką będącą klonem swojej czytelniczki i okazał sie strzałem w dziesiątkę. Miliony zaczęły fascynować się życiem Bridget czy Zakupoholiczki. Taki target nie dał się zignorować. Do romantycznej akcji szybko dołączono pochwałę kupowania i dbałości o swój wygląd. Teksty zaroiły się od przeróżnych marek (z reguły dostępnych na rynku brytyjskim lub amerykański, ale gdyby kiedyś Harvey Nichols lub Nicole Farhi zdecydowali się wejśc na polski rynek - dzięki Zakupoholiczce jestem przygotowana))).
Za marketingiem szybciutko poszła też innego rodzaju propaganda.
Większość chick litów składa się z elementów do składania- jest grono przyjaciółek, nieodzowny kolega gej, kariera w korporacji (nie jakaś wybitna, zazwyczaj jest to zwykłe przekładanie papierów), panny młode masowo uciekające sprzed ołtarza od konserwatywnych narzeczonych, szczęście w ramionach specjalistów od tarota i feng shui (którzy na koniec okazują się ukrytymi milionerami- oczywiście po to, aby sponsorować zakupy u Harvey Nicksa))). Wszystko okraszone humorem (ta okrasa z ksiązki na książkę wydaje się jednak coraz cieńsza, np u takiej Isabel Wolff IMO stopniała prawie do zera). I tak dalej.
Łyka się taka lekturę bezboleśnie: w wannie, zatłoczonym autobusie (szczególnie gdy sie stoi nas jednej nodze). I nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że nie tylko czyta po raz 20-sty to samo, ale są to treści, które budzą w nim sprzeciw. Coś takiego przeżyłam przy okazji lektury "Chodźmy razem". Opowiada o "miłości" (po tym, co napisze dalej trudno nie wziąć mi tego słowa w cudzysłów) Jacka, którego hobby jest zaliczanie panienek na imprezach i słodkiej, a mimo to nie mniej od niego doświadczonej, Amy.
Nie o fabułę jednak tym mi chodzi. Doszłam do momentu, kiedy obydwoje bohaterów decyduje się, że chcą być razem. I co? NATYCHMIAST idą do łóżka. W tym momencie miałam uczucie deja vu. Tak robią wszystkie bohaterki (i bohaterowie) chik- litów, poza tymi, których akcja urywa się, gdy związki są w fazie projektu.
Abstrahuję tu od oceny takiego zachowania, w życiu różnie bywa. jednak w świecie chick litu bywa tak ZAWSZE. Zaczęłam sie zastanawiać, czy może istnieje w amerykańskich wydawnictwach taka instrukcja pisania produktów dla młodych kobiet, a jeżeli tak, to jakie intencje przyświecały komuś, kto ją stworzył. Myślę, że raczej mało chlubne. Można wprawdzie debatować, czy książka może mieć wpływ na zycie jej czytelniczki, zwłaszcza taka produkowana masowo. Może jedna nie, ale 30-ta taka książka już tak. Ostatecznei kropla drąży skałę.
Zresztą w samym "Chodźmy razem" widać, jak dalej się rozwijają tak zaczęte związki. Po pierwszym kryzysie, którego tłem jest domniemany brak wierności Jacka, Amy czmycha gdzie pieprz rośnie (bo ostatecznie niby dlaczego miałaby mu ufać?). Wprawdzie wraca, i wszystko kończy się wielkim Happy Endem, mam jednak przeczucie, że jest to powrót tylko do czasu kolejnego kryzysu.
Od oceny się powstrzymam, bo nie o ocenę tu tym razem chodzi.