piątek, 17 stycznia 2014

I powraca wiatr... - Władimir Bukowski

Są kraje, gdzie bycie politykiem opozycyjnym to relaksująca przerwa między kolejnymi powrotami do władzy. Są też takie, gdzie nawet, kiedy na tę władze nie ma szans, po wywalczeniu realizacji swoich postulatów można się udac na zasłużoną emeryturę. 
Jest wreszcie ZSRR, czy Rosja - niezależnie od ustroju wybór drogi dysydenta (a zwłaszcza uczciwego dysydenta), oznacza, że człowiek w zasadzie do śmierci będzie miał zajęcie.
Urodzony w 1942 Władimir Bukowski jest aktywnym opozycjonistą od 54 lat, mimo tego, że po drodze zmienił się ustrój, a kraj, w którym zaczynał działalnośc już nie istnieje. I nie jest to aktywność pozorowana - usłużne Google po wpisaniu jego nazwiska rzuca garść podpowiedzi - w 90% z ostatnich lat.

"I powraca wiatr..." cofa nas jednak do początku tej drogi, do Moskwy lat 60-tych, do czasów pionierów i konsomołu, do licealistów i studentów czytających poezję na Placu Majakowskiego, którzy niepostrzeżenie zostają wciągnięci w środek zupełnie dorosłej walki o prawa człowieka, gdzie już nie chodziło o poezję, ale o prawo do uczciwego procesu, czy też o zaprzestanie używania psychiatrii w celach represyjnych. I nagle, zamiast planować drogę życiową biorąc pod uwagę takie etapy jak studia-praca-rodzina, układają klocki z zestawu: aresztowanie-gułag-psychuszka-wolność.


Początkowo protesty są nieco chaotyczne i raczej mało efektywne i przebiegają wg schematu- demonstracja - zastraszanie demonstrantów – aresztowanie połowy z nich- dalsze zastraszanie reszty. Później jednak Bukowski wpada na pomysł dokumentowania nadużyć, zwłaszcza tych na niwie psychiatrycznej i wysyłania dokumentacji na Zachód. A że tam akurat zapanowała moda na ruch obrony praw człowieka w państwach komunistycznych, okazuje się to bronią nader skuteczną...

W tej chwili, po ponad 40 latach różnie podchodzi się do tematu ruchu dysydenckiego w ZSRR. Przesadą jest oczywiście twierdzić, że była to działalność koncesjonowana (choć sam Bukowski opisuje np. zadziwiający przypadek pisarza - Tarsisa, który przez długi czas cieszył się zupełną wolnością słowa (i przyjmowania zagranicznych korespondentów), po czym nie nagabywany przez nikogo wyjechał sobie na Zachód). Widać jednak, że akurat obrona praw człowieka nie godziła w same podstawy systemu, a skutecznie angażowała co bardziej aktywne jednostki. No i ta zadziwiająca łatwość wysyłania informacji za granicę, jakby łącza telekomunikacyjne nie były w 100% możliwe do skontrolowania.

 Wracając jednak do książki. Są dwa powody, dla których warto ją przeczytać.
Treść - wiedza systemie represji ZSRR dla Polaka to w tej chwili niemal w 100% Gustaw Herling Grudziński. Wiele osób czytało "Inny świat" w klasie maturalnej i ta wiedza im w zasadzie wystarcza. Jest to książka ważna, ale w wielu przypadkach skutecznie odstrasza od tematyki określanej umownie jako łagrowa na wiele lat. Tymczasem ZSRR nie uległo konserwacji na etapie lat 40-stych, w czasach Chruszczowa czy Breżniewa to zupełnie inny kraj... choć może też nie za ciekawy do życia. U Bukowskiego znajdziemy zaś 20 lat historii z okresu, o którym u nas się już specjalnie w szkołach nie uczy, bo nie ma czasu, w dodatku jest to relacja z cennej perspektywy świadka.

Autor - znowu wracam do biednego Gustawa H-G. Grudziński to człowiek poważny i analiyczny, tak też podchodzi do swojego sprawozdania z Jercewa. Bukowskiemu udaje się zaś nadać ciężkiemu tematowi sporo lekkości.

Polecam gorąco.

 

piątek, 10 stycznia 2014

Szybka piłka - hurtownia książek

"Zbyt piękna dziewczyna" - Jan Seghers. Podstawową zaletą tego kryminału jest fakt, że w ogóle go przeczytałam, gdyż już od jakichś dwóch lat każdy kryminał zaczynam, szybko sprawdzam, kto zabił i rzucam w kąt. Minusy - kanciasty styl, kanciasty główny bohater i wykorzystanie połowy kanonu stereotypów występujących też w kryminałach skandynawskich. Czyli ... wychodzi na to, że raczej polecam;).



"Siostry B." - Anna i Maria Bojarskie.  Lubię książki Anny Bojarskiej, to jednak, co zaprezentowała razem z siostrą, to jakiś niestrawny bełkot. I nie jest to bynajmniej wina Marii, gdyż ona przynajmniej się stara sklecić jako tako sensowne akapity. Jedyny plus to ...fajne zdjęcia? O - i jeszcze porządne wydanie, praktycznie nie do zdarcia.

"Opowieść wdowy" - Joyce Carol Oates. Sama statystyka wskazuje na to, że dokładnie 50% z ludzi żyjących w związkach "do końca życia" kiedyś zostanie wdową/wdowcem. A każdy pewnie prędzej czy później straci kogos bliskiego. Warto sobie zatem tę traumę przećwiczyć zawczasu na sucho.

czwartek, 9 stycznia 2014

Hrabina Cosel - J.I.Kraszewski

"Jestem w Dreźnie, skaczę i tańcuję, a zmęczony jestem daleko więcej, niż gdybym co dzień po dwa jelenie uszczuł. Wracam do domu znużony przebytymi tu przyjemnościami. Z pewnością żyje się tu nie po chrześcijańsku, ale Bóg mi świadkiem, żem w tym żadnej przyjemności nie czuł i wracam tak czysty, jak przybyłem." [1]
Ten fragment listu Fryderyka Wilhelma Hohenzollerna jest mimowolnym komentarzem nie tylko do panowania elektora saskiego Fryderyka Augusta Wettina (w Polsce znanego jako August Mocny), ale przy okazji do jego związku z hrabiną Cosel.
Mocny był postacią nietuzinkową. Na poletku saskim wcale nie był tak słabym politykiem, jak na polskim, jednak dziedziną, gdzie spełniał się w stu procentach były imprezy i romanse. Wzruszycie ramionami, że nic w tym dziwnego, że takie zainteresowania może mieć nawet przeciętnie inteligentny szympans? Niby tak, ale Wettin zawiesił poprzeczkę w obydwu dziedzinach na niebotycznym poziomie. Przytoczone przez JIK-a pomysły zabaw dla wysoko urodzonych są chyba niedoścignionym wzorem dla współczesnych event-plannerów. Nie tylko ze względu na koszty, ale i na brak fantazji. Jeśli zaś chodzi o drugie pole jego działalności, nazwijmy je romansowym, również nie brakowało mu rozmachu - liczbę potomków elektora szacuje się na...345.
Jakie było w tym wszystkim miejsce Cosel - metresy Wettina i matki jego (wygląda na to, że zaledwie) trójki dzieci?
Mniej więcej takie, jak opisuje to Fryderyk pruski - w dzień robota przy skokach, tańcach i szczuciu jeleni, dodatkowo ekwiwalent kilku jeleni nocą. Próba zaś ustawienia związku i jego zakończenia na swoich warunkach, skończyła się dla hrabiny zamknięciem w wieży. Co może nie było takie złe, po ośmiu latach niszczącego trybu życia siły regeneruje się pewnie znacznie dłużej.
Narzekałam ostatnio na JIK-a, że kiepski z niego psycholog, teraz muszę nieco skorygowac tę opinię. Gdy bierze na warsztat osobe z krwi i kości, a nie wyimaginowaną kresową dziewicę, idzie mu znacznie lepiej. Czytelnik śledzi losy Cosel, zwłaszcza te po rozstaniu i ciągle zadaje sobie pytanie: dlaczego tak pokierowała swoim losem? Dlaczego nie chciała, jak inne metresy króla, spaść na cztery łapy? Hrabina jest enigmatyczna i ciągle się nam wynika, a zafascynowany nią JIK chyba sam nie jest do końca zgłębić jej tajemnicy.
Wygląda na to, że po "Bruehlu" to kolejna udana pozycja z cyklu saskiego.





(1) Hrabina Cosel, t.2, s. 194, Warszawa 1950

wtorek, 7 stycznia 2014

Lodołamacz - Wiktor Suworow



Suworow był dawnymi czasy tuzem literatury dysydenckiej i podziemnej czytanym z wypiekami na twarzy. Wypieki te powinny być pewnie warunkowe lub jednostronne, gdyż autor jest wieloletnim pracownikiem radzieckiego wywiadu wojskowego GRU, a instytuacja ta, jak głosi wieść gminna, raczej nie rozwiązuje umów o pracę. Zostaje zatem cień wątpliwości, czy nie pisze  on przypadkiem w ramach zadań służbowych. Dlaczego? Ma na przykład niespotykanie wyluzowany stosunek do Stalina i wyraźnie docenia niektóre jego umiejętności, np. umiejętność układania po swojej myśli klocków polityki międzynarodowej. Uświadomiłam sobie, że ja przeszłam w ramach mojej edukacji odwrotną tresurę. Nazwisko Stalina powinno się kojarzyć jak najgorzej i należy jej wypowiadać wyłącznie przyciszonym tonem, najlepiej chowając się za krzakiem.
Wychodzi na to, że Suworow i jego "Lodołamacz" rzeczywiście wyciągnęli mnie z mojej czytelniczej strefy komfortu.
Ciekawa jest teza książki - Hitler tylko dlatego zaczął wojnę z ZSRR w '41, aby uprzedzić uderzenie Stalina na Niemcy i Rumunię.  A to, że Armia Czerwona tak dramatycznie dała ciała po 22 czerwca '41 wynikało przede wszystkim z tego, że  szykowała się do wojny, ale ofensywnej.  Drobiazgowo udokumentowane, ale mimo natłoku szczegółów militarnych świetnie się czyta. I właśnie dlatego będę wracać do autora. Moja znajomość historii ZSRR jest w tej chwili drugiej bądź nawet trzeciej świeżości, a z Suworowem będę miała sobie ją szansę odświeżyć.

czwartek, 2 stycznia 2014

Szlachetne zdrowie - hurtownia książek

Krew królów - Juergen Thorwald 

Trzech potomków królowej Wiktorii - carewicz Aleksy (zm. 1918), książę Alfons - następca tronu Hiszpanii (zm. 1938) oraz książę Waldemar Hohenzollern (zm. 1945) to trzy przypadki hemofilii - dziedzicznej choroby upośledzającej krzepliwość krwi, która kilkadziesiąt lat temu mocno zaburzała codzienne funkcjonowanie. Mocno fabularyzowane historie o walce o zdrowie lub choćby okruchy normalnego życia, pisane z perspektywy lekarzy. Ogólnie -  dość lekka książka na ciężki temat.

 Szału nie ma, jest rak - ks. Jan Kaczkowski

"Co za narwany ksiądz" - powiedział pewien znajomy czytelnik.  Gdy czyta się jego suche CV, Ksiądz Jan wydaje się osobą poważną i mimo młodego wieku (rocznik '77) nader zasłużoną. Przez wiele lat pracował  w hospicjum domowym w Pucku, po czym założył hospicjum stacjonarne. Jest specjalistą od bioetyki - tematy związane na przykład z uporczywą terapią nie mają dla niego żadnych tajemnic. Do tego ksiądz Jan ma raka. W postaci najprawdopodobniej nieuleczalnej.
Gdyby nie to, że nie lubię tego określenia, powiedziałabym, że to książka w stylu Rak&Roll.


Kenzaburo Oe - Sprawa osobista.
Podobno za tę właśnie książkę Oe dostał Nobla - no i jak najbardziej słusznie. 27-latkowi rodzi się dziecko tak mocno zniekształcone, że od początku wraz z teściową kombinują, jak wysłać je na tamten świat. Ono jednak uparcie nie umiera, dając jego ojcu szansę na to, aby dojrzał do sytuacji. Autor wykorzystał w "Sprawie..." własne doświadczenia, sam jest bowiem ojcem Hikariego, który urodził się z poważną wadą neurologiczną, która ostatecznie wyewoluowała w autyzm. Nie są to zatem żadne wyssane z palca dyrdymały tylko poważny raport z pola walki. Także zachęcam, szkoda by było tę książkę przegapić.

środa, 11 grudnia 2013

Klin klinem - J.I.Kraszewski


O Kraszewskim można wiele powiedzieć, ale mistrzem psychologii to on raczej nie jest. Stara się chłopina zniuansować te swoje postaci, żeby nie były ZUPEŁNIE czarno-białe, ale z czarnych udaje mu się zrobić co najwyżej ciemnoszare, zaś te i tak pozytywne potrafi jeszcze dodatkowo przekąpać w wybielaczu i ulepszyć aureolą. Póki zresztą dmie w tubę satyryczną, gdzie siłą rzeczy tych czarno- szarych charakterów jest więcej, to jeszcze ok, można się pośmiać z ludzkich przywar. Gorzej, gdy książka skręca w stonę serio, lub co gorsza, uderza w tony dydaktyczne.
“Klin klinem” reklamowana jest na okładce jako pikantna historyjka o znudzonej mężatce, która skutecznie bajeruje młodego sąsiada. Jego rodzina zaś postanawia wyleczyć chłopaka metodą znaną od czasów paleolitycznych, tytułowym klinem (w postaci kresowej dziewicy, odrobinę starszej reinkarnacji Zosi Horeszkówny).
Pierwszy rozdział jest może rzeczywiście odrobinę pikantny, a do tego nawet śmieszny, bo satyryczny. Zaloty pary niedobranych kochanków, małżeńska kłótnia heroiny (Seweryny, nader przypominającej nieśmiertelną Serafinę). Dalej jednak JIK uderza w tony serio. Nawet montowanie intrygi, które zazwyczaj przychodzi mu bez trudu, tym razem nie ma jakoś werwy. A na koniec – jednych do wybielacza a innym aureole. No dajcie spokój....
Mam wrażenie, że JIK, którego i tak wzywał papież na dywanik ze względu na rzekomą niemoralność po prostu bał się w tej historyjce pójść na całość:).

piątek, 6 grudnia 2013

What's up, Doc? Czyli z wizytą u Oliviera Sacksa.

Ok, nie ma pewnie większego sensu pisać o doktorze Sacksie. Popularności mu od mojej notki na blogu nie przybędzie, kto miał czytać, ten czytał, kolejni czytelnicy zawsze strumyczkiem napłyną, zwłaszcza, że od czasu do czasu co ciekawsze neurologiczne przypadki trafiają do tego czy innego hollywoodzkiego filmu (poza Przebudzeniami niektóre historie trafiły np. do Memento lub Incepcji). Jeśli ktoś o Olivierze Sacksie nie słyszał - to neurolog z żyłką popularyzatora i zwolennik podejścia humanistycznego do pacjentów, czyli - "leczymy nie chorobę, lecz pacjenta". Zasada, która wyjątkowo często sprawdza się właśnie w neurologii, gdzie trzeba działać często na pograniczu ducha i materii, a wszelkie ingerencje mają wplyw na psychikę pacjenta.
No to lecimy.

Przebudzenia - to książka tsunami, masa obserwacji, zalew przemyśleń i wniosków i chyba najważniejsze doświadczenie w praktyce dr. Sacksa. Przez kilka lat po pierwszej wojnie światowej przez świat przetoczyła się epidemia śpiączkowego zapalenia mózgu. U niektórych pacjentów po latach od przebycia choroby rozwijał zespół objawów z elemantami choroby Parkinsona i katatonii. Po 40 latach wielu z nich jeszcze żyło, wegetując w specjalistycznych ośrodkach. Gdy pod koniec lat 60-tych pojawił się "cudowny lek" - syntetyczna dopamina, w jednym z nich (występującym w Przebudzeniach jako Mount Carmel) podjęto próbę "wybudzenia" kilkudziesięciu pacjentów jednocześnie. Skutki długofalowo były różne, często z przyczyn pozamedycznych. O
zdrowie potrafili zawalczyć pacjenci o najsilniejszych osobowościach, którzy potrafili oszukać swoją chorobę i nauczyć się funkjinować w warunkach, gdy własne synapsy odmawiają im posłuszeństwa lub ci, którzy mieli dla kogo żyć (np. dzieci). Ale zdarzał się też, że toksyczny wpływ rodziny wpychał człowieka na nowo w nieświadomość.
"Przebudzeń" nie czyta się łatwo, przypadki opisane przez Sacksa są wręcz przeładowane szczegółami. Z kolei trzeba się przez większość  z nich przedrzeć, żeby czytać uogólnienia i wnioski doktora (i formułować sobie własne). No ale po stokroć warto. Choćby po to, żeby zamknąć z ulgą książkę i docenić własne zdrowie (choćby było czasem niedostateczne).



Mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem - jeśli chodzi o formę jest dużo łatwiejsza niż Przebudzenia, to taki zbiór ciekawostek na temat objawów pojawiających się po różnej maści uszkodzeniach mózgu. Jak bardzo zależy nasze postrzeganie świata od działania centralnej jednostki sterującej? Czy deficyty i dysfunkcje wpływają na człowieczeństwo pacjentów? Czy można żyć a jednocześnie nie mieć duszy (cokolwiek by to znaczyło)? Zaprawszam do wyprawy w gąszcz neuronów, tylko proszę uważać, żeby nie zarwać przy okazji nocy.

Muzykofilia - czyli opowieści o muzyce i mózgu. Muzyka musi byc chyba ubocznym hobby autora, zresztą pochodzi ze srodowiska, gdzie niemal wszyscy od dzieciństwa uczą się grać. Książka jest mniej odjechana niż dwie wzmiankowane powyżej, niektóre opisywane zjawiska są dość banalne, np. chwytliwe melodie czy też różne aspekty muzykalności. Ale już muzyczne halucynacje czy też porządkująca rola muzyki przy różnych schorzeniach psycho-neurologicznych - zaciekawiają. Wygląda na to, że na wypadek zachorowania warto nauczyć się grać na jakimś instrumencie. A jeszcze lepiej nauczyć się komponować.Ot -takie dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne.  


Przebudzenia - Olivier Sacks, Poznań 2011 (Zysk i s-ka)
Mężczyzna, który pomylił żonę z kapeluszem  - Olivier Sacks, Poznań 2011 (Zysk i s-ka)
Muzykofilia. Opowieści o muzyce i mózgu  - Olivier Sacks, Poznań 2008 (Zysk i s-ka)